clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Polacy są jacyś inni

Joanna Solska
28 października 2011

Polak biedny na bogato
Polacy są jacyś inni

Gospodarka się rozwija. Przedsiębiorczego Polaka stać na coraz więcej i powinien być zadowolony. Jeśli nie jest, to znaczy, że jego sytuacja odbiega od średniej. Tych, którym odbiega, jest jednak bardzo dużo. Na przykład zarobki niższe niż średnia płaca osiąga aż 60 proc. zatrudnionych. Czy któryś z nich uważa, że nie zasługuje przynajmniej na średnią? Przecież wszyscy zasługujemy na więcej.

Dla socjologów jesteśmy obiektem badań, który kluczy i na każdym kroku stara się badacza wywieść w pole. W oczach cudzych, ale także własnych, Polak przede wszystkim stara się „zachować społeczną twarz”. Tak uważa prof. Anna Giza-Poleszczuk z Uniwersytetu Warszawskiego. Strach, że może twarz stracić, wynika ze starannie ukrywanego poczucia gorszości. Na progu transformacji w 1989 r. w ogólnej biedzie byliśmy równiejsi. Współczynnik Giniego, którym mierzy się rozwarstwienie społeczne, wynosił u nas 19, w połowie lat 2000 osiągnął 34 i, na szczęście, już nie rośnie. Im jest wyższy, tym rozpiętości w dochodach większe. W Wielkiej Brytanii wynosi 38, w Niemczech i Norwegii – 32.

Nie chodzi więc o to, że u nas rozwarstwienie jest najwyższe, bo to nieprawda. Ale w innych krajach te nierówności narastały przez dziesiątki lat, a u nas rewolucja dochodowa dokonała się w ciągu kilkunastu. Tamci mieli czas, żeby się ze swoim miejscem na drabinie społecznej oswoić, my nie. Wielu ludzi, choć obiektywnie nie stali się biedniejsi, czuje się materialnie zdegradowanymi. Bo innym powiodło się bardziej. To jest właśnie to poczucie utraty społecznej twarzy. Z pewnością ma je osoba, która w czasach, gdy mięso kupowaliśmy na kartki, była ekspedientką w spożywczym, a dziś pracuje w hipermarkecie. Wtedy w hierarchii społecznej stała znacznie wyżej. Grupy rozczarowanych to jednak nie tylko ci, którzy dawniej czuli się ważniejsi. Ciągle przybywa nowych. Do frustracji wyniesionych jeszcze z PRL dochodzą nowe, charakterystyczne dla społeczeństw zachodnich.

Dla międzynarodowych koncernów nasz rynek jest bardzo znaczący, starają się więc o polskich konsumentach dowiedzieć jak najwięcej. Nie tylko zresztą o polskich. Dla nich liczą się rynki regionalne, nie lokalne. Na badania, także socjologiczne, wydają dziś znacznie więcej niż rządy zmuszone do nieustannego oszczędzania. Ale to, co dla rządu jest kosztem, dla wielkiej korporacji – inwestycją, która z pewnością się zwróci. Na dobrze poznanych konsumentach łatwiej się zarabia.

Henkel zrobił dokładne badania konsumentów 10 krajów Europy Środkowej: Polski, Austrii, Belgii, Czech, Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Węgier i Włoch. Zaczął od dokładnego przyjrzenia się i porównania zawartości naszych portfeli, które regularnie badają krajowe urzędy statystyczne, u nas – GUS. Koncernowi chodziło nie tylko o zorientowanie się w dochodach poszczególnych społeczeństw, ważniejsze były dla niego nasze luzy w portfelu. Czyli ile pieniędzy zostaje nam po odliczeniu niezbędnych wydatków na jedzenie, utrzymanie mieszkania, transport. To z tej puli będziemy wydawać na kosmetyki czy środki czyszczące.
Bogaci duchem

