clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Cel: Polska

Cel: Polska

 Iza Michalewicz 2012-04-22, ostatnia aktualizacja 2012-04-19 13:47:05.0

Ojciec nie chciał się zgodzić. Ale dziadek powiedział mu: "Jeśli chcesz, by córka coś w życiu osiągnęła, pozwól jej jechać"

John, lat 16, z Erewanu w Armenii (3,5 tys. km do domu): - O tym, że jestem Polakiem, powiedziała mi mama. Miałem może z siedem lat. Bardzo się cieszyłem. Ojca nie znam. Wychowały mnie kobiety. Moja prababka ma 84 lata i gdy przyjechała do Armenii wiele lat temu, założyła polskie stowarzyszenie. Moja mama uczy języka rosyjskiego i literatury.

Marina, lat 17, ze wsi Dunajowce na Ukrainie (ma 600 km do domu): - Wstydzę się mówić po polsku, jeszcze robię błędy... Moja prababka była Polką. Ale ja właściwie czuję się już Ukrainką. Ukraińcy różnią się od Polaków, są bardziej butni i krzykliwi. Mój ojciec miał trzy żony (moja mama była druga). Dzisiaj mieszkam z mamą i kotem. Tęsknię za nią i szkoda mi, że jest tam sama. Miałam ojczyma, ale zmarł dwa lata temu.





Łukasz z Kaliningradu, lat 18 (do domu 450 km), jest synem Rosjanki i Polaka: - Tato przyjechał do Rosji w latach 90. Handlował, czym się dało. Miał smykałkę do interesów. Sklepy, kwiaciarnie, filtry do wody. Wszystko, co można było sprzedać w Rosji, należało do niego. Mama była tancerką. Często wyjeżdżała do pracy do Tunezji. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy byłem mały. Nie pamiętam mamy zbyt dobrze. Umarła, jak miałem pięć lat. Potem ojciec wziął mnie do siebie i do macochy. Dużo ze mną rozmawiał po polsku. Oglądaliśmy polską telewizję. To dzięki niemu marzyłem o Polsce. Ale któregoś dnia dowiedział się, że ma guza mózgu. Zmarł, zanim zdążyli go operować. Zaopiekował się mną mój starszy brat Anton. Na początku nie za bardzo miałem świadomość, że jestem Polakiem. Więcej dowiadywałem się dopiero, gdy częściej zacząłem jeździć do babci (mamy mojego taty) do Gdańska. Babcia mi opowiadała, że jak wracałem do Kaliningradu, mówiłem kolegom, że nie pamiętam rosyjskiego.

Maria, 17 lat, z Łanowic koło Lwowa (ma 500 km do domu): - Moja rodzina mieszkała na Ukrainie od wieków. Dziadkowie nie wyjechali po wojnie. Kochali to miejsce. Tu zawsze była dla nich Polska. Wszyscy w wiosce, ok. 650 osób, mówią po polsku. Działa u nas Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Teraz zbierają środki, żeby utworzyć polską szkołę w Łanowicach. Mama wyszła za mąż za Polaka, mojego tatę. Ale wyjechał do Polski i przepadł. Cóż - życie!

Ania z Lidy na Białorusi, lat 15 (300 km do domu), po polsku też mówi słabo: - O tym, że jestem Polką, wiedziałam od małego. Jesteśmy katolikami, chodzimy do kościoła. Babcia mówi mieszaniną polsko-białorusko-rosyjską. U mnie nie ma taty. Nie wiem, co się z nim stało. Mama nie rozmawia ze mną o tym. Jestem jedynaczką. Mama uczyła w szkole muzyki. Ale kiedy odebrano jej część lekcji, zrobiła drugie studia - prawnicze. Dziś uczy prawa w college'u.

