clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Dlaczego Europa nie chce się już integrować?

Dlaczego Europa nie chce się już integrować?

...

Wojciech Morawski* 2011-06-28, ostatnia aktualizacja 2011-06-26 18:54:19.0

Skoro strefa euro już jest, to nie możemy pozwolić sobie na jej klęskę. Bo to doprowadziłoby do rozpadu Unii Europejskiej, powrotu protekcjonizmu, nacjonalizmu i tego wszystkiego, przed czym ojcowie założyciele EWG chcieli Europę uchronić

Wyobraźmy sobie flotyllę statków zakotwiczonych burta w burtę. Łączy je system trapów, który umożliwia sprawną komunikację. Każdy żeglarz wie, że trapy te połączone muszą być z poszczególnymi okrętami elastycznie, w taki sposób, by każdy statek mógł się kołysać we własnym rytmie. Wyobraźmy sobie kogoś, kto w imię usprawnienia i udoskonalenia systemu komunikacji postanowiłby połączyć statki systemem trapów zamocowanych na sztywno. Ktoś taki nieuchronnie stałby się sprawcą katastrofy, bowiem system sztywnych trapów musiałby nieuchronnie zostać zgruchotany przez najlżejsze nawet fale.

W procesie integracji gospodarczej państw bardzo ważne jest właściwe rozpoznanie, które łącza mogą być sztywne, a które elastyczne. Nieroztropne poszerzenie zakresu sztywnych łączy musi doprowadzić do katastrofy. W moim przekonaniu Unia Europejska jakiś czas temu przekroczyła tę granicę i dziś ponosi tego konsekwencje.

Jak Niemcy przygnietli węża walutowego

W traktatach rzymskich podpisanych w 1957 r., ustanawiających Europejską Wspólnotę Gospodarczą, kraje członkowskie obiecały sobie swobodny przepływ towarów, osób i kapitałów. W ciągu dziesięciu lat EWG miało dojść do unii celnej. Oznaczało to, że nie tylko cła między krajami członkowskimi uległy zniesieniu, ale również miały być ujednolicone cła wobec reszty świata. W ten sposób powstawał duży wspólny rynek, na którym na nowo miała się rozegrać konkurencja. Niektóre gałęzie gospodarki w poszczególnych krajach musiały taką rywalizację przegrać, ale te, które wygrały, zdobywały rynek znacznie większy od tego, który miały do dyspozycji dotychczas. Żeby jednak ten proces rzeczywiście się dokonał, musiał być spełniony jeszcze jeden warunek - stabilne kursy walutowe. Jeśli bowiem przedsiębiorca niemiecki miał podjąć racjonalną decyzję, czy zbuduje nową fabrykę w Monachium, czy w Mediolanie, to musiał wiedzieć, jak się ma marka do lira i, co więcej, jak się będzie miała marka do lira za pięć lat. W przeciwnym wypadku decyzja taka mogłaby być podjęta wyłącznie na zasadzie ruletki.

Na szczęście w pierwszej fazie integracji Europejczycy nie musieli się troszczyć o ten problem. W tym czasie funkcjonował jeszcze w najlepsze ustanowiony po II wojnie światowej system z Bretton Woods, w ramach którego kursy walutowe były sztywne i nie mogły się odchylać o więcej niż 1 proc. Był to system ogólnoświatowy, pilnowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, i nie było potrzeby zawierania odrębnych, europejskich porozumień w tej sprawie.

System z Bretton Woods rozpadł się w 1971 r. W grudniu tego roku kraje członkowskie MFW zawarły nową umowę, zwaną smithsoniańską, na mocy której zakres swobodnych wahań poszerzono do 2,25 proc. w każdą stronę, tworząc "tunel walutowy" o szerokości 4,5 proc. Europejczycy uznali, że to jest zbyt luźne ograniczenie, i na początku 1972 r. zawarli swoją własną umowę w Bazylei, która zakładała tolerancję o połowę mniejszą. W ten sposób wewnątrz ogólnoświatowego "tunelu walutowego" o szerokości 4,5 proc. poruszał się o połowę węższy europejski "wąż walutowy" o szerokości 2,25 proc. W 1974 r. MFW przeszedł na system całkowicie płynnych kursów, ale Europejczycy utrzymali swoje ograniczenia. Mówiono wtedy, że "wąż wyszedł z tunelu" i idzie dalej.

