March 6th, 2012

Jak przegraliśmy w piłkę na zlość Ruskim

Jak przegraliśmy w piłkę na złość Ruskim

...

Mirosław Maciorowski 2012-03-04, ostatnia aktualizacja 2012-03-04 13:54:08.0

W 1983 roku na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu przegraliśmy z Portugalią 0:1, ale polscy kibice na trybunach byli w siódmym niebie - już w poniedziałek w "Gazecie" dodatek ''Ale historia''

Gdy Carlos Manuel strzelił zwycięskiego gola dla Portugalczyków, pobiegł z kolegami do płotu oddzielającego boisko od trybun. Wdrapali się na niego, a z drugiej strony wisieli na nim rozentuzjazmowani polscy kibice. I zgodnie razem skandowali: "Portugalia! Portugalia! Portugalia!".

Osłupiali piłkarze trenera Antoniego Piechniczka szli wznowić grę na środku boiska.

28 października 1983 roku byłem na trybunach i jak większość z prawie 20-tysięcznej publiczności spodziewałem się, że "coś" się wydarzy. Choć przy wejściu na sektory kontrole były szczegółowe, wszyscy dookoła pili. Ci, którzy siedzieli po sąsiedzku, na długo przed pierwszym gwizdkiem wznosili toasty. Za kogo? Za Portugalię i na pohybel Ruskim. Bo właśnie o Ruskich wtedy chodziło.

Bracia nam pomogą

Zwycięstwo nic nam nie dawało. Szanse na wyjazd do Francji, gdzie w 1984 roku miały być rozegrane mistrzostwa Europy, pogrzebaliśmy kilkanaście dni wcześniej na Łużnikach, gdzie z ZSRR przegraliśmy 0:2. W naszej grupie była jeszcze nielicząca się w rywalizacji Finlandia i czarny koń eliminacji - Portugalia.

Nie była faworytem, ale wystarczyło, że pokona naszych i dwa tygodnie później wygra ze Związkiem Radzieckim w Lizbonie. Jeśli zremisowaliby z Polską, drużyna radziecka miałaby awans w kieszeni.

Ale nie tylko sport był ważny w tym meczu. Dwa miesiące wcześniej radzieckie samoloty zestrzeliły nad Kamczatką samolot pasażerski Południowej Korei.
(...)

To był jeden z tych momentów zimnej wojny, gdy napięcie między Wschodem i Zachodem sięgnęło zenitu i świat naprawdę był na krawędzi wojny. Od kilku miesięcy karierę robiło określenie "imperium zła", którego prezydent USA Ronald Reagan użył w odniesieniu do Związku Radzieckiego. Państwa NATO szykowały się do manewrów "Zdolny łucznik" symulujących kontratak nuklearny po inwazji armii państw bloku wschodniego. Najwyższe kierownictwo ZSRR było przekonane, że nie będą to jedynie ćwiczenia, lecz przygotowania do prawdziwego ataku. (...)

Było dziwnie

Podczas "Mazurka Dąbrowskiego", tak jak wszyscy na stadionie, trzymałem rękę w górze w geście "V", co było wtedy normalne. Ale potem normalnie już nie było. Portugalczycy podczas swojego hymnu dostali nie mniejszą owację, a potem najgłośniejsze sektory zamiast: "Polska! Polska!", skandowały: "Portugalia! Portugalia!".

- Gdy tylko zaczęła się gra, kibice cieszyli się z naszych błędów, a nagradzali owacją każde dobre zagranie Portugalczyków - wspomina pomocnik Włodzimierz Ciołek.

Komentator TVP Dariusz Szpakowski też czuł się dziwnie: - Kibice dopingowali Portugalczyków i wykrzykiwali na Jaruzelskiego. Kilka lat wcześniej w Chorzowie Portugalczycy w osłupieniu patrzyli, jak sto tysięcy polskich kibiców wygwizdało Kazia Deynę, który strzelił im bramkę z rogu zapewniającą nam awans na mundial. We Wrocławiu też nie mogli zrozumieć, co się działo.

Polska drużyna właściwie nie zagrażała portugalskiej bramce. (...)

