clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Białoruś. Towarzysze, jestem waszym Führerem

Białoruś. Towarzysze, jestem waszym Führerem
...

Grzegorz Szymanik, współpraca Julia Wizowska 2011-04-24, ostatnia aktualizacja 2011-04-20 19:21:47.0

Mnie czasem pytają, czy Łukaszenka jest mądry. Nie, nie bardzo. Jest takie powiedzenie na Białorusi: głupi jak głupi, ale cwany. By władzę trzymać za wszelką cenę, nie trzeba mądrości. Wystarczy nie mieć sumienia
Że Białoruś jest krainą słońca, to jest zatwierdzone przez państwo. Z którejkolwiek strony wjeżdżać, plakaty "Witamy w kraju, w którym zawsze świeci słońce". A potem co chwila "kraj słońca", "kraj słońca", "kraj słońca", dziewuchy wśród zboża, robotnicy w kaskach. Żołnierze. Wszyscy z uśmiechem drukowanymi literami mówią: "Kochaj swój kraj", "Białoruś - miły dom", "Białoruś - ma pieśń". A to po to, żeby przykazania nie zapomnieć: czcij ojczyznę, matkę swoją. Czcij ojca swego

Dziś krainę słońca, królestwo ogórków, zasypuje śnieg. Wszystkie obejścia, bladź, pozalepiał i z chałupy wyjść nie można. Krowa z obory muczy, niedojona jeszcze. Drogą jedzie starowinka na rowerze. Wiatr jej w twarz dmucha, mało nie przewali.

- A dokąd to, babko, jedziecie?

- A na jacuzzi jadę.

Aha. Na jacuzzi jedzie. Na jacuzzi, co to Tatko pięknie wybudował. A co? Swoim żałować będzie? On tu do szkoły biegał, sowchozem gospodarzył. Ziemlak, na tym samym mleku chowany. Teraz między Witebsk a Mohylew, gdzie Szkłów, Kopyś i malutka Aleksandria, nawet wycieczki przyjeżdżają.

Chcą zobaczyć: jaka jest ziemia, co prezydentów rodzi?

Ano surowa. Jak on. Kto się ziemi nie słucha, chleba mieć nie będzie. Ale też potrafi za wierność wynagrodzić. Pamiętliwa jest. I nic się nie zmienia. Jak Tatko.

- Taki sam - powiedzą - jaki tu był. Dobry, charoszy. Dyscyplinę trzyma.

- Taki sam - powiedzą - zaraza. Ale kto wiedział, że mordować zacznie?

Część I. Sania z Aleksandrii

Skąd się Sanieczka na świecie wziął? Matka, dojarka Jekatierina Łukaszenka, pojechała pracować do Orszy, a wróciła już z prezydentem pod żołądkiem. Mówią: Cygan. Mówią: jednooki szofer Grisza z roszarni lnu. A sam prezydent dodaje: ojciec mój zginął w Wielkiej Wojnie. Ale przecież ostatnie strzały padły dziewięć lat przed jego urodzeniem. Tyle lat pod maminym żołądkiem przeczekał? Cud? Nie wiadomo.

Oto co wiadomo: Kopyś, 1954 rok, sierpień.

Ale 30 sierpnia czy 31? Tego już nie wiadomo. Kiedyś oficjalnie obchodzono 30, ale od dwóch lat nowe zarządzenie: prezydent ma urodziny 31, tego samego dnia co najmłodszy syn Kola.

Aleksander mu dano - obrońca ludzi. A wychował się we wsi Aleksandria, zaraz po drugiej stronie rzeki.

