clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Świeczka dla taty

Świeczka dla taty

Ewelina Majewska-Howis

2011-11-20, ostatnia aktualizacja 2011-11-17 15:24:01.0

Ojciec podobno był oficerem, choć ciężko uwierzyć, aby matka w TAKIM momencie przyglądała się dystynkcjom na pagonach
Ojciec był chyba szatynem. Raczej wysoki. Oczy pewnie zielone. Znaki szczególne: może jakaś blizna albo znamię. Włosy i zarost - gęste. Zęby mocne. Niechorowity. Ukrainiec. Jak popił, to chamiał, a wypić lubił. A może i nie lubił, ale WTEDY na pewno był pijany.

Matka - przeciętna. Ani ładna, ani brzydka. Wzrost średni. Znaki szczególne - brak. Chyba że liczyć bruzdę w poprzek czoła, taką od zmartwień. Oschła, emocje okazywała rzadko. Właściwie nigdy. Pracowita i zaradna. Harowała na trzy zmiany w Hucie Zygmunta, żeby utrzymać siebie i córkę. I o mieszkanie zakładowe się wystarała. Mieszkanie... hm... dziewięć metrów kwadratowych, bez mebli. Szafę, stół, dwa krzesła, łóżko i taboret pod umywalkę dali obcy ludzie. Dobrzy ludzie. Joanna spała z matką w jednym łóżku do końca zawodówki. Potem wyszła za mąż.

Rodzice Joanny

Matka urodziła i wychowała się w Bytomiu, w Łagiewnikach. Była jeszcze Polką, bo granica polsko-niemiecka biegła kilkaset metrów na zachód od jej domu.

Ojciec podobno był oficerem, choć ciężko uwierzyć, aby matka w TAKIM momencie przyglądała się dystynkcjom na pagonach.

Rodzice poznali się 28 stycznia 1945 roku w Bytomiu. Spotkali się w mieszkaniu nad rozlewnią win i likierów, w której matka pracowała jako służąca, a ojciec degustował trunki. I strzelał do beczek i baniaków.

Tego miejsca, gdzie się poznali rodzice Joanny, już dawno nie ma. Bytom, plac Akademicki, przez lata plac Dzierżyńskiego. Niedaleko rynku stała kamienica Kindlerów, a w niej na parterze znajdowała się rozlewnia win i likierów z rzędami równo poustawianych skrzyń, beczek, baniaków i butelek. Pustych i pełnych. Tego dnia, w którym się poznali rodzice Joanny, beczki były pewnie w nieładzie, bo właściciele pakowali się w pośpiechu i w strachu przed czerwoną szarańczą. W tej rozlewni zatrzymał się na jakiś czas ojciec z kolegami. Żeby poświętować szwabską wódką zwycięstwo nad Niemcami. Choć prawdę mówiąc, pili wszystko, co znaleźli.

W wyzwalającej Bytom armii Korownikowa służyli głównie Ukraińcy, to ojciec musiał być stamtąd, z Ukrainy. Gdzieś, może pod Donieckiem, zostawił dom albo zgliszcza po domu. Może żonę i dzieci, a może groby żony i dzieci?

Matka pracowała u bogatej niemieckiej rodziny - u Kindlerów. Mieli oni kamienicę i rozlewnię, a w Wehrmachcie dwóch synów, których umundurowane zdjęcia wisiały w jadalni. Staremu Kindlerowi darowali służbę - nie wiadomo, czy opłacał się wojskowym, czy Rzesza wolała, aby swój patriotyzm okazywał wysokoprocentową dziesięciną na rzecz armii. Matce u Kindlerów źle nie było. Płacili w terminie i wolne dawali co trzecią niedzielę. Na Geburstag każdemu pracownikowi organizowali poczęstunek z prawdziwą kawą i ciastem. Jubilat dostawał wtedy pół dnia wolnego i drobny upominek. Matce po urodzinach w 1939 została filiżanka z fabryki Bavaria należącej do rodziców pani Kindlerowej.

Pod koniec stycznia 1945 roku państwo Kindlerowie uciekli przed frontem do Rzeszy. Wiedzieli już, jak wygląda "wyzwalanie" ziem polskich przez Armię Czerwoną. Plotki wyolbrzymiane przez goebbelsowską propagandę szły szybko i budziły grozę, nawet jeśli wierzyć tylko połowie opowieści.