Wyniki nie były zaskakujące. Na tle europejskich sąsiadów prezentujemy się jako ubodzy krewni. Przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę w polskiej rodzinie wynosi 1193 zł. Z tego 656 zł przeznaczamy na konieczne wydatki, a reszta, czyli 537 zł, to nasze luzy w portfelu. Jak je wydamy, zależy w dużej mierze od strategii marketingowych poszczególnych uczestników rynku. Nasi południowi sąsiedzi mają portfele znacznie grubsze, co z pewnością nas stresuje. Główne powody ich większej zamożności: później przechodzą na emeryturę, większa część społeczeństwa pracuje i nie mają milionów osób zatrudnionych w nieefektywnym rolnictwie. Na wydatki podstawowe Czesi przeznaczają równowartość 1106 zł, na resztę – 1063 zł. Ale zarówno nas, jak i Czechów biją swoją siłą nabywczą Austriacy. Na głowę mają do dyspozycji równowartość 7548 zł, z tego koszyk dóbr podstawowych pochłania 3849 zł, na kaprysy pozostaje 3699 zł.

Gdyby spece od marketingu sporządzali swoje strategie tylko w oparciu o te dane, polscy konsumenci mogliby się okazać dla nich równie mało ważni, co ich siła nabywcza. Ale tak nie jest. Jesteśmy warci więcej, ponieważ zachowujemy się inaczej niż inni. W Europie konsumenci są przewidywalni. Jak jest kryzys, to wydają mniej. Bogaty Niemiec nie wstydzi się wejść do sklepu, w którym wszystko kosztuje 1 euro, Polaka to stygmatyzuje. Daje znak otoczeniu, że jest biedny, podczas gdy za wszelką cenę próbuje to ukryć.

Ankieterzy Gfk Austria, którzy badania uzupełniające dla Henkla robili podczas wizyt domowych w 10 europejskich krajach, w bezpośrednich rozmowach usłyszeli od nas coś, co ich zdumiało, a czego nie usłyszeli od innych. Mówiliśmy prawdę czy też staraliśmy się w ich oczach wypaść lepiej niż w rzeczywistości?

Z badań wynika, że skłonność do oszczędnych zakupów nie idzie w parze z poziomem zamożności. Do swoich nawyków, by sięgać po towar, dopiero gdy zaakceptuje się jego cenę, bez kompleksów przyznają się Austriacy i Hiszpanie. W tych krajach aż 46 proc. konsumentów twierdzi, że najważniejsza jest dla nich cena. W Niemczech i Włoszech – po 43 proc. W Czechach oszczędnych konsumentów jest 41 proc. W Polsce – najmniej z badanej dziesiątki. Tylko 25 proc. Skąd się zatem u nas biorą coraz liczniejsi klienci dyskontów? Robimy tam zakupy, bo jesteśmy zmęczeni nadmiarem wyboru – przekonujemy.

W kreowaniu swojego obrazu, nieprzystającego do naszej siły nabywczej, jesteśmy konsekwentni. Bijemy także inny europejski rekord – to w Polsce grupa nazwana konsumentami bez trosk jest najliczniejsza, wynosi aż 29 proc. ogółu kupujących. To tacy, którzy sięgają po towar nie patrząc w ogóle na cenę. W bogatej Holandii ta grupa liczy mniej niż u nas, tylko 27 proc., w Czechach – 21 proc.

Wytłumaczenie, że aż 29 proc. obywateli naszego kraju żyje bez trosk materialnych, być może jest prawdziwe, ale niepełne. Warto wrócić do interpretacji prof. Gizy-Poleszczuk, która uważa, że zakupy służą nam nie tylko do zaopatrzenia domu w potrzebne towary. Także do ratowania naszej społecznej twarzy. Do niepokazywania, że nas na coś nie stać. Żeby w oczach własnych i cudzych nie degradować się społecznie. Towarami, po które sięgamy, próbujemy potwierdzać nasze poczucie wartości. – To dlatego tanie produkty u nas są bardzo ładnie opakowane, żeby nie wyglądały na swoją cenę – zauważa prof. Giza-Poleszczuk. Na te w siermiężnym szarym papierze w ogóle nie zwrócilibyśmy uwagi. Źle by o nas świadczyły.