*

- My z panem prezydentem do pierwszej klasy podstawówki razem chodziliśmy - Aleksander Aleksiejewicz opiera się o gankowy słup. Zmurszały, aż strach, że gruchnie na pół i wybije szybę w oknie. To znaczy gdyby w oknach domu Aleksandra Aleksiejewicza były szyby. Jest folia. On zaciąga się nerwowo papierosem w brudnej fifce ze skręconego aluminium. - Kto wiedział, że to będzie prezydent? W piłkę z nim ganiałem po błocie. A teraz przyjedzie samochodem, elegancki. Na piechotę się przejdzie. Ale co się będę dobijał. Jaka mi pomoc potrzebna od niego? No, ogrzewania nie mam, ale drewnem grzeję, dobrze jest.

- Ale teraz za Tatki lepiej czy za Sojuza było lepiej?

- Mam uraz głowy. To, co mogę sobie przypomnieć, to przypominam - Aleksander Aleksiejewicz w głowę się drapie, jakby chciał się do wspomnień dodrapać. - A tego to jakoś nie pomnę.

Tych, co prezydenta pamiętają, już mało we wsi. Sami przyjezdni - dobre miejsce, "prezydenci się tu rodzą", więc coraz więcej domów rośnie. Oni nie widzieli, jaką Tatko miał biedę, jak go chłopaki targali za uszy, bo nie ma ojca. Co mogą powiedzieć?

I chałupki, gdzie prezydent na kartoflach wyrósł jak na drożdżach, też nie ma. Został prezydentem - kazał zburzyć. Na jej miejscu drewniana wiata, ławki, stolik. Można siąść, herbaty z termosu siorbnąć, ogórka schrupać z królestwa ogórków. Popatrzeć na krainę słońca.

*

- Pamiętać go może - przypomina sobie Aleksander Aleksiejewicz i przestaje się drapać - stary felczer ze szkoły. On może coś powiedzieć.

Felczer Mikołaj Daniłowicz Jelski: - Nic nie powiem! Po co węszycie? Nasz prezydent dobry, on nam się podoba - i mówi dalej, choć miał nic nie mówić. - A pewnie, że pamiętam. Moja żona, Tamara Iwanowna, z nim pracowała. Tak, Tamaro Iwanowna? - ale ona kwiecistą chustę poprawia, laską stuka i już w drugiej izbie.

- Jak pierwszy raz przyjechał, już jako prezydent, to zapytał: jak wam się powodzi, ziemlaki? - ciągnie Kola. - Ja na to: dobrze, Aleksandrze Grigoriewiczu! To pracujcie, mówi, i żyjcie. I ja pracuję. Mam krowę, króliki. I żyję. I mnie dobrze jest. Tamaro Iwanowna, powiedzcie coś!

- A czort mnie to obchodzi!

- Tamara była wychowawcą klas podstawowych, kiedy Tatko tu uczył historii. Ja przepracowałem 30 lat jako medyk. Emerytury dostaję 700 tysięcy białoruskich rubli. A w sklepach wszystko: kiełbasy, wędliny, stać mnie. I wygody na miejscu: mamy basen, saunę, jacuzzi. Szkołę nam wybudował. Kompleks sportowy. Drogi asfaltowe. O, samochód przejechał! Teraz co trzeci ma tu samochód. I hotel, a następny się buduje. Bo przyjeżdżają do nas wycieczki nawet z Mińska, nawet z Rosji. Co oglądają? Jest sala, muzeum w starej szkole, gdzie prezydent się uczył. Pokażę. Ale tylko z ulicy. Inaczej trzeba wam przyjechać z milicjantem i pozwolenie mieć. Jeszcze ładunek wybuchowy podłożycie. Wiadomo? - mruży oczy Kola.

Zza szyby widać książki równo ułożone. Jakby jeszcze wczoraj mały Sania, syn dojarki i nieznanego ojca, nad nimi ślęczał i pilnie czytał o małym Iosebie Besarionisie Dze Dżugaszwilim, synu szewca Wissariona i praczki Katarzyny. Musiał historię lubić, skoro wybrał się potem do Mohylewa na historyczny fakultet.

Część II. Sasza ze Szkłowa

W krainie słońca, królestwie ogórków, mieszka zamknięta w zamku królewna Galina. Królewna jest już na emeryturze, ale dorabia sobie w regionalnym Komitecie Wykonawczym. Organizuje wyjazdy do sanatoriów. Z Saszą poznali się w podstawówce. Cztery kilometry do niej biegał. Zwyczajna taka, spokojna. I on był kiedyś zwyczajny. Ale potem przestał.

Wyjechał do Mińska gospodarzyć krajem, ona została na gospodarce z krowami. "Żony nie powinny mieszać się do spraw urzędników państwowych" - mówił. Po co się wmieszała? Pokazała dziennikarzom, jak doi krowę Miłkę.

Jak może prezydencka żona krowę za cycki ciągnąć? Tatko zakazał kontaktów z prasą i zamknął królewnę w zamku - zielony domek w Ryżkowiczach (dziś to dzielnica Szkłowa) kazał ogrodzić murem. Obok punkt obserwacyjny: ktoś się zatrzyma, za długo pogapi, a zaraz sprawdzają: kto taki? Czego chce? Co taka twarz podejrzana? Dlaczego ręce takie długie? A oczy po co latają? Dlaczego się uśmiecha? Śmiać się jest z czego? Kogo się boi? Może ma się czego bać?

16-tysięczne miasteczko Szkłów niedaleko Aleksandrii to stolica królestwa ogórków. Cały rejon Szkłowszczyzny słynie z ogórków, które uprawia i przerabia. W Szkłowie jest nawet pomnik ogórka. Ma wielkość człowieka i uśmiecha się, niosąc w koszyczku inne ogórki. W miejscowym muzeum jest też ściana poświęcona prezydentowi. Uśmiecha się ze zdjęć, witając serdecznie miejscowych dygnitarzy.

Tatko i ogórki to symbole Szkłowa.

On tu przyszedł, bo nie chciał zostać, jak chłopaki we wsi, traktorzystą. Ale nie wiedział jeszcze, co robić. Uczył historii, popróbował w wojsku, za politruka był. Szukał swojego zajęcia. Czegoś, w czym dobry będzie.

*

- Jak prezydenta można pamiętać źle? - dziwi się Miszka. Mieszka pod Szkłowem w chatce oblepionej śniegiem jak pierogi śmietaną. Miszka ma 21 lat i przez całe młode życie zawsze był za Łukaszenką. Tylko ostatnio u Miszy jakaś rewolucja. Mówią, że zagłosował na Sannikaua, tego, co do więzienia wsadzili.

- Co to się, Misza, stało?

- Głosowałem na Sannikaua. A może Niaklajeua? Nie pamiętam. Spieszyłem się, a tu przyjechali do mnie z urną. Szybko zaznaczyłem, nie zwracałem uwagi kogo. Ale potem, gdy w telewizji pokazywali, co się dzieje w Mińsku na placu, to już tylko żałowałem. Nie potrzeba nam tego w kraju.

Bo tak jest pokój i spokój, mówi Misza, czego więcej chcieć. Zawożą Miszę na budowę. 500 dolarów na miesiąc. No, Misza jeszcze tych pieniędzy na oczy nie widział, ale tyle obiecali (matka Miszki, która z Łukaszenką w sowchozie pracowała, dostaje 260 tys. rubli białoruskich, to 90 dolarów). A w niedzielę bania, przyjaciele. Dobre życie. Dlatego teraz Misza przy głosowaniu będzie ostrożniejszy.

- A ci, co go nie lubią - zastanawia się Miszka - oni może mają jaki uraz?

*

Są i tacy. Pewnie, że tak. Nawet na prezydenckiej ziemi są sobki, które nie chcą, by Ojcem był.

- Jest pod Szkłowem w wiosce Dobrejka Piotr Migurski. Czego on nie robi, jak z reżimem walczy. Odważny, pracowity. Aż dziwne, że go jeszcze z pracy nie zwolnili - mówi dziennikarz Anatol Gulejau, dawny znajomy Łukaszenki.

- Chodźcie, napijemy się, bo dziś mnie z pracy zwolnili - mówi Piotr Migurski z Dobrejki.

Migurski jak Łukaszenka był kiedyś przewodniczącym kołchozu. Kołchoz nazywał się "Zwycięstwo". Z Saszką wódkę pił, w piłkę grał. A teraz były dyrektor sowchozu Łukaszenka jest prezydentem. I byłego przewodniczącego kołchozu, doktora ekonomii w Mohylewie, Migurskiego, wyrzuca z pracy.

- Wezwał mnie dziekan i mówi: zwolnijcie się, Migurski, bo inaczej ja będę musiał zwolnić. Dziekan dobry chłop, ale też inaczej nie może.

"Za co?" - taki jest tytuł powieści Tołstoja o rodzie Migurskich, polskich zesłańców syberyjskich. Migurski z Dobrejki mówi: to o jego przodkach, a prababka Migurska była kochanką pisarza, dlatego o nich napisał.

- Za co? - pyta teraz Migurski za Tołstojem - za co mnie z pracy wyrzucają?

Tak, wydaje niezależną "Szkłów Info" (do 300 egzemplarzy, tylu jeszcze nie trzeba rejestrować).

Tak, bierze udział w ruchu "Mów prawdę".

Tak, kierował w rejonie sztabami: Niaklajeua, Sannikaua, Rymaszeuskiego i Kostusiewa (inaczej nie można, tu opozycji za mało).

I najważniejsze - tak, w ostatnich wyborach był w rejonie prawą ręką kandydata Niaklajeua.

Tylu przestępstw winien. Co się dziwić?

I poprawy nie rokuje: na poddaszu Piotra Migurskiego "muzeum opozycji". Wokół biało-czerwono-białej flagi niepodległej Białorusi insygnia oporu. Talerzyk z papieżem, z Krakowa. Długopis Szuszkiewicza. Podpis Milinkiewicza. Jest też szalik Manchesteru United.

Nie ma dużo takich (co mają "uraz", jak powie Misza) na Tatowej ziemi. Tu nie Mińsk.

Tu takie rządzenie się ludziom podoba. Podobają się podwyżki pensji (to co, że za każdą jest zaraz taka sama podwyżka cen, ceny reguluje państwo, zawsze w tej kolejności: najpierw rośnie pensja, a potem ceny, żeby człowiek nigdy nie miał za dużo pieniędzy i nie przestawał myśleć przyziemnie, ale i żeby nie był na tyle głodny, by się buntować). Podobają się pełne sklepy (to co, że ceny takie, że przygraniczni Białorusini jeżdżą kupować do Polski, tylko papierosy są tańsze, ale tytoniem trudno się najeść). Podoba się stabilne wypłacanie emerytur (głodowe, ale zawsze na czas). I studia za darmo (to co, że potem je trzeba odrobić - trzy lata na terenach poczarnobylskich albo w rolnictwie). A jak w kraju zabraknie pieniędzy, to Tatko zawsze dodrukuje.

Wódka się kończy. Teraz Piotr Migurski przypomina sobie o pracy, której nie ma. Zdejmuje ze ściany obrazy, sprzedawać je chce, żeby było na chleb. Zdejmuje koszulę, bo od pieca gorąc. Teraz siada przed telewizorem Witiaź w T-shircie "Prawda zwycięży" i robi pstryk.

Pstryk.

"...nie minął rok, jak sowchoz Zabiełyszyn - obecnie Babcine Podwórze - zaczął przynosić dochód. Produkcja mleka w tym czasie zwiększyła się w sowchozie...".

Pstryk.

"... i 8 milionów ton ziemniaków".

Migurski: - Gdzie te ziemniaki, gdzie mleko? Jest wszystko, jest. Na papierze. Dopisują cyfry, żeby lepiej wyglądało. Dopisuje malutki urzędniczek i ważny kierownik, i minister też. I nikt dzisiaj nie wie, ile naprawdę produkujemy ziarna, ziemniaków, mleka, mięsa. A wysokość sprzedaży mleka jest objęta tajemnicą państwową.

Pstryk.

Przemawia! Cicho, o jogurtach mówi, sprawa wagi państwowej. Że Danone chce Białoruś okraść. Krzyczy. Bledną ministrowie. Od tego krzyku aż zgięci w pół. Schylają się i przepraszają Tatkę.

Pstryk.

Egipski tłum pali papierową twarz prezydenta Mubaraka. Gdy ogień zjada Mubarakowi nos i policzki, Migurskiemu zaczynają świecić się oczy.

- Jemu 80 lat. Wnuki bawić, nie rządzić krajem. To jest dla naszego ostrzeżenie - powie radośnie Piotr Migurski.

- Ale ten egipski rządzi 30 lat, a nasz dopiero 17 - smutno doda jego żona Walentyna Filipowna.

Część III. Aleksander z sowchozu Gorodziec

- Gdy przemawiał, dyrektorzy, ludzie starsi i wykształceni, łapali się za głowy. Ale innym się podobało - opowiada Anatol Gulejau, dziennikarz z Mińska, dawny znajomy Tatki ze Szkłowa.

Ludzie lubią: ręką pogrozisz, pięścią gruchniesz. Patrzcie, jak w stół pieprznął! I taki był Saszka ze Szkłowa, kiedy stał się Aleksandrem, dyrektorem sowchozu Gorodziec. Wąsaty i barczysty, swój chłop, machający rękami, jakby chciał się do Mińska dostać drogą powietrzną.

- Nikt go nie chciał na dyrektora, ale się uparł. Dali, bo mieli go dość - dodaje Gulejau.

- Żonka do mnie przyszła i mówi: jest nowy dyrektor, młody, dostatek obiecuje, porządek zaprowadza - przypomina sobie Władimir Olejnikow, leśnik i przewodniczący opozycyjnego BNF-u w regionie. Grzejemy dłonie w drewnianej chatce niedaleko Gorodca.

- Zaproponowali mi wtedy być pszczelarzem w sowchozie. Z prezydentem miałem dobry kontakt, na początku. Ale potem miód mi z magazynu zniknął. I zniknął też uśmiech Łukaszenki. Dopiero jak odchodziłem z pracy, dowiedziałem się, że miodowe bidony stały w gabinecie jego zastępcy. Co mi jeszcze żonka opowiadała: pierwszego dnia, kiedy przyszedł do nich do sowchozu, powiedział: "Towarzysze, jestem waszym Führerem!". Bez złej myśli tak powiedział.

*

Lawon Barszczeuski, pisarz, opozycjonista, razem z Łukaszenką był delegatem do Rady Republiki Białorusi w 1990 roku: - Dlaczego on tak Stalina wielbi? Po co zaprzecza jego zbrodniom, po co buduje mu muzeum pod Mińskiem? Dyktator podświadomie zawsze ma do innych dyktatorów sympatię. A jak było z wywiadem, w którym wychwalał gospodarność Hitlera? To był komplement. Uznał, że jak powie coś dobrego o niemieckim wodzu, czy to Hitler, czy kto inny, to niemieckiemu dziennikarzowi będzie przyjemnie usłyszeć.

*

- Maleńką filiżankę trzymał w wielgachnej pięści. Siedział u mnie w kuchni i błagał o pomoc - przypomina sobie dziennikarz Gulejau. - Był rok 1989, pierestrojka. Wybory do Rady Najwyższej ZSRR. On w nich startował. Ale władza lokalna przeszkadza mu w organizowaniu spotkań, bo sam się wysunął jako kandydat. Ja byłem wtedy korespondentem moskiewskiej gazety "Sielskie Życie" wydawanej przez KC KPZR. Nakład: 12 milionów. Pojeździłem po wioskach. No i rzeczywiście mu przeszkadzali. Opublikowałem artykuł. Pomógł mu trochę, ale wybory i tak przegrał. Za to zostaliśmy przyjaciółmi. Przyjeżdżał do mnie na daczę, przywoził koniak i piliśmy. Przedstawiał mi swoje przyjaciółki. Żadnej nie przepuścił.

Rok później były wybory do Rady Najwyższej Białorusi. Znów startuje. I znów do Gulejaua. I od progu: - Ja nikogo nie biłem!

- Był taki Władimir Bandurkow w sowchozie, traktorzysta - wyjaśnia Gulejau. Bandurkow skarżył się, że dyrektor mu mocno wkropił. Łukaszenka mógł za to dostać od trzech do ośmiu lat. Poszedłem więc do Bandurkowa. Dom biedny, wychodzi pięcioro dzieci, każde następne umorusane bardziej. Pytam: bił? Bił. Że na ziemię powalił i kopał. Zwołałem innych. Dwunastu traktorzystów było w sowchozie. Z dwunastu ośmiu powiedziało, że ich Łukaszenka też bił. "No to, Sasza, jak to jest?". pytam. A on: "O, swołocz! Tyle dla nich zrobiłem, a oni nie mogą zapomnieć, jak raz po mordzie dałem!".

Ale te wybory wygrał. Sprawa została zamknięta.

Tatko poszedł do Mińska, ale nic się nie zmienił. Teraz słyszą to manifestanci na placu: tyle dobrego dla was robię. Jak ojciec - czasem muszę pasem przyłożyć.

W królestwie ogórków opowiadają też inną historię: że kiedyś taki Iwan Juszkiewicz, mechanizator, z kolegami robi sobie w polu przerwę na obiad. A co to za obiad do wódki?! - krzyczy Łukaszenka. Ale Juszkiewicz niedawno wrócił z Syberii, z Tiumeni, gdzie pracował przy wydobyciu miedzi. A tam jak nie zawalczysz o swoje, to nie przeżyjesz. Puszcza więc dyrektorowi wiązankę. Łukaszenka chwyta Juszkiewicza za koszulę. Juszkiewicz chwyta gumową rurę. Gumowa rura trzaska o Łukaszenkowe plecy.

Im starszy był Iwan, tym bardziej bał się o tym opowiadać. Umarł przed rokiem. Ale sąsiedzi z królestwa ogórków nad czym innym się zastanawiają: za mniejsze rzeczy od Tatki po łapach tu dostawali. Dlaczego się nigdy na Juszkiewiczu nie zemścił?

Część IV. Tatko z Mińska

Wyjechał Tatka ojczyzną gospodarzyć, a radzieckie mocarstwo się rozpadło. Martwili się ludzie: czy wojny nie będzie? Białoruś teraz miała się sama rządzić. Samemu to straszno tak. Dali nową flagę, dali godło i nowe pieniądze białoruskie, ze zwierzątkami. W sklepach wszystkiego brakowało, a ceny jak radzieckie sputniki leciały prosto do nieba. Do pieniędzy trzeba było dokładać zera, drukować nowe nominały z nowymi zwierzątkami. W końcu zwierzątek zabrakło. I zamęt okropny - kto jest kim? Komu się kłaniać, komu nie? Nic nie wiadomo.

Ale tam, w dalekim Mińsku, dyrektor sowchozu ze Szkłowa, swój chłop, on porządek zaprowadzi.

Lawon Barszczeuski: - Bardzo był ambitny. A nam trzeba było kogoś, kto się zna na rolnictwie. Dopiero potem zrozumieliśmy, że z rolnictwem to on nie bardzo. Ale lubił o tym mówić. I o tym, że u samego Gorbaczowa jest doradcą. Często graliśmy w piłkę. Biegał na pozycji napastnika. Strzelał ostro, ale piłka zazwyczaj leciała obok bramki. Denerwował się wtedy i faulował. Nie lubiliśmy z nim grać, bo często przyglądały się nam dzieci, a on krzyczał i przeklinał jak na podwładnych w kołchozie. Miał wtedy depresję. Zamarzył, że chce zostać pierwszym sekretarzem partii. A tu na jego oczach rozpadł się Związek Radziecki. Rozerwali mu marzenie w strzępy. Ale zaraz znalazł nowy cel: zostać prezydentem.

I zostaje w 1994 roku.

W 1995 roku przywraca flagę i godło komunistycznej Białorusi.

W 1996 zmienia konstytucję i rozwiązuje Radę Najwyższą, zastępując ją podległym sobie parlamentem.

Lawon Barszczeuski: - Prezydentem pomagała mu zostać część inteligencji: Karpienka, Hanczar. My nie chcieliśmy systemu prezydenckiego, ale oni się uparli: potrzebny silny prezydent, żeby przeprowadził reformy, my nim pokierujemy. Mówiliśmy im: wybierzecie jeszcze takiego, że będziecie płakali. A oni już nawet nie zapłaczą. Ich już nie ma.

*

Najpierw otruto Hienadzia Karpienkę. Umarł w śpiączce po wypiciu kawy w kwietniu 1999 roku. Jego pogrzeb przerodził się w opozycyjną manifestację.

Potem manifestacji już nie było.

Bo nie było ciał, które można grzebać.

W ciągu kilku miesięcy rozpłynęli się w białoruskim powietrzu najważniejsi opozycjoniści, a kiedyś i Tatki współpracownicy.

Z krainy słońca zniknęli: Juryj Zacharenka (maj 1999), Wiktar Hanczar (wrzesień 1999), Anatol Krasouski (wrzesień 1999).

W lipcu 2000 roku zniknął Dzmitryj Zawadski. Osobisty kamerzysta prezydenta, który odszedł od Tatki do rosyjskiej telewizji ORT.

Zostały blade plamy krwi i porzucone samochody.

*

- Szczerze powiem, że za Łukaszenki jest porządek w kraju. Dyscyplinę trzyma. Nie potrzeba tu opozycji. Chaosu jak na Ukrainie - poprawia czapkę 21-letni Misza spod Szkłowa, a wiatr zwiewa śnieg z chatki jak śmietanę z pierogów.

*

- Propozycje pracy od prezydenta dostawałem trzy razy - dziennikarz Gulejau patrzy w okno. - Trzy razy odmówiłem. Musiałbym zajmować się zamykaniem gazet. A potem zacząłem pisać krytyczne artykuły o tym, jak rozprawia się z byłymi rywalami na Szkłowszczyźnie. I on się na mnie obraził. Jemu się wydawało, że jeżeli raz mu w czymś pomogłem, to będę pomagał przez całe życie. Na początku prezydentury przyszli do mnie dziennikarze zagraniczni. Chcieli pisać książkę o jego relacjach z żoną Galiną. Ja wiem dużo. Oni proponowali pieniądze. Ale odmówiłem, wtedy byłem zapraszany jako przyjaciel domu, to byłoby świństwo. Wyszli ode mnie z niczym. Przyszedł za to zaraz redaktor naczelny "Sowieckiej Białorusi" i mówi: "Aleksander Łukaszenka prosił, żeby wam przekazać, że was nie lubi, ale was szanuje".

*

- My, strachy na wróble - mówi pszczelarz Olejnikow. - Wskazują na nas palcem: patrzcie, jak żyją ci opozycjoniści. Ale ja poznałem wolność i już nie mogę inaczej. Przepracowałem w lesie 15 lat. Co roku miałem zakładaną sprawę albo proces w sądzie. Nauczyłem się zdobywać chleb. Zostawili mnie w spokoju. W opozycji w naszym rejonie jest dziś taki pogrom, że nie stanowimy dla nich żadnego zagrożenia. Bo ludzie tu jak dzieci. Potrzebują ojca. Choćby nie wiadomo jak ich oszukiwał i nabierał, będą wierzyć. Od swobody dostają mdłości.