Kindlerowie uciekli, a matkę poprosili o dopilnowanie mieszkania i dobytku, którego nie dali rady zabrać. Mieli nadzieję, że wrócą, kiedy to wszystko się skończy. Zabrali tylko pieniądze, biżuterię, dokumenty i trochę drobiazgów. Było czego pilnować. Właśnie tam, w mieszkaniu Kindlerów nad rozlewnią, matka, przyczajona za firanką w jadalni, zobaczyła ojca po raz pierwszy.

Po raz drugi matka zobaczyła ojca, kiedy stanął pijany w drzwiach pilnowanego przez nią mieszkania. Był wysoki i silny, znacznie silniejszy od niej.

Ukaz Stalina brzmiał: "Pozbawić Niemki ich germańskiej dumy". Ojciec na pewno uznał, że matka jest Niemką. Ona na pewno próbowała się tłumaczyć. Po polsku i po rosyjsku. Po niemiecku chyba nie próbowała, choć mówiła nieźle. Prosiła, krzyczała, płakała i wyła. Ojciec raczej zrozumiał, ale albo ją zignorował, albo dał jej w pysk, żeby się zamknęła. Matka się nie broniła. Ojciec miał karabin i kilku kumpli do pomocy. A w jadalni stał duży stół. Do tego stołu mogli matkę przywiązać.

Po spotkaniu z matką ojciec potraktował krzesłem portrety młodych Kindlerów w niemieckich mundurach i postanowił wraz z kumplami zdewastować magazyn rozlewni. Trochę alkoholu wzięli ze sobą, a czego nie unieśli - rozstrzelali. Czerwone wino z roztrzaskanych balonów popłynęło do kratki ściekowej. Na wiwat Armii Czerwonej, która Niemców zwyciężyła.

Po spotkaniu z ojcem matka pewnie przesiedziała w odrętwieniu kilka dni. Może poszła do lekarza albo do kościoła, albo do przyjaciółki. Albo nigdzie. Po jakimś czasie wróciła do domu. Raczej nikomu z rodziny nie powiedziała o spotkaniu z ruskimi sołdatami. Nie ona jedna.

Kiedy matka zobaczyła ojca zza firanki w jadalni, miała 32 lata. Była dojrzałą kobietą. Może po przejściach, może jakiś narzeczony nie wrócił z kampanii wrześniowej. Joanna tego nie wie. Matka nigdy nie poruszała tematu mężczyzn, po wojnie nigdy się z żadnym facetem nie związała. Nawet przelotnie, chyba że coś umknęło uwadze Joanny. Na dziewięciu metrach kwadratowych trudno jednak o prywatność czy tajemnice. Nie - brak chłopa w domu nie był dla Joanny ani dziwny, ani podejrzany. Wtedy wiele dzieci nie miało ojca, a o TYCH sprawach nikt z gówniarzerią nie rozmawiał. Z nastoletnimi pannami i z dorosłymi córkami zresztą też nie.

Kiedy matka zobaczyła ojca zza firanki w jadalni, pewnie się bała. Dlaczego więc nie uciekła? Może liczyła na to, że żołnierze się upiją i dadzą jej spokój, albo może strach związał jej niezbyt ładne nogi. Bo nogi Joanna ma na pewno po matce. Krótkie, za grube w łydkach i z dużymi, nieproporcjonalnymi stopami.

Joanna urodziła się 28 października 1945 roku. Miejsce urodzenia: Bytom. Ojciec: NN. Wtedy dzieci bez ojca nikogo nie dziwiły. Mało to mężczyzn nie wróciło z wojny? A dzieci po nich niejednej zostały. Joanna zazdrościła koleżankom ojców, ale o swojego nie zapytała matki nigdy. Jakoś wiedziała, że to nie byłoby właściwe pytanie.

