clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Gra w zielone

26 paź, 22:22Onet.pl
  • Marcin MroczkoOnet.pl
Tartu, Emajogi
fot. Marcin Mroczko

Kraj w którym zima trwa pół roku, a w grudniu słońce widać na niebie przez góra dwie godziny dziennie. Ilość samobójców jest niemalże najwyższa w Europie, a turysta z dziwnego języka tubylców wyłapuje tylko w co drugim zdaniu słowo „seks”.

Kliniczna czystość na ulicach, zero niepotrzebnych reklam i bannerów na fasadach kamienic, tzw. mała architektura czysta w formie, bez zbędnych przeszkadzajek. Higiena w przestrzeni publicznej - to pierwsza rzecz, która atakuje zmysły w Tallinnie. Przyzwyczajony do jarmarcznej stylistyki Floriańskiej czy Piotrkowskiej, gdzie każdy wolny centymetr jest zaśmiecony reklamą, turysta przeżyje szok spacerując Vene – głównym deptakiem stolicy. Tak, to jest raj dla ortodoksyjnych zwolenników minimalizmu. Nawet 50 lat komunizmu nie wpłynęło na oblicze miast i mentalność ludzi.

– Estończycy są silni – mówi Aivar, taksówkarz spotkany na lotnisku – Jako naród mieliśmy dość intensywną historię. Byli tutaj Duńczycy, Szwedzi, Niemcy, Rosjanie i Polacy i mimo to zostaliśmy tacy sami. Sowieci nie dali nam rady to i euro też nas nie złamie – śmieje się nawiązując do wprowadzonej na początku tego roku nowej waluty i obecnego kryzysu w „krajach strefy oliwki”.

Estończycy są dumni ze swojego kraju i zarazem bardzo ambitni. Mały naród, który w ciągu ostatnich 20 lat dokonał olbrzymiego skoku cywilizacyjnego. Dość powiedzieć – wi-fi jest dostępne nawet w lesie, a wszelkie sprawy łącznie z płaceniem podatków i głosowaniem w wyborach odbywają się właśnie za pomocą sieci.

Tallin, centrum miasta
fot. Marcin Mroczko

Tallinn jest oczywistym wyborem, jeśli podróżujemy samolotem. To doskonałe miejsce na kilkudniowy city break – tym razem jest jednak dla nas tylko przystankiem w drodze na estońską prowincję. Udajemy się na południowy - wschód krajową drogą numer 2. Dojechać nią można na trójstyk Estonii, Rosji i Łotwy, do uniwersyteckiego Tartu, rosyjskojęzycznego regionu Setumaa i wiosek prawosławnych starowierców.

Dość szybko pożegnaliśmy industrialne przedmieścia stolicy i osiedla z wielkiej płyty – jedyny przejaw widocznej ingerencji komunizmu w otoczenie. Krajobraz nie zmienił się pewnie co najmniej od godziny. Las, pola, las, jeziorko, las, las, pola. Jest płasko jak na patelni i zielono.

Zieleń jest wszędzie i w każdym dostępnym odcieniu: butelkowa, groszkowa, ogórkowa. Połacie pól i lasów ciemną kreską horyzontu oddzielone od błękitnego nieba. Aż dziwne, że w kolorze estońskiej flagi brakuje tej zieleni.

Proste, czasem pociągnięte żółtą, niebieską lub bordową farbą kolorowe chatynkiporozrzucane daleko jedna od drugiej lub zbite w grupie po dwie, trzy. Bardzo często przyklejone do wielkiej ściany lasu. Obok zagroda, krzywy płotek, grządka. Tu każdy ma dla siebie dużo miejsca, co pozwala zachować niewidzialny bufor prywatności.

Najlepszym sposobem na zwiedzanie Estonii – jeśli chcemy zobaczyć coś więcej poza Tallinnem – są przejazdy autobusem pomiędzy największymi ośrodkami kraju (bilet Tallinn – Tartu to koszt ok. 4 euro) lub własny samochód. Szczególnie to drugie rozwiązanie gorąco polecam. Sieć połączeń autobusowych choć świetnie rozwinięta nie daje nam takiej wolności jak własny samochód, a z Warszawy do Tallinna jest bliżej niż nad Adriatyk. Szczególnie trudno poruszać się bez własnego transportu na południu i wschodzie kraju.


