clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Powstanie kościuszkowskie 1794 rok


Pomnik Wojciecha Bartosa (Bartosza Głowackiego) na polu bitwy pod Racławicami autorstwa Mariana Koniecznego. Fot. Grzegorz Kozakiewicz

4 kwietnia 1794 r. Psiakrew, moja harmata!

Włodzimierz Kalicki 2012-04-08,

Przed czterema dniami z Krakowa wyszło pod rozkazami Kościuszki w pole 2200 regularnej piechoty i 2000 jazdy

Za niewielkim wzgórkiem przycupnęły trzy z okładem setki chłopów w odświętnych sukmanach, granatowych, białych, burych, z wielkimi sukami, czyli przeszywanymi kołnierzami, z ozdobnymi haftami i czerwonymi frędzlami, w czerwonych rogatych czapkach z barankowym otokiem i pawim piórem. Każdy z nich dzierży w dłoni osadzoną na sztorc kosę - to krakowscy kosynierzy. Wielu z nich klęczy i żarliwie się modli. Inni stoją w grupkach i dopijają z manierek i kubków wódkę, którą już od dwóch godzin donoszą wozacy z taborów.





Powołanie pod broń chłopów i uzbrojenie ich w kosy to pomysł naczelnika insurekcji województwa krakowskiego Tadeusza Kościuszki. Na organizatora milicji krakowskiej wyznaczył Kościuszko zaraz na początku insurekcji syna swego znajomego, pułkownika wojsk koronnych Adama Slaskiego - Jana Feliksa Slaskiego, mianowanego na tę okazję generał majorem powiatów ksiąskiego i proszowickiego. Była to nader celna nominacja. Jan Feliks, wespół z bratem Andrzejem, energicznie zajął się zbieraniem tzw. rekrutów dymowych i formowaniem z nich oddziałów kosynierów. Zadanie miał gen. Slaski o tyle ułatwione, że nie potrzebował ani mundurów, ani broni. Chłopskie kosy na sztorc przekuć można w byle kuźni. Drugą, obowiązkową sztukę broni, noszoną za pasem siekierę, każdy ochotnik przyniósł z własnego gospodarstwa.

Przed czterema dniami z Krakowa wyszło pod rozkazami Kościuszki w pole 2200 regularnej piechoty i 2000 jazdy. Wczoraj we wsi Koniusza do sił naczelnika dołączyły posiłki - w sumie 1900 kosynierów. Największe grupy przyprowadzili Jan Slaski, imć Taszycki i naturalizowany Francuz Bernier.

Na rozkaz Kościuszki Slaski sformował elitarny oddział liczący ponad 300 kosynierów, którzy już służyli w wojsku. Reszty naczelnik obawia się rzucić do boju - jeśliby nieostrzelanych chłopów ogarnęła pod kulami panika, skutki najpewniej byłyby tragiczne.

Kościuszko postanowił rozbić korpus ścigającego go carskiego gen. Tormasowa, zanim zdoła on połączyć się z będącymi już bardzo blisko wojskami gen. Denisowa. Oddziały gen. Tormasowa zastąpiły drogę maszerującym na Racławice Polakom na Wzgórzach Kościejowskich pod Dziemierzycami. Kościuszko przyjął bitwę.

Ukryci za kurhanem, z którego dowodzi naczelnik Kościuszko, kosynierzy od dwóch godzin nasłuchują odległego huku armat i karabinowych salw. Koleje bitwy są zmienne - najpierw część polskiej kawalerii zmyka niechlubnie z pola walki, potem niesławą okrywają się Kozacy. Polska i rosyjska piechota bije się twardo, po obu stronach ciężkie straty powoduje celny ogień armat. Kosynierzy popijają dla kurażu gorzałkę i czekają. Nie muszą być trzeźwi, by w bitewnym strachu i napięciu precyzyjnie ładować karabiny, by celować i równo strzelać salwami - oni tylko muszą dziką hurmą runąć z kosami na wroga i ciąć, i zabijać.

Wśród podchmielonych żołnierzy w sukmanach stoi też Wojciech Bartos ze wsi Rzędowice należącej do starosty dymidowskiego i zagórskiego Antoniego Szujskiego. Do insurekcji poszedł Bartos za cichym przyzwoleniem pani starościny Szujskiej.

Starosta Szujski dumny jest ze starożytności swego rodu - pochodzi ze zruszczonych kniaziów Szujskich, których jedna gałąź się spolonizowała. Pan starosta, wychowany na dworze biskupa krakowskiego Stanisława Sołtyka, którego carski ambasador Repnin kazał porwać i wywieźć do Rosji podczas sejmu 1767 roku, jest znanym erudytą. Szujski towarzyszył biskupowi poecie Ignacemu Krasickiemu w jego podróżach zagranicznych, bywał często na dworze króla Stanisława Augusta. Starosta ma się za wielką figurę.