Goździki od Portugalczyków

- W przerwie próbowałem zawodników zmobilizować. Tłumaczyłem, że to mecz w reprezentacji, a nie taki zwykły, po którym rozjedziemy się do domów i wkrótce zapomnimy - wspomina Piechniczek.
(...)
W drugiej połowie Polacy nadal grali, jakby mieli spętane nogi. Portugalczycy popisywali się sztuczkami technicznymi i świetnie się bawili - machając rękami, zachęcali polskich kibiców do jeszcze głośniejszego dopingu.

Gdy w końcu szwedzki sędzia Ulf Eriksson zakończył spotkanie, wszyscy na trybunach stali skandując: "Ka-ca-py, do do-mu!", "Ka-ca-py, do do-mu!".

Portugalczycy długo kłaniali się kibicom w pas. Ktoś przyniósł im z ławki rezerwowych czerwone goździki - symbol portugalskiej rewolucji, która dziewięć lat wcześniej przywróciła demokrację. Rzucali je na rozentuzjazmowane trybuny.
(...)
Prasa o atmosferze na trybunach nie zająknęła się, ale na zawodnikach nie zostawiła suchej nitki. Piechniczek nazajutrz musiał pojechać do Warszawy i w specjalnym programie tłumaczyć się z przegranej. W tygodniku "Piłka Nożna" pojawiła się nawet sugestia, że mecz piłkarze puścili, by zaszkodzić drużynie ZSRR.
(...)
Dwa tygodnie po meczu we Wrocławiu Portugalia pokonała w Lizbonie ZSRR 1:0 i awansowała na mistrzostwa Europy. Rok później była ich rewelacją. Dopiero w półfinale po dogrywce uległa 2:3 Francuzom, którzy zdobyli później złoty medal.

O historii meczu z ZSRR w 1982 r. przeczytasz też w reportażu Wojciecha Staszewskiego "Mamuśka jedzie na mundial'

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Палач из варшавского гетто - Kat z warszawskiego getta

Krwawy kat z getta. Boga nazwał Wotanem

05.03.2012,
Jürgen Stroop, fot. EAST NEWS/LASKI DIFFUSION
Jürgen Stroop, fot. EAST NEWS/LASKI DIFFUSION

Półtorej godziny wcześniej zapadł zmrok. Osadzeni w mokotowskim więzieniu są już w swoich celach. Wszyscy poza jednym. Skazany czekał na ten dzień za kratami przez pięć lat. Miał na sumieniu plamę krwi. Nie zamierzał jej zmyć.

60 lat temu zawisł na szubienicy. Do samego końca pozostał fanatycznym hitlerowcem, który traktował zagładę warszawskiego getta jak dzieło swojego życia.

Jest 6 marca 1952 r., za chwilę wybije siódma wieczorem. Skazany czekał na ten dzień za kratami przez pięć lat.  Ale wczoraj był ponoć nieco zaskoczony, kiedy do celi przyszedł prokurator i poinformował Jürgena Stroopa, że niebawem zostanie stracony. Po chwili miał jednak Stroop powiedzieć, że wreszcie jego duch "połączy się z żoną i córką w Niemczech".

Drogę z celi do miejsca straceń przemierza pewnym, żołnierskim krokiem. Wstępuje na szubienicę, nie okazując strachu. A przede wszystkim zdążył jeszcze powiedzieć, że nie czuje żadnych wyrzutów sumienia.

Albert Speer chciał uchodzić za "dobrego Niemca". Biografia Adolfa Eichmanna posłużyła za pretekst do rozważań o "banalności zła". Jürgena Stroopa można tymczasem uznać za "typ idealny" nazistowskiego zbrodniarza.

"Rozkaz to rozkaz, synku!"

Stroop wychowywał się w księstwie Lippe-Detmold (dziś to tereny Nadrenii Północnej-Westfalii) w rodzinie policjanta. "Rozkaz to rozkaz!... Bij, synku, nieprzyjaciół jak najmocniej i bez litości…" – słyszał od ojca. Wzrastał w atmosferze kultu munduru i posłuszeństwa.

