clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Saldo mortale - Italia

28 paź, 14:00
Saldo mortale
Rynki finansowe widzą we włoskim zadłużeniu kolejny potencjalny ładunek wybuchowy. – Bzdura – odpowiadają Włosi – żaden inny kraj nie ma w tej dziedzinie takiego doświadczenia jak my. Żyjemy z długami już 700 lat.
Ukryte drzwi trochę się zacinają, nic dziwnego po tylu stuleciach. W końcu jednak puszczają i można zobaczyć kryjówkę w Sali Kart we florenckim Palazzo Vecchio. Tutaj wszystko się zaczęło, tu trzymano oprawne w skórę rejestry, w których miasto Florencja notowało swoje długi. Było to gdzieś w połowie XIV wieku. Ktoś z rady miejskiej wpadł najwyraźniej na pomysł, by kolejną wyprawę zbrojną sfinansować z pieniędzy obywateli, a po zwycięstwie oddać dług wraz z odsetkami. Bogaci florentyńczycy byli zobowiązani wykupić papiery dłużne swojej gminy, a ich nazwiska wpisywano do rejestrów w  Palazzo Vecchio. Zawsze to lepsze, niż samemu przywdziewać zbroję. Poza tym papiery można było sprzedać dalej.
Tak zaczęło się zadłużenie państwa i handel obligacjami. Tak powstał, najpierw w Wenecji, a potem na wzgórzach Toskanii, wart 50 bilionów dolarów rynek obligacji, przed którym rządy padają dziś na kolana. Siena, Florencja, Piza, Wenecja po krótkim czasie były już beznadziejnie zadłużone i stan ten trwa do dziś.
– W tej chwili wydajemy więcej na spłatę odsetek niż na nasze szkoły – mówi Matteo Renzi. Burmistrz Florencji rezyduje dzisiaj w Palazzo Vecchio. „Buldożer“ Renzi został wybrany do ratusza, by wreszcie ktoś w nim posprzątał. – Nasi ojcowie szli sobie do ristorante, a my odziedziczyliśmy ich rachunki – stwierdza 36-letni burmistrz w dżinsach, z popularnymi insygniami Apple’a na dębowym biurku. W przypadku jego miasta jest to 518 milionów euro.
Włochy uważane są przez wielu za ucieleśnienie EUROpejskiego koszmaru: ogromne zadłużenie, zerowy praktycznie wzrost gospodarczy i rząd, którego szef sam stoi przed sądem z zarzutem uchylania się od płacenia podatków. Żaden inny kraj w Europie, za wyjątkiem Grecji, nie ma tylu długów. Osiągnęły już one poziom 120,3 procenta PKB.
Jednocześnie mało gdzie rodzi się tak niewiele dzieci co tutaj. W przyszłości będzie więc coraz mniej ludzi do spłacania owego zadłużenia. 4 października agencja Moody's obniżyła rating włoskich obligacji państwowych. Potem w jej ślady poszedł Fitch.
W przyszłym roku Włochy będą musiały przeznaczyć 5,1 procenta swojego PKB na spłatę odsetek. Wyższy wskaźnik – 7,5 procenta – ma w Europie jedynie Grecja. Robert Mundell, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii i jeden z duchowych ojców euro, który również  ma pałac w Toskanii, uważa, że włoskie zadłużenie stanowi w tej chwili największe niebezpieczeństwo dla całej strefy euro. – Kasta starych polityków bez skrupułów obsługiwała się z tych długów – twierdzi Renzi. – To było jak narkotyk.
Długi były podstawą "bella vita" lat osiemdziesiątych. Partie pompowały niebotyczne kwoty w biedne Południe, w administrację i państwowe zakłady, aby utrzymać spokój społeczny, a tym samym władzę. Klientelizm, korupcja, oszustwa podatkowe to trwające do dzisiaj objawy włoskiej choroby, nad którą wszyscy lamentują. (…)
3,5 miliona Włochów pracuje w służbie państwowej. Na same tylko świadczenia emerytalne dla byłych urzędników państwowych Włochy wydają 14 procent swojego dochodu narodowego. Więcej na ten cel przeznacza jedynie Francja. (…)
Więcej m.in. o włoskich doświadczeniach z długiem na następnej stronie
– Mamy niemal dwa razy tyle urzędników co Stany Zjednoczone – mówi burmistrz Renzi, który niedawno miał okazję gościć w Białym Domu. Chce robić wszystko inaczej niż starzy, ale nie może to więcej kosztować. W tej chwili procesuje się z bankami Merrill Lynch, UBS i Dexia, które wcisnęły Florencji mało wartościowe papiery. Chodzi o interes z derywatami o wartości 50 milionów euro. – Ale to nie problem, wygramy – zapowiada burmistrz.
Włochy podarowały światu słowa „bank”, „kasa”, „bankructwo”. Podwójna księgowość rozwinęła się tu w późnym średniowieczu. Na brzegu Arno stały "banche", ławy ludzi wymieniających pieniądze, gdzie Medyceusze, Peruzzi, Acciaiuoli  ubijali swoje interesy. Byli pierwszymi inwestorami rynku walutowego bez granic. Nieczyste sumienie kazało im potem zamawiać pobożne malowidła u Botticellego, Michała Anioła i Fra Angelico. Również Dante był synem człowieka parającego się tą profesją.
Niczego nie przeczuwając, długi państwowe nazywano wówczas  "monte". A kiedy jedno "monte" nie wystarczało, było refinansowane przez "monte nuovo", nową górę. Najstarszy działający nieprzerwanie bank na świecie nosi jeszcze dzisiaj nazwę  Monte dei Paschi di Siena. Jego dyrektor finansowy Marco Massacesi mówi, że kiepsko ostatnio sypia. Nic dziwnego, skoro w portfolio jego banku według najnowszego stress testu z końca 2010 roku leżą papiery dłużne włoskiego państwa za prawie 32,5 miliarda euro. "Toxic papers!", jak wykrzyknąłby każdy broker w londyńskim city.
– Nie, nie dlatego źle śpię – mówi Massacesi. – Oczywiście, te papiery nie są już uosobieniem bezpieczeństwa jak jeszcze kilka miesięcy temu. Ale martwi mnie przede wszystkim sytuacja Europy.
Ma na myśli Grecję, wahania polityków, niemiecką kanclerz.
(…) Żaden inny kraj nie ma tak długiego doświadczenia z długami jak Włochy. Wysokie zadłużenie plus słaby wzrost gospodarczy to stałe elementy tutejszej polityki budżetowej. Udało się przetrwać już gorsze rzeczy. (…)
Włoch nie da się porównać do Grecji. – Jesteśmy bogatym krajem, Włosi posiadają w sumie osiem bilionów euro. Ale bogactwo jest źle rozdzielone, potrzebujemy pilnie reformy podatkowej – uważa  Massacesi, któremu jest obojętne, jeśli brzmi to jak słowa komunisty. – Wie pan, ile razy nasz kraj już bankrutował? – pyta bankier. – Tylko raz. I było to po pierwszej wojnie światowej.
Nie ma więc powodów do paniki. Ten, kto wymyślił zadłużenie, nie pójdzie przecież z jego powodu na dno. Podczas gdy analitycy w Londynie zaliczają Włochy do grupy PIIGS, wymieniając je jednym tchem razem z Portugalią, Irlandią, Grecją i Hiszpanią, w tym kraju trudno jest znaleźć kogoś, kto na poważnie martwiłby się o finanse państwowe.
Mówi się raczej, że już raz udało się szczęśliwie zejść z tej góry długów. Było to w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy Romano Prodi przygotowywał Włochy do przyjęcia euro. Wówczas jednak bilans budżetowy administracji publicznej był znacznie lepszy niż obecnie. Gospodarka rosła, nie trzeba było przeznaczać niebotycznych sum na stare długi, a za granicą nie wyznaczano premii za ryzyko na papiery finansowe włoskiego państwa. Wtedy świat był jeszcze w porządku. Ale te czasy już minęły.
(…) – Obecny poziom zadłużenia uznamy za możliwy do zaakceptowania – mówi Marco Valli, główny ekonomista UniCredit do spraw strefy euro – jeśli uda się osiągnąć około jednego procenta wzrostu.
Więcej m.in. o włoskiej administracji publicznej i jej roli w gospodarce na kolejnej stronie
Nie wydaje się to dużo, ale kraj od dziesięciu lat tkwi w stagnacji, jego gospodarka rośnie przeciętnie najwyżej o 0,2 procenta. Antonio Borges, szef europejskiego programu MFW pod koniec września określił Włochy jako “najbardziej niepokojący przykład” słabego wzrostu gospodarczego w Europie.  Niemal zerowy wzrost i brak podniesienia produktywności w przeliczeniu na godzinę pracy dotyczą  „całego kraju, zarówno Północy, jak Południa” – dodaje szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi. Jego mowa pożegnalna, wygłoszona w maju w Banca d'Italia, była momentami równie optymistyczna jak protokół z obdukcji.
Tak chwalona często struktura gospodarcza Włoch, składająca się z niezliczonej ilości maleńkich zakładzików, jest – gdy spojrzeć całościowo – znacznym hamulcem rozwoju. Aptekarze, notariusze, adwokaci bronią się przed liberalizacją tak zaciekle, jak gdyby byli zamkniętymi bractwami. Do tego dochodzi jeszcze, jak określa to  Draghi, „polityka rządu, która nie sprzyja rozwojowi, lecz nierzadko mu przeszkadza“. Zastój jest wszędzie. Gdyby same tylko procesy cywilne – uważa szef EBC – nie trwały średnio po tysiąc dni, produkt krajowy mógłby być wyższy o jeden procent.  
Dobitne słowa. Z ich powodu minister finansów i gospodarki Giulio Tremonti nazwał Mario Draghiego „niemieckim agentem”.
Długi nękają już cały kraj. Bez ciężaru spłaty odsetek budżet Włoch wyglądałby lepiej niż niemiecki. Państwo kasuje pieniądze, gdzie tylko może. Podrożały woda i prąd, a podatki od konsumpcji i dochodów są wyższe niż na przykład w Niemczech. Uchwalone na kolejne dwa lata cięcia w wysokości 54 miliardów euro gminy odczują z całą ostrością. Trzeba będzie zamknąć biblioteki, podwyższyć opłaty. Do 2014 roku budżet ma zostać wyrównany.
Gdyby tylko odsetki tak nie rosły. Długi nie zmniejszą się tak szybko jak optymizm decydentów. Minister finansów Tremonti uważa na przykład, że wystarczy, by państwo sprzedało jedynie swoje udziały w różnych firmach, a zniknie od razu 1900 miliardów euro zadłużenia.
Duży fragment gospodarki, w sumie ponad 13 tysięcy przedsiębiorstw, należy bezpośrednio lub pośrednio do administracji publicznej. W tym poczta, kolej, częściowo linie lotnicze Alitalia, zakłady energetyczne i gospodarki wodnej. Tremonti niektóre z nich chciałby sprywatyzować, wówczas musiałby jednak zrezygnować ze znacznych wpływów – takie firmy jak na przykład państwowy ubezpieczyciel Sace odznaczają się bowiem wysoką rentownością.
Teraz rząd zamierza sprzedać nieruchomości i posesje. Ma nadzieję dostać za nie od 25 do 30 miliardów euro, kolejne 10 miliardów powinna przynieść licytacja praw do emisji dwutlenku węgla. Być może lepiej byłoby jednak pozbyć się innych pozycji, które od lat ciążą na wizerunku Włoch. Na przykład premiera. Przy ocenie agencji ratingowej liczy się bowiem także stabilność rządu i siła przywódcza jego członków. To ciągnie Włochy w dół. W październiku  Berlusconi przegrał głosowanie nad pierwszym artykułem sprawozdania o stanie finansów państwa w 2010 roku. Trzy dni później  jedynie niewielką przewagą głosów ze swojego obozu udało mu się otrzymać wotum zaufania.
Szefowi włoskiego rządu podoba się życie orientalnego satrapy. Również reputacja ministra finansów jest nadszarpnięta z powodu afery korupcyjnej z udziałem jego zaufanego współpracownika. A ważny partner koalicyjny, Liga Północna, najchętniej wprowadziłby w Padanii na północy kraju, państwie istniejącym jedynie w jego fantazji, własną walutę.
Żadnych ostrzeżeń ze strony banków i związku przemysłowców rząd Silvio Berlusconiego nie potraktował poważnie. Nie zajął się reformą podatków ani sądownictwa, nie wprowadził liberalizacji.
Więcej m.in. o nieruchomościach należących do Włochów na kolejnej stronie
Berlusconi i Tremonti zwalczają się wzajemnie już od wielu tygodni. Nawet nominacja następcy Draghiego na stanowisko szefa Banca d'Italia przerodziła się w niegodny spektakl zaciętych kłótni i kalkulacji dotyczących władzy.  
Agencja Standard & Poor's podkreśliła, że obniżenie ratingu Włoch spowodowane jest przede wszystkim ich niestabilną sytuacją polityczną oraz zadłużeniem. Analitycy wątpią, by Berlusconi w ramach obecnej koalicji mógł kontynuować swój program oszczędnościowy.  (…)
Niegdysiejszy główny księgowy Włoch siedzi w swojej stałej knajpce niedaleko Via Veneto w Rzymie i zajada śródziemnomorską solę. – Wyśmienita, nieprawdaż?   
Andrea Monorchio przez trzynaście lat, do 2002 roku był "ragionere generale dello stato", a tym samym kontrolerem długów i grzechów fiskalnych za kadencji dziewięciu premierów. Jeśli ktoś wie dokładnie, jak kiepska jest sytuacja kraju, to właśnie ten starszy pan. Nie, o „pewnych politykach” woli nic nie mówić, by nie wpędzać rządu w jeszcze większe tarapaty. – Ale czy zauważył pan – pyta – że nasze długi odpowiadają sumie niezapłaconych podatków?
Włochy dysponują bogactwem, jakie menedżerom z londyńskich funduszy hedgingowych trudno sobie nawet wyobrazić – stwierdza Monorchio. – Włoskie rodziny posiadają nieruchomości warte 4832 miliardy euro, z czego jedynie siedem procent obciążonych jest hipoteką. Każda rodzina ma jeden, dwa, a nawet trzy domy. I my mamy niby należeć do PIIGS? Razem z takimi obdartusami, jak Portugalia, Grecja, Irlandia i Hiszpania? (…)
Problemem jest jedynie, jak naruszyć fiskalnie to bogactwo. Gdyby jednak więcej obywateli wzięło hipotekę na swój dom, by kupić państwowe obligacje, Włochy nie miałyby żadnego problemu ze spłatą odsetek. Długi wróciłyby z globalnego rynku finansowego do kraju i można by je mieć pod kontrolą.
Andrea Monarchio był jednym z trzech, obok Romano Prodiego i późniejszego prezydenta Carlo Azeglio Ciampiego, wiodących ekonomistów, którzy wprowadzili Włochy w strefę euro, Jest prototypem wysokiego urzędnika państwowego, nigdy niedotknętego żadnym skandalem i traktującego z wyrafinowanym lekceważeniem pewnych ludzi z włoskiego (i niemieckiego) świata polityki robiących karierę w obcej sobie branży.
Podobnie jak wielu polityków i bankowców we Włoszech również Monorchio widzi w osobie Angeli Merkel główną winowajczynię dzisiejszej złej sytuacji. Żelazna Hausfrau zwlekała zbyt długo.
– Nasze saldo podstawowe jest dodatnie, lepsze niż ma większość innych krajów strefy euro – stwierdza ekonomista. Włoski fiskus rzeczywiście, między innymi dzięki wysokim stawkom podatkowym, dostaje więcej, niż wydaje – pod warunkiem, że nie wlicza się spłaty odsetek od już istniejących długów. Otrzymał nawet pochwałę od Międzynarodowego Funduszu Walutowego: „Włochy mają najlepszy bilans podstawowy ze wszystkich wielkich gospodarek w Europie, jeszcze lepszy niż Niemcy”.
Włoski budżet byłby więc stabilny, gdyby nie odsetki. (…) I gdyby jeszcze w Londynie i gdzie indziej nie było „tego motłochu – bankokratów, finansistów, rentierów, maklerów, wilków giełdowych”, których piętnował już Karol Marks. To właśnie oni i ich nieopanowane instynkty nie chcą dać Włochom już nic więcej. – Anglicy po prostu nam zazdroszczą – uważa Andrea Monorchio. (…)
Alexander Smoltczyk 
Der Spiegel
Copyright 1996-2011 Grupa Onet.pl SA
Tags: Евросоюз, долг, кризис, финансы, экономика
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author