clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Dziewczyny wojenne



Byłam mężatką przez sześć godzin


W czasie ślubu Haliny i Lecha dochodzi do szokującego wydarzenia. Kobieta zostaje też pobita i zamknięta w lochu. Pewnej nocy w jej celi zjawił się niespodziewany gość. To był prawdziwy cud. Takich historii, które łamią każde serce, jest więcej.

Ślub Haliny Wittig, o którym mowa, odbywał się w czasie II wojny światowej. Został zakłócony przez gestapowców, którzy wtrącili ją do więzienia w lubelskim zamku. Oznaczało to rozstanie z mężem na całe lata. Takich historii było w tym czasie w okupowanej Polsce dużo więcej. Z Łukaszem Modelskim, autorem książki "Dziewczyny wojenne", rozmawia Przemysław Henzel.







Przemysław Henzel: Wojna i okupacja zmieniły całkowicie życie milionów Polaków. Diametralnej zmianie uległa sytuacja kobiet, które również mocno dotknęła wojenna zawierucha. Wiele z nich straciło swoich mężów, synów, braci. W jaki sposób mogły one zachować kobiecą wrażliwość, gdy dookoła panowało okrucieństwo i mordy rozpętanie na niespotykaną dotąd skalę? 

Łukasz Modelski: Bohaterki "Dziewczyn wojennych", a także te liczne dziewczyny z tamtych czasów, z którymi rozmawiałem, a których historie nie znalazły się w książce, nigdy nie uroniły nawet kropli z czegoś, co umownie nazywamy sobie "kobiecością". Dobitnie potwierdzają to niezliczone przykłady z życia moich bohaterek: łączniczka, chłopka, która przenosi meldunki, nosząc zarazem w chustce, czy kocyku na plecach małe dziecko, podczas ostrzału upada w bruzdę zaoranej ziemi i modli się, żeby to dziecko zginęło wraz z nią, żeby nie zostawało same, bo kto się nim zajmie? Przeszkolona, świadoma żołnierka kontrwywiadu, należąca do grupy wykonującej wyroki śmierci, histerycznie, ale i stanowczo każe się swojemu chłopakowi i zarazem dowódcy "odp****" i łamie regulamin a dziesiątkach miejsc.

Dlaczego? Bo żydowskie dziecko, którym się opiekowała, zostało zabite, a ona nie zostawi go, musi wyprawić mu pogrzeb. I ciało tego chłopca wiezie tramwajem przez całą Warszawę. Albo saperka, która w czasie powstania jest sprawczynią ogromnego sukcesu – zdobycia PAST-y. Kiedy widzi nadchodzącą przełożoną ze szkoły pielęgniarskiej, którą kończyła, chowa się. "Co ja teraz powiem" – myśli. Czuje, że zostając saperką, zdradziła pielęgniarstwo i bezpośrednie zaangażowanie w pomoc innym. Czy łączniczka, która swojego dowódcy nie odstępuje niemal na krok przez pięć lat. W czasie wojny i po wojnie. Razem z nim trafia do katowni UB, dostaje dożywocie.

Czy wreszcie dziewczyna, która używając własnych wdzięków (rzeczywiście, była niezwykle piękna), uwodzi ubeka, żeby wykorzystać go w działalności podziemnej. Z czasem przychodzi miłość, pojawia się dziecko, marzenie o spokojnej przyszłości i... dekonspiracja. Poród w więzieniu, kara śmierci, zamieniona na dożywocie i kilkunastoletnia tęsknota do dziecka, które zwraca się do niej  per "pani".  Jedna wspólna cecha tych dziewczyn? Wierne do końca, bez względu na wszystko, nie do złamania. 

Niemcy traktowali Polaków jako rasę podrzędną. Z ofiarami niemieckich represji kojarzą się nam głównie mężczyźni, choć kobiety również zapłaciły wysoką cenę za życie w warunkach okupacji. W jakim stopniu represje dotknęły kobiety? Jakiego rodzaju represjom były one poddawane? Czy spotykał je tak samo okrutny los, jak mężczyzn w okupowanej Polsce?

