clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Do 60 proc. opłaty od cypryjskich depozytów? Wysoka cena oszczędzania

Wszystko wskazuje na to, że posiadacze depozytów w cypryjskich bankach będą się musieli pogodzić z konfiskatą części swoich oszczędności. To decyzja bez precedensu. Według najnowszych, sobotnich informacji, posiadacze stracą nawet do 60 proc. nadwyżki ponad 100 tys. euro.
Informacje o o obłożeniu opłatą do 60 proc. aktywów podał w sobotę przed południem przedstawiciele Bank of Cyprus. To największy bank na wyspie i ma on przejąć depozyty drugiego co do wielkości banku, likwidowanego Laiki Bank. Wcześniej spekulowano o niższym poziomie podatków. Wiadomo natomiast, że nie będą edukowane depozyty do 100 tys. euro. Taki jest bowiem europejski limit "bezpieczeństwa" gwarantowany przez rządy.


Liczenia, szacowanie, obciążanie

W zeszłym tygodniu cypryjski parlament odrzucił pomysł, by wszystkie depozyty złożone w cypryjskich bankach obłożyć konfiskatą lub, mówiąc łagodniej, specjalnym podatkiem wysokości od 6,75 proc. (dla małych wkładów) do 9,9 proc. (dla tych przekraczających 100 tys. euro). Wydawało się, że ten bezprecedensowy pomysł - podważający zaufanie do państwowych gwarancji depozytów nie tylko na Cyprze, ale i w całej Europie - już nie wróci. Jednak Cypryjczycy nie znaleźli innego pomysłu na zdobycie prawie 6 mld euro wkładu własnego w europejski plan ratowania wyspy i w weekend temat konfiskaty depozytów znów powrócił. Według dostępnych wcześniej informacji - nieoficjalnych - podatek miał wynieść 37,5 proc. od środków przekraczających 100 tys. euro (czyli powyżej poziomu państwowych gwarancji depozytów). Niektóre źródła podają jednak, że daninę zapłacą również posiadacze mniejszych lokat, mówi się o stawce 4 proc. (Cypryjczycy dogadali się z trojką w nocy z niedzieli na poniedziałek. Porozumienie zakłada, że lokaty powyżej 100 tys. euro z dwóch największych banków: Bank of Cyprus i Laiki Bank zostaną obciążone specjalną opłatą, w wysokości od 25 do 40 proc. Jej wysokość mają określić władze wyspy. Ten drugi bank zostanie zrestrukturyzowany i zlikwidowany. "Opłata" nie ma charakteru podatku, więc nie zostanie przegłosowana przez lokalny parlament).

Tego jeszcze w Europie nie było. Oczywiście w czasach wojennych i pod rządami dyktatur konfiskaty mienia - łącznie z zabieraniem oszczędności - bywały na porządku dziennym. Wystarczy wspomnieć choćby podatek, którym zostali obłożeni Żydzi wyjeżdżający w latach 30. zeszłego wieku z faszystowskich Niemiec. A i w Polsce historia notowała takie przypadki. Publicysta "Gazety Wyborczej" Witold Gadomski w jednym ze swoich zeszłotygodniowych komentarzy przypomniał, że w latach 80. rząd PRL zabrał z kont dewizowych pieniądze Polaków - ponad 1 mld dolarów. Zabrał nie tylko bez pytania, ale też w tajemnicy.

Jak rząd okradł Amerykanów ze złota

Rządy demokratyczne niezmiernie rzadko decydowały się w przeszłości na zabieranie pieniędzy posiadaczom depozytów. Niektórzy ekonomiści jako sytuację najbliższą obecnej "cypryjskiej tragedii" przywołują słynne rozporządzenie - nr 6102, wydane w kwietniu 1933 r. przez prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Aby ratować upadający budżet kraju, zarządził on, by wszyscy obywatele dostarczyli w ciągu miesiąca do oddziałów Banku Rezerw Federalnych całe posiadane złoto. Z dyrektywy wyłączone zostały tylko małe ilości monet (można było zachować do 5 uncji).

