clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Kapitalizm czy politycy odpowiadają za kryzysy - Leszek Balcerowicz

Polska przez ostatnie 25 lat osiągnęła dużo. Jesteśmy trochę więcej niż w połowie drogi, jeśli chodzi o doganianie Zachodu. Nie sądzę, byśmy chcieli zastygnąć w tym punkcie.

Chciałbym zacząć od tego, co się dzieje na Ukrainie. Uważam, że mamy do czynienia z agresją niedemokratycznego państwa, czyli Rosji, na państwo, które jest jeszcze demokratyczne, czyli Ukrainę. Dotychczasowa reakcja Zachodu, jego głównych państw, oznacza de facto uznanie doktryny Putina. Zgodnie z nią Rosja rości sobie prawo do tego, by ingerować, również w formie zbrojnej, w krajach, w których żyją Rosjanie lub rosyjscy obywatele.
Tymczasem Zachód ma olbrzymi potencjał odpowiedzi na takie działania, jego PKB jest bowiem 20 razy większy niż Rosji. Ale do tej pory tego potencjału nie wykorzystał. Konsekwencje takiego postępowania, jeżeli będzie ono trwało, będą długofalowe i bardzo złe. Między innymi wyścig zbrojeń w świecie, bo wartość zachodnich gwarancji, w tym amerykańskich, danych np. Japonii, która ma przed sobą coraz bardziej agresywne Chiny, spadła. Jakie jest wyjście? Zbroić się.

Jeżeli chodzi o władze polskie, to uważam, że zrobiły maksimum tego, co mogły zrobić w ramach struktur Zachodu. I jakiekolwiek te struktury są, to lepiej, że są, niż gdyby ich nie było.



Leszek Balcerowicz
Leszek Balcerowicz
źródło: Fotorzepa
autor: Kuba Kamiński
Prof. Leszek Balcerowicz podczas kwietniowej gali Listy 500 „Rzeczpospolitej”
Prof. Leszek Balcerowicz podczas kwietniowej gali Listy 500 „Rzeczpospolitej”
źródło: Fotorzepa
autor: Krzysztof Skłodowski
Jakie mamy jako kraj właściwe odpowiedzi na tę sytuację? Otóż to, co było dla nas bardzo ważne jeszcze przed wydarzeniami na Ukrainie, dziś staje się o wiele ważniejsze. Chodzi o umacnianie rozwoju gospodarczego Polski. Bo z tego czerpie się środki na wszystko, w tym na zwiększenie bezpieczeństwa. Nie można tego przecenić w obecnej sytuacji. Mogę powiedzieć, że dużo zostało nam tu do zrobienia. Nie widzę w programie żadnej partii jakichkolwiek spójnych propozycji, które by zapobiegły trwałemu spowolnieniu rozwoju Polski. Trzeba więc wzmocnić obywatelski nacisk tak, by nastąpiła zdecydowana poprawa warunków dla przedsiębiorczości i pracy. To bardzo istotne w obliczu zagrożeń, o których mówią co bardziej rzetelni ekonomiści.

Modny antykapitalizm

Przechodzę do tematu, czyli: państwo, rynek, kryzys. Pospolitym skojarzeniem ze słowem „kryzys", w sensie załamania gospodarki, jest słowo „kapitalizm". To jest fałszywe skojarzenie, choć bardzo popularne. Dlaczego? Kapitalizmowi nie zagraża wróg zewnętrzny, czyli socjalizm. Bo kto mógłby mu zagrozić? Kuba? Kapitalizmowi zagraża wróg wewnętrzny, czyli antykapitaliści w kapitalizmie. A szczególnie ci, którzy pod różnymi bałamutnymi hasłami uderzają w najlepszą odmianę kapitalizmu, czyli w kapitalizm wolnorynkowy w państwie prawa. Jeżeli popatrzycie na filmy z Hollywood, to zauważycie, że wiele wśród nich jest antykapitalistycznych. Wybitni reżyserzy fotografują się np. z dyktatorami Wenezueli. Z antykapitalizmu można w kapitalizmie dobrze żyć. W socjalizmie nie dało się dobrze żyć z antysocjalizmu.

W Polsce mamy dużo importu antykapitalistycznej tandety, która się dobrze sprzedaje. Niektórzy, w tym ludzie z centrum obecnego rządu, wbrew logice i badaniom empirycznym głoszą, że ostatni kryzys pokazał, iż wolny rynek zawodzi i dlatego potrzebna jest jakaś szczególna interwencja państwa. Te twierdzenia są moim zdaniem nie tylko bałamutne, ale też niebezpieczne szczególnie dla Polski, która powinna czynić dodatkowe wysiłki, by się szybciej rozwijać. Na te twierdzenia trzeba patrzeć z punktu widzenia doświadczenia. Nie można problemu rozstrzygać za pomocą nienawistnych etykietek, jak np. neoliberalizm. Kiedyś mówiono w tym samym znaczeniu: burżuazja. Wtedy wiedziano, że chodzi o zło. Dziś neoliberalizm ma też oznaczać zło.