Jedna z bohaterek książki, Halina Wittig, opowiada, że w siedzibie w gestapo w Szczebrzeszynie pobito ją tak, że kiedy przewieziono ją do więzienia w lubelskim zamku, nawet nie wrzucono jej do celi. Strażnicy, zajęci swoimi sprawami, popatrzyli tylko na nią i spytali kolegów z gestapo „Po coście nam to przywieźli?”. Tak wyglądała. Nawet nie  zadali sobie trudu, żeby ją zamknąć, wiedzieli, że nie ucieknie....

Szczególnie przerażające były losy kobiet w powstaniu warszawskim. Dopóki nie uznano powstańców za "stronę wojującą" objętą ochroną Konwencji Genewskiej, traktowano je chyba nawet gorzej od mężczyzn. Gwałty, zwłaszcza dokonywane przez pomocnicze, nie niemieckie oddziały SS, były na porządku dziennym. Od początku powstania Niemcy mieli też  zwyczaj mordowania w całości personelu szpitalnego. Wiadomo, że wśród pracujących tam żołnierzy i ochotników, więcej było kobiet.

A losy kobiet cywilnych? Kilkadziesiąt dni w piwnicach i rozstrzelanie? Ile tysięcy tak zginęło? Uprzejmości Niemców - "okupantów-dżentelmenów" z pierwszych dni wojny, bardzo szybko się skończyły. Tym bardziej, że Polki dały się poznać jako sprawne  konspiratorki nie ustępujące mężczyznom. W takiej na przykład Francji podobne rozbestwienie niemieckich żołnierzy byłoby nie do pomyślenia.

Jak wyglądało codzienne życie kobiety np. w okupowanej Warszawie? Jak mógł wyglądać jej przeciętny rozkład dnia? Czym różniło się życie kobiet w miastach i we wsiach? Czy we wsiach było żyć im nieco łatwiej?

Przede wszystkim trzeba było coś jeść. Nie zapominajmy, że okupant wprowadziła racjonowanie żywności, że kartkowe przydziały były niewystarczające i że jeszcze trzeba było za coś to jedzenie kupić. Czyli polska specjalność – kombinowanie – była wtedy cenną zaletą. Drobny handel, korepetycje, rękodzieło. I zdobywanie pożywienia – głód dosłownie stał u drzwi. Wysłuchałem wielu historii o tym, jak za jakąś usługę moja bohaterka dostawała na przykład, garnek zupy, czy bochenek chleba i jakie to było ważne, jaki to był skarb. Trzeba było być też gdzieś zatrudnionym, żeby nie dać się przymusowo wywieźć do Niemiec. Jednym słowem – sporo pracy.

Jeśli doliczyć do tego ewentualną konspirację – zajęcie pracochłonne – żyło się dość intensywnie. Bohaterki "Dziewczyn wojennych" opowiadają o częstym konflikcie zawodowo-konspiracyjnym. Praca cierpiała na rzecz jakiejś działalności w podziemiu. Na szczęście było wiele instytucji, w których "każdy gdzieś należał", jak mówi jedna z nich.  Myślę, że na wsi żyło się jednak lżej. Po pierwsze, było znacznie łatwiej o żywność, kwitł handel wymienny. Po drugie – najczęściej znało się "swoich" Niemców. Zdarzały się znajomości, rodzaj symbiozy – żołnierze czy żandarmi, którzy stacjonowali po wsiach, chętnie przyjmowali łapówki (najczęściej w naturze) i przymykali oko na wiele spraw. Nie było łapanek, masowych rozstrzeliwań itd. Łatwiej też było o żywność.

W wielu wsiach istniało jakieś nienaruszalne status quo. W domu moich dziadków na Zamojszczyźnie na przykład, niemal dosłownie w jednym pokoju pili AK-owcy, w drugim Wehrmacht. Inna rzecz, że dom był spory. „Lokalni” Niemcy i „lokalni” partyzanci coś tam przecież o sobie wiedzieli, ale nikomu nie zależało na naruszaniu status quo we własnym miejscu postoju. 