Daria, lat 17, z Krasnodolska w Kazachstanie, (5 tys. km do domu): - Moja mama też jest prawnikiem. Jesteśmy zesłańcami z 1936 roku, spod Żytomierza. Mojej prababce NKWD kazało spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Można było zabrać bydło. Podróż towarowym wagonem trwała kilkanaście dni. Wiele osób nie przeżyło. Prababka na miejscu zobaczyła goły step. Żadnego budynku. Żadnego drzewa. Tylko kłęby suchej trawy wiatr gonił po tym stepie. Potem kawał drogi musieli iść piechotą. Mieszkali w ziemiankach. Ciężko było, zwłaszcza zimą. Mrozy sięgają tu 40 stopni.

Od kiedy mam świadomość, że jestem Polką? Jak zaczęłam chodzić do szkoły. To była kazachska szkoła z wykładowym rosyjskim. Obowiązkowo był też kazachski. Nie podobał mi się, jest bardzo trudny. Od tego roku wszystkie dokumenty muszą już być po kazachsku. Ale prawie wszyscy nauczyciele byli z pochodzenia Polakami. W naszej wiosce mieszka około trzystu Polaków i tylko jedna kazachska rodzina. W piątej klasie zaczęłam uczyć się języka polskiego. Podczas lekcji opowiadano nam o polskich tradycjach, a nawet gotowaliśmy bigos! Uczyła nas polska nauczycielka, ale po roku wróciła do kraju. Zdążyłam nauczyć się alfabetu, trochę mówić i pisać.

Tomek z Litwy, lat 16 (500 km do domu): - Mieszkamy w Wilnie z dziada pradziada. Moja mama jest nauczycielką nauczania początkowego w polskiej szkole. Tato był kiedyś lekarzem, a teraz ma swój biznes, firmę transportową. Finansowo nie jest źle. Mam młodsze rodzeństwo - brata i siostrę. Trzymamy się w takiej polskiej enklawie. Polacy nie mają na Litwie tylu praw co w innych państwach - np. do podwójnego obywatelstwa.

Architiekturnyj kraj

Maria: - Mój pierwszy raz w Polsce? Nie pamiętam zbyt dobrze. Miałam może z siedem lat. Mama przyjechała do Opola do pracy, a ja z nią. Sprzątała w domu bardzo miłych państwa. Była już u nich wcześniej. I oni pozwolili jej mnie przywieźć. Byłyśmy miesiąc. Bawiłam się z córką tych państwa i czytałam polskie książki.

Tomek: - Miałem może z dziesięć lat. Przyjechałem z tatą, bo miał w Warszawie sprawy do załatwienia. Dziwiły mnie te wielkie reklamy po polsku. Poza tym byłem szczęśliwy, bo mówiłem po polsku i wszyscy mnie rozumieli. Poczułem się jak u siebie.

Łukasz: - Rodzice przywieźli mnie do Polski po raz pierwszy, kiedy miałem zaledwie dwa tygodnie. Mam przed oczami tylko miłe wspomnienia. Choinkę na święta, prezenty, plażę, spacery z Sopotu do Orłowa, mały pokoik u babci i werandę, na której latem zawsze spałem.

Marina: - Wyjechałam z kościoła na ekskursję do Turku i Częstochowy. Miałam może z 12 lat. Było nas czworo dzieci. Pojechaliśmy bez rodziców. Mieszkaliśmy u rodzin. Nie rozumiałam po polsku. Ale pięknie nas tu goszczono. No i było dużo wycieczek.

Ania: - Pierwszy raz przyjechałam do Polski, jak byłam mała. Chodziliśmy na place zabaw. U nas takich nie było. Moja babcia od dziesięciu lat mieszka w Białymstoku. Jest gosposią u takich państwa. Niedługo będzie miała stałą pensję. Babcia chciała, żebym nauczyła się lepiej polskiego, i przez cztery lata jeździłam do Polski na obozy harcerskie. Wszyscy byli Polakami, tylko ja jedna z Białorusi. Nikt mi nie robił z tego powodu przykrości. Nikt się ze mnie nie śmiał. A jak coś mówiłam źle, to mnie poprawiali.

