clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Kobiety tresują mężczyzn, jak Pawłow ćwiczył swoje psy.



Vilar pisze, że kobiety wcale nie są tak nieszczęśliwe, niewinne i wiecznie poszkodowane. Że często używają swoich wdzięków do omotania mężczyzn w celach przede wszystkim materialnych: "Kobiety tresują mężczyzn, jak Pawłow ćwiczył swoje psy. W nagrodę za pracę mężczyźni otrzymują możliwość czasowego korzystania z kobiecej waginy. Kobiety wymuszają na mężczyznach, żeby za nie pracowali, myśleli, ponosili odpowiedzialność. Wyzyskują mężczyzn. Lecz oni są silni, inteligentni i mają wyobraźnię, natomiast kobiety są słabe, głupie i bez wyobraźni. Dlaczego w takim razie to one wyzyskują mężczyzn, a nie odwrotnie?".

"Czym jest mężczyzna? Mężczyzna jest człowiekiem, który pracuje. Pracą żywi siebie, swoją żonę i potomstwo swojej żony. Kobieta natomiast jest człowiekiem, który nie pracuje (lub pracuje tylko do pewnego stopnia). Przez większą część życia nie zapewnia bytu ani sobie, ani swojemu potomstwu, nie mówiąc już o mężu. Ponieważ kobietom zależy zawsze tylko na pieniądzach mężczyzn, a mężczyznom zawsze tylko na wyglądzie kobiet, te cieszące się największym w ich środowisku wzięciem biorą sobie zawsze tych najlepiej zarabiających. Kobieta ma wybór i to przesądza o jej nieskończonej wyższości nad mężczyzną: każda może wybierać między formą bytu właściwą mężczyźnie a bezmyślną wegetacją luksusowego pasożyta - i gros kobiet wybiera dla siebie to drugie. Mężczyzna wyboru nie ma" ("Tresowany mężczyzna", 1970).


Esther Vilar: To my wyzyskujemy mężczyzn

...

Iza Michalewicz 2014-02-08, ostatnia aktualizacja 2014-02-07 18:38:52

Tylko te kobiety, które nie czerpią przyjemności ze związków z mężczyznami, mogą decydować się na małżeństwo

Niewysoka. Włosy siwe, gęste, do ramion. Bystre spojrzenie, w którym czai się nieufność do ludzi. Esther Vilar jest tajemnicą. I najmniej lubi mówić o sobie. Jej historię będę lepiła z niedomówień, szczątków informacji i tego, co sama chciała mi powiedzieć. A chciała nie za wiele. Jej życiorys jest losem człowieka bez ojczyzny i bez korzeni. Kobiety, która w jedną noc z nikomu nieznanej pisarki stała się wrogiem wszystkich feministek na świecie. - Moje życie było wtedy bardzo, ale to bardzo niemiłe - powie. - Swoją odwagę nazwałabym dziś raczej brakiem wyobraźni. Nigdy nie mogłabym bowiem wyobrazić sobie izolacji, w której się znalazłam. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dzisiaj, prawdopodobnie nigdy nie napisałabym "Tresowanego mężczyzny".

Możliwość korzystania z waginy

Jest rok 1969. Esther Margareta Katzen nie nazywa się jeszcze Vilar (powie mi po latach, że przyjęła to nazwisko po jednym ze swoich dziadków). Wspólnie z ówczesnym mężem (pobrali się w 1961 roku), mało znanym niemieckim pisarzem Klausem Wagnem (prawdziwe nazwisko Wagner), i amerykańskim mecenasem Charlesem Caannem zakładają w Monachium wydawnictwo Caann, które wydaje ich powieści, eseje i dramaty. Bez większych sukcesów.