Według GUS 20 proc. rodzin z najniższymi dochodami wydaje więcej, niż ma (119, 4 proc. dochodu rozporządzalnego). Nie wiemy, w jakim stopniu na wydatki niezbędne do życia, w jakim zaś na ratowanie społecznej twarzy. Ludzie przejadają stare oszczędności i niedawno wzięte kredyty. Przed kryzysem banki dawały kredyty konsumpcyjne niemalże z łapanki, każdemu. Teraz są coraz gorzej spłacane. To poważny powód do stresu.
U siebie na cudzym

Socjologowie sugerują, że zakupy są dla nas czymś w rodzaju psychoterapii. W hipermarkecie rozładowujemy swoje lęki i kompleksy, z którymi członkowie bogatszych społeczeństw udają się do psychoterapeuty. Ratujemy swoją społeczną twarz, którą w miejscu pracy coraz trudniej nam zachować. Hipermarket daje nam poczucie mocy, którego nie mamy w pracy.

Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, z dumą podaje, że zagraniczny kapitał zainwestował w naszym kraju już 136 mld euro. To gigantyczne pieniądze. Dzięki nim aż 12 proc. miejsc pracy w naszym kraju oferują firmy zagraniczne, a wiele krajowych żyje dzięki kooperacji z nimi. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie bez nich nasz eksport. To one przecież sprzedają za granicę aż 60 proc. polskich towarów.

Inwestycje zagraniczne to jeden z wielu przykładów polskich sukcesów. Tyle że przez część społeczeństwa ten sukces odbierany jest jak porażka. Spodziewaliśmy się więcej. Polak najpierw miał nadzieję, że po wejściu do Unii wkrótce przy taśmie w fabryce Opla w Gliwicach będzie zarabiał tyle co w Niemczech, a w koncernie amerykańskim więcej niż szwagier, który wyjechał do USA na saksy. Te nadzieje się nie spełniają. Ceny po obu stronach Odry wyrównują się o wiele szybciej niż zarobki. I niekoniecznie można liczyć na radykalną zmianę.

Polska, podobnie jak Czechy czy Słowacja, stała się atrakcyjnym miejscem dla zagranicznego kapitału głównie z powodu sporo niższych kosztów pracy i stosunkowo dobrze wykształconej kadry. Zagraniczne firmy w pogoni za większym zyskiem likwidowały miejsca pracy w Europie Zachodniej i przenosiły je do nas. Praca ludzka w ich macierzystych krajach stała się zbyt droga. Nie ma co liczyć na to, że w polskich fabrykach będzie się zarabiać tyle samo co w niemieckich, skoro te niemieckie są zamykane. I przenoszone najpierw do nas, potem do Rosji, na Ukrainę czy do Chin.

Na razie w kalkulacji właścicieli bardziej liczy się jakość naszej pracy i bliskość rynku zbytu. I to, że koszty pracy w naszym kraju ciągle trzymane są w ryzach. Tempo wzrostu płac nie wyprzedza wzrostu wydajności. To, co nas frustruje, jest jednocześnie naszym atutem. Ciągle jesteśmy konkurencyjni. W przeciwieństwie do Grecji, w której koszty pracy w ciągu ostatnich 10 lat (od chwili przyjęcia euro) wzrosły o około 25 proc. i teraz ekonomiści twierdzą, że przestała być konkurencyjna.

Za te 136 mld euro inwestycji zagranicznych powstał w Polsce nowoczesny przemysł samochodowy; całą Europę zaopatrujemy też w lodówki, telewizory, klimatyzatory, inny sprzęt AGD. Staliśmy się wielką europejską montownią – teraz poznajemy więc także gorsze strony globalizacji. Żeby nie odpaść w pogoni świata za jak najniższą ceną, musimy obniżać cenę własnej pracy. Ale prezes Majman pociesza, że już od kilku lat naszym głównym atutem w oczach inwestorów zagranicznych jest stabilizacja ekonomiczna. Nie wydaje się, żebyśmy ją sami doceniali. Ciągle silne jest w nas poczucie krzywdy pielęgnowane przez populistycznych polityków.