Amerykański rząd wymieniał złoto na dolary po kursie niecałe 21 ówczesnych dol. za uncję, przy czym kary za uchylanie się od uchylania się były drakońskie - 10 tys. dol. grzywny i więzienie. Tyle że wówczas nikt nie przeszukiwał domów ani nie blokował ludziom dostępu do skrzynek bankowych (tak jak dziś dzieje się na Cyprze). Zarządzeniu podporządkowało się niewielu obywateli, większość przetransferowało złoto m.in. do banków w Szwajcarii. Roosevelt zebrał od Amerykanów najwyżej kilkanaście procent złota, które było w ich posiadaniu, ale i tak okazało się, że była to zorganizowana grabież. Po kilku tygodniach cena złota na rynkach podskoczyła do 35 dol. za uncję, kto więc zamienił kruszec na dolary - stracił niemal połowę swoich pieniędzy.

Trochę to przypomina obecne wydarzenia na Cyprze, choć przecież mówimy o USA i historii sprzed, bagatela, 80 lat! A ile dziś w Europie kosztuje oszczędzanie? Podatek od salda na lokatach, taki jak obecnie próbuje się wprowadzić na Cyprze, od lat obowiązuje w Norwegii, choć oczywiście w dużo mniej drastycznej formie. Dotyczy on jedynie nadwyżki przekraczającej równowartość ok. 100 tys. euro w koronach norweskich, zaś stawka wynosi 1,1 proc.

Komu ile zabierają?

Większość krajów europejskich ogranicza się do opodatkowania zysków z inwestycji, w tym dochodów z lokat bankowych. Inna sprawa, że patrząc na wysokość tych podatków, można odnieść wrażenie, że posiadacze cypryjskich lokat wcale nie są w najgorszej sytuacji, nawet jeśli stracą 20 proc. swoich pieniędzy. Oni bowiem w przeszłości płacili znacznie niższe podatki od osiągniętych w bankach zysków niż mieszkańcy Europy Zachodniej, a na lokatach zarabiali znacznie lepiej niż oni. Jeszcze w zeszłym tygodniu za trzyletnią lokatę w euro Laiki Bank, jeden z dwóch dużych banków na Cyprze, płacił 5,5 proc. W bankach na zachodzie Europy podobne depozyty nie dają więcej niż 3 proc. w skali roku, zaś w polskich bankach trudno uzyskać więcej, niż 1,7-1,9 proc.

Wbrew pozorom, choć Cypr uchodzi za raj podatkowy, nie jest tak, że od zarobku na lokacie nie płaci się tam żadnego podatku. Jak wynika z poświęconego podatkom raportu firmy doradczej KPMG, na Cyprze od zysków z odsetek w zeszłym roku obywatele płacili 15 proc. podatku (niezależnie od tego, czy ów zysk z odsetek pochodził z kraju, czy z zagranicy). Preferencyjną stawką 3 proc. były objęte dochody z odsetek od obligacji oszczędnościowych i infrastrukturalnych emitowanych przez cypryjski rząd.

Na tle Europy, zwłaszcza zachodniej i północnej, są to jednak podatki bardzo niskie. Ile kosztuje oszczędzanie na Starym Kontynencie? Z danych KPMG wynika, że my, mieszkańcy Europy Środkowej, nie mamy co narzekać. W Polsce od zysków z lokat i innych dochodów kapitałowych płaci się ryczałtowo 19 proc. podatku. W Czechach jest to 15 proc., a na Węgrzech - od 16 do 20 proc. (w zależności od tego, jak wysoki był zarobek). Nieco mniej od nas płacą Rosjanie (13 proc.) i Ukraińcy (17 proc.). Ale już w krajach nadbałtyckich stawki podatku od zysków z kapitału dochodzą do 21-25 proc. (tak jest na Litwie i w Estonii).

Lepiej od nas mają mieszkańcy Bałkanów. W Chorwacji w ogóle nie płaci się podatku od zarobku na lokatach bankowych, zaś w pozostałych krajach nie przekracza on 10 proc. Ale tam niskie są też podatki dochodowe. W Europie Zachodniej i na północy tak dobrze posiadacze oszczędności już nie mają. W Niemczech i Austrii płacą 25 proc. od każdego zarobionego euro. W Hiszpanii podatek może wynieść nawet 27 proc. (dla dochodu przekraczającego 24 tys. euro), zaś we Francji - 34,5 proc. Względnie mało płaci się tylko we Włoszech i w Wielkiej Brytanii (18-20 proc.). Skandynawowie oddają 28-32 proc. podatku od zysków z kapitału, a w Danii podatek może sięgnąć aż 42 proc.

