clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Wrażenia polskiego Greka w Polsce

Filipos Simeonidis w swojej restauracji

Filipos Simeonidis w swojej restauracji (fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

Byłem na kilku polskich weselach i na każdym tańczono zorbę. Myślałem, że to tak specjalnie "pode mnie"
Filipos Simeonidis, właściciel  restauracji El Greco w Gdyni, się urodził w Gdyni, tu chodził do szkoły. Mówi, że w Polsce czuje się Grekiem, w Grecji Polakiem. Kultywuje rodzinne tradycje, promuje grecki styl życia. Ma żonę Polkę i dwie córki - obie świetnie mówią po grecku.

Aleksandra Kozłowska: Był pan kiedyś na polskim weselu? Wie pan, że podczas takiej imprezy tańczy się zorbę?

Filipos Simeonidis: Tak, wiem. Byłem na kilku polskich weselach i na każdym tańczono zorbę. Myślałem, że to tak specjalnie "pode mnie" (śmiech). Teraz wiem, że po prostu zaadoptowaliście na polski grunt grecki taniec. Naprawdę nazywa się on sirtaki, czyli "szurany". W Polsce stał się znany dzięki słynnemu filmowi "Grek Zorba", stąd ta nazwa.


"Zorba" - uwielbiam ten film i książkę, na podstawie której powstał. Oglądałem go z dziesięć razy. Alexis to prawdziwy król życia. Anthony Quinn, choć nie był Grekiem, zagrał go fantastycznie, oddał prawdziwy grecki temperament. Ale to w końcu też południowiec, miał korzenie meksykańskie.

Prawdziwy grecki temperament - na czym on polega?

- To taniec, radość życia. Grecy od starożytności byli hedonistami, cenili sobie wszelkie przyjemności. Tak jest do dziś. Nasza kultura to czerpanie radości ze wszystkiego wokół: z jedzenia, ze spotkań z ludźmi, zwykłych, codziennych zdarzeń. Wstaję rano, no, powiedzmy, że rano, bo o 10, co jest bardzo dobrą porą na rozpoczęcie dnia, widzę słońce i wystarczy... Wiele więcej do szczęścia nie potrzebuję.

To w Polsce chyba się pan trochę męczy. Docenianie drobnych przyjemności nie leży w naszym charakterze, a nawet i tego słońca, którego - tak jak o tej porze - brakuje.

- To prawda, słońca brakuje. Ale można je sobie zastąpić kominkiem. Rozpalam ogień, siądę przy nim z kubkiem mocnej kawy i jest prawie jak latem. Stara recepta: wino, kobiety i śpiew, też się zawsze sprawdza (śmiech). Ale Polacy się zmieniają. Zaczęli doceniać dobrą kuchnię, długie biesiadowanie. Oczywiście mało kto ma na to czas w ciągu tygodnia, ale w weekend już tak. Zwłaszcza latem - grille potraficie przeciągać i do ośmiu godzin. My też celebrujemy posiłki, wspólne bycie razem, rozmowy. Uwielbiamy odwieczne tematy: polityka, kobiety, sport.

To podobnie jak my.

- Tak. Ale jest jedna różnica: Polacy znają się nie tylko na polityce i sporcie, tu każdy jest też lekarzem. Uwielbiacie rozprawiać o chorobach i sposobach ich leczenia. U nas to nie przejdzie. W większości krajów, gdy mówisz: "Cześć. Co słychać?", słyszysz: "Dobrze, w porządku". A w Polsce czasem strach się odezwać, bo zaraz się dowiesz, że lumbago, że operacja albo ząb boli... Nie po to przecież zagajam rozmowę, żeby zakładać kartę pacjenta. Nie umiem powiedzieć, skąd się bierze to malkontenctwo. Tak samo jak nie wiem, skąd się bierze nietolerancja.

Spotyka się pan z nietolerancją?