Daria: - Kiedy miałam 10 lat, byłam na dwutygodniowej wycieczce do Krakowa dla Polaków ze Wschodu. Przyjechało nas ze sto osób. Byłam zachwycona, bo Polska to taki architiekturnyj kraj. I ludzie takie radosne: zawsze dzień dobry, przepraszam, w Kazachstanie nie ma takich uprzejmości. Wtedy też zobaczyłam po raz pierwszy Uniwersytet Jagielloński i zachwyciłam się! Niestety, wtedy w ogóle nie znałam polskiego. Inni tak samo, więc rozmawialiśmy ze sobą po rosyjsku.

John: - Trzy lata temu byłem na obozie integracyjnym w Krakowie. To najpiękniejsze miasto, jakie kiedykolwiek widziałem. Była nas dziewiątka z Armenii, reszta z Rosji. Nie wszyscy byli Polakami. Obejrzeliśmy chyba ze 20 kościołów. Mimo że nie znaliśmy języka, Polacy przyjęli nas bardzo otwarcie. Są w tym podobni do Ormian.

Wielki świat

Daria: - Moja mama chodziła na kursy języka polskiego w Pietropawłowsku. I tam dowiedziała się, że w Warszawie jest szkoła, która zbiera uczniów pochodzenia polskiego ze wszystkich krajów Wschodu. Postanowiłyśmy spróbować. Żeby dostać się do tej szkoły, starałam się jak najszybciej nauczyć języka. Poza tym ważne było też zachowanie. Moją rodzinę dużo kosztowało, żeby mnie tu wysłać. Mój ojciec (jest powtórnie żonaty, ma czworo nowych dzieci) nie chciał się zgodzić. "Jak będę stary, masz się mną zająć!" - powtarzał. Ale dziadek powiedział mu: "Jeśli chcesz, żeby twoja córka coś w życiu osiągnęła, to pozwól jej jechać". No i w końcu pozwolił. Zawsze będę dziadkowi za to wdzięczna.

John: - Na pomysł, żebym uczył się w Polsce, wpadła moja prababka. Chodziłem do ormiańskiej szkoły, do klasy rosyjskiej. Ale chciałem uczyć się w Polsce, bo tu jest Europa, a tam Azja. Poza tym z polskim dyplomem można jechać dalej, w świat. A ja chciałbym bardzo ten świat zobaczyć. W Erewanie uczyłem się polskiego w sobotnio-niedzielnej szkole. Ale nic nie rozumiałem!

Tomek: - Nigdy nie brałem pod uwagę, że będę studiował na Litwie. Chodziłem do polskiej szkoły, gdzie językiem głównym był rosyjski. Teraz dużo się zmieniło. I obowiązkowy jest litewski. Ale każdy, kto idzie do polskiej szkoły, ma cel, żeby studiować tutaj, w Polsce. Liceum polonijne w Warszawie znalazłem przez internet. Przyjechałem z rodzicami, obejrzeli i uznali, że szkoła jest fajna. Potem przeszedłem tu dwutygodniowy kurs i zostałem przyjęty. Co zadecydowało? Zachowanie, dobra wiedza ogólna i równie dobra znajomość polskiego. Ale niektórzy nie znali języka, więc pisali testy np. po rosyjsku czy ukraińsku. Była też rozmowa kwalifikacyjna. Powiedziałem na niej, że chciałbym studiować w Polsce.
Maria: - Mój brat chodził do tej szkoły. Dowiedział się o niej od proboszcza naszej parafii. Przyjechał tu w 2007 roku. Teraz studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Powiedział mi, żebym nie marnowała czasu na Ukrainie. Mama też uważała, że na Ukrainie nie mam szans. Nie jesteśmy zamożni. Mama wyuczyła się zaledwie za kucharkę. A to dlatego, że za wszystko trzeba było płacić.

Ania: - O tej szkole wiedziałam już od dwóch lat. To był mój cel i dwa lata się do tego przygotowywałam. W Polsce mam większą szansę uczyć się na wyższej uczelni i w przyszłości zostać kimś. Nie chcę zostać na Białorusi.