W jego rodzinnych okolicach powstał pomnik Hermanna Cheruska. Stroop zachwycał się od najmłodszych lat nie tylko monumentem, ale i mitem. Historia stoczonej w IX wieku   bitwy w Lesie Teutoburskim, w której germańskimi plemionami dowodził właśnie Hermann, była w czasach Stroopa jednym z kluczowych mitów wielkoniemieckiego nacjonalizmu.

Kiedy wybuchła wojna, krótko walczył na froncie zachodnim. Został ranny, a po rekonwalescencji przeniesiono go na wschód (Galicja, Rumunia, Węgry) i był tam po prostu tyłowym podoficerem. Ale klęskę kaiserowskich Niemiec przeżył boleśnie i umiał ją wyjaśnić tylko tym, że jego ojczyźnie wewnętrzni wrogowie wbili "nóż w plecy".

Jak miało się okazać po latach, nie był to jedyny dogmat, jaki Stroop przyswoił sobie z nazistowskiego katechizmu. Na zachodzie trzeba było zrzucić jarzmo traktatu wersalskiego, a na wschodzie zapewnić Niemcom Lebensraum. "Wojna jest selekcyjnym zabiegiem biologicznym i psychologicznym, koniecznym dla każdego narodu" – niemalże cytował "Mein Kampf".

Do partii nazistowskiej i SS wstąpił przy tym stosunkowo późno, bo na pół roku przed dojściem Hitlera do władzy. Ale kiedy już Himmler dostrzegł jego gorliwość, Stroop zaczął w hierarchii szybko awansować, nawet o dwa stopnie. Po rozbiorze Czechosłowacji objął dowództwo SS w Karlowych Warach, potem w Poznaniu dowodził Selbstschutzem – czyli paramilitarną formacją, odpowiedzialną za zbrodnie na Polakach i Żydach. Oczywiście i Sudety, i Wielkopolskę uważał za "pragermańskie" ziemie.

Bóg znaczy Wotan, człowiek znaczy Aryjczyk

Neopogański kult i rytuały SS, które wykuwały się z inicjatywy Heinricha Himmlera, nawet Hitler przyjmował z rozbawieniem. Za to Stroop szybko odrzucił katolicyzm na rzecz wiary w "naszych bogów germańskich".

Chrystus w oczach Stroopa był "blondynem, pół-nordykiem", bo jego matka "zaszła w ciążę z jasnowłosym Germaninem". Chrześcijaństwo – "instytucją powstałą z inspiracji żydowskiej". Uznał się Stroop za gottgläubig, czyli krótko mówiąc: wyznawcę pseudoreligijnych bajań Himmlera o "wyższości krwi germańskiej" i "wspólnocie krwi i ziemi".

Narzekał, że dał córce na imię Renate, bo im bardziej zagłębiał się po jej narodzinach w nazizm, tym większym był "zwolennikiem imion nordyckich". Kiedy przyszedł na świat syn Stroopa, dostał już "godne" w przekonaniu ojca imię: Olaf. Jako ośmiolatek miał już esesmański mundur, sztylet i ostrą broń.

Swoje imię Stroop też zmienił. Przez większość życia był Józefem, ale uważał to za "zaprzeczenie nordyckości". Stąd wziął się Jürgen.

Doświadczony ludobójca w "fajnym interesie" Himmlera

Protekcji Himmlera zawdzięczał Stroop kolejne awanse. Kiedy jeszcze Rzesza notowała w wojnie z ZSRR postępy, szykowano go na dowódcę SS na Kaukazie. Jesienią 1942 r. objął tymczasem taką funkcję w Mikołajowie, Kirowogradzie i Chersoniu (środkowa i południowa Ukraina).

Wkrótce Himmler znalazł dla niego nowe zadanie w Galicji. To tutaj trwała już wtedy od dobrych paru miesięcy operacja "Reinhard" – najbardziej krwawa odsłona całej Zagłady. Do obozów śmierci w Bełżcu, Sobiborze i Treblince skierowano w tym czasie 1,5-2 mln Żydów, głównie z Generalnego Gubernatorstwa i włączonej do niego Galicji.

We Lwowie całą akcją kierował lokalny szef SS i policji Fritz Katzmann. Stroop do niego dołączył – właściwie już wówczas, kiedy getto było zlikwidowane, a z jego mieszkańców pozostały niedobitki. Najsilniejszych kierował Stroop do obozów przy budowie strategicznej autostrady. Zamęczanie ludzi niewolniczą pracą przeliczał na marki i nazywał "fajnym interesem Himmlera".