Źródła kryzysów

Zacznijmy od pytania: gdzie, w jakich ustrojach występowały największe kryzysy? Czy tam, gdzie było dużo wolnego rynku, czy tam, gdzie była duża koncentracja władzy politycznej, czyli w socjalizmie? Oczywiście w socjalizmie. Choć być może nie kojarzyliśmy tego ze słowem „kryzys". Bo to było gorsze niż kryzys, to było niekiedy ludobójstwo plus katastrofa gospodarcza. To są lata stalinizmu, to są lata maoizmu, kiedy to katastrofom gospodarczym towarzyszyło ludobójstwo. To są Czerwoni Khmerzy, którzy w dziejach nowożytnych wymordowali największy odsetek własnej ludności.

W socjalizmie występowały też łagodniejsze formy katastrof gospodarczych, choć i tak bardzo dotkliwe. Na przykład kiedyś Fidel Castro uznał, że droga do sukcesu Kuby to więcej cukru. Katastrofa. A Chruszczow pojechał kiedyś do Stanów Zjednoczonych, zachwycił się kukurydzą i uznał, że droga do sukcesu gospodarczego Związku Radzieckiego to jest sianie wszędzie kukurydzy. To pokazuje, skąd się biorą największe kryzysy – powstają, gdy władza polityczna nie ma ograniczeń. To jest najważniejszy wniosek. Ograniczanie władzy politycznej oznacza ubezpieczanie się od katastrof. Bo taka nieograniczona władza wpada niekiedy w ręce psychopatów lub ludzi lekkomyślnych. A otoczenie schlebia, nie ma dzwonków alarmowych.

To nie wolny rynek wywołuje najgorsze katastrofy, tylko właśnie skoncentrowana, nieograniczona władza polityczna.

Podobnie jest w systemach, które przypominają socjalizm. Możecie państwo obserwować to, co się dzieje w Wenezueli. To jest kliniczny przypadek okrawania kapitalizmu i demokracji. Bo nie da się utrzymać demokracji bez kapitalizmu. A znam takich tzw. intelektualistów na Zachodzie i w Polsce, którzy głoszą, że kochają demokrację, ale nienawidzą kapitalizmu. To są dopiero intelektualiści!

Jaki kapitalizm

Popatrzmy na kapitalizm zachodniego typu, który jest inny od tego rosyjskiego. W Rosji mamy kapitalizm upolityczniony. Polega on na tym, że sukces gospodarczy dużej firmy zależy od jej powiązań z władzą polityczną, w tym z KGB. Jeżeli masz dobre powiązania, to możesz ich użyć, by pozbyć się konkurentów. To oczywiście nie jest dobry rodzaj kapitalizmu.

W Polsce od początku budujemy kapitalizm, w którym wyniki poszczególnych firm nie zależą od ich powiązań politycznych. Wyjątkiem jest własność państwowa – jest ona zła na dłuższą metę wszędzie, czy to w Polsce, czy w Wielkiej Brytanii, bo to ostatecznie władza polityczna w firmie państwowej jest tym finalnym decydentem.

Jeżeli dziś na sali są przedstawiciele państwowych firm jako największych w Polsce, to oni zasługują na szczególne gratulacje. Bo im wbrew własności państwowej udało się osiągnąć sukces. Ale nie można na tej podstawie wyciągać generalnego wniosku, że socjalizm nawet w mniejszych dawkach może się sprawdzać. To jest jedna z największych i niebezpiecznych głupot, jakie są głoszone, również w Polsce. Mam wrażenie, że niektórzy politycy w Polsce chcieliby mieć swoje małe Gazpromy. A czy rozliczono sensowność inwestycji Orlenu w Możejkach?