W burzliwych latach 70., kiedy panowała wysoka inflacja i główne waluty świata ulegały szybkiej deprecjacji, europejskie stosunki walutowe wyróżniały się stabilnością. Wprawdzie niektóre waluty miały kłopoty z utrzymaniem się w "wężu", zatem go opuszczały, a potem wracały, ale zakres wahań kursów walutowych nie zagroził procesom integracji. W 1978 r. powstał pomysł, by na wzór utworzonej w 1967 r. jednostki rozrachunkowej MFW (zwanej SDR) utworzyć podobną jednostkę europejską - ECU, którą w 1995 r. przemianowano na euro.

Wąż działał sprawnie do początku lat 90., kiedy to zachwiał się pod wpływem kosztów zjednoczenia Niemiec. Zakres wahań kursów trzeba było poszerzyć do 15 proc. Z tej sytuacji były dwa wyjścia - można było albo rozluźnić rygory, albo usztywnić je i pójść w kierunku unii walutowej. Wybrano to drugie wyjście i zadecydowano, że w ciągu dziesięciu lat Europa wprowadzi unię walutową. Zamiar zrealizowano i w ten sposób powstał system "sztywnych trapów", który zwiększył bardzo ryzyko porażki całego projektu integracyjnego. Twórcom układu z Maastricht nie przyszła do głowy refleksja, że gdyby unia walutowa funkcjonowała już w 1991 r., to właśnie wtedy by się rozpadła. Z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami dla samego EWG.

Dla zrozumienia funkcjonowania strefy euro w pierwszym okresie jej istnienia musimy uświadomić sobie pewne historyczne uwarunkowania roli Niemiec w europejskim systemie walutowym. To, o czym musimy tu wspomnieć, nie jest zbyt poprawne politycznie, dlatego rzadko mówi się o tym wprost. Otóż Niemcy, nie po raz pierwszy zresztą, stały się główną siłą sprawczą i organizacyjną europejskiego systemu walutowego. Podczas obu wojen światowych organizowali system walutowy krajów okupowanych. Czynili to w taki sposób, by gospodarka niemiecka odniosła maksymalne korzyści kosztem reszty Europy. Chroniąc wysokie standardy bezpieczeństwa własnego systemu walutowego, obniżali standardy w krajach okupowanych. Inflacja w krajach okupowanych była metodą ich eksploatacji gospodarczej. Niemcy wiedzą, że to nie było dobre, i mają z tego powodu poczucie winy.

Trzeba o tym pamiętać, patrząc na to, co dzieje się dzisiaj. Dziś Niemcy we własnym mniemaniu zachowują się dokładnie odwrotnie. Nie narzucają słabszym niższych standardów. Wręcz przeciwnie, są gotowi podzielić się z nimi własnymi bardzo wysokimi standardami. Są też gotowi dokładać do tego własne, całkiem realne i niemałe pieniądze. We własnych oczach Niemcy zachowują się wielkodusznie i w jakimś sensie odkupują dawne winy. Tymczasem nastroje w biedniejszych krajach strefy euro zmierzają raczej w przeciwnym kierunku i nieuchronnie zderzą się z dobrym samopoczuciem Niemców. Dlaczego?

