clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Haneczko - musisz przeżyć! Historia dziewczynki ze zdjęcia sprzed 70 lat



Haneczko - musisz przeżyć! Historia dziewczynki ze zdjęcia sprzed 70 lat

...

MONIKA ŻMIJEWSKA 2012-08-03,

W marcu 1945 roku 11-letnia żydowska dziewczynka w płaszczyku i angorowej czapeczce przychodzi do białostockiego fotografa i prosi, by zrobił jej zdjęcie. Patrzy z powagą w obiektyw, oczy ma roziskrzone, choć dorosłe. Przeżyła wojnę, przed nią całe życie.







Nie wie, jak się potoczy, nie wie też, że gdy minie ponad 70 lat, odnalezienie negatywu tej fotografii w naszej "Gazecie" wywoła ekscytację.
Bo też i zdjęcie ślicznej dziewczynki w charakterystycznej białej czapeczce to najstarsza fotografia z cennej kolekcji zdjęć powojennego Białegostoku, której bohaterka została rozpoznana.

Jak dotąd wśród setek portretów z lat 1944-46, jakie wykopiowujemy ciągle z licznych negatywów Antoniego Zdrodowskiego (1923-2009) - jego kolekcja kilka miesięcy temu trafiła do "Gazety", udostępniły ją dzieci pana Antoniego Urszula i Wojciech - z imienia i nazwiska nie znamy nikogo. Na zdjęciach są w większości żołnierze Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, którzy wyzwalali Białystok spod okupacji niemieckiej. Przychodzili do fotografa, by zrobił im portret i najprawdopodobniej zaraz szlakiem bojowym szli dalej, na Berlin. Między tymi żołnierskimi fotografiami zdarzały się pojedyncze portrety zwykłych mieszkańców Białegostoku, którzy zaglądali do zakładu Zdrodowskiego, chcąc zrobić sobie nową fotografię - siebie, w nowej, powojennej rzeczywistości. Na zdjęciach praktycznie nie ma małych dzieci - raz ledwie pojawił się chłopiec w żołnierskim skracanym mundurze.

I nagle wśród tych setek wojskowych fotografii wykopiowywanych i powiększanych na ekranie komputera - niczym słoneczko pojawia się buzia niedużej dziewczynki. To zdjęcie tak charakterystyczne, że nie sposób pomylić go z żadnym innym.

Przecież my tę fotografię znamy, tylko skąd?

Po kilku minutach wszystko się przypomina - fotografia żydowskiej dziewczynki była symbolem wystawy przygotowanej przed 9 laty przez Instytut Pamięci Narodowej w Białymstoku z okazji 60. rocznicy wybuchu powstania w getcie białostockim - "Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat... Pomoc ludności żydowskiej pod okupacją niemiecką w województwie białostockim".

Znajdujemy katalog do wystawy z 2003 roku. A jakże - na okładce jest dziewczynka z naszego negatywu. A więc przeżyła getto, wojnę... Po chwili przypominają się kolejne fakty. I już wiemy, kim jest dziewczynka ze zdjęcia: to Halinka Grynberg, która przeżyła wojnę, mieszkając u opiekunów w Surażu; w późniejszym, dorosłym życiu na wiele lat związana z Żydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie.

Oni przeżyli wojnę! Zdjęcia Białostoczan z lat 1944 - 1946



Chciałam mieć pamiątkę

Dzwonimy do Ewy Rogalewskiej z IPN, która przygotowywała wystawę w 2003 roku. Ucieszyła się: - Ja na wystawę dostałam zdjęcie z prywatnego archiwum rodzinnego pani Haliny. A teraz odnalazł się negatyw. To niesamowite.

Jeszcze bardziej niesamowita jest rozmowa z panią Haliną, do której dostajemy kontakt. Pani Halina Grubowska [nazwisko po mężu - red.] ciągle pracuje na części etatu w Żydowskim Instytucie Historycznym. I tam udaje się nam z nią skontaktować.

- To na pewno to samo zdjęcie? Mam na nim czapkę z angory i płaszczyk w jodełkę? - dopytuje.

