February 1st, 2012

Rocznica zamachu na brigadefuhrera SS Kutscherę w Warszawie

Wysoka cena za śmierć kata Polaków

01.02.2012, 10:50 Źródło: Onet
Fot. EastNews
Brigadefuhrer  SS Franz Kutschera
Fot. EastNews

Jego nazwisko stało się synonimem strachu dla Polaków. Każdy jego rozkaz oznaczał śmierć kilkuset osób. W końcu 12 odważnych ludzi postanowiło wziąć odwet. Ten poranek stał się początkiem prawdziwej męki…

Poranek 1 lutego 1944 r., Aleje Ujazdowskie. Dziewczyna zawiesza pelerynę na ręku i przechodzi przez jezdnię. To pierwszy znak dla reszty oddziału. Za chwilę z rąk żołnierzy polskiego podziemia zginie "kat Warszawy", Franz Kutschera.

Zasadzają się na niego już po raz drugi. Wiedzą, że samochód z Kutscherą jeździ tą trasą prawie codziennie. Ale cztery dni temu nie jechał.

Trzeba było zdać i ukryć broń, rozejść się po domach i znów czekać w olbrzymim napięciu na następną szansę... W międzyczasie wypadł z akcji zastępca dowódcy, "Żbik" (Jan Kordulski), postrzelony na ulicy przez niemieckiego żandarma. Zamiast niego pojawiają się w oddziale dwaj nowi bojowcy – okaże się niebawem, że ta zmiana będzie mieć poważne konsekwencje.

Cofnijmy się tu o kilka miesięcy by wyjaśnić, kim jest człowiek, na którego czekają żołnierze specjalnego oddziału AK "Pegaz" (przeciw-gestapo). Za co polskie państwo podziemne wydało na niego wyrok?

Porządki Kutschery – codzienna gra ze śmiercią

Norman Davies określał go mianem "wschodzącej gwiazdy SS". Parę miesięcy wcześniej sam Himmler mianował go szefem SS i policji w dystrykcie warszawskim. Kutschera, niespełna 40-letni Brigadeführer (odpowiednik generała brygady), zaskarbił sobie jego zaufanie nie tyle przez udział w kampanii francuskiej, co przez bezwzględne obchodzenie się z ludnością cywilną na podbitych przez Niemców terenach.

Wyróżniał się brutalnością zarówno w oddziałach antypartyzanckich Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, które działały na terenie ZSRR, jak i na stanowisku szefa SS i policji w okupowanym Mohylewie (dzisiejsza Białoruś). To stamtąd ściągnięto go do Warszawy. Miał spacyfikować miasto, w którym Niemcy czuli się coraz mniej bezpiecznie.

Moment nie był przypadkowy. Parę dni po jego nominacji Hans Frank – generalny gubernator – podpisał specjalne rozporządzenie o „zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. W poprzednich latach terror miewał różne natężenie – teraz miał się stać codziennością. Z punktu widzenia okupanta Kutschera był właściwą osobą na właściwym miejscu.

Co się zmieniło wraz z jego przybyciem do Warszawy? Zaczęły się egzekucje ludzi przypadkowych. "Można było wyjść po mleko do najbliższego sklepiku i nie wrócić już do domu. Można było zostać wygarniętym z restauracji, sklepu, kościoła, z własnego mieszkania. Życie zamieniło się w codzienną grę ze śmiercią" – pisał historyk Tomasz Strzembosz.

Na tropie bezimiennego kata

Ginęło na rozkaz Kutschery po kilkaset osób tygodniowo. Nazwiska rozstrzelanych wyczytywano przez uliczne "szczekaczki", podając jednocześnie dla wzmocnienia efektu listy kolejnych zakładników, którzy mieli zginąć w razie powtórzenia działań skierowanych przeciw okupantowi. Te oczywiście się powtarzały, więc hitlerowcy rozstrzeliwali dalej.

Co gorsza: terror najwyraźniej przynosił skutek, bo liczba napadów na Niemców zaczęła spadać. Przywódcy polskiego podziemia stanęli przed poważnym dylematem. Powstrzymując się teraz od wystąpień przeciw okupantowi, mogliby oszczędzić warszawiakom kolejnych represji. Z kolei likwidacja odpowiedzialnego za dotychczasowe zbrodnie zadziałałaby znakomicie na ducha obywateli, ale mogłaby poskutkować kolejną falą egzekucji.