Problem w tym, że wielu innych atutów nie mamy. Dzisiaj bogaci nie są ci, którzy produkują, ale ci, którzy potrafią sprzedawać. Dorobili się globalnych marek: Mercedes, Opel, Toyota, Bosch, Indesit, LG Electronics, Henkel, Nestle, Procter and Gamble, Mars itd. Dla nich produkują nasze fabryki. Własnych marek – z wyjątkiem kilku – nie mamy, bo ich zbudowanie wymaga ogromnego wysiłku, czasu, pieniędzy i szczęścia. Jedna trzecia wartości największych firm globalnych to ich wartość niematerialna, czyli m.in. marki. Troska o pielęgnację ich wartości stała się o wiele ważniejsza niż troska o pracowników.

Do grona sfrustrowanych dołączają więc młodzi. Socjologowie mówią o nich „kapitał ludzki”. Idąc na studia myśleli, że zwiększą jego cenę. Dzisiaj widzą, że dla pracodawców są jednak tylko jednym z elementów kosztów, które trzeba ciąć. Lepszy pracownik to taki, który ma gorszą umowę o pracę, pozwalającą firmie łatwo się z nim rozstać. Z Zachodu przyszła moda na związki luźne, niekoniecznie partnerskie.
Jak długo mamy rosnąć?

Ponadnarodowe koncerny stały się potężniejsze niż państwa. Według prof. Paula Dembinskiego, ekonomisty i politologa katedry Strategii i Konkurencji Międzynarodowej Uniwersytetu we Fryburgu, 800 największych firm globalnych wytwarza już ponad 10 proc. światowego PKB. Kolejne 30 proc. powstaje dzięki współpracy z nimi. To one narzucają tempo światowej gospodarce, wymuszają coraz większą efektywność i czynią z nas coraz mniej cenione trybiki. Wydają też największe pieniądze na badania i rozwój. W pogoni za coraz niższą ceną możemy jednak znaleźć się w ślepej uliczce – ostrzega prof. Dembinski w swojej najnowszej książce „Finanse po zawale”. To kolejny powód do frustracji, która spowoduje, że nawet w sklepie będziemy się czuli tak samo źle jak w pracy.

Konsumenci na Zachodzie zauważyli, że są nie tyle przedmiotem troski wielkich korporacji, ile obiektem ich manipulacji. Kiedyś firmy docierały do nich za pomocą tradycyjnej reklamy, przed którą łatwiej było się bronić. Teraz osaczają ich w sieci, skąd dla zdecydowanej większości z nas nie ma ucieczki. Sterują naszymi zachowaniami, wymuszają popyt na swoje towary i usługi. Uzależniają od siebie. I wyciągają z nas w sumie coraz większe pieniądze za coraz tańsze, ale też często gorszej jakości towary.

Prof. Dembinski zauważa, że już w początkowej fazie tworzenia nowego produktu myśli się o tym, żeby jak najszybciej się zestarzał. Żeby konsument musiał kupić nowy, a korporacja odnotowała wzrost produkcji. Przytacza spostrzeżenia zachodnich organizacji konsumenckich, z których wynika, że np. skład pianek do golenia jest tak skomponowany, żeby doprowadzić do jak najszybszego zużycia golarek. Telefony komórkowe tak zaprogramowane, by odmawiać posłuszeństwa po określonej liczbie połączeń. Sprzęt trwałego użytku – samochody, pralki, lodówki, telewizory – ma być coraz mniej trwały, po kilku latach lądować na wysypisku śmieci. Żeby producent cały czas mógł na nim zarabiać, zarabiać, zarabiać. Żeby światowy wzrost gospodarczy cały czas piął się w górę. Przecież znów stoimy na progu recesji.

Dokąd biegniemy w tym coraz szybszym wyścigu za coraz niższą ceną? Stajemy się coraz bogatsi i coraz bardziej sfrustrowani. Stresy, jakich dostarcza nam praca, a jeszcze bardziej jej brak, coraz trudniej będzie rozładować w hipermarkecie. Stąd liczne dziś głosy, żeby ekonomiści przestali terroryzować świat fetyszem wskaźnika PKB, który musi rosnąć, żeby gospodarka nie wpadła w recesję. Żeby go zastąpić jakimś innym wskaźnikiem, mierzącym na przykład poziom zadowolenia społeczeństw. Byłoby pięknie. Tylko najpierw musielibyśmy nauczyć się być szczęśliwi bez pieniędzy. Na razie to nie wychodzi.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author