W 2011 roku w wywiadzie dla Evelin i Carstena Frerków z portalu Humanistische Pressedienst, który pokazuje humanistów, agnostyków (Vilar uważa się za agnostyczkę), ateistów i wolnomyślicieli z całego świata, pisarka powie: - Najpierw pisałam po hiszpańsku. Ale w żaden sposób nie mogłam znaleźć wydawcy. Wysyłałam rękopisy do Argentyny, lecz wszystkie pozostały bez odpowiedzi. Dopiero kiedy wyszłam za mąż i dostałam niemieckie obywatelstwo, wiele spraw stało się łatwiejszych.

Esther Katzen zmienia nazwisko na Vilar. Jej małżeństwo z Wagnem potrwa niemal 15 lat.

Pod wpływem amerykańskiej wyzwolonej literatury kobiecej, będąc w Nowym Jorku, napisze esej pod przewrotnym tytułem "Tresowany mężczyzna". Przyzna, że temat dojrzewał w niej niemal dziesięć lat. Książkę odrzucają wszystkie wydawnictwa, bo lata 70. to czasy wojującego feminizmu. W końcu przyjmuje ją Bertelsmann.

"Der Spiegel" ogłasza: "Książka wydaje się raczej felietonem niż zaangażowaną kobiecą literaturą".

W każdym razie na pewno jest pamfletem na ówczesną retorykę ruchu Women's Liberation, na którego temat swego czasu Stanisław Lem ironizował: "W oświadczeniach przywódczyń tego ruchu można już wyczytać rzeczy dość szalone, chociaż jeszcze na razie nie domagają się, by w myśl pełnej demokracji mężczyźni też zachodzili w ciążę i doznawali boleści porodowych".

Vilar pisze, że kobiety wcale nie są tak nieszczęśliwe, niewinne i wiecznie poszkodowane. Że często używają swoich wdzięków do omotania mężczyzn w celach przede wszystkim materialnych: "Kobiety tresują mężczyzn, jak Pawłow ćwiczył swoje psy. W nagrodę za pracę mężczyźni otrzymują możliwość czasowego korzystania z kobiecej waginy. Kobiety wymuszają na mężczyznach, żeby za nie pracowali, myśleli, ponosili odpowiedzialność. Wyzyskują mężczyzn. Lecz oni są silni, inteligentni i mają wyobraźnię, natomiast kobiety są słabe, głupie i bez wyobraźni. Dlaczego w takim razie to one wyzyskują mężczyzn, a nie odwrotnie?".

I dalej:

"Czym jest mężczyzna? Mężczyzna jest człowiekiem, który pracuje. Pracą żywi siebie, swoją żonę i potomstwo swojej żony. Kobieta natomiast jest człowiekiem, który nie pracuje (lub pracuje tylko do pewnego stopnia). Przez większą część życia nie zapewnia bytu ani sobie, ani swojemu potomstwu, nie mówiąc już o mężu. Ponieważ kobietom zależy zawsze tylko na pieniądzach mężczyzn, a mężczyznom zawsze tylko na wyglądzie kobiet, te cieszące się największym w ich środowisku wzięciem biorą sobie zawsze tych najlepiej zarabiających. Kobieta ma wybór i to przesądza o jej nieskończonej wyższości nad mężczyzną: każda może wybierać między formą bytu właściwą mężczyźnie a bezmyślną wegetacją luksusowego pasożyta - i gros kobiet wybiera dla siebie to drugie. Mężczyzna wyboru nie ma" ("Tresowany mężczyzna", 1970).

- Napisałam tę książkę dla mężczyzn - mówi dziś Vilar. - Bo w całej tej dyskusji o prawach kobiet mężczyźni w ogóle nie byli dopuszczani do głosu. Wszyscy o nich zapomnieli. W końcu musiała pojawić się jakaś kobieta, która skrytykuje zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

Celebrytka

Początkowo ten dziarski pamflet spotka się z bardzo skromną reakcją krytyki ("Frankfurten Rundschau" nazwie książkę "imprezową tandetą emigrantki"). "Tresowany mężczyzna" na krótko więc wyląduje na jednym z ostatnich miejsc listy bestsellerów.