Nie ma o czym gadać

O tym, kim jest jej ojciec, Joanna dowiedziała się jako kobieta 50-letnia. Od obcych ludzi. U szewca - czekając na niepodbite na czas czółenka. Gdyby szewc nie zapomniał zrobić jej butów, a ona nie potrzebowałaby ich pilnie na ślub kuzynki, toby może nigdy nie poznała swoich korzeni. A tak - Joanna czekała na buty, a do zakładu zeszła ciotka szewca, koleżanka matki. Mieszkała nad szewcem i godzinami obserwowała świat za oknem. Wypatrzyła Joannę i uznała, że zabije i swój, i jej czas miłą pogawędką. Na tę ciotkę szewca wołali Jaremowa, żona Jaremy Pawła, od wielu lat wdowa. Na starość uszedł z niej strach przed tym, co ludzie powiedzą. Hipokryzja i ukrywanie emocji powoli ustępowały miejsca alzheimerowej szczerości. Jaremowa znała matkę Joanny. Gdyby matka miała jakichś przyjaciół, to można by powiedzieć, że się z Jaremową przyjaźniły.

Jaremowa zeszła na dół i przewróciła Joannie życie. Zmarła dwa lata później, spokojna, że wyjawiła tajemnicę. A Joanna żyje, i to żyje z tym uwierającym uczuciem, że nikt jej nie chciał. Ani matka, ani matka matki, ani siostry matki. Ojciec raczej też jej nie chciał. Raczej na pewno jej nie chciał.

Chciała zapytać matkę, czy to prawda. Czy to prawda, że jest wojennym bękartem, pamiątką po ruskim froncie? Czy to prawda, że było ich kilku i że każdy może być jej ojcem? Czy rzeczywiście przy Czerwonym Krzyżu utworzono specjalną komórkę pomagającą legalnie i za darmo pozbyć się takich problemów jak ona? I dlaczego matka z tej pomocy nie skorzystała? I wreszcie dlaczego ona - Joanna - przez 50 lat musiała się domyślać, kim jest ów NN w akcie urodzenia?

Przygotowywała się do tej rozmowy bardzo długo. Zwlekała, próbowała mówić półsłówkami, rzucać aluzje. Kiedy wreszcie odważyła się przyznać, że wie, kim jest, że zna swoją historię - matka ją beznamiętnie zbyła. Spytała tylko, kto jej o tym powiedział. Tak, to, co powiedziała Jaremowa, jest prawdą. Nie chciała wiedzieć, jak dużo wie Joanna. Ucięła wszelkie pytania. To było dawno i tyle lat minęło, że nie ma o czym mówić. Jeśli przez tyle lat się nie mówiło, to znaczy, że nie ma o czym. Nie warto i już.

Zowita

Panna z dzieckiem. Po ślunsku zowita. A jej bękart to w gwarze najduch. Ślązacy naród religijny, więc pewnie dlatego farorz z parafii Jana Nepomucena - ksiądz Józefowicz - nie chciał małej Asi dać z funduszu parafialnego na sukienkę komunijną. Joanna pamięta biedę w domu i pamięta zapewnienie proboszcza, wygłoszone z ambony, że jeżeli w domu jest bieda, to on pomoże przy kosztach pierwszej komunii. Że materiał na sukienkę kupi, mirtu na wianek da albo za różaniec płacić nie każe.

Joanna pamięta też, że matka wpisała się na listę potrzebujących i że poszła na spotkanie z farorzem. I że po powrocie przytuliła córkę i zapewniła, że będzie miała najpiękniejsze ubranie komunijne ze wszystkich dziewczynek. I że potem przez miesiąc przerabiała wieczorami swoją białą letnią sukienkę z bufiastymi rękawami. Mirtu na wianek dała sąsiadka, za różaniec mama zapłaciła, a przyjęcie komunijne odbyło się w cukierni. Uczestniczyła w nim Joanna i jej matka, a podano landrynki zapakowane w tytkę z szarego papieru. Sukienka była rzeczywiście zjawiskowa i w drodze do kościoła Joanna przeglądała się w każdej wystawie sklepowej. W pokoju trzy metry na trzy nie było miejsca na lustro. Ksiądz powiedział podobno, że nie będzie ruskim bękartom fundował białych kiecek.