Poczekać na najsłabszego

Polityka walutowa jest istotną częścią polityki gospodarczej o poważnych konsekwencjach społecznych. Nie zawsze bezpieczeństwo systemu walutowego stanowi wyraźną preferencję społeczną. Znaczenie tego czynnika wzrasta ze wzrostem zamożności społeczeństwa. W społeczeństwach biedniejszych, na dorobku, zbyt bezpieczny system pieniężny może się okazać luksusem ponad stan. Bardziej ceniona jest np. łatwość dostępu do kredytu, odwrotnie proporcjonalna do bezpieczeństwa. Stabilizacja finansowa utrwala istniejące stosunki i przewagę tych, którzy już są bogaci.

Istotą strefy euro była próba zaszczepienia we wszystkich krajach członkowskich wysokich, charakterystycznych dla najbogatszych państw strefy standardów bezpieczeństwa. Tymczasem standardy takie dla biedniejszych gospodarek muszą okazać się zabójcze, muszą doprowadzić do zdławienia takich krajów jak Grecja. Musimy też mieć świadomość, że Grecja to dopiero początek. Jeśli dalej pójdzie to w tym kierunku, to z czasem wszyscy poza Niemcami i Holendrami okażemy się Grekami. W czasach dobrej koniunktury, pod znakiem której upłynęła większość pierwszej dekady obecnego stulecia, problem był łagodzony przez ogólny wzrost dobrobytu. Kryzys ujawnił jednak wszystkie słabości tej konstrukcji. Stało się to tym dotkliwsze, że strefa euro tworzona była w warunkach dominacji poglądów monetarystycznych traktowanych jako prawda objawiona. Twórcy euro zdecydowanie przeceniali niebezpieczeństwo, jakie stanowi dla gospodarki inflacja, i zupełnie nie przyjmowali do wiadomości niebezpieczeństwa, jakim może być deflacja.

Posłużmy się jeszcze jedną analogią. Podczas wyprawy górskiej żelazną zasadą było kiedyś to, że cała grupa dostosowuje tempo marszu do najsłabszego uczestnika. Jakiś czas temu pojawił się nowy, raczej odrażający typ alpinizmu - porzucanie po drodze słabszych towarzyszy w imię zdobycia szczytu za wszelką cenę. Dziś strefa euro stoi przed takim właśnie wyborem.

W moim przekonaniu samo utworzenie strefy euro było błędem, bo stworzono system "sztywnych trapów". Skoro jednak ta strefa już jest, to nie możemy pozwolić sobie na jej klęskę. Klęska euro uruchomiłaby bowiem proces rozpadu Unii Europejskiej, wróciłby protekcjonizm, nacjonalizm i to wszystko, przed czym ojcowie założyciele EWG chcieli Europę uchronić. Już dziś dawną solidarność europejską coraz częściej wypierają wyliczenia, ile kto do kogo dokłada. Atmosfera w Unii zaczyna przypominać dawne RWPG, gdzie wszyscy mieli poczucie, że są wykorzystywani i dokładają do innych.

Nie da się narzucać Grekom polityki nieakceptowanej przez większość greckiego społeczeństwa, obrażać ich jako narodu rozrzutnego i nieodpowiedzialnego i równocześnie oczekiwać, że Grecy wybiorą w demokratycznych wyborach rząd akceptujący takie traktowanie. Pozostają zatem dwie możliwości. Można usunąć Grecję ze strefy euro. Uruchomi to jednak reakcję łańcuchową prowadzącą do dezintegracji kontynentu. Można też "dostosować tempo marszu do możliwości najsłabszego", czyli poluzować politykę monetarną i dostosować ją do aktualnych potrzeb najsłabszych.

Prawdziwa wielkoduszność Niemców polegałaby dziś nie na pouczaniu Greków z punktu widzenia własnych, wysokich standardów bezpieczeństwa, ale na gotowości obniżenia ich w imię europejskiej solidarności. Niestety, niewiele dziś wskazuje na gotowość do przyjęcia takiej postawy.



*prof. dr hab. Wojciech Morawski - kierownik Katedry Historii Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej, prezes Polskiego Towarzystwa Historii Gospodarczej

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Subscribe
Comments for this post were disabled by the author