- Osobiście bardzo rzadko mnie dotyka. Jeśli już się zdarzało, to w okresie burz i rewolucji, jak w latach 70., gdy wybuchły strajki. Wtedy słyszałem czasem komentarze w rodzaju: "O, Grecy przyjechali, pracę zabierają". Ale tak jest wszędzie, gdy pojawi się dołek ekonomiczny. Poza takimi jednostkowymi przypadkami nigdy nie doświadczyłem w Polsce agresji. Wręcz przeciwnie - obcokrajowiec tylko dlatego, że jest właśnie obcokrajowcem, już na starcie ma u was plusy. Jesteście ludźmi niezwykle gościnnymi i otwartymi. Szkoda, że nie zawsze dotyczy to niepełnosprawnych. Te świąteczne dekoracje w oknach El Greco to prace dzieci upośledzonych umysłowo. Robią je na warsztatach plastycznych. Co roku je kupuję, co roku też zapraszam te dzieciaki do nas na obiad, opowiadam o greckiej kuchni. Nieraz też pomogę pokroić mięso, wiadomo - niepełnosprawny człowiek potrzebuje pomocy. I widzę, jak część klientów dziwnie się im przygląda. Raz wybuchłem, naprawdę nie mogłem inaczej. Kelnerka, którą poprosiłem, żeby pomogła jednemu z dzieci, burknęła: "Ja się debilami nie umiem zajmować". Z miejsca ją zwolniłem, bez dyskusji.

Impulsywność to też cecha narodowa Greków. Tak jak umiłowanie tańca i przyjemności. Czy to nie ten hedonizm i beztroska doprowadziły Grecję do kryzysu?

- Za kryzys na pewno nie można winić całego narodu. To nie w porządku. Pamiętam "Kropkę nad i", w której gościem Moniki Olejnik był Grzegorz Kołodko. Rozmawiali właśnie wtedy, gdy wybuchł ten kryzys. Olejnik porównała go do sytuacji, kiedy sąsiad Grek ukradłby jej samochód. Mówiła tak, jakby wszyscy Grecy oszukiwali i kradli, a teraz sami sobie są winni. To nie było przyjemne.

A jednak wielu z nich nie płaciło podatków.

- To prawda. Ale to system na to pozwalał. Jeśli w prawie jest luka, która pozwala je obejść, kto z niej nie skorzysta? Jest w Grecji na przykład podatek od luksusu. Jeśli ktoś ma willę i basen, za ten basen płaci podatek. Ale tylko teoretycznie. W Atenach, gdzie jest 28 tys. basenów, podatki płacili za 800. Ludzie wykorzystywali przepis, który mówi, że jak basen czy dom nie jest skończony, podatku się nie płaci. Stąd te sterczące z dachów pręty zbrojeniowe i baseny przykryte folią. A przecież nie byli to biedni ludzie.

Były też inne oszustwa, jak choćby stawianie makiet drzew owocowych. Unia dała dofinansowanie, pieniądze się rozeszły, trzeba było udawać, że na sady. System szwankował od lat, a rząd nic z tym nie robił. W latach 90. za kupno bez paragonu fiskalnego karany był i klient, i sprzedawca. Wszyscy więc tego pilnowali. Ale potem przepis się rozmył.

Przy tym wszystkim Grecy pracują w Europie najwięcej godzin rocznie. Inni myślą, że tylko im sjesta w głowie. Ale w gorącym klimacie nie da się inaczej pracować, najbardziej upalne godziny trzeba przeczekać w chłodzie. Przecież nawet w Polsce, gdy latem było wyjątkowo gorąco, w radiu i telewizji przewijały się komunikaty, żeby w południe starsze czy chore osoby nie wychodziły z domu. A co dopiero w Grecji. Dlatego po sjeście pracujemy do godz. 21-22. Potem kąpiel, świeże ubranie i całą rodziną na obiad.

Grecy wyciągnęli z kryzysu nauczkę. Gdy ostatnio tam byłem, rzuciło mi się w oczy, jak oszczędzają, na przykład samorząd Aten zbiera od mieszkańców zamówienia na warzywa i kupuje je bezpośrednio u rolnika. Pomijając pośredników, oszczędza nawet do 40 proc. W hali targowej każdy dostawca ma teraz kasę fiskalną, ludzie znów nie chcą odejść bez paragonu.