Esther Vilar: - Najpierw książka sprzedawała się kiepsko. Bertelsmann nie robił żadnej reklamy. Aż do czasu telewizyjnego programu, do którego zaproszono Germaine Greer, a ta w ostatniej chwili odmówiła. Więc zaproszono mnie. I tak to się zaczęło.

Był to znany wówczas w krajach niemieckojęzycznych program Dietmara Schönherrsa "Zażycz sobie...". A Germaine Greer, najbardziej znana australijska feministka, pisarka i dziennikarka, miała już na swoim koncie książkę "Kobiecy eunuch", która szybko stała się międzynarodowym bestsellerem. I znając specyfikę mediów, wiedziała, że będą ją chciały wykorzystać. Nie uniknęła tego Vilar. Peter Behle, reżyser telewizyjny, usłyszał ją któregoś razu dyskutującą w nocnym programie zachodnioniemieckiego radia WDR i zaproponował jako "antysufrażystkę" w ramach telewizyjnego żartu właśnie w "Zażycz sobie ".

„Der Spiegel”: „Z wrodzoną sobie lekkością, ale i siłą przebicia autorka przekonywała do siebie aforyzmami o » bezsilnych” facetach i » głupiutkich «kobietkach całą niemiecką telenację i dokonała przełomu w swojej karierze”.

Vilar: - Przyszłam, podyskutowałam i poszłam. A następnego dnia książka już była bestsellerem. Zasnęłam więc któregoś wieczoru jako nieznany człowiek, a następnego dnia na ulicy rozpoznawał mnie już każdy. Co czułam? Byłam kompletnie skołowana. Parę miesięcy trwało, zanim się do tego przyzwyczaiłam.

"Der Spiegel" odtrąbił, że sukces Vilar jest chyba najbardziej spektakularny na przestrzeni ostatnich lat. Po programie sprzedaż książki poszybowała z 30 tys. na 220 tys., a wydawnictwo podniosło cenę. Dziś "Tresowany mężczyzna" to ponad milion sprzedanych egzemplarzy.

Vilar: - Odniosłam nieprawdopodobny sukces, którego sama się nie spodziewałam. Nie musiałam już robić nic innego, ponieważ zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zostać pisarką.
Zgniłe jaja

- Nazywano panią seksistką i faszystką, a feministki obrzuciły panią za tę książkę zgniłymi jajami - mówię, a Vilar się uśmiecha.

- Wszystko robiły - wspomina. - Zniszczyły biuro mojego wydawnictwa w Norwegii, wybijając w nim szyby. A szyby w moim domu w Niemczech zamalowały trupimi czaszkami. W bibliotece w Monachium cztery młode kobiety zawlokły mnie do toalety i tam ciężko, do krwi pobiły. Jak miałam gdzieś odczyty czy spotkania autorskie, zawsze była przy tym policja. Miałam wtedy małego synka - Martina [z małżeństwa z Klausem Wagnem]. I po kolejnym napadzie na mój dom w Monachium w ciągu jednego dnia zdecydowałam o porzuceniu Niemiec i przeprowadzce do Szwajcarii, bałam się, że rzeczywiście wydarzy się coś strasznego. Potem już nigdy nie mieszkałam w Niemczech. Ale w Szwajcarii, a potem w Hiszpanii, gdzie wyemigrowałam, też były kłopoty. W Anglii zorganizowano nawet manifestacje przeciwko książce. A przecież to była książka przede wszystkim dla kobiet, a nie przeciwko nim. Uważam, że stać nas na samokrytykę i umiemy się z siebie śmiać.

Jest rok 1975. W tym samym czasie prasa hiszpańska wybiera ją - obok Andrieja Sacharowa - na osobowość roku. "Tresowany mężczyzna" będzie przetłumaczony na kilka języków, także w USA. Ale Bertelsmann jako wydawca nie dostanie z tego nic - zagraniczne prawa autorskie zachowają Esther i jej były już mąż Klaus.