Popatrzmy na kryzysy w kapitalizmie zachodniego typu, czyli nie tak upolitycznionym jak w Rosji. Trzeba odróżnić w tym kapitalizmie kryzysy, które zaczęły się w finansach publicznych i przelały się na sektor finansowy, od kryzysów, które zaczęły się w sektorze finansowym i następnie przelały się na budżet. Przykładem pierwszego z tych kryzysów była Grecja. Co było jego źródłem? Ciągłe głosowanie na Świętych Mikołajów w polityce. W nadziei, że tak może trwać wiecznie. U nas też ludzie głosują na Świętych Mikołajów albo sądzą, że za prezenty, które wywalczą od polityków, zapłacą inni. Ale jak wszyscy tak myślą, do czego to prowadzi? Każdy trzyma rękę w kieszeni innego człowieka – jak kiedyś powiedział Ludwig Erhard. To jest państwo dobrobytu w wynaturzonej formie. Dlaczego zbankrutowały greckie banki? Bo kupowały obligacje greckiego państwa, które zbankrutowało. Czy to był kryzys wolnego rynku? Oczywiście nie. To był kryzys wywołany złą polityką, która bywa prowadzona również w demokracji. Kiedy? Wtedy kiedy nie pilnuje się polityków z właściwej strony. By nie udawali świętych Mikołajów. Kiedy dajemy się omamić ich sloganami. To zawsze się źle kończy, prędzej czy później.

Trudniejszym do wyjaśnienia na pierwszy rzut oka jest kryzys, który zaczyna się w sektorze finansowym: najpierw jest boom, za szybko rosną kredyty, szczególnie mieszkaniowe, no i często kończy się to załamaniem, czyli kryzysem. Tak było w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Irlandii, ale już np. nie w Kanadzie, Szwecji czy Polsce. Wiele osób traktuje te kryzysy finansowe przelewające się na budżet jako dowód, że z tym kapitalizmem coś nie jest w porządku. Dlaczego te kryzysy przelewają się na budżet? Bo jak był boom, to podatki rosły i wydatki państwa też rosły. Potem, jak boom prysnął, to gospodarka się załamała i mamy ogromną dziurę w budżecie. Od równowagi do ogromnego deficytu idzie się dwa lata. Tak było w Hiszpanii.

Kryzysowy 
boom kredytowy

Co wywołuje kredytowy boom, który prowadzi do załamania? Część antykapitalistycznych komentatorów mówi, że to po prostu kapitalizm albo, co gorsza, „neoliberalizm". Jeszcze inni mówią, że to chciwi bankierzy. Tym ostatnim powinno się zadać pytanie, skąd ten nagły przypływ chciwości. Jeszcze inni twierdzą, że skoro kryzys wybuchł w sektorze finansowym, to i przyczyny muszą w nim leżeć. To jest logika małego Jasia. To tak jak powiedzieć: skoro katar jest w nosie, to przyczyny kataru też są w nosie. Wszystkie te twierdzenia nie wytrzymują próby jakiejkolwiek porządnej analizy. A co mówi taka analiza? Po pierwsze, patrzymy, w których instytucjach: państwowych (upolitycznionych) czy prywatnych, częściej ujawniały się problemy. Na to jest odpowiedź – w państwowych. W Hiszpanii były cajas, czyli państwowe banki regionalne, i banki prywatne. Największe problemy wystąpiły w tych pierwszych, czyli cajas. Podobnie było w Słowenii, gdzie politycy bronili swoich banków przed prywatyzacją jeszcze bardziej niż nasi politycy do 1997 r. 70 proc. aktywów sektora bankowego w Słowenii należy do banków państwowych, które oczywiście udzielały wielu złych kredytów – aż do kryzysu całej gospodarki. W Polsce mogłoby się wydarzyć coś podobnego, gdyby nie prywatyzacja banków w latach 1998–2000. Również w Stanach Zjednoczonych mamy upolitycznione instytucje finansowe – Fannie Mae i Freddie Mac. Przyczyniły się one do boomu kredytowego – i następnie do załamania. W Niemczech były Landesbanken – upolitycznione banki regionalne, które prawie wszystkie zniknęły w wyniku swoich kryzysów. Czyli prosta obserwacja, a także badania wskazują, że polityka w przedsiębiorstwie, także finansowym, szkodzi, a przynajmniej jest zagrożeniem. Bo nawet jeśli dana ekipa polityczna z jakichś przyczyn nie wykorzystuje własności państwowej do realizacji swoich celów politycznych, to następna ekipa nie będzie miała oporów. Czyli zostawianie dużej własności państwowej to zostawianie przyczółków pozwalających na szkodliwe interwencje polityków w gospodarce. Zwłaszcza niebezpiecznych w działalności finansowej.