To samo, na pewno. Za chwilę wiemy z dużą dokładnością, kiedy zdjęcie zostało zrobione, co jest o tyle ważne, że do tej pory wiedzieliśmy tylko, że Zdrodowski miał zakład fotograficzny w Białymstoku w latach 1944-46, po czym wyjechał na kilka lat do Łodzi. Większość zdjęć nie jest podpisanych, możemy się tylko domyślać na podstawie różnych szczegółów, który to może być rok.

W przypadku pani Haliny mamy już więcej szczegółów:

- Na moim zdjęciu mam napisaną datę - 27 marca 1945 roku - opowiada pani Halina. Pamięta, jak to się wszystko odbyło. - Chciałam mieć pamiątkę, więc po prostu weszłam do fotografa i powiedziałam, że chcę zrobić sobie zdjęcie. Poszłam oczywiście sama, bo ja wtedy wszędzie chodziłam sama. Sama szłam do dentysty, gdy bolał mnie ząb, sama, zaraz po wyzwoleniu, zapisałam się do szkoły. Byłam bardzo samodzielna, w sumie nie byłam już taka mała - miałam z 10-11 lat. W czasie okupacji dzieci szybko dorastały, tak ułożyło się im życie...

Historia w szynelu i uszance - wojenne portrety Antoniego Zdrodowskiego



Kierownik spojrzał z wysoka

Fotografa (młodego wówczas Zdrodowskiego, który wtedy miał niewiele ponad 20 lat) pani Halina nie pamięta, ale pamięta, że zakład fotograficzny był blisko szkoły, do której wówczas chodziła [miejsce lokalizacji zakładu Zdrodowskiego próbujemy ustalić bezskutecznie już od kilku miesięcy - red.].

- To była przecznica ulicy Warszawskiej... Dokładnie nie pamiętam nazwy, ale przypominam sobie, że gdy się szło w górę tej ulicy krzyżującej się z Warszawską - szkoła mieściła się po lewej stronie. A dalej idąc, zakręcała w prawo i tam był mały bazarek. Z kolei jak się szło w dół tej ulicy - szybko można było dojść do pałacu Branickich... - zastanawia się pani Halina.

Wygląda na to, że to dzisiejsza ul. Pałacowa, a przedwojenna - Żwirki i Wigury.

Gdy wymieniam nazwę, pani Halina potwierdza:
- Tak, to była Żwirki i Wigury, gdy słyszę tę nazwę, teraz sobie przypominam.

A my dowiadujemy się w ten sposób czegoś bliżej o lokalizacji zakładu Zdrodowskiego.

- Zakład musiał być na tej samej ulicy, co szkoła, do której chodziłam. To było bardzo blisko, gdzieś w tej okolicy - wspomina pani Halina. - Pamiętam, jak weszłam pierwszy raz do szkoły, zaraz po wojnie. Był wrzesień 1944, z miesiąc po wyzwoleniu, ledwie wróciłam z Suraża, gdzie przeżyłam wojnę. Ten pierwszy raz weszłam boso, bo nie miałam butów. Ale bardzo mi się spieszyło do szkoły, bardzo chciałam się uczyć. Poszłam do kancelarii, spotkałam tam kierownika szkoły. Spojrzał na mnie z wysoka, na te moje gołe nogi, i zapytał, do której klasy chcę pójść. To były trudne, powojenne czasy, trudno było cokolwiek kwalifikować. A ja na to rezolutnie: do czwartej. Rozmawiałam wcześniej z ciotką, co w tej szkole powiedzieć, do jakiej klasy pójść. Ciocia stwierdziła: "Powiedz od razu, że do czwartej". I tak zrobiłam. I kierownik zapisał mnie do tej klasy, do której chciałam. To były dobre czasy. Po latach strachu przyszedł spokój. Pamiętam naszą świetną polonistkę, która przynosiła nam dużo książek. Jedna z nich miała czarną okładkę. Pomyślałam sobie: - "To musi być smutna książka". Ale zaczęłam czytać i okazało się, że to "W pustyni i w puszczy". Bardzo mi się podobała. W dzieciństwie bardzo dużo czytałam, uwielbiałam to, za to z matematyką przez dłuższy czas było kiepsko, a najgorzej z dzieleniem pisemnym. Ja wcześniej w ogóle nie chodziłam do szkoły, nic z tego nie rozumiałam. Pamiętam, że raz, gdy bałam się przepytywania, nie poszłam do szkoły. Ojciec pyta: "A czemu ty nie w szkole, tak bardzo ją kochasz i nie idziesz?". Powiedziałam, o co chodzi. Ojciec wytłumaczył mi wszystko po kolei. I już umiałam.