- Moje małżeństwo wprawdzie się rozpadło, ale nie z powodu tej książki. Po prostu było pomyłką - mówi Vilar.

Tango w Buenos Aires

22 października 2006 roku Vilar udziela wywiadu argentyńskiej dziennikarce "La Nation" Juanie Libedinsky. Mówi: - Argentyna jest jedynym krajem, w którym moje sztuki nigdy nie zostały wystawione. Ale dobrze, w kraju pochodzenia zawsze jest trudniej.

Argentyna zresztą była jednym z ostatnich krajów, które kupiły prawa do "Tresowanego mężczyzny".

W 2003 roku pisze komedię „Tancerz tanga”, której bohaterami są Juan, Evita i Isabelita Perón. W przedmowie do sztuki wyjaśnia bez ogródek: „W » komedii «tej manipulacjom podlegały jedynie chronologia zdarzeń i rysunek postaci.

Wszystkie, jakkolwiek niewiarygodnie brzmiące elementy, jak:

- uwielbienie Peróna dla Hitlera,

- jego kolekcja nieletnich kochanek,

- burdel z uczennicami założony po śmierci Evity w jego prywatnej rezydencji,

- oskarżenie go o morderstwo,

- jego ekskomunika,

- zabalsamowane, wszędzie wożone zwłoki Evity, które miały być wymienione na zwłoki zamordowanego prezydenta Aramburu,

- nieudolne próby tancerki z klubu nocnego i późniejszej prezydent Isabelity zostania drugą Evitą,

- jej publiczne napady płaczu,

- uważający się za wcielenie Rasputina astrolog López Rega, były ochroniarz Peróna, który w końcu dzięki słabości Isabelity awansował na dyktatora Argentyny,

są prawdziwymi składnikami smutnej historii mojej ojczyzny".
Argentyna przez całe życie będzie kojarzyła jej się z biedą i wykluczeniem.

Esther Vilar przyszła na świat w Buenos Aires 16 września 1935 roku. - Urodziłam się w Argentynie, ponieważ w latach 30., po dojściu Hitlera do władzy, moi rodzice wyemigrowali z Niemiec ze strachu przed Zagładą - mówi. - Mama była Niemką, podobnie jak ojciec, ale on miał żydowskie korzenie. Ojciec był skrzypkiem. Jeszcze w Niemczech grał na żywo w kinie do niemych filmów. W Buenos Aires pracował już jednak w biurze. Zarządzał dużym majątkiem.

Vilar ojca wspomina niechętnie. Prawie go nie znała. Zostawił ją, jej matkę i siostrę niedługo po przyjeździe do Argentyny. Odszedł, kiedy miała trzy lata. Na pytanie, czy spotkali się jeszcze i jakie były jego dalsze losy, odpowiada nie bez ironii: "Musiałabym zapytać go o zdanie, ale problem w tym, że już nie żyje".

Matka Esther, Ana Schindler, pracowała w fabryce od 14. roku życia. Była też sprzedawczynią w cukierni, a nawet próbowała pisać książki dla dzieci. W Argentynie zatrudniła się biurze, ale po odejściu męża ledwo wiązała koniec z końcem.

- Byłyśmy z mamą bardzo biedne - wspomina pisarka. - Mieszkałyśmy w jednym pokoju, bez kuchni, bez łazienki. I deszcz padał nam do środka. Jak padało, rozstawiałyśmy wiadra na cieknącą z sufitu wodę. Moja siostra umarła na zapalenie woreczka żółciowego. Jedynym kontaktem z kulturą było dla mnie wówczas czytanie książek w pociągu, w drodze na uczelnię. Połknęłam wtedy całego Szekspira, O'Neilla, Brechta, Nestroya. W ten sposób odkryłam w sobie potrzebę pisania sztuk teatralnych, choć nigdy nie chodziłam do teatru, bo nie było mnie na to stać. Pierwszy raz byłam w teatrze, kiedy wystawiano moją sztukę. Fatalnie wyreżyserowaną.