W rozbitych przez wojenną zawieruchę rodzinach utrzymanie domu spadło na kobiety. Czy mogły one liczyć na pomoc ze strony np. sąsiadów czy raczej musiały raczej radzić sobie zupełnie same? Czy można powiedzieć, że jednym z tragicznych symboli II wojny światowej w Polsce była właśnie "osamotniona kobieta"?

Rzeczywiście, samotna kobieta prowadząca dom to obrazek towarzyszący każdej wojnie. I kobiety podczas II wojny dokonywały cudów, żeby przetrwać, ochronić dzieci, czasem wspomóc jakoś męża czy narzeczonego, który był w obozie, opiekować się rodzicami. Wiele z nich jednak bardzo szczegółowo wspomina ludzką solidarność, która towarzyszyła im w najtrudniejszych latach. Jeden z typowych okupacyjnych obrazów to "domy otwarte" pełne (nawet) dziesiątków rezydentów, którzy z różnych przyczyn (ukrywanie się, zburzony dom, niemożność przejścia przez nowe granice, choroba itd.) nie mogli wrócić do siebie.

Czasem miesiącami, czasem latami (zwłaszcza w dużych mieszkaniach, w wiejskich majątkach) czyjś dom stawał się prawdziwym hotelem dla wielu członków rodziny, znajomych czy nieznajomych. I zazwyczaj (zawsze właściwie) hotel ten był prowadzony przez panią domu – kobietę, która musiała wszystkich nakarmić, o wszystkich zadbać, ubrać, znaleźć spanie. Wielu z nic nie miało nawet kartek żywnościowych.

Jaki był w tym czasie ideał mężczyzny w okupowanej Polsce? Na co wówczas kobiety zwracały uwagę najbardziej, czego oczekiwały po mężczyznach?

O, tutaj od lat nic się nie zmieniło. Nikt jakoś nie kochał się w Wokulskim. Wszystkie marzyły o Kmicicu. To marzenie miało oczywiście wpływ na to, jakimi w oczach dziewczyn chcieli być chłopcy. Te bryczesy, te oficerki – no, absurd. Zwłaszcza, jeśli się było w konspiracji. A to naprawdę był w czasie okupacji kanon męskiej mody! Wyżsi oficerowie AK, dowódcy, ludzie, od których zależało zbyt wiele, wyglądali jak zapuszczeni księgowi czy referenci niższego szczebla. A panowie porucznicy, czy podchorążowie – jakby właśnie skończyli szarżę. Bohater romantyczny, ranny porucznik itd. W takich ciuchach trudno się uprawia rozsądną konspirację czy – na dłuższą metę – jakąś Realpolitik. Taki ideał to bilet do katastrofy. Jedna z dziewczyn nawet miała pseudonim "Rafał", bo tak kochała Rafała Olbromskiego z „Popiołów”.

Czego oczekiwały po mężczyznach? No cóż – żeby byli idealni. Wiele z moich bohaterek zawiodło się na swoich wojennych miłościach. Po wojnie młodzi mężczyźni często nie umieli się odnaleźć w sytuacji, której nie znali – sytuacji pokoju, powrotu z obozu, małżeństwa itd. Czasy nagle stały się nieheroiczne, a oni nie bardzo potrafili nagle przestawić się na inne zapotrzebowanie. Kobiety, a kobiety tamtego czasu w szczególności, w jakiejś mierze są współwinne kultowi chłopaka-bohatera romantycznego – modelu czy archetypu, który, moim zdaniem, jest jednym z naczelnych polskich szkodników. Ale cóż – rozumiem je.

Część kobiet aktywnie działała w organizacjach Polski Podziemnej; to mniej znana strona działalności polskiego podziemia. Jakie funkcje pełniły kobiety w podziemiu? Która z nich wyróżniła się najbardziej?

