clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Białorusin już do Polski nie przyjeżdża

Białorusin już do Polski nie przyjeżdża

...

Joanna Klimowicz, Jakub Medek 2011-06-21, ostatnia aktualizacja 2011-06-19 20:37:22.0

Andrzej Poczobut powtarzał: "Skończą się rządy >Baćki<, jak upadnie gospodarka - ten kolos na glinianych nogach". To dzieje się już teraz. Rykoszetem obrywa Polska wschodnia

Wiadomo, że białoruskie papierosy, prawie o połowę tańsze niż krajowe, można w Białymstoku kupić na bazarze Madro albo wprost z chodnika przy ulicy Jurowieckiej. Od paru dni trzeba się za nimi nieźle nachodzić. Po parę osób stoi w ogonku, niby do straganu warzywnego, czekając, aż spalona słońcem Białorusinka sięgnie do przepastnej torby i wyciągnie queeny - cienkie papierosy, czasem aromatyzowane, np. zielone jabłuszko. Cena na razie bez zmian, 6 zł. Po polsku "mrówki", a po białorusku "czełnoki" wyprzedają jeszcze zapasy. Jak długo? - nikt nie wie. Na pytanie "Jak będzie?" odpowiadają zwięźle: - Pi... będzie.

Porządnie tąpnęło w weekend

W zeszłą niedzielę, dobę po wprowadzeniu przez białoruskie władze zakazu wywożenia niektórych towarów (m.in. benzyny i oleju napędowego) za granicę, na przejściu granicznym Kuźnica-Bruzgi protestowało kilkuset białoruskich kierowców. Domagali się m.in. zniesienia ograniczenia wjeżdżania do Polski z pełnym bakiem tylko raz na pięć dni (niektórzy robili częste kursy i sprzedawali paliwo). Schwycili się za ręce, śpiewali hymn białoruski. Przy użyciu gazu łzawiącego rozpędziła ich białoruska milicja. Zatrzymano ponad 20 osób. Nazajutrz ukarano ich grzywnami.

Z danych naszej straży granicznej wynika, że - w porównaniu z poprzednią niedzielą - w tę po wprowadzeniu zakazu, liczba Białorusinów wjeżdżających do Polski spadła dwukrotnie, z 13 tys. do nieco ponad siedmiu.

Mjr Anna Wójcik, rzecznik Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej uważa, że mogły mieć na to wpływ obchodzone u nas Zielone Świątki i wynikające z nich ograniczenia w handlu, ale wiele wskazuje, że główną przyczyną było uszczelnienie granicy celnej przez Białorusinów.

- Białoruś jest pogrążona w ciężkim kryzysie. Widać to nawet po spacyfikowaniu kierowców w Bruzgach - mówi poseł Robert Tyszkiewicz, szef parlamentarnego zespołu ds. Białorusi.

Tyszkiewicz był orędownikiem wprowadzenia umowy o małym ruchu granicznym z Białorusią, która ułatwiłaby przekraczanie granicy mieszkańcom 30-kilometrowego pasa po obu stronach. Dopiero w zeszły poniedziałek poseł ustalił, że Aleksander Łukaszenka podpisał ją jeszcze w grudniu, ale w życie nie wchodzi, bo według konsula Białorusi w Białymstoku Polacy nie dostarczyli drukarek; według białoruskiej ambasady - bo ogólny klimat i polska agresywna polityka na to nie pozwalają.

Tymczasem mały ruch w sytuacji głębokiego kryzysu ekonomicznego jest Białorusinom bardzo potrzebny. Trudno oszacować, ile rodzin utrzymuje się z przygranicznego handlu. O tym, że skala jest duża do niedawna świadczyły kolejki na granicy. A przecież to nie było wszystko - dużo Białorusinów wjeżdżało pociągami, a pod białostockimi centrami handlowymi masowo parkowały białoruskie autokary. Do Polski Białorusini wwożą papierosy, alkohol, paliwo. Są drobne elementy wyposażenia mieszkań, komplety sztućców. W naszych marketach wykupują artykuły spożywcze, głównie mięso i wędliny. W lepszych czasach - które minęły - materiały budowlane, meble, sprzęt RTV i AGD.