Sztuka nosiła tytuł "Helmer in Puppenheim" ("Helmer w domu lalki") i była antytezą Ibsenowskiej "Nory".

Esther Vilar: - Napisałam ją z punktu widzenia męża Nory, który cieszył się, że stracił pracę, bo miał czas dla dziecka. Potem pokazano ją w Niemczech, w Bonn, i już była o wiele lepiej zrobiona.

W Buenos Aires Vilar przeczyta "Pamiętnik z okresu dojrzewania" i zachwyci się Gombrowiczem.

Na przeciekającym poddaszu będzie mieszkała z matką aż do ukończenia 19 lat. Wtedy Ana Schindler kupi na raty maleńki dom. W lepszych warunkach pomieszkają razem zaledwie przez dwa lata.

Niedługo potem Esther skończy studia medyczne i wyjedzie na stypendium do Monachium. Na pytanie, czy tęskni za Argentyną, odpowie po latach: - Nie. Może tylko wtedy, kiedy słyszę tango.

Brandauer

W Monachium Vilar przez rok będzie pracowała w szpitalu.

- Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam o tym, żeby zostać lekarzem. I to marzenie się spełniło - wspomina. - Nigdy nie skończyłam żadnej specjalizacji. Poszłam do pracy jako asystentka lekarza. Wtedy też zaczęłam pisać. Pół dnia spędzałam w szpitalu, a drugie pół na pisaniu.

Z Buenos Aires na stałe przyjeżdża do Niemiec matka Vilar. Pomaga jej w wychowaniu syna. I nie opuszcza już kraju aż do śmierci w 2010 roku.

- Mama zawsze czytała wszystko, co napisałam, i bywała na premierach moich sztuk teatralnych - opowiada pisarka. - To jej się we mnie chyba najbardziej podobało. Nigdy się na mnie nie skarżyła. Dzisiaj myślę, że dzięki temu i ja byłam dobrą matką dla swojego syna. Miałam bardzo dobrą mamę, a to przechodzi dalej.

Martin Wagner, syn Esther, jest dziś pisarzem i reżyserem filmowym. Mieszka niedaleko matki, w Londynie. Ma troje dzieci. Po latach przetłumaczy na język angielski jej dramat "Speer", który będzie miał swoją anglojęzyczną premierę w London Almeida Theater w 1999 roku. Wystawi go i główną rolę w nim zagra Klaus Maria Brandauer. Zresztą z wybitnym aktorem pisarka przyjaźni się od dziesięciu lat.

- "Speera" napisałam dla niego. Najpierw zagrał go w Berlinie, a potem w Londynie. Albert Speer, główny architekt Hitlera, był jednym z nielicznych wysokiej rangi nazistów wspaniale wykształconych i kulturalnych. Wyglądał jak dżentelmen, a tymczasem rozkazywał innym robić najgorsze z możliwych rzeczy. Chciał na nowo zbudować Berlin, wyburzając centrum miasta. Miał plany na stolicę świata - Germanię. Piękniejszą i większą od Paryża. Żeby je zrealizować, nadzorował wysiedlenie z miasta 23 tys. Żydów, których mieszkania były potrzebne, by przesiedlić berlińczyków z wyburzanych domów. W mojej sztuce po 20 latach odsiadki w więzieniu Speer wraca do Niemiec. Zapraszają go do NRD i proszą o uratowanie kraju przed upadłym socjalizmem. On wraca więc do swoich niemieckich planów i wtedy dowiaduje się, że to był tylko trik, by sprawdzić, czy więzienie go w jakikolwiek sposób zmieniło. Okazuje się, że pozostał takim samym złym człowiekiem, jakim był.