Łukasz: - Zanim dowiedziałem się o tej szkole, starałem się czytać książki po polsku i uczyłem się polskich wierszyków na pamięć. "Stoi na stacji lokomotywa...", ten był super. Uczyliśmy się z macochą na spacerze z moim młodszym bratem. Macocha była dla mnie dobra. Początkowo planowałem skończyć szkołę w Kaliningradzie i próbować przez konsulat dostać się do Polski na studia. Koledzy zazdrościli mi, że mam rodzinę w Polsce. Dla nas wtedy to był Zachód. Wielki świat. O liceum w Warszawie usłyszałem przypadkiem. Żeby się tu dostać, uczyłem się bardzo dużo historii. Spokojny byłem tylko z matematyki, bo u nas jest bardzo wysoki poziom, a ja jestem dobry z matmy. Przyjechałem tu dość późno, bo pod koniec lata, pięć dni przed rozpoczęciem roku szkolnego. Szybko zdałem testy.

Marina: - Ja pisałam egzaminy po ukraińsku. Żebym tu mogła przyjechać, mój ojciec musiał wyrazić zgodę. Ma drugą żonę i ona nie lubi, jak ja się z nim kontaktuję. Był nerwowy, bo musiał kilka razy chodzić do notariusza.

Cena za edukację

Daria: - Do szkoły przywiozły mnie mama i babcia, żeby upewnić się, że to jest dla mnie odpowiednie miejsce. Jechałyśmy pięć dni pociągiem. Jak babcia wyszła z Dworca Centralnego i zobaczyła Warszawę, to zaczęła płakać. Nie odezwała się przez godzinę. Jechała i obserwowała wszystko w ciszy. Z mamą było trochę lepiej. Nie płakała. Była zachwycona, że to, co widzi, jest w naszej ojczyźnie. A ja miałam stres, że zostanę tu sama.

Maria: - Na początku było mi bardzo ciężko. Tęskniłam potwornie. Dzwoniłam do mamy i płakałam do słuchawki. I nie mogłam się nikomu poskarżyć na życie, bo byłam nowa, nie znałam ludzi. "To wracaj do domu - mama na to. - Pojedziesz za rok". Ale jakoś wytrzymałam. To były dwa, trzy tygodnie załamania. Wiele osób nie wytrzymuje tęsknoty i do miesiąca czasu wyjeżdżają.

Tomek: - Przez pierwsze dwa miesiące myślałem, że oszaleję. Miałem trudności z przystosowaniem się do planu dnia rozpisanego co do minuty. Jestem przyzwyczajony do swobody. Jak już odrobiłem lekcje, to nie muszę siedzieć nad zeszytem! Mogę na przykład pospać. A wtedy ktoś przychodził, budził mnie i pytał, czy już zrobiłem zadania. Nie podoba mi się to. Życie jest monotonne: szkoła - internat. Pobudka - 6.30, potem śniadanie, szybkie mycie, pieszo do szkoły (40 minut). Kończymy ok. 15.30. Po szkole mamy dwie godziny dla siebie, no, chyba że poda się bardzo poważny powód, że się spóźnimy do internatu. W soboty cztery godziny wolnego, w niedzielę - trzy.

Maria: - Dziewczyny mieszkają na tym samym piętrze, gdzie jest szkoła. To bardzo wygodne: można dłużej pospać. Plan na wieczór? O 17.50 - kolacja. 18.30-19.10 - łazienka: mycie, pranie (a pranie według kolejności zapisów). Potem odrabianki. Wiadomo. 21.10 - apel (w korytarzu bursy) i modlitwa. 22.15 - cisza nocna. Do 23.00 ewentualnie można przedłużyć naukę. Telewizora w pokoju nie ma. Komputer w młodszych klasach zakazany.

Łukasz: - Jak była w bursie cisza nocna, to wychowawca chodził i sprawdzał, czy śpimy. A odrabianki odsiadywaliśmy w ławkach i strach było wyjąć komórkę, bo wychowawca zaraz strofował.