Gospodarką w swych majątkach nigdy się nie interesował, tak przyziemne sprawy scedował na swą praktyczną małżonkę Urszulę z domu Święcicką, córkę krakowskiego burgrabi. Pani starościna od pierwszych dni wspomaga siły insurekcji sowitymi datkami pieniężnymi, a i przymyka oko na swoich chłopów zaciągających się pod narodowe sztandary.

Rosjanie tracą impet w natarciu. Zmęczone oddziały polskie nie mają jednak dość sił, by przełamać szyki wroga. Kościuszko wyczuwa, że zbliża się moment zwrotny starcia. Bitwę trzeba rozstrzygnąć, zanim zjawi się gen. Denisow. Kościuszko spina konia i zjeżdża z kurhanu do dwóch kompanii piechoty stojących z tyłu, w odwodzie.

- Awansuj, waszmość, od środka z dwiema kompaniami, a ja resztę i chłopów poprowadzę na czoło! - mówi do dowodzącego rezerwami pułkownika Nideckiego.

Kościuszko, a za nim kilkunastu oficerów jego sztabu, podjeżdża do kosynierów. Naczelnik wyciąga z pochwy pałasz i woła do chłopów: "Kosy do ataku! Bóg i Ojczyzna! Naprzód, wiara!".

Kościuszko z pałaszem nad głową prowadzi kosynierów pod dowództwem Jana Slaskiego do ataku. Najpierw wiedzie ich lekkim łukiem w lewo, niewielkim wąwozem między wzgórzami, zasłaniającym od ognia Rosjan. Za koniem Kościuszki galopuje gen. Jan Slaski, przy jego boku biegnie Wojciech Bartos, za nim setka kosynierów. Potem druga setka prowadzona przez Bujaka i trzecia, pod wodzą porucznika Munkiewicza. Dopiero za chłopami, traktowanymi jak taran bojowy, truchtają dwie kompanie regularnej piechoty pod dowództwem Nideckiego.

Chłopi w sukmanach, nawet gdyby chcieli zrejterować z pola walki, nie mają gdzie uciekać: przed nimi Rosjanie, za plecami - bagnety polskiej piechoty.

Kosynierzy gnają w całkowitej ciszy.

Gdy wybiegają z wąwozu, ich oczom ukazuje się ustawiona nieco bokiem rosyjska bateria.

- Zabrać mi, chłopcy, te armaty! Naprzód, wiara! - krzyczy Kościuszko i pierwszy rusza na Rosjan z pałaszem uniesionym nad głową.

Huczą bębny. Chłopi z wzniesionymi w górę kosami, ze straszliwym krzykiem ruszają pędem na baterię wroga. Rosyjscy kanonierzy pośpiesznie odwracają armaty. Pierwsza salwa kartaczy kładzie trupem 16 kosynierów. Reszta nie zważa na straty i pędzi dalej. Rosjanie pospiesznie ładują działa. Kosynierzy są tuż-tuż, gdy druga armatnia salwa obala kilkunastu z nich.

Pierwszy między rosyjskie armaty wjeżdża Kościuszko. Odbija pałaszem ciosy bagnetów i wyciorów. Wojciech Bartos wpada na baterię jako drugi po naczelniku. Widzi, że rosyjski kanonier zamierza odpalić lontem 12-funtową armatę. Tnie go kosą, wskakuje na działo okrakiem jak na konia i zakrywa wypełniony prochem zapał swą czapką krakuską - teraz już odpalić armaty nie sposób.

- Moja harmata! Psiakrew, moja harmata! - krzyczy Bartos na całe gardło.

Zaraz za Bartosem na baterię wpadają chłopi Stanisław Świstacki z Zakrzowa i Jędrzej Łakomski. Wyrzynają kanonierów i piechurów - czterometrowe drzewca kos nie dają wrogom szansy sięgnięcia bagnetem kosyniera. Świstacki z Łakomskim zdobywają drugą armatę, chorąży Krzysztof Dębowski - trzecią.

Po chwili cała bateria jest w rękach chłopów. Kosynierzy atakują grenadierów pułkownika Tomatisa usiłujących odbić armaty.

Pod ciosami kos Rosjanie idą w rozsypkę. Rzucają karabiny, wołają: "Pardon!". Chłopi nie rozumieją, że to prośba o darowanie życia - tną równo straszliwymi kosami, rannych dobijają siekierami, obdzierają z butów, pasów, patrontaszy.

Ranny w rękę, z pokrwawionym czołem naczelnik Kościuszko zajeżdża przed resztę kosynierów stojących w odwodzie. Wiedzą już, że ich kumowie pięknie sprawili się w ataku na armaty. Teraz oni ruszają na piechurów pułkownika Pustowałowa. Tuż za ich plecami postępuje, wedle sprawdzonej receptury Kościuszki, półbatalion regularnej piechoty.

Po rozbiciu i wyrżnięciu kosami jegrów Pustowałowa bitwa jest wygrana - gen. Denisow, przestraszony opowieściami uciekających z placu boju niedobitków Tormasowa o straszliwych chłopach z kosami, wydaje rozkaz wycofania się do Kazimierzy Wielkiej.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Tags: historia, polska
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author