Próby do spektaklu zaszczyca swoją obecnością Elżbieta II. Vilar zostaje królowej przedstawiona i składa przed nią ceremonialny ukłon.

"Speer" to jedna z niewielu sztuk niewystawionych jeszcze w Polsce. I kolejna, której bohaterem jest jakaś postać historyczna. W tym roku Teatr Narodowy w Oslo pokaże sztukę Vilar zatytułowaną "Pan i pani Nobel" o niezwykłej miłości Berthy von Suttner, znanej działaczki na rzecz pokoju, i wynalazcy dynamitu Alfreda Nobla. W sztuce znów zagra Brandauer. Kiedy pytam Vilar, dlaczego daje drugie życie bohaterom non fiction, pisarka chwilę się zastanawia.

- Dlaczego? Może dlatego, że nie mam ojczyzny. Często jeździłam po świecie, mam niewiele stałych rzeczy w swoim życiu. I jeżeli przytrzymam się takiej historycznej postaci, to wtedy czuję, że mam jakąś bazę, podstawę. Mówię kilkoma językami i uczyłam się różnych zawodów [była m.in. sprzedawczynią, sekretarką, pracowała w fabryce termometrów przy taśmie montażowej]. Przeżyłam tyle szaleństwa i zmian, że zawsze byłam trochę outsiderem. Ale myślę, że niewiele zmieniłam się w ciągu całego życia. O czymkolwiek bym pisała, głównym tematem zawsze pozostaje dla mnie wolność.
Matematyka miłości

Często powtarzane przez media zdanie Vilar: "Nie zerwałam z mężczyznami, tylko z małżeństwem jako instytucją", stanie się faktem - pisarka nigdy więcej nie wyjdzie za mąż. Mężczyzn jednak uwielbia. Napisze: "Im bardziej się kocha mężczyzn, tym bardziej niebezpieczne staje się wychodzenie za mąż. Tylko te kobiety, które nie czerpią przyjemności ze związków z mężczyznami, mogą decydować się na małżeństwo" ("Królowa i Szekspir").

O swoim synu Vilar powie w jednym z wywiadów: - Jest żonaty. Dla mnie to niemoralne z różnych punktów widzenia. Przede wszystkim to jest brak elegancji. Podpisywanie kontraktu z kimś, kogo się kocha, jest trochę dziwne, nieprawdaż? A do tego jeszcze impreza dla osób trzecich. Chciałabym społeczeństwa bez małżeństw. Ale mój problem leży nie tyle w samym małżeństwie, ile w tych, którzy widzą je jako obowiązek albo chwilową modę.

- Ile razy była pani w życiu zakochana? - pytam.

- Och! Często.

- Co mężczyzna musi zrobić, żeby zdobyć pani serce?

- Mieć poczucie humoru. To wystarczy.

- Ale bardziej chyba ceni pani rozum.

- Jak ktoś ma humor, to ma i rozum.

W dramacie "Królowa i Szekspir" stojąca w obliczu śmierci Elżbieta I mówi do arcybiskupa Whitgifta: "Wracając do mojej cnotliwości Kilka dni temu znowu miałam problemy z zaśnięciem. I proszę sobie wyobrazić, zastosowałam pańską radę. To znaczy nie całkiem. Zamiast owieczek liczyłam moich byłych kochanków. Chciałam tylko, żeby pan wiedział, że jeżeli o to chodzi, to mogę umrzeć z czystym sumieniem. Nie przepuściłam żadnej okazji. Mężczyźni. Myślę, że to jedyne, co mnie oprócz władzy tak naprawdę interesowało. Na pewno 90 procent wolnego czasu spędziłam, myśląc o mężczyznach: o tym aktualnym, o tym, którego zostawiłam, i o tym następnym w kolejce".