Daria: - Czasem popłakuję pod prysznicem, żeby nikt nie widział. Jestem tu dopiero pół roku. Nie pojechałam na święta, bo droga za daleka, no i za bilet trzeba dać 1,2 tys. zł. Nie stać mnie.

Ania: - Mama dzwoni, żeby mi powiedzieć, jaka jest z tego dumna. Codziennie za nią tęsknię. Ale jeżdżę co dwa tygodnie do babci, która pracuje w Białymstoku. Lubię być w Polsce. Macie lepszy poziom życia.

John: - Jak jest trochę więcej czasu w weekend, to jeżdżę do Złotych Tarasów pospacerować. Tam jest bardzo ładnie.

Marina: - Ja też lubię Tarasy. W czwartki można też za darmo zwiedzać pałac w Wilanowie. Chętnie tam zaglądam. Jest mało czasu, nie zawsze możemy wyjść poza szkołę, tak jest wszystko dokładnie zaplanowane. Gdybyśmy mieli więcej wolnego, to może byśmy się nie uczyli? Ale my wiemy, że obowiązuje taki plan, i się na to godzimy.

Tomek: - Trzymamy się we własnym gronie. Ja mam swoje pasje. Fotografia, kino... Jestem bursowym fotografem. Wszyscy przychodzą do mnie robić sobie portrety. Założyłem też stronę internetową naszej bursy. Nie przyjaźnimy się z nikim spoza, bo nie mamy takich możliwości. Ale to jest cena, którą płacimy za edukację.

Kwiatek dla nauczyciela

Łukasz: - W pierwszym roku nauki w Polsce zauważyłem, że każdy przedmiot ma tutaj jakieś powiązanie z innym. W Rosji chodziłem do szkoły muzycznej. Znam nuty. Jestem też dobry z matematyki. U nas poziom matmy jest wyższy, ale wolę się uczyć tutaj. Lubię języki. Dwa lata uczyłem się łaciny, teraz moim marzeniem jest nauczyć się francuskiego. W Kaliningradzie myślałem, że będę studiował dyplomację. Ale w Polsce doszedłem do wniosku, że informatyka to będzie fach, z którego na pewno wyżyję.

Maria: - Na Ukrainie nie miałabym szans się uczyć. A to dlatego, że trzeba było płacić. W państwowej szkole do dziś nauczycielom daje się łapówki za oceny. Czwórka kosztuje tyle, piątka tyle... Mam koleżankę, która dobrze się uczy. Ale mimo to nauczyciel nie postawi jej piątki, jeśli mu nie zapłaci. 100 hrywien za dobry stopień to standard.

Marina: - Ukraińscy nauczyciele biorą straszne łapówki. Na święta trzeba robić wielkie prezenty. Nie mogłam uwierzyć, że tutaj nauczycielowi po prostu można dać kwiatek. Tam kupowaliśmy na przykład sprzęt wideo. Jedna z nauczycielek powiedziała mojemu koledze: "Jeśli chcesz mieć dobrą ocenę, to masz przynieść słownik". Sporo kosztował. Ale kupił, nie miał wyjścia.

Daria: - Najlepiej chyba umiem chemię. W Kazachstanie też lubiłam chemię i biologię. W Polsce chciałabym studiować farmację. Ale z biologią na razie nie daję rady, bo trzeba nauczyć się wszystkich terminów po polsku. Ale moja nauczycielka biologii mówiła mi: "Daria, jesteś mądra. Poradzisz sobie".
Maria: - Na Ukrainie to normalne, że nauczyciel powie do ucznia: ty debilu, ty kretynie. Szczególnie prześladowała nas, Polaków, nauczycielka języka ukraińskiego, której bardzo nie podobało się, że na przerwach rozmawiamy między sobą po polsku. Zabraniano nam. Rodzice chodzili na zebrania, skarżyli się. Jakiś czas nauczyciele milczeli, a potem znów była nagonka. Świadomość, że jest się kimś gorszym niż ukraińscy uczniowie, towarzyszyła mi zawsze. Mimo to byłam najlepszą uczennicą. A w Polsce to się nie udawało, co było dla mnie tragedią. Myślałam: nie radzę sobie. Oczywiście z powodu bariery językowej. Ale i tak skończyłam trzecią klasę gimnazjum z czerwonym paskiem. Bardzo pomogli mi nauczyciele.