Pan przeżył kryzys również w Polsce, w latach 80.

- Tak. Mieszkam w Gdyni od urodzenia. Żona mówi na mnie "grecki Kaszub" (śmiech). Moi rodzice to powojenna grecka emigracja. Najpierw wyjechał tata. Był komunistą z przekonania, naprawdę wierzył w ten ustrój. Pod koniec II wojny partyzantka lewicowa wyzwoliła Grecję, pogoniła Włochów i Niemców do Albanii. Ale jednocześnie weszli Anglicy i Amerykanie, wprowadzili rząd tymczasowy i nie pozwolili na wolne wybory. Grecy to cholerycy, wybuchła więc wojna domowa. Wspierał ją Stalin, polskie statki dostarczały partyzantom radziecką broń. Ale wygrała prawica, komuniści trafiali do więzień albo od razu - wyrok śmierci. Mój ojciec dostał dwa wyroki. Zaczęła się więc masowa emigracja, wyjechało wtedy 300 tys. ludzi. Osiedlali się w krajach bloku wschodniego: w Czechosłowacji, NRD, na Węgrzech i w Polsce. Ojciec najpierw dwa lata był na Węgrzech, spawał mosty między Budą a Pesztem. W 1952 r. przyjechał do Polski. Potem ściągnął tu mamę. Ja urodziłem się w 1956 r.

Pana rodzice przyjechali z myślą, że osiądą tu na stałe?

- Nie. Zawsze myśleli, że to tylko tymczasowy pobyt. W każde Boże Narodzenie i Nowy Rok tata wznosił toast: "Kie tou chronu stin Ellada!" - "Żebyśmy w przyszłym roku byli w Grecji". Dlatego też wybrał mi takie studia, których dyplomu nie trzeba w Grecji nostryfikować. Wysłał mnie do Wyższej Szkoły Morskiej, ale wytrwałem tam tylko rok, potem znalazł mi Wydział Inżynierii Materiałowej w Koszalinie. Dowiedział się, że w Grecji jest na takich inżynierów wielkie zapotrzebowanie i byłbym tam milionerem. Ale w Koszalinie też długo nie byłem. Dopiero studia, które sam wybrałem, ukończyłem z sukcesem - transport morski na Uniwersytecie Gdańskim. Po nich dostałem pracę w Polskich Liniach Oceanicznych.

A tata nigdy do Grecji nie wrócił. Najpierw nie mógł - w kraju rządziła prawica, potem w latach 1967-74 junta "czarnych pułkowników". A gdy mógł już wracać, miał wielki żal do ojczyzny za te wyroki. I w końcu został w Polsce. Zmarł w 1983 r.

Jak oceniał "Solidarność", a potem stan wojenny? Do końca wierzył w komunizm?

- Zawsze był idealistą. Cierpiał, widząc wypaczenia systemu. Urodził się na biednej wyspie Andros. Miał ciężkie życie - jako najstarszy z rodzeństwa pracował, odkąd skończył dziewięć lat. Zaciągnął się na statek, został majtkiem: szczotka, woda i przygoda. W latach 30. znalazł się w USA. W Nowym Jorku marynarze z jego statku zastrajkowali, warunki mieli tragiczne - szczury, marne jedzenie. Armator się nie cackał, zgłosił sprawę do biura emigracyjnego i wszystkich zgarnęli do paki jako politycznych. Siedzieli, o ironio, prawie pod Statuą Wolności. Znalazł się jednak adwokat, który się za nimi opowiedział i wyciągnął ich z aresztu. Raz, kiedy mój tata chodził ulicami Nowego Jorku, zaczepił go mały chłopiec, mówiąc, że umiera z głodu. Tata oddał mu swoją koszulę i ostatniego dolara. W latach 70. ten dorosły już chłopiec odnalazł tatę przez Czerwony Krzyż, napisał, że dzięki tamtemu dolarowi przetrwał. Jego uniwersytetem były ulice Nowego Jorku, jakoś sobie poradził. Pisywali do siebie z tatą regularnie, nazywaliśmy go Wujek Jimi.