Poruszając się po Estonii przez wiele kilometrów spotkamy ledwie kilka samochodów. W większości kraju drogi są utrzymane w dobrym stanie, na długich odcinkach proste, a ruch znikomy. Przepisów drogowych należy bezwzględnie przestrzegać. Asertywność stróżów prawa jest wyższa niż w polskim urzędzie skarbowym – nie warto zaczynać dyskusji bo to może tylko pogorszyć sytuację.
20 km na zachód od jeziora Piepsi, jadąc drogą nr 43 można dojechać do drugiego co do wielkości (100 000 mieszkańców) miasta w Estonii: Tartu. To miasto 15 000 studentów i 3 000 imprez plenerowych w ciągu roku. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1030 roku, kiedy książę kijowski Jarosław I Mądry zdobył osadę i wzniósł własny fort, który nazwał Juriew. Następnie miasto przechodziło często z rąk do rąk, panowali tu Estończycy, Szwedzi i Rosjanie, a także Polacy.
W oczy rzucają się wszechobecne biało - czerwone flagi na budynkach, co miło łechce dumę docierających tu turystów z Polski. Kolory są nieprzypadkowe - zostały nadane miastu w 1583 roku przez Stefana Batorego, po zakończeniu zwycięskiej wojny z Rosją o Inflanty w latach 1577-1582, który ufundował także tutaj kolegium jezuickie. Miasto jest siedzibą najlepszego w Estonii uniwersytetu, założonego w 1632 roku przez króla Szwecji Gustawa Adolfa Tartu Ülikool.
Warto wybrać się na wzgórze parkowe z ogrodem w stylu angielskim, odwiedzić ruiny katedry Piotra i Pawła (XIII-XV w.), kościół Św. Jana Chrzciciela (XIV w.) z zespołem rzeźb terakotowych, zespół budynków uniwersyteckich z początku XIX w. oraz bezpretensjonalny plac Ratuszowy (Raekoja plats), wykładany brukiem, otoczony klasycystycznymi kamienicami.
Jednak najwięcej przyjemności daje niezobowiązujące szwendanie się po mieście bez jasno wytyczonego celu. Stare miasto jest małe, wzdłuż spacerem można je przejść w ciągu 15 minut.  Zwiedzać je najlepiej bez konkretnego planu, spontanicznie, w końcu i tak traficie do jednej z wielu studenckich knajpek w pobliżu rynku… albo na kameralną imprezę na replice barki z XV w. na środku rzeki Emajogi. Na przystani wita nas Markus – budowniczy, a teraz sternik i kapitan barki. Dziś jest jeden z tych nielicznych wrześniowych dni, kiedy słońce przyjemnie pieści skórę. W rzece odbija się genialnie niebieskie niebo, rozgrzane ciało chłodzi kolejna butelka A le Coq - dobrego miejscowego piwa. Silnik barki sympatycznie furkocze, leniwie kierując ją w stronę jeziora Peipsi. O rejsy barką należy pytać w Emajoe Barge Society (lodi.ee)
Terviseks! (Na zdrowie!) - słychać co chwila na ulicach starego miasta. Jest środowy wieczór, właśnie rozpoczyna się rok akademicki. Wszystkie okoliczne bary okupują studenci. Rozpoczyna się całonocna balanga i zawody w chodzenie od baru do baru. Ten obraz przeczy tezie o ogarniętych depresją Estończykach. Lądujemy w Moku (Rüütli 18, http://mokublog.wordpress.com/) – wg Augusta, barmana – to najmniejszy pub w Tartu, a może i w całej Pribałtyce. Mówi to z wyraźną dumą. Przesadza – w Estonii wiele rzeczy jest małych i kompaktowych ale tu mimo widocznego tłumu zmieściłby się jeszcze autobus pijanych głośnych, fińskich kibiców gdyby jakimś cudem dotarli tak daleko na południe. Ale nie, oni zatrzymują się w Tallinnie korzystając z taniego alkoholu, a większość nie schodzi nawet z promu kursującego na trasie Helsinki - Tallinn. A więc terviseks!  
Trzymając się konsekwentnie azymutu południowo - wschodniego z Tartu można dotrzeć do Setumaa – ten położony na południowym wschodzie kraju region jest zróżnicowany religijnie i etnicznie. Mieszkają tu prawosławni Estończycy – Setu, Rosjanie, a także luteranie. Bliskość Rosji i Łotwy sprawia, że zbiegają się tu wpływy bałtyckie,  słowiańskie ugrofińskie. Ludność Setumaa - Setu, jest estońską grupą etnograficzną, która uległa wpływom rosyjskim i przyjęła prawosławie, w odróżnieniu od dominującej części społeczeństwa, pozostającej przy wyznaniu luterańskim.
Krajobraz tu jest bardziej urozmaicony, zdecydowanie bardziej pofałdowany – w pobliżu znajduje się najwyższy „szczyt” Estonii - Suur Munamägi – całe 318 m. n.p.m. z którego jak twierdzą złośliwcy – można objąć wzrokiem 50% powierzchni kraju. Charakterystyczne dla Setumaa są tšässona – małe, drewniane kapliczki, które można spotkać w każdej wsi. Wyglądają jakby miały rozlecieć się pod naporem najsłabszego nawet wiatru, ale to tylko złudzenie, stoją dzielnie dając świadectwo wiary Setu. Ikony - miejscowym zwyczajem – są z góry przykryte długimi, wąskimi szalikami. Warto zajrzeć do Serga tšässon ­w okolicy Meremäe, wybudowanej w 1783 roku.
Odwiedzając kolejne wioski – Lutepää, Sesniki czy Saatse należy uważać  aby nie wjechać do Rosji  - granica miejscami jest tu tak zagmatwana jak estońska historia – dwukrotnie wjeżdżamy na terytorium Rosji – przejazd taki jest możliwy pod warunkiem, że nie będziemy się po drodze zatrzymywać.
Szarym, jesiennym popołudniem estońska prowincja przesuwa przed oczami oniryczne obrazy – szara tafla jeziora Peipsi zlewa się z sinym niebem. Nie sposób dojrzeć gdzie niebo a gdzie jeszcze woda. Sen to czy jawa jeszcze? Wrażenie pogłębia siąpiący deszcz i przenikliwie chłodny wiatr. Idealny to wręcz movie track do kompozycji estońskiego mistrza hezychii - Arvo Pärta. Krajobraz - niczym jego muzyka - przeniknięty jest na wskroś subtelną metafizyką, stając się źródłem niemalże doznań mistycznych. Im ciemniej, tym ciszej. Im ciszej, tym straszniej. Wejść do lasu i dać się wciągnąć, to obietnica fascynującej przygody niczym z „Opowieści z Narnii”. Będąc tu można uwierzyć w domki na kurzych stopkach na leśnych polanach a także w lasy zamieszkiwane przez elfy i druidy. Wizyta o tej porze roku to bezpłatna podróż do czasów dzieciństwa, baśni braci Grimm… To okolice Kolkja nad jeziorem Peipsi (czwartym co do wielkości zbiornikiem wodnym w Europie).
Warto tu przyjechać przede wszystkim z powodu ludności zamieszkującej te tereny. Wybrzeże jeziora od XVI w. zamieszkuje etnicznie rosyjska mniejszość, różniąca się znacznie zwyczajami i wiarą od Rosjan przybyłych tu w czasie i po II wojnie światowej. Tutejsi Rosjanie nigdy nie zaakceptowali reform rosyjskiej cerkwi i do dziś pozostają starowiercami. Żyje ich tu około 15 tysięcy w 11 zborach, w większości osób starszych. Staroobrzędowcy żegnają się dwoma palcami, nie uznają ksiąg liturgicznych wydanych po 1654 roku, a ich krzyże muszą posiadać ośmiokończaste zakończenie. W każdym domu od strony wschodniej znajduje się ołtarzyk z co najmniej jedną starą ikoną, święte księgi oraz krzyże. Ikony stoją na specjalnych półeczkach, przestrzega się także całkowitego zakazu picia alkoholu i palenia tytoniu w miejscach gdzie są ikony. Interesująca i raczej niedostępna dla turystów jest także ceremonia pogrzebowa. Przez cały jej czas trumna jest otwarta, a wieko nakładane jest już na cmentarzu. Jest to ten rejon Estonii gdzie łatwiej porozumieć się po rosyjsku niż angielsku. Koniecznie należy wstąpić do Muzeum Starowierców w Kolkja – za znakami, przy głównej ulicy.
Estonia potrafi wciągnąć na dobre, prowincja intryguje, stolica daje dobrą zabawę. Szczególnie warto przyjechać tu w czerwcu – kiedy są białe noce, a temperatury najwyższe. Turyści o mocnych nerwach mogą planować przyjazd w grudniu kiedy słońce ledwo wychyla się znad horyzontu, pamiętać należy, że zimy są tu bardziej śnieżne niż mroźne.
Nawigator
Gdzie jeść: 
F-hoone. Telliskivi 60A, Tallinn.
Restauracja w industrialnych klimatach założona w dawnej fabryce zabawek. Krzesła, stoły z recyklingu. Ceny przystępne.
flavoursofestonia.com
Alter Ego. Roseni 8, Tallinn
Nowoczesny dizajn, bardzo szeroki wybór win.
alterego.ee
Gdzie spać:
Savoy Boutique, Suur-Karja 17/19, Tallinn 
Położony w centrum Tallinn, 5 minut od rynku, elegancki butikowy hotel w stylu art deco
savoyhotel.ee
Hotel Antonius, Ülikooli 15, Tartu
Najlepszy hotel w mieście, budynek z 1811 r, kiedyś był tu m.in. posterunek policji.
hotelantonius.ee
Setomaa Farmstead,  niedaleko Meremäe
Agroturytyka w estońskim stylu retro. Po kolacji obowiązkowa sauna i kąpiel w jeziorze. Ekstra atrakcja: z ogrodu widać Rosję.
setotalu.ee
Autor: Marcin MroczkoŹródło: Onet.pl

Tags: estonia, turystyka, Тарту, Эстония
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author