Tomek: - Na Litwie Polacy wysyłają dzieci do litewskich szkół. Nie chcą ryzykować, bo mogłyby nie wyjechać do Polski na studia. Wszystkie egzaminy trzeba będzie po litewsku zdawać, co dla wielu Polaków stanowi trudność. Ja biegle mówię po litewsku, ale wolę się uczyć po polsku.

Ania: - U nas nikt nie kontroluje wiedzy uczniów tak często jak tutaj. Powiesz, że nie masz zadania, odpowiedzą: następnym razem. A następnego razu zazwyczaj nie ma. Chciałabym zostać lekarzem. Chyba dermatologiem... I studiować w Białymstoku, gdzie mieszka babcia.

John: - Chyba będę studiował informatykę na Uniwersytecie Warszawskim. Z matematyką nie mam problemów. Jestem z natury kosmopolitą i pewnie zostanę w Polsce. Gdybym po studiach chciał pojechać z polskim dyplomem do innego kraju, to też mam wolną drogę. Z armeńskim - nie. Najchętniej pojechałbym zobaczyć Wielką Brytanię, Niemcy i Francję.

Daria: - W Kazachstanie nie wszyscy mogą realizować swoje możliwości. W pierwszej kolejności przyjmuje się Kazachów, nawet jeśli nie są lepsi. Jakiś czas temu zdecydowaliśmy w rodzinie, że chcemy przeprowadzić się do Polski. Skompletowaliśmy wszystkie dokumenty i już bardzo długo czekamy na decyzję. Nie wiem, co to będzie... Chcemy wyjechać z Kazachstanu, bo tutaj, w Polsce, jest nasza ojczyzna. Tam się tylko urodziłam. Kazachy mówią, że tam nie ma dla nas, Polaków miejsca.

Łukasz: - Na studiach my, ze Wschodu, dostajemy stypendium - około 900 zł. Do tego będę jeszcze dorabiał. Chcę skończyć kursy barmańskie. Bycie barmanem byłoby w weekendy bardzo wygodne. Liczę na napiwki. Ułatwiłyby mi przetrwanie miesiąca. Babcia też mi na pewno pomoże, ale ona nie ma zbyt dużej emerytury, sztuczną zastawkę w sercu i masę leków do wykupienia.

Maria: - Mam nadzieję, że jak będziemy się z bratem dobrze uczyć, to osiągniemy to, co chcemy. Bez znajomości i płacenia. Ja, tak jak on, chcę studiować prawo i zostać sędzią. Oprócz tego myślałam, żeby uczyć się na tłumacza z języka angielskiego, rosyjskiego. A może zostanę dziennikarką?

Mała ojczyzna

Łukasz: - Chłopaki mnie pytają: a jak tam jest w tej Polsce? Jacy ludzie? Mówię im wtedy, że kulturowo trudno nas porównywać. Ludzie są zupełnie inni. Inny jest sposób życia. W Rosjanach pokutuje życiowa niestabilność, brak poczucia bezpieczeństwa. Żyją z dnia na dzień i poprzez to może są bardziej spontaniczni, ale bez perspektyw. Z kolei u was mała sprawa nabiera wielkiej wagi. Większej niż potrzeba. Polacy to panikarze. Robią z igły widły.