Joanna nosiła takie nazwisko jak matka, a w rubryce "imię ojca" wpisywała NN. Nie przypomina sobie zbyt wielkich nieprzyjemności z tego powodu. No - oprócz farorza z Nepomucena. Czasem zdarzył się lekceważący wzrok urzędniczki, kiedy Joanna podawała swoje dane do jakiegoś formularza. No i jeszcze babka. Matka matki uważała, że Aśka nie istnieje, a jeśli już musi przebywać w jej obecności, to niech się chociaż nie odzywa. Jaremowa powiedziała nawet, że kiedy matka zaczęła rodzić Joannę, babka wysłała ją do chlewu po świniach. Tam było odpowiednie miejsce dla "Iwanicy". A inni? Nie, nie, nikt Joannie nie dokuczał, nie wyzywał od bękartów ani nie prześladował w szkole. Po prostu - Aśka nie ma ojca. Wiele dzieci wtedy ojca nie miało. Bo albo wrzesień, albo front, albo obóz, albo Sybir. Albo krasnoarmiejcy zastrzelili lub zadźgali przy wyzwalaniu, uznając Ślązaków za Niemców.

Joanna nie wie, dlaczego matka nie przyznawała się nikomu, że ona jest po Ruskich. Chyba łatwiej jej było udawać zowitę, niż ujawnić, że sobie na niej kilku pijanych i brudnych żołnierzy poużywało. Takie też czasy były, że wszyscy się bali wszystkich i o wszystko. Może matka myślała, że jej Aśkę odbiorą i do jakiegoś sierocińca pod Moskwę zawiozą, jeśli ujawni pochodzenie córki.

Alimenty od historii

Prawie pół roku po tym wrześniowym popołudniu, kiedy szewc nie wyrobił się z czółenkami, Joanna napisała list do Rzecznika Praw Obywatelskich. Bo czemu zwykłe bękarty dostają alimenty od państwa, a te pofrontowe nie? I dlaczego matka musiała znosić upokorzenia tylko dlatego, że nie skorzystała z "pomocy" oferowanej przez specjalną komórkę PCK?

"Szanowny Panie Profesorze - napisała Joanna - zwracam się do Pana ze sprawą osobistą, ale wierzę, że mój przypadek nie jest odosobniony (...) Uważam, że za te lata pogardy, biedy i upokorzeń należy się nam jakaś rekompensata finansowa (...) Dzisiaj pokrzywdzone kobiety mają chociaż fundusz alimentacyjny, a my nie miałyśmy nic".

Przyszła odpowiedź. Tłumaczono Joannie uprzejmie, że niestety każda wojna niesie z sobą ogrom krzywd i nieprawości, "które kładą się cieniem na dziesięciolecia". Dalej potwierdzono, że "nie były to wypadki odosobnione na wszystkich frontach i po wszystkich stronach wojennych zmagań". Pocieszono informacją, że "po wojnie nikomu z jakiegokolwiek tytułu nie płacono jakichkolwiek odszkodowań". Na koniec zapewniono, że Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich "serdecznie Joannie współczuje" oraz "wierzy wszystkiemu, co była uprzejma napisać". Chociaż tyle.

Matka Joanny zmarła, mając 84 lata. Kiedy jej zabrakło, Joanna poczuła, że nie wie, kim jest. Może ma siostrę. Może nawet kilka sióstr. Zawsze chciała mieć rodzeństwo. Armia Czerwona stacjonowała w Bytomiu dłuższy czas, więc może przyrodnie rodzeństwo Joanny mieszka w tym samym mieście?

A ojciec? Albo zginął na wojnie, albo przeżył, wrócił do siebie i ułożył sobie życie. Wtedy, w 45, mógł mieć 20-30 lat. Teraz koło dziewięćdziesiątki. Dlatego Joanna kilka lat temu, na Wszystkich Świętych, uznała, że ojciec już raczej nie żyje. Zapaliła więc na grobie matki dodatkową świeczkę - dla taty. Od tej pory robi tak zawsze, kiedy odwiedza bytomski cmentarz.

- Modlę się w jego intencji. I dziękuję mu. Przecież gdyby nie on, nie byłoby mnie na świecie.

* Imiona i nazwiska osób występujących w reportażu zostały zmienione

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA
Tags: wojna, ww2, Польша, война
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author