Większość kobiet trafiających do konspiracji, to „amatorki” nie mające doświadczenia wojskowego. Zostawały łączniczkami, ewentualnie sanitariuszkami. Zresztą znakomita większość z nich przeszła przez jakieś rudymentarne szkolenia w harcerstwie czy obowiązkowym w końcu gimnazjum Przysposobieniu Wojskowym Kobiet. Dokonywały wielkich czynów, ale z „fabularnego” punktu widzenia ciekawsze są losy kobiet, które były mniej lub bardziej profesjonalnymi żołnierzami.

Niezwykła jest biografia generał Elżbiety Zawackiej, jedynej kobiety-cichociemnej, fenomenalnie znającej języki kurierki, która używając fałszywych tożsamości, jeździła po Europie. Była legendą jeszcze w czasie wojny. Ale była w gruncie rzeczy zawodową oficer. Niestety, nie udało nam się dokończyć rozmowy. Albo doktor Zofia Franio, oficer, saperka i lekarz, która stworzyła bezprecedensową kategorię w światowej konspiracji – kobiece patrole minerskie. Dzięki tym patrolom zdobyto PAST-ę. Czy wreszcie jedna z bohaterek "Dziewczyn wojennych", Magda Grodzka, która przez całą okupację była szkolona w kontrwywiadzie.

A co z nastolatkami? Jak wyglądały… randki w okupowanej Polsce? Część kin i kawiarni była zamknięta, oficjalne życie kulturalne prawie że zamarło. Pomimo trudnej sytuacji młodzież przecież zajmowała się chyba nie tylko konspiracją, gdzie można było się umówić na randkę?

Były jednak i kawiarnie, i restauracje. To nie zmieniło się aż tak bardzo. Spotkania w kawiarniach były, jak przed wojną, rzeczą naturalną. Są na ten temat niezliczone świadectwa. Były jeszcze parki. Na ławce w parku właśnie Magdzie Grodzkiej, o której przed chwilą mówiłem, jej przyszły chłopak Romek, proponuje wstąpienie do konspiracji. Idą nocą do Parku Ujazdowskiego, siadają na ławeczce, ona już się w nim kocha, on chyba też coś do niej czuje i... proponuje jej wstąpienie do swojego oddziału. Ona, oczywiście, godzi się dla miłości. Romek zresztą szybko łączy funkcję jej dowódcy z funkcją narzeczonego.

A jak wyglądały śluby w okupowanej Polsce? Czy były kłopoty z ich udzielaniem z uwagi na przeszkody ze strony administracji lub prześladowanie księży przez Niemców?

Nie, śluby nie były niczym niezwykłym. Co więcej, sporo ich zawierano. Wszyscy mieli poczucie, że trzeba się śpieszyć, jakoś pożyć, złapać trochę normalności. Szczególnie wyglądało to w czasie powstania warszawskiego. Tych ślubów było wtedy bardzo dużo. Zwłaszcza 15 sierpnia, w chwili triumfu powstania. To były takie śluby Zosi i Pana Tadeusza – niemal dosłowne przeniesienie romantycznego wzorca. 

Czasy II wojny światowej to czasy ogromnej biedy i głodu. Jak kobiet radziły sobie z brakiem tzw. dóbr luksusowych takich jak np. szminka, szampon czy lakier do paznokci? Jak próbowały walczyć o zachowanie swojej kobiecości?

To jednak było ważne. Jedna z bohaterek książki opowiada, że kiedy w czasie powstania wyszła z kanałów po ewakuacji Starówki, przywitały ich dziewczyny z oddziałów śródmiejskich. Piękne, czyste, zadbane. „I chyba nawet lekko umalowane” – mówi moja rozmówczyni. Trzeba to sobie wyobrazić – powstanie! Z tego czasu zachowało się też kilka zdjęć dziewczyn poprawiających włosy czy nawet makijaż w jakimś ułamku szkła czy samochodowym lusterku. No i jeden wspólny głos pobrzmiewa we wszystkich wspomnieniach – strój i fryzura były niesłychanie ważne. Jedna z dziewczyn idąc do powstania pakuje do chlebaka wyjściową sukienkę ("na defiladę"), inne szczegółowo wspominają liczne powstańcze odyseje w poszukiwaniu wody, żeby umyć włosy.