A jak wyglądało pana dzieciństwo?

- Choć urodziłem się w Gdyni, do szóstego roku życia mówiłem tylko po grecku. Była tu nas spora kolonia, w całym Trójmieście pewnie z tysiąc osób, w innych miastach też. Dostaliśmy małe mieszkanka w budynku PLO, łazienki i kuchnie były wspólne, żyło się niczym w komunie. Zanim poszedłem do szkoły, bawiłem się tylko z greckimi dziećmi. W polskiej szkole też nie byłem jedynym Grekiem, szybko się zaaklimatyzowałem, byłem nawet popularny, bo nikt inny nie miał wtedy na imię Filip (śmiech). Po lekcjach chodziłem jeszcze na popołudniowe zajęcia w greckiej podstawówce.

Żona mówi na pana "grecki Kaszub". A pan kim się czuje?

- W Polsce czuję się Grekiem, w Grecji Polakiem. Polska jest moją ojczyzną, ale jestem dumny z tego, że jestem Grekiem. Gdy w szkole uczyliśmy się o starożytności - Egipt, Babilon, Grecja - puchłem z dumy. Grecja to przecież korzenie europejskiej cywilizacji. Nawet słowo "Europa" pochodzi z greki, podobnie jak nazwa europejskiej waluty. Pielęgnuję więc swoje korzenie. Ożeniłem się z Polką, ale moje córki świetnie mówią też po grecku. Jedna skończyła nawet filologię grecką. Promuję tu grecki styl życia, a że Polacy uwielbiają naszą kulturę i dużo o niej wiedzą, chętnie ją przyjmują. Doceniają grecką kuchnię, a w mojej restauracji gotujemy faktycznie po grecku, zgodnie z naszymi przepisami, nie dostosowujemy ich do polskich gustów.

Jadł pan rybę "po grecku"?

- Tak. Moja żona ją pysznie przyrządza. Lubię ją, choć z Grecją nie ma nic wspólnego (śmiech). Podobnie jak śledź "po japońsku" z Japonią albo fasolka "po bretońsku" z Bretanią.

Co to znaczy, że w Grecji czuje się pan Polakiem?

- Po raz pierwszy byłem w Grecji, mając 20 lat, w 1976 r. Wtedy Polacy mieli tam złą markę: handlarze, złodzieje, cwaniaki. Tłumaczyłem znajomym, że nie wszyscy tacy są, że większość to uczciwi ludzie. Później były czasy posolidarnościowej emigracji. Też trudne dla waszego wizerunku. Polacy siedzieli w obozach przejściowych, nie pracując, czekali na wyjazd na Zachód. Opinia o Polakach zaczęła się poprawiać na początku lat 90., kiedy na zbiory pomarańczy i oliwek przyjeżdżali polscy studenci. Byli pracowici, weseli, otwarci. Gdy Polska weszła do Unii i 60 tys. Polaków przyjechało do nas do pracy, opinia ta jeszcze się utrwaliła. Ale największym ambasadorem Polski w Grecji był Kazimierz Górski, trener Panathinaikos AO i Olimpiakos SFP. Ma nawet swój pomnik w Atenach.

Pana ojciec całe życie marzył o powrocie do Grecji. A pan?

- Też był taki moment, gdy pierwszy raz zobaczyłem Grecję. Ale potem, gdy skończyłem tu studia i dostałem bardzo dobrą pracę w PLO - a wówczas Polskie Linie Oceaniczne były potęgą - coraz bardziej zakorzeniałem się w Polsce. Jednak myśl o powrocie wraca. Jeśli polski system emerytalny wytrzyma, chciałbym osiąść w Grecji właśnie na emeryturze. Spędzić resztę życia w słońcu.

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA


Tags: grecja, polska
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author