Zdecydowano w końcu, że tysięcy ofiar nie można pozostawić bez odpowiedzi. Ale najpierw trzeba było ustalić, kim jest "kat Warszawy". Bo na wielkich ulicznych plakatach z nazwiskami rozstrzelanych podpisywał się tylko funkcją – "dowódca SS i policji". Nadal brakowało nazwiska.

Hitlerowskiego dygnitarza namierzył "Rayski"” (Aleksander Kunicki) – szef wywiadu oddziału specjalnego „Agat” (anty-gestapo, później przemianowany właśnie na "Pegaz"). Któregoś dnia "Rayski" zauważył nieznanego wysokiego oficera w skórzanym płaszczu, wysiadającego z reprezentacyjnego opla przed siedzibą SS i policji w Alejach Ujazdowskich.

Potem okazało się, że samochód z tajemniczym pasażerem zajeżdża w to miejsce regularnie. Podejrzenia "Rayskiego" zestawiono wkrótce z innymi informacjami wywiadu – tak cel przestał być anonimowy. Na początku roku 1944 r. mieszkanie Kutschery przy al. Róż było już pod stałą obserwacją. Niebawem Kedyw (Kierownictwo Dywersji) Komendy Głównej AK zadecydował: wykonać wyrok jak najszybciej.

Dwanaścioro mężnych ludzi

Rozkaz wydał z samej góry płk. Emil Fieldorf "Nil" – dowódca Kedywu. Jego wykonanie powierzono I plutonowi oddziału "Pegaz". Kierować samą akcją miał 22-letni Bronisław Pietraszewicz "Lot".

Droga "Lota" do tego miejsca była charakterystyczna dla losów większości jego podwładnych. Zaczynało się od tajnego nauczania w ramach PET, poprzez mały sabotaż i harcerskie Szare Szeregi, aż do walki z bronią w ręku w Grupach Szturmowych. "Lot" brał wcześniej udział w kilku udanych akcjach, ale w tej po raz pierwszy miał samodzielnie dowodzić.

Wraz z "Misiem" (Michał Issajewicz, kierowca) i "Kruszynką" (Zdzisław Poradzki) to on miał wykonać wyrok na Kutscherze. Do tego doszło czterech ludzi ubezpieczenia, dwóch kierowców – w sumie dziewięciu żołnierzy – i trzy łączniczki. Nieoczekiwanie rankiem, przed drugim podejściem do akcji, okazało się, że brakuje choćby pistoletu dla "Alego" (Stanisław Huskowski). Dostał teczkę pełną granatów.

Dowódca zdejmuje kapelusz i to jest sygnał do kolejnych ruchów. Klamka zapada.

1 lutego, chwilę przed dziewiątą rano, wszyscy są na swoich pozycjach. Czekają, aż pojawi się cel. Pierwszy znak daje "Kama" (Maria Stypułkowska-Chojecka): samochód z Kutscherą wyjechał spod jego domu. "Dewajtis" (Elżbieta Dziębowska) wyjmuje z teczki białą torebkę. Hanka (Anna Szarzyńska-Rewska), stojąca na rogu parku Ujazdowskiego, odbiera sygnał i przekazuje go "Lotowi".

Łączniczki wywiązały się z zadania – teraz czas na strzelców. Dowódca zdejmuje kapelusz i to jest sygnał do kolejnych ruchów. Klamka zapada.

Likwidujemy, odpowiadamy ogniem… nie odskakujemy?

Kiedy opel z Kutscherą mija ul. Szopena, na Alejach Ujazdowskich zajeżdża mu drogę samochód prowadzony przez "Misia". Niemiecki kierowca włącza żółty reflektor, żądając zwolnienia pasa, ale "Miś" nie ustępuje. Oba wozy to hamują, to ruszają, w końcu stają naprzeciw siebie. Niemal pod budynkiem dowództwa SS i policji.

"Lot", który zdążył już podejść na odległość kilku kroków, pruje do Kutschery z pistoletu maszynowego. Poprawia jeszcze nadbiegający z drugiej strony ulicy "Kruszynka". Razem z "Misiem" wyciągają żywego jeszcze esesmana z tylnego siedzenia i to "Miś" dobija go strzałem z parabelki.