Marina: - Bardzo tęsknię za ukraińskim jedzeniem. Tu, jak zrobili barszcz, to był słodki. Nie bardzo mi smakował. Mama często robi ziemniaki zapiekane z serem, mięsem i do tego groch. A babcia piecze w piecu chleb. Jest wspaniały. Jak zostaje jej kawałek chlebowego ciasta, to kładzie na patelnię i smaży. A potem ja kroję na to czosnek. Pycha!

Tomek: - W Polsce najbardziej brakuje mi dobrego jedzenia. To szkolne jest bardziej niż skromne. Ziemniaki z ziemniakami. Dożywiamy się w McDonaldzie, czasami ktoś coś przywiezie z domu. W domu gotujemy różnie, ale z litewskich potraw najbardziej tęsknię za cepelinami. Uwielbiam je! Jak tu przyjechałem, to chłopaki umieli tylko robić kanapki. Ale tak się wyuczyli, że niedawno zaprosiliśmy dziewczyny do bursy na chaczapuri.

Łukasz: - Lubię w Polsce styl ubierania się, dużo nowinek technicznych, swobodę wyboru komputerów, komórek... Wszystko jest bardziej dostępne. Macie telefon za złotówkę, co jest wygodne. U nas, w Rosji, tego nie ma.

Maria: - Najbardziej mi brakuje przyjaciół. Tyle że po czterech latach rozłąki mamy już różnice poglądów. Dla moich kolegów mogę czasem wydawać się śmieszna. Nawet ubieramy się inaczej. Ja na co dzień nauczyłam się w Polsce chodzić na sportowo, a moje koleżanki - na obcasach. Dla mnie to nie do pomyślenia.

Łukasz: - Polska młodzież ma mniej szacunku do starszych niż nasza. A w Rosji siwą głowę się szanuje. Obok szkoły, w Wilanowie, jest cmentarz. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy siedzieli w pobliżu na ławce, słuchali muzyki i pili piwo. A Polacy nie mają z tym problemu. Mnie to bardzo żenuje, bo w nas, wschodniakach, jest wielki szacunek do mogiły. Jeśli o to chodzi, to część mojej duszy jest rosyjska.

Tomek: - Pewnie, że tęsknię za domem! W Warszawie wszyscy się spieszą. Jest inne tempo życia. Brakuje mi tu cichych miejsc, maleńkich uliczek i zakamarków Wilna. Tego piękna przeszłości. Wilno zostaje w człowieku na całe życie.

Maria: - Jak przyjeżdżam na Ukrainę, to słyszę, że jestem Polką. A jak jestem tutaj - że Ukrainką. Tak naprawdę w duszy jestem Polką, ale mój dom jest moją małą ojczyzną. A ta ojczyzna jest na Ukrainie.

Wystarczy 40 tysięcy

Do tej pory koszty kształcenia 82 uczniów ze Wschodu w Kolegium im. św. Stanisława Kostki w Warszawie w 70 proc. pokrywało Ministerstwo Edukacji oraz Senat RP (płaci ok. 700 tys. zł rocznie). Reszta środków pochodzi od ludzi dobrej woli.

Dotychczas Senat dysponował kwotą 75 mln na pomoc Polonii ze Wschodu. - Sejm zabrał nam w tym roku 60 mln, tymi pieniędzmi będzie rozporządzało Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Nie wiemy, jak - mówi senator Andrzej Person, przewodniczący komisji spraw emigracji i łączności z Polakami za granicą.

Ewa Petrykiewicz, prezes Oddziału Warszawskiego Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców: - Liceum stanęło na krawędzi bankructwa. Bardzo byśmy chcieli, by przynajmniej te dzieci skończyły szkołę. Kolejny rocznik też stoi pod znakiem zapytania. Uratowałoby nam życie nawet 40 tys. miesięcznie. Nic na tej szkole nie zarabiamy. Chcielibyśmy tylko, by trwała.

Pieniądze na pomoc szkole można wpłacać na konto PKO IX o/Warszawa NBP 13 1020 1097 0000 7702 0108 2031 z dopiskiem "Darowizna dla młodzieży ze Wschodu"

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Tags: dzieci, imigracja, nauka, polska
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author