Podczas ostatnich wyborów Olejnikow był obserwatorem, to widział: - Przychodzimy do staruszki. Weź, babka, kartę do głosowania. Możesz głosować albo i nie głosować, ale weź. Godzinę czekałem. Ja nie pozwoliłem nikomu głosować za nią, a i ona sama nie była w stanie.

Siedziała nad kartką. Biel kłuła w oczy. Że ja sama? Po co ich tylu? To nie można było jednego wystawić, żeby człowiek się nie męczył?

*

W krainie słońca, w królestwie ogórków. W telewizorze Witiaź, w koszulce "Prawda zwycięży", Piotr Migurski ogląda, jak Egipt wrze. Jak bulgocze, jak się rozlewa. Patrzy na Egipt, ale myśli o Białorusi: czy odda, czy zostawi tron?

- Nie zostawi - pewny jest Lawon Barszczeuski. - 19 grudnia było tak mroźno, że gdyby poczekał, wszyscy rozeszliby się do domów. Ale on jest tchórzem. Boi się, że Hanczara, że Zacharenki mu nie wybaczą.

- Po co ma zostawiać tron - zapytają w królestwie ogórków - jak on jest ojciec dożywotni. Ojca nie można zmienić. Ojca tylko wyrodne dzieci się wyrzekają.

Mikołaj Daniłowicz Jelski, felczer z Aleksandrii: - Tamta swołocz od Tatki lepsza? Opozycjoniści, ja ich widziałem w telewizji: "Ja, jak zostanę prezydentem, to wam wszystko zapewnię!". A skąd ty weźmiesz, durniu? "Głosujte za mene, ja żem prezydent!". Po białorusku mówi. Jaki prezydent. Ty, patałachu? - złości się felczer Jelski.

A na drodze zatrzymuje się babina na rowerze (ta sama, co na jacuzzi jeździ). Poprawia czapkę mokrą od śniegu: - Panie Boże, Gospodi, mnie tak było wstyd, jak ich widziałam w telewizji. Mówić nie potrafią! Potem oglądałam, jak ich w Mińsku grzmocą pałkami po plecach, i aż krzyczałam: mocniej, mocniej!

*

- Nic się nie zmienił nasz Saszka z Aleksandrii - mówi felczer Jelski.

- Po czterdziestce człowiekowi już ciężko się zmienić - przytaknie dziennikarz Gulejau. - Jeśli kiedyś nie wybaczał, to i teraz nie wybacza. Jeśli kiedyś był bezwzględny wobec tych, co idą na przekór, to i dzisiaj tak. Tylko że dziś ma inne możliwości. Ale to nie jest bestia. Taki sam człowiek jak większość. Gdyby komu innemu dać nieograniczoną władzę, to co by wyczyniał? Mnie czasem pytają, czy Łukaszenka jest mądry. Nie, nie bardzo. Jest takie powiedzenie na Białorusi: głupi jak głupi, ale cwany. By władzę trzymać za wszelką cenę, nie trzeba mądrości.

Wystarczy nie mieć sumienia.

*

W krainie słońca, królestwie ogórków, już nie pada śnieg. Nagi szkielet w oddali, widać, jak hotel budują. We wsi plotkują, że prezydent też sobie tu rezydencję stroi. Wróci nad Dniepr. Do królestwa ogórków na starość. Ale już nie jako Sania, syn dojarki, za uszy przez chłopaków targany, ale jako pan Aleksander Ryhorawicz Łukaszenka, prezydent Republiki Białoruś. Ten, co sam tatki nie miał, Tatka nas wszystkich.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA




Fot. Filip Klimaszewski
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author