Teraz muszą znaleźć dokumenty – to warunek uznania akcji za skuteczną. Ale papierów nigdzie nie ma. Biorą to, co jest: teczkę i pistolet. Tymczasem wkracza do gry ubezpieczenie. "Olbrzym" (Henryk Humięcki), "Juno" (Zbigniew Gęsicki) i "Cichy" (Marian Senger) ostrzeliwują ze stenów budynki i posterunki wroga. Niemcy po kilkunastu sekundach odpowiadają coraz bardziej skoordynowanym ogniem.

To właściwy moment dla "Alego". Tyle że "Ali" nie może otworzyć teczki. Szarpie się z zamkiem, a innej broni oprócz granatów nie ma. Poddaje się. Biegnie w kierunku samochodów czekających na odskok oddziału na rogu Szopena.

"Lot" dwa razy obrywa w brzuch. W kanonadzie nikt nie słyszy, jak ciężko ranny dowódca zarządza odwrót, a nie ma już przy nim "Alego", który mógłby powtórzyć rozkaz. Wycofuje się "Miś", ale dostaje w głowę – krew płynie po twarzy, choć to tylko draśnięcie. Mniej szczęścia mają "Cichy" i "Olbrzym": pierwszego kula trafia w brzuch, drugiego – w płuco.

Droga przez mękę i pułapka na moście

Wreszcie cały oddział odskakuje. Do samochodu "Bruna" (Bronisław Hellwig) trafiają zdrowi: "Kruszynka” i "Ali”. "Sokół" (Kazimierz Sott) zabiera do mercedesa rannych. Dosiada się jeszcze na pl. Bankowym "Dokto" aks (Zbigniew Dworak), który ma odstawić rannych do szpitala Maltańskiego.

Tam jednak nikt na nich nie czeka, a lekarz dyżurny odmawia przyjęcia zamachowców, tłumacząc się brakiem chirurgów i wyposażenia niezbędnego do operacji. "Misia" można opatrzyć i wypuścić. "Olbrzym" nie wymaga zabiegu, więc trzeba mu tylko zapewnić dokumenty. Ale "Lot" i "Cichy" potrzebują operacji natychmiast. Wybór pada na szpital Przemienienia Pańskiego. Już w trakcie zabiegu pojawiają się tam policjanci.

"Sokół" i "Juno" mają ukryć podziurawiony kulami samochód. Ale popełniają błąd, próbując wrócić na drugi brzeg Wisły trasą, którą uprzednio przywieźli rannych. Na moście Kierbedzia wpadają w zasadzkę. Skaczą z przęsła mostu do Wisły, gdzie w końcu obu dosięgają kule.

Kiedy Niemcy wyłowią ciała, okaże się, że "Sokół" popełnił był kolejny błąd: miał przy sobie prawdziwe dokumenty. W jego mieszkaniu miała się odbyć odprawa po akcji – teraz jego rodzice mieli być nie tylko poinformowani o śmierci syna, ale też jak najszybciej ewakuowani z lokalu.  Podjęto też decyzję o zabraniu "Lota" i "Cichego" ze szpitala, zanim dotrze do nich gestapo.

Gehenna rannych trwała, bo odmawiano ich przyjęcia w kolejnych placówkach. "Lotowi" i "Cichemu" najprawdopodobniej nie można było pomóc, ale nim pierwszy znalazł się w szpitalu Wolskim, drugi zaś w Maltańskim, kolejne przewozy po Warszawie przysparzały im niewysłowionych cierpień.

Wdało się zapalenie otrzewnej, transfuzje krwi nie mogły już pomóc. "Lot" umarł niemal dokładnie trzy doby od akcji, "Cichy" przeżył jeszcze dwa dni. Zaufani lekarze musieli jeszcze tuszować na ich zwłokach faktyczne przyczyny śmierci, by nie wzbudzić podejrzeń Niemców.

200 milionów za Hitlera czyli pokłosie

Wieść o zamachu rozeszła się po Warszawie błyskawicznie. Jedna z najgłośniejszych akcji Kedywu zakończyła się sukcesem, okupionym jednak straszliwą daniną krwi. Śmierć poniosła przecież blisko połowa uczestników zamachu (choć żaden z nich na miejscu). Zawiodła organizacja opieki lekarskiej dla ciężko rannych.