Teraz parkingi pustoszeją. Ci Białorusini, którzy przyjeżdżają, ograniczają się już tylko do spożywki.

Rosja zwietrzyła krew

Od listopada 2010 r. kasa białoruskiego państwa świeci pustkami - nie ma zasobów twardej waluty. Produkcja stoi, firmy nie mogą pozyskiwać dewiz, nie mają czego produkować. Zamknięte koło. Bank centralny uwolnił kursy walut w bankach komercyjnych i kantorach. Białoruski rubel leci na łeb na szyję. Od listopada do stycznia 2011 r. o 20 proc., do maja o kolejne 52 proc. Eksperci ostrzegali: białoruska gospodarka oparta na systemie nakazowo-rozdzielczym, przestarzała, mało wydajna, niekonkurencyjna, z państwowymi przedsiębiorstwami, z rozbuchaną biurokracją, gdzie pieniądze przelewane są z jednej kieszeni w drugą - musiała tak skończyć. Przewidywał to i nasz kolega Andrzej Poczobut, korespondent "Gazety", sądzony teraz w Grodnie za "zniesławienie i znieważenie" prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Andrzej powtarzał: - Skończą się rządy "Baćki", jak upadnie gospodarka - ten kolos na glinianych nogach.

Jakkolwiek gorzko by to zabrzmiało: długo nie dostrzegało tego społeczeństwo białoruskie. Bo wcześniej było parę lat prosperity (z apogeum w 2005 r.). Rosjanie sprzedawali Białorusinom ropę naftową i gaz po cenach dużo niższych niż do Europy (prawie za półdarmo), a Białorusini odsprzedawali nadwyżki z zyskiem. Rosjanie zakręcili kurek, zrównując ceny - i Białoruś zaczęła robić bokami. Chwilowy oddech może dać Łukaszence pożyczka ze Związku Eurazjatyckiego zdominowanego przez Rosję. Jednak obwarowana m.in. koniecznością sprzedaży państwowych przedsiębiorstw rosyjskim gigantom.

- Rosja, wyczuwając, że zwierzę padło, może dyktować twarde warunki kredytowe. Wie, że to świetna okazja, by wykupić perły koronne białoruskiej gospodarki, napompowane przecież jej rublami. A tych jest sporo: rury przesyłowe ropy naftowej, zakłady produkcji samochodów BiełMAZ (część koncernu Kamaz) czy nawozów sztucznych, elektrownie, firmy branży telekomunikacyjnej - wylicza Lech Pilecki, prezes Podlaskiego Klubu Biznesu. Pilecki czysto po ludzku współczuje sąsiadom. Często jeździ na Białoruś i ma sentyment do tego kraju, w którym tyle jest polskości, w którym rosyjskie ruble nie poszły całkiem na marne: sporo jest dobrych dróg, są sanatoria, baza turystyczno-rekreacyjna, odbudowane centra miast. Był rozwój, ale nadszedł krach.

- Moim zdaniem Łukaszenka nie ma teraz wyjścia. Jeżeli chce utrzymać władzę, to musi przejść na pośredni etap pomiędzy gospodarką nakazową a wolnorynkową - mówi Pilecki. - Jeśli nie przeprowadzi przynajmniej częściowej prywatyzacji, nie będzie miał z czego spłacić długu.

Po dwóch stronach granicy

Nam na Białoruś ciągle opłaca się pojechać. Po przeprowadzonej w ostatnich tygodniach dewaluacji dostajemy za dolara więcej białoruskich rubli. A dolarów tam trzeba. I to jak! Turyści zagraniczni mogli tankować paliwo do 25 litrów, płacąc w rublach, a powyżej - w dolarach. Od tygodnia obowiązują nowe zasady: za wszystko trzeba płacić w dolarach lub w euro. Ale i tak wyjazdy są korzystne - 1 litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 3 złote.

Najbardziej cierpią białoruskie "mrówki". Nie tylko z powodu ostatnich obostrzeń. Także dlatego, że mają problemy ze sprzedażą towaru przywiezionego z Polski.

Są dwa kursy białoruskiego rubla - oficjalny, gdzie jeden dolar kosztuje 5 tys. rubli, oraz czarnorynkowy: 6-7 tys. rubli za dolara. Powoli krach odczuwają też wszyscy obywatele. 600 tys. osób poszło na przestojowe w zakładach pracy. Ceny wszystkich produktów - zwłaszcza z wsadem dewizowym - idą w górę, skokami, o 50 proc. Ludzie robią zapasy, z półek sklepowych znikają podstawowe produkty - mąka, sól, cukier. Częściej jednak ludzie wchodzą do sklepów tylko po to, by w osłupieniu patrzeć na ceny, a nie kupować.

Białoruś, choć tak odmienna od krajów Europy, nie jest jednak samotną wyspą. Jej kryzys odczuły już także podlaskie firmy. Nie mówią o twardych danych, z obawy, by nie stracić partnerów, bo "a nuż gospodarka się dźwignie". Zapewniają, że zwolnień nie będzie, bo większość eksportu idzie na rynki europejskie. Ale wesoło nie jest.

- Część zamówienia na zestawy maszyn została anulowana. Białoruski odbiorca zrezygnował z powodu kryzysu - przyznaje Maciej Stolarski, wiceprezes firmy Samasz, dużego producenta maszyn rolniczych. Dyrektor handlowy firmy precyzuje, że redukcja objęła 60 proc. zamówienia.

Zlecenia wycofywane są też z hurtowni spożywczych, technicznych, artykułów biurowych. Białorusini nie mają czym płacić. Wkrótce może to dotknąć białostockie hipermarkety - może się okazać, że bez białoruskich klientów nie wszystkie przetrwają.

- Wszyscy to po trochu odczuli i czekają, aż sytuacja się ustabilizuje. Myślę, że jest nadzieja, że wszystko wróci do normy. Pytanie tylko: kiedy? - dodaje Witold Karczewski, prezes firmy Contratus, szef Izby Przemysłowo-Handlowej w Białymstoku. Kiedy rozmawiamy, jest właśnie na Białorusi. Uspokaja, że nie ma paniki, ale ceny idą w górę i ludzie dotkliwie odczuwają kryzys.

Teoretycznie "mrówki" i przemyt, chowanie fajek w stanikach, obchodzenie cła, pokątny handel - szkodzą skarbowi państwa. Z drugiej jednak strony napędza to gospodarkę. Pieniądze zarobione na sprzedaży przemycanych papierosów i paliwa białoruscy "kontrabandziści" zostawiają głównie w polskich sklepach.

- Są forpocztą wszelkiego handlu, rozwoju, a nie czymś złym. Pierwsi odkrywają nisze handlowe, za nimi idzie cywilizowana wymiana handlowa. U nas uczą się kultury handlowej, poznają nowe technologie. Zupełnie jak my kiedyś, wyjeżdżając na Zachód. Powinniśmy im pomagać, to nasz historyczny dług wdzięczności - uważa Pilecki.

Przyjeżdżając do nas, Białorusini znajdują też przyjaciół. Tak jak Siergiej, który u swoich, w przygranicznej wsi na trasie z Bobrownik do Białegostoku, zostawił w szopie pompę do paliwa. Zaglądał do niej co parę dni i opróżniał bak swojego auta. Teraz nie pokazuje się od tygodnia. Martwią się o niego.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Subscribe
Comments for this post were disabled by the author