Po lekturze Pańskiej książki, najbardziej utkwił mi w pamięci los Haliny Wittig, która, jak sama mówiła, była mężatką przez sześć godzin. Czy mógłby Pan przybliżyć jej losy? Czy można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jej życie to "życie w pigułce" wszystkich dziewczyn wojennych?

Rzeczywiście, to taka właśnie "zwykła historia", która w końcu okazuje się zupełnie niezwykła. Dziewczyna z dobrego domu poznańskiego przemysłowca. Oczytana, opatrzona, wuj – znany historyk sztuki, dostatnio. Poznań, więc bardzo wielu niemieckich przyjaciół, sąsiadów. Wybucha wojna, nikt w Poznaniu nie chce w to wierzyć  - przecież do Berlina było bliżej niż do Warszawy, a Niemcy stanowili jakiś rodzaj codzienności. Niemcy wkraczają i dziewczyna, podobnie, jak wiele jej koleżanek, czuje przymus, powinność, żeby "coś robić". I robi. Działa na własną rękę, ale od razu bardzo skutecznie. Najpierw – ranni. Pomaga w szpitalu, potem – uciekinierzy ze Wschodu, wreszcie – amatorski wywiad. Ma niemieckiego adoratora, który wykonuje jakieś urzędnicze funkcje dla policji.

Chłopak tak się w niej kocha, że informuje ją, kto ma zostać aresztowany. Halina z koleżanką przekazują to dalej, ratując wielu ludzi. Kiedy robi się gorąco, dziewczyna przedostaje się do Warszawy, gdzie spotyka się z bratem, który od początku wojny jest w konspiracji. Mieszkają razem, Halina stara się jakoś zarabiać na dom, produkuje mydło, kosmetyki, to, czego nauczył ją ojciec. Zimą przypadkiem spotyka dawnego znajomego, który uciekł z obozu. Zabiera go. Znajomy, Lech, zostaje natychmiast wciągnięty do konspiracji. W końcu – nie ma sił – do podziemia trafia też Halina, a Lech zostaje jej narzeczonym. Halina jest łączniczką.

W pewnej chwili Lech dostaje zadanie, w związku z którym przenosi się na Zamojszczyznę, do Szczebrzeszyna. Halina jedzie wraz z nim. Zajmują pożydowski, przylegający do getta domek, w którym jest konspiracyjna skrzynka kontaktowa i tajne połączenie getta ze stroną aryjską. Wszystko działa, ale Niemcy wpadają na trop Lecha. Dochodzi do wsypy. Gestapo przyjeżdża do Szczebrzeszyna akurat w momencie, w którym Halina i Lech biorą ślub. Walą do drzwi podczas wesela. Wszystkim gościom udaje się uciec tajnym wejściem, Halina zostaje sama – musi pozamykać, zamaskować przejście. Wpada w ręce gestapo, jest bardzo brutalnie bita w czasie śledztwa. Nikogo nie wydaje. Najpierw trafia do więzienia w lubelskim zamku, potem na Pawiak. Tam odnajduje ją Lech, spotykają się w noc sylwestrową, gdzieś na korytarzu więzienia.

Halina cudem wychodzi z Pawiaka i wraca do konspiracji. Zmiana miejsca pobytu, tożsamości. W domu jej i Lecha pod Warszawą mieści się magazyn broni. Lech prowadzi szkolenia  ze strzelania, dom jest pełen ukrytej na broń, która następnie trafia do lasu. W dodatku Halina ukrywa trójkę Żydów. I wszystko pod bokiem Niemców, którzy za płotem domu Haliny mają dom rekonwalescenta... Oczywiście, trudno opowiadać ludzkie losy w takim skrócie. Ale tak – w jakimś sensie Halina jest "reprezentantką" wszystkich dziewczyn tego pokolenia.

Tags: polska, wojna, ww2
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author