Słowem: kiedy większość Żydów z getta była już pomordowana, Stroop zajmował się likwidowaniem reszty. W oczach swojego zwierzchnika uchodził za "specjalistę". Postanowił go więc Himmler skierować do Warszawy. Wiosną 1943 r. warszawskie getto dogorywało – pół roku wcześniej, w ciągu dosłownie paru tygodni, wywieziono stąd do komór gazowych Treblinki ponad 300 tys. ludzi. Została może piąta część tej liczby – głównie ci, których Niemcy uznali za zdatnych do pracy. Było jasne, że ich zgładzenie jest kwestią czasu.

Ale w styczniu hitlerowcy próbowali wywieźć parotysięczny transport i wówczas po raz pierwszy odpowiedziały im strzały. Himmler uznał, że kogoś takiego jak Stroop warto mieć pod ręką. 18 kwietnia nad ranem weszły do getta oddziały SS i nadziały się na opór kilkuset żydowskich bojowników. Uznano, że dowódca operacji, Oberführer Ferdinand von Sammern-Frankenegg, jako "miękki austriacki inteligent", z likwidacją getta sobie nie poradzi.

"Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie!"

Stroop był w pogotowiu, zastąpił von Sammerna po paru godzinach. Doskonale wiedział, co należy zrobić. Niemcy zaczęli używać ciężkiej artylerii i miotaczy płomieni. Podpalano i wysadzano budynek po budynku, kwartał po kwartale. Z ludźmi w środku. "Olbrzymie pożary zamykają całe ulice. Morze płomieni zalewa domy, podwórza. Powietrza nie ma. Jest tylko czarny, gryzący dym i ciężki, parzący żar" – pisał Marek Edelman, wtedy jeden z przywódców żydowskiego powstania.

Był jednym z nielicznych, którzy przeżyli. Kilkuset powstańców, kryjących się w ruinach i prowizorycznych bunkrach, mogło walczyć z bronią w ręku tylko o godną śmierć. Tysiące mieszkańców getta nie miały szans nawet na to. Stroop kpił z żydowskich "spadochroniarzy" (tak ich określał), którzy z okien płonących domów skakali na pewną śmierć.

Nie krył podziwu dla straceńczej determinacji żydowskich bojowników, w tym i dziewcząt. Ale nie przeszkadzało mu to wyrokować: "Żydzi nie mają poczucia honoru i godności… Żyd nie jest pełnym człowiekiem… Żydzi to podludzie" itp.

W obracanym na popiół getcie życie straciło 60-70 tysięcy ludzi. Sam Stroop liczbę zabitych oszacował na 56065, a liczbę tę uważał za "astrologiczną, pragermańską konstelację"… Miesiąc wystarczył, by getto zmieniło się w "kamienno-ceglaną pustynię". Wybijał się z niej tylko kościół św. Augustyna – ocalał, bo Niemcy potrzebowali miejsca na magazyn. Ruiny natomiast jeszcze przez długie miesiące miały im służyć jako dogodne miejsce do egzekucji.

"Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie" – mógł zameldować Stroop Himmlerowi. Zakończył dzieło zniszczenia doniosłym, w swoim przekonaniu, akcentem. Blisko miesiąc po rozpoczęciu "Wielkiej Akcji" Niemcy wysadzili Wielką Synagogę przy ul. Tłomackie. Parę dni trwały przygotowania saperskie, wreszcie Stroop dostał detonator do ręki.

"Krzyknąłem Heil Hitler! – i nacisnąłem guzik. Ależ to był piękny widok! Z punktu widzenia malarskiego i teatralnego obraz fantastyczny!" – podniecał się tym barbarzyńskim aktem po latach, już w więziennej celi.

Zbrodniarz-półinteligent i jego urzędnicza dokładność

Tę zbrodnię uważał za swój opus magnum. "Potrafił sypać na wyrywki datami i godzinami zdarzeń, liczbą schwytanych w każdym dniu i zabitych Żydów" – pisał Kazimierz Moczarski, bohater polskiej konspiracji, który dialogi ze Stroopem we wspólnej celi komunistycznego więzienia opisał w "Rozmowach z katem".