Do białostockiej szkoły 11-letnia Halinka chodziła niecały rok. W styczniu 1945 roku jej ojciec, Leon Grynberg, wyjechał do Bielska-Białej. Był pełnomocnikiem rządu do spraw przemysłu wełnianego, a miasto na drugim krańcu Polski stawało się tegoż przemysłu zagłębiem. Po kilku miesiącach, w maju 1945 roku, dołączyła do niego córka, a także ciotka z kuzynem. Ale po wojnie w Białymstoku pani Halina bywała dość często - na każde wakacje dziewczynka przyjeżdżała do Suraża, do swoich opiekunów, u których przetrwała wojnę - Zofii i Klemensa Leszczyńskich [małżeństwo z inicjatywy pani Haliny i jej ojca zostało odznaczone Medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata - red.].

- Bardzo kochałam swoją ciocię, traktowała mnie jak córkę - mówi dziś pani Halina.

Bądź pewna, wrócę!

Oglądamy zdjęcie już po raz nie wiadomo który. Dziewczynka na fotografii ma iskierki w oczach, ale to oczy dorosłego człowieka. Okupacyjne przeżycia zrobiły swoje.

- Byłam smutnym dzieckiem. Ale takie to były czasy - mówi pani Halina. Nie lubi się roztkliwiać nad przeszłością.

Swoje wspomnienia opisała ponad 60 lat po wojnie, w książce "Haneczko - musisz przeżyć".

Urodziła się w Warszawie w zasymilowanej rodzinie. Grynbergowie uciekli ze stolicy do Białegostoku w listopadzie 1939 roku. W lipcu 1941 roku próbowali uciec przed Niemcami, ale nie udało się. Kiedy przeprowadzali się do getta, zginęła mama dziewczynki - po aresztowaniu przez Niemców już nigdy nie wróciła. Halinka przeżyła to bardzo ciężko, płakała całymi dniami i nocami. Ojciec szukał możliwości wyjścia z getta. Przy drugiej próbie opuszczenia terenu zamkniętego - udało się. Dziewczynka trafiła do Jadwigi i Michała Skalskich na ulicy Ogrodniczki w Białymstoku (również zostali odznaczeni tytułem Sprawiedliwych), potem miała trafić na wieś do Suraża. Zanim jeszcze się tam znalazła, jej opiekunowie uczyli ją modlitw i obyczajów katolickich. A ojciec tłumaczył: "Zapomnij wszystkie słowa żydowskie. Rób wszystko, co ci będą kazali. Jak będziesz grzeczna, będą cię kochali i przeżyjesz. Jak skończy się wojna, przyjdę po ciebie. Musisz wszystko wytrzymać. Na pewno po ciebie przyjadę. Bądź pewna! Pamiętaj, Haneczko, musisz przeżyć!".

Halinka przeżyła, choć i na wsi zdarzały się momenty zagrożenia. Ojciec też dotrzymał obietnicy. Uciekł z pociągu do Treblinki, wrócił do Białegostoku i ukrywał się u Skalskich. Po wojnie przyjechał do Suraża, by zobaczyć, czy córka żyje, ale sytuacja była niepewna, więc wtedy jeszcze nie zabrał jej ze sobą. Po miesiącu nadarzyła się okazja, samodzielna Halinka wsiadła na furę i przyjechała do Białegostoku sama.

Czapeczka z angory

- A wie pani, że tę czapeczkę, w której jestem na zdjęciu, zrobiłam sobie sama z angory? - wspomina pani Halina. - W Surażu nauczyłam się robić sama na drutach i szydełkować. A płaszczyk jest z sukna, utkanego przez ciocię z Suraża na krosnach. Ale kto mi go uszył, już nie pamiętam...

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Tags: historia, polska, wojna, ww2, Żydzi
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author