Po drugie, błędna polityka pieniężna i szkodliwe regulacje. Jest wiele analiz empirycznych, które na to wskazują. Na przykład raport grupy de Larosiere'a dla Unii Europejskiej opublikowany w 2008 r. pokazał te błędne interwencje. Pamiętam, bo byłem członkiem tej grupy. Stopy procentowe banków centralnych, zwłaszcza Fedu, były za niskie. I to stymulowało nadmierny wzrost kredytów. Programy subsydiowania kredytów mieszkaniowych były wszędzie popularne. To było sztuczne potanienie kredytów. Jak to nazywało się w Polsce? „Rodzina na swoim". A teraz to nazywa się „Mieszkanie dla młodych". Przepisy podatkowe w wielu krajach faworyzują zaciąganie kredytów zamiast powiększania kapitału właścicielskiego. Takich błędnych regulacji politycznych, które przyczyniały się do powstania kryzysu, było – i jest – wiele. Wszyscy są zgodni, że należy wreszcie odejść od sytuacji, że jeżeli dany bank jest duży, to musi być uratowany (ang. too big to fail). Ale dlaczego w ogóle doszło do takiej sytuacji? A bo kilkadziesiąt lat temu władze publiczne na Zachodzie zaczęły ratować co większe banki. W związku z tym wierzyciele na rynkach finansowych słusznie uznali, że takie banki są mniej ryzykowne, bo będą zawsze uratowane. W konsekwencji wierzyciele oferowali im niższe stopy procentowe, bo ryzyko było mniejsze. Tak zwana marża za ryzyko została obniżona. W efekcie duzi stali się jeszcze więksi. Aż do takiej sytuacji, że gdy w piątek władze publiczne dowiadują się, że w poniedziałek duży bank padnie, to są pod ogromną presją psychiczną, by interweniować w jego obronie. I tak się dzieje. Wszyscy się zgadzają, że trzeba od tego odejść. Ale dopóki pierwsza duża instytucja nie zbankrutuje w uporządkowany sposób, dopóty nie będziemy wiedzieli, że się od tego odeszło.

Podsumowując, radzę zwiększyć odporność na popularne antykapitalistyczne tezy i slogany bez względu na to, czy ich autor ma tytuł profesora, czy nie ma. Nawiasem mówiąc, w naukach społecznych nie należy traktować tytułów naukowych jako gwarancji wysokiej jakości wypowiedzi. Radzę przyjąć takie założenie i nie padać na klęczki przed twierdzeniami ludzi, którzy mają tytuły naukowe z nauk społecznych. Taką samą postawę radzę przyjąć wobec osób, które wypowiadają się na tematy gospodarcze, a mają tytuły naukowe z innych nauk. Tym uważniej trzeba patrzeć na treść ich wypowiedzi i pytać, czy to jest paszkwil, czy to jest utwór, którego tezy wynikają z dowodów empirycznych.

Potrzeba 
obywatelskiej kontroli

Na koniec powiem coś o Polsce. Odporność na antykapitalistyczną demagogię jest bardzo ważna. Bo w demokracji politycy ostatecznie postępują wedle wypadkowej sił. Mamy wszędzie i zawsze naciski etatystyczne typu „daj więcej pieniędzy, regulacji" itd. Jeżeli te naciski dominują, to prędzej czy później każda ekipa polityczna się ugnie. Bo ci, którzy z zasady są przeciwni takim naciskom, odejdą, a pozostaną ci, którzy się ugną. Dlatego nie sposób przecenić znaczenia budowy w społeczeństwie obywatelskiej przeciwwagi dla etatystycznego populizmu. Chodzi o organizacje, które w sposób profesjonalny i systematyczny śledzą sytuację gospodarczą, propozycje polityków i przekazują społeczeństwu swoje rzetelne i merytoryczne opinie. To jest ostateczne zabezpieczenie przed złą polityką gospodarczą, która zawsze kończy się niedobrze – jeżeli nie ma takich obywatelskich hamulców.

Polska przez ostatnie 25 lat osiągnęła dużo w porównaniu z innymi krajami dawnego socjalizmu. Ale jesteśmy trochę więcej niż w połowie drogi, jeśli chodzi o doganianie Zachodu. W przeliczeniu na mieszkańca osiągnęliśmy ok. 60 proc. przeciętnego dochodu unijnego. Nie sądzę, byśmy chcieli zastygnąć w tym punkcie. Szczególnie wobec konieczności rozwoju gospodarki – głównej podstawy wzmacniania naszego bezpieczeństwa. Nie mówię tego z jakichkolwiek przyczyn osobistych. Jeżeli państwo jesteście w stanie wnieść jakikolwiek wkład we wzmacnianie antyetatystycznej części społeczeństwa obywatelskiego, zróbcie to. To jest najważniejsze w ostatecznym rachunku zabezpieczenie przed kryzysem czy przed stagnacją. To jest w ostatecznym rachunku najważniejsze działanie na rzecz tego, aby Polska nie ugrzęzła w pół drogi.

Wykład wygłoszony 22 kwietnia br. na gali z okazji publikacji Listy 500 oraz wręczenia Orłów „Rzeczpospolitej" .

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Tags: balcerowicz, banki, bankructwo, gospodarka, polska, postęp
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author