Pisał Moczarski: "Nie pamiętał często nic z tego, czego go poprzedniego dnia nauczyłem po polsku". Miał powody, by uważać Stroopa za mierny umysł.

Od najmłodszych lat Stroop nie miał żadnych aspiracji intelektualnych. Sam przyznawał, że dość późno nauczył się czytać. Nie znał nawet rodzimej literatury. Chlubił się, że sprzedał bibliotekę zmarłego teścia, uzupełnianą przez parę pokoleń, za kilka tysięcy marek. "Nigdy nie myślałem, że taki szajs może być tyle wart" – opowiadał.

Humanistów nazywał pogardliwie "czytaczami i talmudystami", którzy mają skłonność do dzielenia włosa na czworo. Sam był za to, jak twierdzi Moczarski, kopalnią komunałów. To połączenie arogancji i ignorancji znamy też z biografii Hitlera.

A w przypadku Stroopa mierny intelekt wcale nie stał w sprzeczności z mentalnością skrupulatnego urzędnika. Bo zrazu pracował w Lippe-Detmoldzie właśnie jako skromny urzędnik. Kiedy zaś po latach wszedł ze swoimi esesmanami do warszawskiego getta, kazał od początku prowadzić dokładne statystyki: tyle zdobytych bunkrów, tylu złapanych, tylu zamordowanych itd.

Te dane, wraz z licznymi fotografiami, znalazły się w osławionym raporcie Stroopa z Grossaktion Warschau. Ów dokument miał być w procesie norymberskim jednym z najważniejszych dowodów hitlerowskich zbrodni na Żydach.

Żelazny Krzyż na ostatnią drogę

Za zburzenie getta Stroop dostał wymarzony Żelazny Krzyż I klasy. W uznaniu "zasług" wysłano go niebawem do Aten, by był dowódcą SS i policji w całej Grecji. Przyłożył rękę również do deportacji tysięcy tamtejszych Żydów do Auschwitz.

Wrócił do Rzeszy jako potężna figura w aparacie państwa. Rządził SS i policją na terenie trzech okręgów, miał się też stać dowódcą armii rezerwowej. Czyniło go to kimś w rodzaju lokalnego dyktatora. "Trzymałem ludność w garści" – chwalił się. Dostał też, w obliczu klęski Niemiec, polecenie organizowania na swoim terenie Werwolfu – czyli partyzantki. W końcu jednak zdecydował się poddać aliantom w przebraniu żołnierza regularnego wojska.

Kiedy tylko Amerykanie zorientowali się, kim jest, trafił pod sąd. Ale nie za zbrodnie na wschodzie. Jego proces był jedną z tzw. flyer cases – czyli przypadków mordowania wziętych do niewoli amerykańskich pilotów. Stroopowi udowodniono, że jako dowódca okręgu wojskowego podżegał do takich morderstw. Wyrok mógł być tylko jeden. Ale nim ostatecznie go zatwierdzono, Amerykanie już zdążyli wydać Stroopa Polakom.

Hitlerowiec od żłobka do nagrobka

Tu skazano go na śmierć po raz wtóry – nie tylko za zagładę getta, ale również za zbrodnie na polskiej ludności. W sumie na egzekucję miał czekać pięć lat. Przez osiem miesięcy z tego okresu mógł opowiadać o swoich czynach Kazimierzowi Moczarskiemu.

Ale nie czuł skruchy, swoje zbrodnie uznawał za zasługi. W celi demonstrował z przejęciem krok defiladowy. "Maszerujemy jak machina!  Wszystko musi ustąpić!" – nakręcał się tymi wspomnieniami z norymberskich Parteitagów. A jednak świat nie ustąpił – choć według samego Stroopa Niemcy przegrali tę wojnę dlatego tylko, że byli zbyt "łagodni i liberalni".

Raport z zagłady getta jest świadectwem olbrzymiej wagi, ale gdyby nie Moczarski, wiedzielibyśmy o Stroopie dużo mniej. Biografia, którą niemiecki esesman opowiedział polskiemu akowcowi, mówi nam po sześciu dekadach, jak rodził się i umierał wzorcowy nazistowski fanatyk, od żłobka do nagrobka.