Ile oszczędności trzeba będzie skonfiskować Europejczykowi?

W sytuacji gdy większość krajów Europy Zachodniej podatek od zysków ma już mocno wyśrubowany, według niektórych ekonomistów tylko kwestią czasu jest zainteresowanie się polityków naszymi zaskórniakami zgromadzonymi w bankach.

Steen Jakobsen, główny ekonomista Saxo Banku (od dawna słynący z kontrowersyjnych wypowiedzi), mówi z rozbrajającą szczerością: - Podatek od oszczędności na Cyprze to dopiero początek. Celem polityki państwa jest maksymalizacja przychodów podatkowych; jest to logistycznie "łatwe" i "sprawiedliwe". Musimy utworzyć wart 2-3 bln fundusz bankowy, aby powstrzymać rozkład systemu bankowego. Oczywiście z podatku od oszczędności wynoszącego 20 proc. czy 30 proc. można by stworzyć ten fundusz poza finansami publicznymi.

Jakobsen przypomina, że w podobnym tonie wypowiedział się niedawno główny ekonomista Citigroup Willem Buiter w FT Alphaville. Napisał on: "Ratowanie państwa ze środków wierzycieli banków podnosi zdolność kredytową państwa cypryjskiego w porównaniu z alternatywą, w której rekapitalizacja banków miałaby wylądować na barkach sektora publicznego. Zdolność kredytowa państw Europy poprawi się, bo rynki dostrzegą, że większe jest prawdopodobieństwo ratowania państwa ze środków nieubezpieczonych wierzycieli banków niż ratowania nieubezpieczonych wierzycieli banków ze środków podatników".

Z przeprowadzonej w 2011 r. analizy Boston Consulting Group (BCG) wynika, że mieszkańcy Europy Zachodniej zgromadzili w sumie aż 18 bln euro oszczędności. BCG policzył nawet, jaki jednorazowy podatek od tego bogactwa powinni zapłacić mieszkańcy poszczególnych krajów, by ich zadłużenie spadło do rozsądnego poziomu. A za taki BCG uważa sytuację, w której zadłużenie państwa, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych nie przekracza 180 proc. PKB (czyli wartości wyprodukowanych w danym kraju dóbr i usług w skali roku).

Co wyszło z tych wyliczeń? Okazuje się, że aby zmniejszyć do rozsądnego poziomu zadłużenie Niemiec, ciułacze w tym kraju musieliby zapłacić 11 proc. jednorazowego podatku od swoich depozytów w bankach. Francuzi musieliby oddać już 19 proc., zaś Włosi - co czwarte zaoszczędzone euro. W Wielkiej Brytanii konfiskacie musiałoby podlegać 27 proc. oszczędności obywateli, zaś w Hiszpanii i Portugalii - ponad połowa. Średnia dla krajów strefy euro to 34 proc.

Po oddaniu na potrzeby spłaty długów co trzeciego zarobionego euro obywatele byliby ubożsi o 6,1 bln euro, ale za to ich zadłużenie, a także zadłużenie państwa spadłoby do bezpiecznego poziomu. To sporo - do stworzenia funduszu, który dokapitalizowałby banki, wystarczyłaby, jak twierdzi Jakobsen z Saxo Banku, połowa tej kwoty. Z wyliczeń BCG wynika też, że gdyby identyczną operację "przymusowego oddłużenia" zastosować w USA, to tamtejsi obywatele musieliby oddać co czwartego dolara ze swoich oszczędności, czyli w sumie 8,2 bln dolarów.