Osobny dramat przeżywał "Ali" – najpierw nie ze swojej winy nie dostał broni, a potem jego pech sprawił, że akcja przeciągnęła się ponad miarę i przybrała tak dramatyczny obrót. Po śmierci "Lota" "Ali" objął chwilowo dowodzenie I plutonem, ale był jedynym uczestnikiem akcji, którego nie przedstawiono po niej do odznaczenia bojowego.

"Katowi Warszawy" Niemcy organizują pożegnanie z trumną na lawecie. Ulice miasta i domy na trasie przemarszu konduktu zostają opróżnione. Okupant żąda krwi: nazajutrz po zamachu na Kutscherę ginie w Alejach Ujazdowskich 100 rozstrzelanych osób, a w ruinach getta – kolejne 200. Ale terror wkrótce osłabnie. To ostatnie tak masowe egzekucje przed powstaniem warszawskim.

"Mistrzowską robotę i odwagę" oddziału "Lota" chwalą w swoich wewnętrznych dokumentach nawet okupanci. "Na taki wyczyn mogła się zdobyć tylko świetnie zgrana organizacja" – pisze jeden z niemieckich oficerów.

Niemcy nakładają na ludność Warszawy gigantyczną kontrybucję: 100 mln zł. Przedłużają godzinę policyjną. Ale wzrost morale ludności stolicy jest odczuwalny. Na Nowym Świecie na jednym z plakatów-obwieszczeń ktoś dopisuje: "100 milionów kontrybucji zabrał nam Kutschera – 200 chętnie damy, ale za… Hitlera".

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Rocznica zamachu na brigadefuhrera SS Kutscherę w Warszawie (2)

Zamach na Kutscherę

Andrzej Krzysztof Kunert  

Gazeta Wyborcza 30-01-2004         

                                               

O najsłynniejszej akcji polskiego podziemia pisze Andrzej Krzysztof Kunert


Ogodzinie 9.10-9.15, 1 lutego 1944 r. przed komendanturą SS i policji dystryktu Warszawa w Alejach Ujazdowskich 23, między ulicami Szopena i Piusa XI [obecnie - Piękna] prowadzony przez Michała Issajewicza "Misia" samochód marki Adler Tryumph Junior zablokował drogę limuzynie Opel Admiral, numer rejestracyjny SS-20795, wiozącej SS-Brigadeführera Franza Kutscherę...

To była akcja niezwykle spektakularna - dokonana w centrum miasta, w biały dzień, w dodatku wymierzona w samego "kata Warszawy" bezpośrednio odpowiedzialnego za masowe egzekucje publiczne w mieście. Okazała się też skuteczna - dwa tygodnie później Niemcy zaniechali tej formy terroru. Nic zatem dziwnego, że do dziś jest najbardziej znana spośród licznych akcji Armii Krajowej.


Co nowego, wcześniej nieznanego, można napisać o tym szeroko już wcześniej omawianym zamachu? Poświęcono mu dwie książki: Marka Dunin-Wąsowicza "Zamach na Kutscherę" (trzy wydania w latach 1957-66) i naukową monografię Piotra Stachiewicza "Akcja na Kutscherę". (Uwaga: książka napisana w roku 1974, oddana do składu we wrześniu 1981, skierowana do kolportażu - styczeń 1984!) Dziś, w 60. rocznicę wydarzeń, można i należy opublikować - po raz pierwszy w Polsce po wojnie - jedyny poświęcony im oryginalny reportaż, napisany kilka dni po akcji przez Sławomira Dunin-Borkowskiego "Jaskólskiego" na podstawie relacji uczestników wydarzeń. Autor był dziennikarzem, prasowym sprawozdawcą wojennym w Biurze Informacji i Propagandy AK. Cytuję z wydanego w 1946 r. w zachodnich Niemczech zbioru reportaży "Strzały spod ziemi".


Reportaż "Jaskólskiego"


Artykuł nosi tytuł "Koniec kata Warszawy":


„Generał major Kutschera, szef SS i policji na dystrykt warszawski, zasłużył sobie na miano »kata Warszawy«. Jego dziełem była potworna pacyfikacja stolicy, prowadzona od połowy października 1943 roku, jego pomysłem były masowe egzekucje publiczne, na jego rozkaz wymordowano jawnie 2000 więźniów i zakładników, nie licząc olbrzymich, potajemnych masakr w murach spalonego getta. Generał major Kutschera postawił sobie za cel zatopienie Walczącego Miasta we krwi. I w tej krwi utonął.


Zginął 1 lutego 1944 roku w Alejach Ujazdowskich, przed siedzibą komendantury SS i policji - zabity przez patrol bojowy Armii Krajowej. O jego życie i śmierć stoczono walkę krótką, ale ciężką. Trwała ona trzy minuty zaledwie. Kosztowała wiele.


Była godzina 8.55, kiedy samochód wiozący Kutscherę z mieszkania w alei Róż skręcał w Aleje Ujazdowskie, aby po 700 metrach wjechać w bramę komendantury SS i policji opodal wylotu ulicy Piusa XI. Auto - jak zwykle - prowadził adiutant. Obok niego, po prawej stronie, siedział generał.


W tej chwili z ulicy Piusa wyjechał samochód osobowy. Prócz szofera nie było w nim nikogo. Skręcając łukiem w lewo, samochód ten wjechał w Aleje Ujazdowskie i... przeciął drogę skręcającej w bramę limuzynie generała.


Oba samochody zwolniły biegu. Adiutant Kutschery dał trzy sygnały żółtym światłem rewerbera [metalowe lusterko przy lampie samochodowej odbijające światło] i opuścił w lewo strzałkę kierunkową. Drugie auto toczyło się powoli naprzód. Zderzenie zdawało się nieuchronne. Jeszcze dwa metry dzieliły maski aut, gdy ze środka jezdni zagrzmiała jak bliski piorun seria pistoletu maszynowego. Kutschera podniósł rękę obronnym gestem do twarzy i tak, z oczami zasłoniętymi, znieruchomiał.


Przez jezdnię od narożnego przystanku tramwaju biegło trzech ludzi. Pierwszy zbliżał się, bijąc z pistoletu maszynowego do Kutschery z odległości kilkunastu metrów, dwaj skoczyli na przeciwległy róg. Trzech innych gnało chodnikiem. I znów jeden dopadł samochodu, pakując serię pistoletową w twarz i tułów adiutanta Kutschery, dwaj inni, sprzątnąwszy w przelocie wartownika, skierowali lufy pistoletów w okna komendantury.


Z ciemnej wnęki bramy gruchnęły dwa strzały karabinowe. W lukę między obu samochodami, gdzie stał już, bijąc do Kutschery - dowódca akcji. Strzelający zachwiał się, ale nie upadł. Chciał jeszcze strzelać. Lecz już drugi strzelec, położywszy trupem adiutanta, śpieszył z pomocą i siał kulami po nieruchomym cielsku generała.


Szofer, który rozpoczął akcję, wyskoczył na jezdnię z pistoletem w garści, zaraz po pierwszych strzałach. Teraz skoczył do auta Kutschery. Wraz z towarzyszem porwali generała na bary i wywlekli z siedzenia na asfalt.


Ciężko ranny dowódca patrolu schodził z posterunku. Jego zastępca z jednym towarzyszem osłaniali akcję od strony komendantury. W tej chwili ogień niemiecki walił już ze wszech stron na patrol. Strzelano z okien, strzelano sprzed dyrekcji policji kryminalnej, strzelano od strony ulicy Piusa. Jakiś żandarm, leżąc za drzewem, bił seriami w dwu ludzi ubezpieczających akcję na rogu Piusa. Ranił już obydwu.


Lecz jeden z nich, mimo przestrzelonej piersi, zdołał podtrzymać ogień i celnym strzałem unieszkodliwić żandarma. Leżąc obok rannego w brzuch kolegi, zamiatał seriami ulicę Piusa i głąb Alei Ujazdowskich. W nieustannym trzasku wystrzałów, w gwiździe i furkocie rykoszetów, trwał na swym straconym, nieosłoniętym posterunku, nie odejmując broni od twarzy.

Druga osłona, z brawurą i zimną krwią, stojąc w tej wściekłej strzelaninie, wymiatając kulami okna komendantury, czekała na sygnał odwrotu. Nie wiedzieli, że dowódca był śmiertelnie ranny. Nie dosłyszeli jego głosu. Zresztą - i tak - trzeba było zdać się tu nie na dowodzenie, ale na własny instynkt walki i działania.


Donośny okrzyk »Gotów! « przedarł się słabo przez zgiełk gwałtownej strzelaniny. Na ten głos poderwali się wszyscy. Nawet ranni walczący w osłonie. Bijąc nieustannie z pistoletów ku następującym Niemcom, cofali się szybko do wylotu ulicy Szopena.

Granat! Wszystko utonęło w dymie.


Jeszcze jedna kula - z okna - ukąsiła w głowę dzielnego szofera. Zalany krwią biegł dalej. Postrzał był lekki.


Dopadali narożnika, gdy nowy wybuch granatu wstrząsnął powietrzem. To szoferzy oczekujących na patrol samochodów likwidowali grupę żołnierzy biegnących na strzały. Niemcy skoczyli do bramy. Droga odwrotu utorowana.

 

Ostatnie strzały wypalił z pistoletu osłaniający rannych żołnierz Juno. Ten sam, który położył wartownika i tak dzielnie paraliżował ogień z komendantury. Auto już ruszało w ślad za pierwszym, kiedy wskakiwał pod ogniem z domu Szopena nr 1.


Dym granatów stał jeszcze w powietrzu, trwała jeszcze strzelanina w Alejach. Na zabłoconym asfalcie stygł we krwi trup »kata Warszawy «”.


"Niemieckie dzieło odbudowy"


Przed przeniesieniem do Warszawy generał Franz Kutschera był od maja 1943 r. dowódcą SS i policji na zapleczu środkowego odcinka frontu wschodniego Russland-Mitte (z siedzibą w Mohylewie). Podlegał wówczas rozkazom SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bacha, który później dowodził tłumieniem Powstania Warszawskiego. 39-letni SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei Franz Kutschera został przeniesiony na stanowisko dowódcy SS i policji dystryktu Warszawa na mocy rozkazu Reichsführera SS Heinricha Himmlera z 25 września 1943 r.


Siedem dni później w Krakowie generalny gubernator Hans Frank podpisał specjalne "Rozporządzenie celem zwalczania zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie". Zapowiedział w nim natychmiastowe orzekanie przez sądy doraźne Policji Bezpieczeństwa (Standgerichte der Sicherheitspolizei) i natychmiastowe wykonywanie wyroków śmierci w stosunku do winnych "utrudniania lub przeszkadzania" w niemieckim dziele odbudowy. "Podżegacz i pomocnik podlegają karze tak jak sprawca, czyn usiłowany jest karalny tak jak czyn dokonany". W praktyce na tej podstawie rozstrzeliwano ludzi złapanych przypadkowo.


Rozporządzenie Franka - datowane na 2 października - weszło w życie 10 października, 18 października zostało ogłoszone na łamach gadzinowego "Nowego Kuriera Warszawskiego", 22 października zaś rozplakatowane na ulicach Warszawy.


W stolicy okupowanej Polski i w całym dystrykcie warszawskim głównym realizatorem owego "łotrowskiego prawa" - jak nazwał je konspiracyjny "Biuletyn Informacyjny" - został właśnie Kutschera, który na stanowisku dowódcy SS i policji dystryktu Warszawa zastąpił SS-Brigadeführera Jürgena Stroopa, osławionego "likwidatora" getta warszawskiego.

Już trzy dni po wejściu w życie rozporządzenia Hansa Franka Niemcy rozpoczęli w Warszawie największą falę masowych łapanek (obław) ulicznych, zaś 16 października 1943 r. stosowanie nowej formy terroru (obok egzekucji potajemnych) - masowych egzekucji publicznych.

W ciągu kilku następnych miesięcy dokonali oni w stolicy Polski większej liczby egzekucji niż w całym Generalnym Gubernatorstwie. Według oficjalnych danych niemieckich do 15 lutego 1944 r. stracono w Warszawie 1763 osoby. W rzeczywistości ofiarami egzekucji publicznych i potajemnych padło wówczas ponad 5 tys. mężczyzn i kobiet. Codziennie ginęło zatem w Warszawie pod rządami Kutschery ponad 40 osób!


Pierwsze różowe plakaty z budzącymi grozę niemieckimi obwieszczeniami (Bekanntmachung), zawierającymi długie listy nazwisk osób skazanych na karę śmierci, pojawiły się na ulicach Warszawy 30 października 1943 r. Podpisany pod nimi był Der SS und Polizeiführer im Distrikt Warschau, bez podawania nazwiska. Jednak już 16 grudnia 1943 r. "Biuletyn Informacyjny" poinformował: "Morderca tysięcy Polaków Kutschera nie podpisuje ich nazwiskiem".


Nikt już nie był bezpieczny


Rozkaz likwidacji Kutschery otrzymał - od komendanta Kedywu [Kierownictwa Dywersji - red.] Komendy Głównej AK płk. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" - kpt. Adam Borys "Bryl" (późniejszy pseudonim "Pług"), dowódca oddziału "Agat". Był to specjalny oddział Kedywu powołany w sierpniu 1943 r. do likwidowania wyższych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru, używający kolejno kryptonimów: "Agat" (antygestapo), od stycznia 1944 r. "Pegaz" (przeciw gestapo) i od czerwca 1944 r. "Parasol".


Żołnierze tego oddziału wykonali już wcześniej m.in. głośne akcje na zastępcę komendanta Pawiaka SS-Scharführera Franza Bürkla (7 września 1943 r.), na zastępcę komendanta obozu koncentracyjnego Gęsiówka SS-Hauptscharführera Augusta Kretschmanna (24 września), na kierownika zmiany na Serbii (żeński oddział Pawiaka) SS-Sturmanna Ernsta Weffelsa (1 października), na kierownika Miejskiego Urzędu Kwaterunkowego Emila Brauna, współorganizatora masowych łapanek ulicznych i inicjatora tajnego planu masowego wysiedlenia ludności Warszawy (13 grudnia 1943 r.).


Brawurowa akcja oddziału "Pegaz" wykonana 1 lutego 1944 r. kosztowała życie czterech żołnierzy: dowódcy akcji Bronisława Pietraszewicza "Lota" (pośmiertnie awansowanego do stopnia podporucznika czasu wojny i odznaczonego Orderem Virtuti Militari V klasy), Mariana Sengera "Cichego", Kazimierza Sotta "Sokoła" i Zbigniewa Gęsickiego "Juno".

Jej koszt to także niemiecki odwet - rozstrzelanie następnego dnia w publicznej egzekucji stu osób w pobliżu miejsca zamachu, w Al. Ujazdowskich 21. Dwa tygodnie później Niemcy zaniechali jednak tej formy terroru. Egzekucja około 40 mężczyzn dokonana 15 lutego 1944 r. przy ul. Senatorskiej 6 róg Miodowej okazała się ostatnią egzekucją publiczną.

Reakcje okupanta bezpośrednio po zamachu na Kutscherę uznać należy za wymowne i charakterystyczne. Agentka kontrwywiadu okręgu Warszawa Armii Krajowej w siedzibie gubernatora dystryktu Warszawa wspominała: "Gdy 1 lutego na biurkach dygnitarzy hitlerowskich rozdzwoniły się telefony donoszące o zamachu i śmierci Kutschery, po prostu nie chciano w to uwierzyć. (...) Jak to - więc nikt już nie był bezpieczny w Warszawie?". Warto dodać, iż nazwisko autorki tej relacji opublikowanej na łamach tygodnika "Stolica" w 1969 r. pod pseudonimem "Milena" mogło zostać ujawnione dopiero wiele lat później. Była nią Teodora Flavia Żukowska z domu von Seracsin.


Niemcy boleśnie odczuli śmierć Kutschery. Być może z tego powodu wyższy dowódca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie (Höherer SSPF) SS-Obergruppenführer Wilhelm Koppe tłumaczył 16 lutego 1944 r. na posiedzeniu tzw. rządu GG, że wykonawcy zamachu nie byli byle kim. Widocznie tą pochwałą zamachowców chciał zmniejszyć wrażenie kompromitacji władz niemieckich. Powiedział: "Członkowie nacjonalistycznego ruchu oporu przygotowali ten zamach tak precyzyjnie, że można by go nazwać koronkową robotą!".

W podobnym tonie utrzymane były ówczesne echa światowe, pełne uznania, a nawet entuzjazmu. Mówiły o akcji na Kutscherę tajna radiostacja Świt i Radio BBC z Londynu (już 6 lutego), oficjalny komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej z Londynu (7 lutego) i komunikat agencji Reuters (8 lutego). Pisały w nagłówkach polskie gazety na całym niemal świecie. Odmiennego zdania byli jedynie warszawscy komuniści. Organ Komitetu Warszawskiego PPR "Głos Warszawy" nazwał zamach na Kutscherę "zabawą w walkę".

Dr Andrzej Krzysztof Kunert jest historykiem, autorem m.in. kalendarium "Rzeczpospolita Walcząca" (dotychczas cztery tomy) antologii "Prawdziwa historia Polaków. Ilustrowane wypisy źródłowe 1939-1945" (trzy tomy) oraz "Słownika biograficznego konspiracji warszawskiej: 1939-1944" (dotychczas 3 tomy).

 

Franz Kutschera (ur. 1904 r. w Oberwaltersdorfie w Austrii) do 1938 r. pracował jako ogrodnik. W 1930 r. wstąpił do NSDAP i do SS. Przed anschlussem Austrii pięciokrotnie więziony. W 1938 r. został zastępcą gauleitera Karyntii. W 1940 r. służył jako ochotnik w 6. Dywizji Strzelców Górskich, brał udział w walkach w Wogezach. Od lutego 1942 r. do maja 1943 r. był oficerem operacyjnym w sztabie wyższego dowódcy SS i policji na okręg Rosja Środek, a w maju 1943 r. został dowódcą SS i policji na całym zapleczu frontu Rosja Środek. 25 września 1943 przeniesiony na stanowisko dowódcy SS i policji w Warszawie.

u

 

Uczestnicy zamachu


"Lot" (Bolesław Pietraszewicz, dowódca) ur. 1922 r., zmarł 4 lutego na skutek ran odniesionych w akcji.


"Ali" (Stanisław Huskowski, zastępca dowódcy) ur. 1922 r., zginął 11 lipca 1944 w czasie odwrotu po nieudanym zamachu na Wilhelma Koppego.


"Cichy" (Marian Senger) ur. 1923 r., zmarł 6 lutego na na skutek ran odniesionych w akcji.


"Olbrzym" (Henryk Humięcki) ur. 1920 r., poległ w Powstaniu Warszawskim.


"Juno" (Zbigniew Gęsicki) ur. 1919 r., zginął wkrótce po akcji, gdy po ewakuacji rannych do szpitala na Pradze został wraz z "Sokołem" otoczony przez Niemców na moście Kierbedzia.

"Sokół" (Kazimierz Sott) ur. 1923 r., zginął wraz z "Juno" na moście Kierbedzia.


"Bruno" (Bronisław Hellwig) ur. 1923 r., zmarł 22 lipca 1945 r. na skutek ran odniesionych w zamachu na Waltera Stamma, szefa warszawskiego gestapo.


"Kruszynka" (Zdzisław Poradzki) ur. 1921 r., po wojnie był cywilnym pracownikiem wojska, zmarł w 1952 r.


"Miś" (Michał Issajewicz) ur. 1921 r., został aresztowany przez Niemców w kwietniu 1944 r., był w obozie w Stutthoffie, uciekł z transportu w maju 1945 r., po wojnie był inżynierem budownictwa lądowego, głównym specjalistą w centrali handlu zagranicznego.


"Hanka" (Anna Szarzyńska-Rewska) ur. 1915, po wojnie była inżynierem geodetą. W 1958 r. aresztowana, sądzona za współpracę z paryską "Kulturą". Zmarła w 1970 r.


"Dewajtis" (Elżbieta Dziębowska) ur. 1929 r., po wojnie pracowała naukowo jako muzykolog, m.in. w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, była redaktorką wydawnictw muzycznych, m.in. "Encyklopedii muzycznej" PWM.


"Kama" (Maria Stypułkowska-Chojecka) ur. 1926 r., po wojnie pracowała jako redaktor.