Tłumacz Robert Stiller nazywa Vilar "najmądrzejszą kobietą na świecie", podkreślając, że niemiecko-argentyńska pisarka słusznie wytknęła feministkom spod znaku Women's Liberation podstawowy błąd, jaki robią, wmawiając sobie i światu, że kobieta i mężczyzna to wrogowie, a mężczyźni są potworami czyhającymi tylko na moment, by wykorzystać i zniszczyć kobietę. Tymczasem Vilar uświadamia - mówi Stiller - że kobiety również do perfekcji opanowały sztukę wyzyskiwania mężczyzn, co jest zgubne dla obu stron. I zdrowym rozwiązaniem może być tylko współpraca obu płci w swoim człowieczeństwie.

W jej sztukach kobiety są Bogiem ("Anielska edukacja") albo obejmują urząd papieski (słynna "Amerykańska papieżyca"). Ale też toczą między sobą wojnę o jednego mężczyznę ("Zazdrość"), wysyłając do siebie faksy. Vilar obserwuje ludzką naturę zarówno kobiecym, jak i męskim okiem. I to stanowi o sile jej przekazu.

- Jak wszyscy biegną w jedną stronę, to ja zawsze patrzę, czy czegoś nie zostawili za sobą - mówi przekornie.

Miłość rozumiana jako wolność jest tematem wielu jej sztuk, chociaż - jak próbuje mnie przekonać - "moje książki mają niewiele wspólnego z moimi osobistymi doświadczeniami".

Na pytanie, czy jej życie prywatne odbija się w jej twórczości, odpowiada jak zwykle wymijająco:

- Obserwuję i opisuję to, co widzę. Napisałam wiele esejów, cztery powieści i 16 sztuk teatralnych. Tam o mnie jest niewiele. Może kiedyś napiszę wspomnienia.

Jaki jest sposób na mężczyznę według Esther Vilar? W "Matematyce Niny Gluckstein" główna bohaterka, przeciętnej urody, niczym się niewyróżniająca, rozkochuje w sobie sławnego kompozytora i śpiewaka tang. Jej sposobem na podtrzymanie namiętności jest wstrzemięźliwość w kontaktach: Nina nie wisi na szyi ukochanego jak kamień, często wyjeżdża, trzyma na wodzy swoje emocje, nie okazując zazdrości. Rozgrywa tę miłość, zachowując dystans, który sprawia, że jest dla mężczyzny atrakcyjna i tajemnicza.

- To przypomina rady ze słynnego poradnika Sherry Argov "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" - mówię pisarce. Jest zaskoczona.

- Bo mężczyzny nie można zdobywać na kolanach. Na jeden dzień może tak, ale na całe życie nie - mówi. - Sposoby Niny Gluckstein to tylko teorie, ekstremalnie opisane, i często niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Ale sądzę, że jeśli kobieta za bardzo rzuca się na mężczyznę, to wtedy on ucieka. Oczywiście w życiu nie jest tak łatwo jak w teatrze i nie zawsze można to przekładać. Znam kobiety, które wypróbowują ten sposób i mówią, że działa. Myślę jednak, że taka emocjonalna wstrzemięźliwość udaje się tylko tym kobietom, które naprawdę nie kochają.
Mężczyzna, który się śmieje

- Zdarzyło się pani na lotnisku czy dworcu zobaczyć, że ktoś czyta pani książkę?

Vilar: - Raz. Wracałam z Argentyny do Europy. Przede mną siedział facet i czytał "Tresowanego mężczyznę". To był nocny lot, a on w środku nocy czytał i się śmiał. To było wspaniałe uczucie.

Esther Vilar przyjechała do Warszawy na zaproszenie z okazji Europejskiego Roku Obywateli, międzynarodowego programu Unii Europejskiej.



Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,15410791,Esther_Vilar__To_my_wyzyskujemy_mezczyzn.html?piano_t=1
Tags: literatura
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author