Na tę analizę warto patrzyć z przymrużeniem oka, i to nie dlatego że - choć przeprowadzona w 2011 r. - opiera się na danych obejmujących lata 2009-10. Teraz zadłużenie krajów, firm i obywateli jest jeszcze większe, więc rachunki na pewno się nie zdezaktualizowały. Sęk w tym, że obecny kryzys zadłużenia wynika głównie z niewypłacalności krajów, a nie obywateli. Ratowanie Europy można byłoby więc ograniczyć tylko do oddłużenia budżetów państwowych

Grabież w białych rękawiczkach, czyli... drukarka

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że operacja wysysania naszych oszczędności przez państwa już się zaczęła od... konfiskaty pieniędzy prywatnych funduszy emerytalnych. W 2011 r. rząd premiera Donalda Tuska zmniejszył składkę emerytalną, która trafia co miesiąc do OFE. Zamiast 7,3 proc. pensji brutto do funduszy jest przelewane tylko 2,3 proc. Dla przyszłych emerytów to wymierna strata, OFE kupują na ich rzecz akcje i obligacje, zaś druga część naszych składek, która trafia do ZUS, od razu jest wydawana, aby wypłacić bieżące emerytury.

Ile pieniędzy wędruje do ZUS, zamiast do OFE, gdzie byłyby inwestowane? W 2012 r. do OFE trafiło 8,02 mld zł naszych składek odciąganych z pensji. W 2011 r. - w roku przejściowym - do funduszy trafiło 15,1 mld zł. W ostatnim roku przed "skokiem na OFE", czyli w 2010 r., składki przekazane do OFE wyniosły aż 22,4 mld zł, zaś w dwóch poprzednich latach były na zbliżonym poziomie - oscylowały wokół 20,5-21 mld zł. Zmniejszenie przyrostu naszych pieniędzy gromadzonych na emeryturę wynosi ok. 14 mld zł rocznie. Przy obecnym kursie euro jest to równowartość 3,5 mld euro (przypomnijmy, rząd Cypru chciał uzyskać z podatku od depozytów 5,8 mld euro). Nasz rząd nie wymyślił tego wszystkiego jako pierwszy. W 2010 r. na Węgrzech rząd premiera Viktora Orbana zrobił skok na tamtejsze OFE i przetransferował z prywatnego systemu emerytalnego 14,5 mld dol. Dwa lata wcześniej prywatne fundusze emerytalne znacjonalizowała Argentyna.

Są i tacy ekonomiści, którzy przypominają, że wariant cypryjski to tylko inna odmiana dodruku pieniądza, czyli operacji, którą od dawna wykonują banki centralne na całym świecie. Im więcej euro, dolarów czy złotych w naszych kieszeniach, tym mniej są realnie warte - zżera je inflacja. A spadek realnej wartości pieniądza zawsze w największym stopniu uderza w tych, którzy mają w bankach jakieś oszczędności.

Powiedział o tym szczerze w wywiadzie dla RMF FM Witold Orłowski, członek zespołu doradców strategicznych premiera. Zapewniając, że z pewnością nie będzie w Polsce pomysłu nacjonalizacji depozytów, stwierdził: - Polska nie jest bankrutem. A Cypr jest w tej chwili na skraju bankructwa jako naród. - A gdyby w Polsce było aż tak źle? - dopytywał dziennikarz. Orłowski odpowiedział, że wtedy Narodowy Bank Polski wydrukowałby pieniądze i na pewno bankom by ich nie zabrakło. Cypr dodrukować pieniędzy nie może, bo jest w strefie euro, w której za podaż pieniądza odpowiada Europejski Bank Centralny. Musi więc zabrać pieniądze oszczędzającym wprost, w ramach podatków, a nie w białych rękawiczkach, poprzez zdewaluowanie ich wartości.

Czytaj też: Sensacyjne wyliczenia, czyli ile depozytów trzeba skonfiskować Europejczykom, by oddłużyć państwa?

Czytaj też: Czy państwowe gwarancje depozytów to tylko złudzenie? Co z pieniędzmi w bankach?

Czytaj też: Euro powinno być po 2,5 zł, czyli tajemnice najnowszego indeksu Big-Maca

Czytaj też: Wszyscy jesteśmy Cypryjczykami, rząd co roku zabiera nam 3,5 mld euro. Czy w tym roku zabierze kilkanaście miliardów euro?

Czytaj też: Udawać Greka nie jest źle, ma zaskórniaki dwa razy większe niż przeciętny Polak!

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Tags: banki, bankructwo, pieniądze
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author