Wielokrotnie przywoływałem "Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego; korzystałem też ze zbioru tekstów "I była dzielnica żydowska w Warszawie" Władysława Bartoszewskiego i Marka Edelmana.

Mateusz Zimmerman
Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Закопане. Осень 2011

Оригинал взят у polly_etilenova в Закопане. Осень 2011
Закопане — небольшой город на юге Польши с населением около 28 000 жителей.
Располагается в долине, в Татрах. Благодаря своему удобному положению (Закопане — отправная точка для многочисленных маршрутов) является самым популярным горным курортом в Польше. Ну и по совместительству, это один из моих самых любимых городков на свете. Мы туда ездили в конце сентября, чтобы отметить мое день рождение. В итоге, по понятным причинам, вышло, конечно, совершенно не празднично, весь отдых почти я проревела, но фотки мы оттуда привезли. Они
Collapse )

Polski eksport do Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania - nasz drugi rynek eksportowy. Mamy 19 mld zł nadwyżki

lez 2012-03-06, ostatnia aktualizacja 2012-03-06 14:49:07.0

Polska tradycyjnie ma spory deficyt w handlu zagranicznym, ale z Wielką Brytanią ma ogromną nadwyżkę. W zeszłym roku sięgnęła ona według GUS 19 mld zł. Na Wyspy sprzedajemy głównie żywność, samochody czy... srebro. Polacy za to coraz chętniej sięgają po szkocką whisky

- Wielka Brytania to drugi co do wielkości rynek eksportowy dla Polski - mówił na spotkaniu dotyczącym polsko-brytyjskiej współpracy gospodarczej Robin Barnett, ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce. W zeszłym roku polskie firmy więcej towarów wysyłały tylko do Niemiec.

- Po wejściu Polski do UE polski eksport do Wielkiej Brytanii wzrósł siedmiokrotnie, a brytyjski do Polski niemal czterokrotnie - zwrócił uwagę Martin Oxley, szef UK Trade & Investment w Polsce. Brytyjczycy chcą zachęcić swoje firmy do głębszych kontaktów handlowych z Polską. Na razie jednak brytyjska "dziura" w handlu z Polską się pogłębia. Z danych brytyjskiego rządu wynika, że deficyt powiększył się z 2,25 mld funtów w 2010 roku do 2,77 mld funtów w zeszłym roku (około 13,7 mld zł). Według danych GUS była jeszcze wyższa i sięgnęła 19,5 mld zł!

Alan Jarman, szef Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej, zwraca uwagę, że polski eksport do Wielkiej Brytanii wzrósł w zeszłym roku o 17 proc. pomimo słabego wzrostu gospodarczego na Wyspach (PKB wzrósł o 0,9 proc.). Brytyjski eksport do Polski rósł wolniej - o 14 proc. - i to przy sprzyjających warunkach i silnym 4,3-proc. wzroście gospodarczym w naszym kraju. Jarman zwraca uwagę, że polskie produkty są konkurencyjne pod względem kosztowym, a polscy eksporterzy korzystali też z osłabienia złotego.

Czym handlujemy z Wielką Brytanią? Polskie firmy na Wyspy sprzedają najwięcej żywności (za 819 mln funtów w 2011 roku, wzrost o 21,5 proc. w stosunku do 2010), samochodów (565 mln funtów, wzrost o 102,5 proc.) czy srebra (497 mln funtów, wzrost o 75 proc.). Polski import z Wielkiej Brytanii obejmuje głównie: ropę (581 mln funtów, wzrost o 144,1 proc.), leki (404 mln funtów) czy samochody (242 mln funtów). Ale bardzo szybko rośnie też sprzedaż brytyjskiej żywności do Polski: w zeszłym roku o 41 proc. do 172 mln funtów.

- Polska jest chyba najszybciej rosnącym rynkiem whisky - mówi Oxley. W zeszłym roku Brytyjczycy sprzedali nam ten alkohol za 43 mln funtów, w 2007 roku - tylko 16 mln funtów. Mocno rośnie też eksport herbaty z Wielkiej Brytanii do Polski oraz ryb, głównie świeżych łososi.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA