January 7th, 2012

Abolicja dla nielegalnych cudzoziemców w Polsce

75 proc. wniosków o abolicję pochodzi z Mazowsza

dzisiaj, 09:15 Źródło: PAP
Fot. Monika Kamińska- Wcisło/Onet
Fot. Monika Kamińska- Wcisło/Onet

Spośród 441 wniosków o legalizację pobytu, które zarejestrowano od 1 stycznia w Polsce, ok. 75 proc. pochodzi z Mazowsza. W Warszawie najwięcej wniosków złożyli Ukraińcy i Wietnamczycy.

Ustawa, na mocy której cudzoziemcy przebywający w Polsce nielegalnie mogą starać się o legalizację pobytu, weszła w życie 1 stycznia. Obecna abolicja cieszy się większym zainteresowaniem niż dwie poprzednie przeprowadzone w 2003 i 2007 r., kryteria są bowiem łagodniejsze. Urząd do Spraw Cudzoziemców spodziewa się, że tym razem wniosków będzie więcej niż podczas obu poprzednich abolicji, czyli ponad 5,5 tys. Przez pierwsze trzy dni zarejestrowano 219 wniosków, zaś podczas poprzedniej abolicji - tylko 33 - powiedziała rzeczniczka UDSC Ewa Piechota.

W 2007 r. na Mazowszu abolicją objęto blisko 1,3 tys. cudzoziemców, zaś w 2003 r. - ponad 1 tys., głównie Wietnamczyków. Teraz też najwięcej wniosków wpływa do urzędu wojewódzkiego na Mazowszu. W ciągu pierwszych dni przyjmowania było ich blisko 300. - To tyle, ile w pierwszym miesiącu obowiązywania poprzedniej ustawy abolicyjnej - powiedziała Jacqueline Sanchez-Pyrcz, wicedyrektorka Wydziału Spraw Cudzoziemców w urzędzie wojewody mazowieckiego.

Do czwartku wpłynęło już blisko 500 wniosków, a UDSC zarejestrował ich 304 - powiedziała rzeczniczka wojewody Ivetta Biały. - Różnica wynika z tego, że wnioski przyjmowane są od cudzoziemców na bieżąco, dopiero później wprowadzane są do systemu, czasem z kilkugodzinnym opóźnieniem - powiedziała rzeczniczka UDSC Ewa Piechota.

W Warszawie najwięcej, bo aż 2/3 wniosków, złożyli Ukraińcy i Wietnamczycy. Według szacunków wojewody Jacka Kozłowskiego na Mazowszu przebywa nielegalnie 10 tys. cudzoziemców, z czego ok. 7 tys. spełnia warunki abolicji.

Jak zapewnia mazowiecki Wydział Spraw Cudzoziemców, na złożenie wniosku w zupełności wystarczy jeden dzień. Sama procedura rozpatrywania i wydawania decyzji trwa od 45 do 60 dni. Wymagane dokumenty to: formularz wniosku, cztery aktualne zdjęcia, ważny dokument podróży oraz potwierdzenie wniesienia opłaty skarbowej. Na miejscu w urzędzie dyżurują funkcjonariusze Straży Granicznej, którzy pobierają odciski linii papilarnych od cudzoziemców, aby sprawdzić, czy nie figurują oni w kartotekach kryminalnych i rejestrach osób poszukiwanych. Jak powiedziała Biały, strażnicy zostali poproszeni o to, by nie nosili mundurów, żeby nie stresować nimi petentów.

Piechota zachęca, aby składać wnioski osobiście, co skróci procedurę, ponieważ cudzoziemiec i tak musi stawić się w urzędzie, by pobrano od niego odciski.

Starających się o abolicję nie odstraszają duże kolejki, w których trzeba czekać przynajmniej kilkadziesiąt minut. - Pierwotnie przygotowaliśmy cztery stanowiska do obsługi cudzoziemców, ale szybko trzeba było uruchomić kolejne pięć okienek. Urzędnicy codziennie pracują do ostatniego interesanta, kończąc pracę dopiero około godz. 19 - powiedziała Sanchez-Pyrcz. W jej ocenie blisko połowa z wniosków o legalizację pobytu składana jest przez pełnomocników cudzoziemców.

W ocenie prezeski Fundacji Rozwoju „Oprócz Granic" Kseni Naranovich cudzoziemcy chętnie korzystają z możliwości zalegalizowania pobytu, jednak przyjmowanie wniosków na Mazowszu nie idzie zbyt sprawnie. - Spędziłam w urzędzie cały dzień i zaobserwowałam głownie bałagan, jaki zawsze towarzyszy wdrażaniu nowych przepisów. Pracownikom brakuje kompetencji, jest ich za mało. Przyjmowanie wniosku trwa ok. pół godziny, czyli jedna osoba może przyjąć 14 wniosków dziennie. Chyba nie spodziewano się tak dużego zainteresowania - uznała.

Biały zapewniła, że urząd stale podejmuje działania usprawniające: aby złożyć wniosek, trzeba pobrać numerek, pracownicy pilnują, by pełnomocnicy cudzoziemców nie brali kilku numerków naraz. Część pracowników wychodzi do osób czekających w kolejce, by pomóc w wypełnianiu wniosków. Biały poinformowała, że zostało utworzone specjalne, osobne stanowisko dla pełnomocników cudzoziemców.

Wnioski ws. abolicji można składać do końca czerwca. O abolicję mogą ubiegać się cudzoziemcy, którzy przebywają w Polsce nielegalnie i nieprzerwanie co najmniej od 20 grudnia 2007 r. Cudzoziemcy, którym odmówiono nadania statusu uchodźcy i wobec których orzeczono o wydaleniu z terytorium Polski skorzystają z nowych przepisów, jeśli ich pobyt jest nieprzerwany od 1 stycznia 2010 r. Abolicja obejmie także tych, wobec których 1 stycznia 2010 r. trwało kolejne postępowanie w sprawie nadania statusu uchodźcy.

Piechota poinformowała, że najwięcej osób ubiegających się o abolicję należy do pierwszej grupy - w czwartek rano było od nich 211 wniosków, a tylko osiem od pozostałych uprawnionych.

Biały dodała, że zgłaszają się również cudzoziemcy, którzy się nie kwalifikują do abolicji i mają tego świadomość, ale zależy im na odpowiedniej adnotacji w paszporcie, która pozwoli legalnie opuścić Polskę.

Zdaniem Piechoty nie ma w tym nic złego. - To tzw. mała abolicja. Gdy cudzoziemiec składa wniosek, otrzymuje odpowiednią pieczątkę w dokumencie podróży. Każdy wniosek musi być rozpatrzony, a do tego czasu pobyt jest legalny. A więc po opuszczeniu urzędu nie musi się bać, że zostanie zatrzymany i deportowany. Może opuścić Polskę, a na przejściu granicznym nie dostanie adnotacji, że jest osobą niepożądaną w Polsce oraz strefie Schengen, co mogłoby skutkować zakazem wjazdu na okres do pięciu lat - wyjaśniła.

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Wojskowy dron z niewiarygodnie potężną kamerą

Wojskowy dron z niewiarygodnie potężną kamerą

5 sty, 13:41 Źródło: Onet.

Bezzałogowe pojazdy latające to niezwykle przydatne wyposażenie, z którego korzysta chętnie nie tylko wywiad wojskowy, ale również inne służby mundurowe i ratownicze.

Drony mogą dostać się za linię wroga i zinflirtować okolicę w bezpieczny dla ludzi sposób. Często przemykają niezauważone i są trudne do strącenia. Większość pojazdów używanych przez wojsko ma postać samolotu, ale Argus-IS jest inny, porusza się jak helikopter. Zdaniem projektantów napęd i sposób poruszania się Argusa przekłada się na możliwość startu bez pasa startowego, podczas inwigilacji można wykonać zdjęcia panoramiczne a co najważniejsze, do obserwacji i nagrań służy 1,8-gigapikselowa kamera.

Argus-IS wziął swoją nazwę po mitologicznym potworze z setką oczu. Elektroniczny Argus ma oko z największym czujnikiem wideo na świecie. Potężna kamera to 900 razy większa rozdzielczość niż stosowana w standardowych kamerach.

Argus-IS będzie wykorzystywany przez armię Stanów Zjednoczonych do śledzenia osób i pojazdów z wysokości 6,5 km w okręgu 65 kilometrów kwadratowych.

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Telefon który jest laptopem

Telefon który jest laptopem

28 gru 11, 17:03 Źródło: Onet.

Motorola Atrix stoi na czele rewolucji technologicznej. Ten smartfon może przekształcić się w laptopa, pokazując nam jak może wyglądać przyszłość urządzeń mobilnych.

Któregoś dnia będziesz mógł nosić niewielki elektroniczny "mózg" w kieszeni, który podłączysz do odpowiedniej stacji dokującej i przemienisz go w laptopa, tablet, komputer stacjonarny, czy nawet telewizor z dostępem do internetu i ulubionych aplikacji.

Motorola jest jednym z pierwszych producentów, który dostrzegł, że ludzie kupują często w zasadzie ten sam sprzęt. Mamy telefon, laptopa, komputer stacjonarny, nawigację GPS, często również tablet. I każdy z tych sprzętów składa się z podobnych elementów: ma ekran, procesor i trochę pamięci. Kupujemy urządzenia z tymi samymi podzespołami tylko po to, aby na każdym z nich wykonywać podobne zadania, ale w innych sytuacjach i miejscach.

Od kilku lat nowoczesny telefon zwany smartfonem jest tak naprawdę niewielkim komputerkiem. Dlaczego więc nie może stać się "mózgiem" dla innych urządzeń? I właśnie za to wzięła się Motorola, oferując Bedside Dock (telefon staje się budzikiem z ekranem dotykowym) czy też GPS Dock (telefon staje się samochodową nawigacją GPS mocowaną do przedniej szyby). Teraz firma ma jednak większe ambicje i chce sprawić, aby telefon stał się laptopem.

Specyfikacja techniczna Motoroli Atrix:

ProcesorNvidia Tegra 2, dwurdzeniowy 1,0 GHz (Cortex-A9)
Układ graficznyULP GeForce
Ekran4", 960 x 540 pikseli, 24-bit (16,7 mln kolorów), powłoka ochronna Gorilla Glass
SystemAndroid 2.3 (Gingerbread)
Pamięć RAM1 GB
Pamięć wewnętrzna16 GB
Pamięć wymiennakarta microSD do 32 GB
Moduł foto-wideo5 megapikseli, autofokus, lampa LED
Rozdzielczość nagrywanych filmów1280 x 720 (HD)
Kamerka z przodu do wideo rozmówTak
Bateria1930 mAh
Czas rozmówdo 540 minut (3G), do 530 minut (2G)
ŁącznośćBluetooth 2.1 EDR, WiFi 802.11 b/g/n
Złącza1x gniazdo słuchawkowe, 1x micro-USB, HDMI
Nawigacja GPSodbiornik A-GPS, Mapy Google
Czujnikizbliżeniowy, światła
AkcelerometrTak
Dołączone oprogramowanieQuickOffice
Dodatkowe funkcjeobsługa DLNA
Wymiary63,5 x 117,5 x 10,95 mm
Waga135 gram
Cena:Motorola Atrix - 1650 zł, Lapdock - ok. 300 euro (ok. 1330)

Pomysł jest świetny

Motorola Atrix to wydajny, solidnie wykonany i nowoczesny smartfon z systemem Android. Z kolei dołączony laptop to supercienka, lekka, atrakcyjna i wykonana z czarnego aluminium obudowa - nie ma w niej procesora, pamięci czy też dysku twardego. Należy włożyć do niej telefon, który umieszcza się z tyłu, by w ten sposób przemienić smartfon w laptopa.

Motorola Atrix
fot. Po podłączeniu do Lapdocka, Atrix przemienia się w laptopa z ekranem 11,6"

Takie rozwiązanie zapewnia kilka ciekawych korzyści. Po pierwsze nie trzeba synchronizować danych pomiędzy telefonem a komputerem. Wszystkie pliki przechowujesz w telefonie, a laptop jest jedynie dodatkową "formą", którą możesz wykorzystać gdy potrzebna ci sprzętowa klawiatura lub większy ekran.

Po drugie, takie połączenie to dłuższy czas pracy na zasilaniu bateryjnym. Laptop jest po prostu wielką baterią dodatkową. Po podłączeniu telefonu do Lapdocka możesz pracować przez długie godziny na jednym ładowaniu. W praktyce, stacja dokująca z laptopem tak naprawdę ładuje telefon. Zawsze energii najpierw zabraknie w laptopie, czyli obudowie bez "mózgu". Możesz więc pracować przez parę godzin na komputerze, następnie odłączyć telefon i cieszyć się kolejnymi godzinami pracy - smartfon zostanie naładowany przez stację dokującą.

Motorola Atrix
fot. Laptop jest lekki i supercienki - wyglądem przypomina ultrabooki takie jak MacBook Air

Telefon pracuje z systemem Android 2.3, ma kamerki z przodu i z tyłu, potrafi nagrywać filmy w jakości HD i używa oprogramowania Motorola MotoBlur, które może złączyć książki adresowe i wiadomości z różnych źródeł online (e-mail, Twiter, Facebook itd.). Ułatwia to komunikację i zarządzanie kontaktami. Dodatkowo telefon wyposażono w dwurdzeniowy procesor, wystarczająco wydajny do wszystkich aplikacji i gier 3D.

Z tyłu obudowy znajdziemy także czytnik linii papilarnych, dzięki któremu można odblokować i włączyć smartfona jednym palcem. W praktyce jednak okazywało się, że trzeba było kilka razy przejeżdżać palcem po czytniku - dopiero za którymś razem Atrix rozpoznawał użytkownika. Można również ustawić dostęp na hasło lub obejść się bez tego typu zabezpieczeń.

Atrix nie jest kompaktowy. W jego obudowie można by zmieścić dwie typowe Nokie i pewnie znalazłoby się jeszcze miejsce na długopis. Z drugiej strony wiele osób z pewnością doceni duży, 4-calowy wyświetlacz pracujący w rozdzielczości 960 x 540 pikseli - jest świetny nie tylko do przeglądania internetu czy czytania e-booków, ale również doskonale sprawdza się jako samochodowa nawigacja GPS. Ekran Atriksa ma również wysoką gęstość upakowania pikseli, przez co czcionki i zdjęcia wyglądają bardzo ładnie, choć nie tak ładnie jak na ekranie iPhone'a 4 i 4S, który przy mniejszym ekranie oferuje rozdzielczość 940 x 640.

Motorola Atrix
fot. Telefon podłączamy z tyłu stacji dokującej, która oferuje również 2 porty USB i głośniki stereo

Laptop Atrix (Lapdock) wygląda jak czarny MacBook Air 11". Waży zaledwie 1,08 kg, a obudowa jest w większości ze szczotkowanego aluminium. Klawiatura jest wyspowa i pomiędzy klawiszami również widać aluminium - zupełnie jak we wspomnianym MacBooku. Sama praca z klawiaturą jest dobra. Klawisze są małe, jednak nie na tyle, aby nie dało się w miarę wygodnie pisać - zwłaszcza gdy już poświęcimy kilka chwil na przyzwyczajenie się do ich wielkości.

Touchpad ma dużą powierzchnię dotykową i dwa odrębne przyciski. Powierzchnia jest jednak trochę marnowana: touchpad nie obsługuje żadnych gestów multidotykowych. Nie da się więc łatwo powiększać zdjęć czy przewijać stron i dokumentów. Wszystko trzeba robić w tradycyjny sposób, czyli np. kliknąć na suwak widoczny po prawej stronie dokumentu i następnie - trzymając wciśnięty przycisk - przewijać go.

Wrażenia z użytkowania

Najlepszą rzeczą w całej koncepcji jest to, że nie trzeba specjalnie myśleć, aby wszystko ze sobą połączyć i używać. Jedyne co trzeba zrobić to podłączyć włączony telefon do obudowy laptopa. Następnie czekamy parę chwil (ok. 8 sekund) i laptop jest gotowy do pracy. Nie trzeba nic konfigurować, uzupełniać czy instalować.

Kiedy uruchomi się laptop, na jego ekranie widzisz duże okno z przeglądarką Firefox oraz małe okienko z zawartością telefonu. Dokładnie tak: zobaczysz interfejs z telefonu, który zamiast palcami obsługuje się kursorem myszki. Możesz nawet dzwonić do znajomych - laptop oferuje tryb głośnomówiący (ma głośniki stereo), albo współpracuje z zestawem słuchawkowym Bluetooth. To bez wątpienia ciekawe rozwiązanie.  Można również uruchamiać na 11,6-calowym ekranie laptopa aplikacje z Androida, czyli z telefonu.

Dodatkowo dostęp do aplikacji zapewnia usługa Motorola Webtop Application. To coś w rodzaju sklepu online, który uruchamia się w oknie Firefoksa. Znajdziesz tam wiele narzędzi, jednak nie doszukasz się wersji polskojęzycznych. Jest również sporo aplikacji dostępnych wyłącznie dla Amerykanów (z zabezpieczeniami regionalnymi). Dlatego według nas użytkownik z Polski powinien traktować usługę Webtop bardziej jako ciekawostkę i polegać przede wszystkim na aplikacjach z telefonu lub ulubionych narzędziach online, które już zna (np. Google Dokumenty, GMail, Dropbox).

Motorola Atrix
fot. Na pulpicie mamy - w domyślnej konfiguracji - dwa okienka. Jedno przedstawia zawartość telefonu, drugie to przede wszystkim przeglądarka Firefox z obsługą Adobe Flash

Dodatkowo laptop oferuje dostęp do YouTube, menedżera plików (dostęp do plików przechowywanych w telefonie) oraz wspomnianego Firefoksa. Przeglądarka jest jednak w starszej wersji 6.0.2 oraz po angielsku. Nie da się pobrać nowszego Firefoksa czy też innych aplikacji - to nie Windows, tylko specjalna dystrybucja Linuksa, a poszczególne narzędzia mogą być oferowane jedynie przez Motorolę w formie aktualizacji firmware do Atriksa.

W Firefoksie można bez trudu przeglądać strony internetowe, używać kalendarza czy też poczty e-mail. W praktyce jednak trzeba się pogodzić z tym, że mimo dwurdzeniowego procesora laptop działa ociężale. Przejścia pomiędzy okienkami czy bogate w treść strony nie zapewniają "płynnego" doświadczenia. Dodając do tego fakt, że touchpad ma jedynie podstawową funkcjonalność można wywnioskować, że korzystanie z laptopa nie należy do najwygodniejszych, a jego możliwości są ograniczone do tego, co można wyświetlić w Firefoksie. Nie można przykładowo korzystać z wielu aplikacji instalowanych w Windows, czy też wielu popularnych gier z tej platformy.

Motorola Atrix
fot. Połączenie smartfona z laptopem to świetny pomysł, jednak Motorola ma jeszcze dużo do poprawienia

Motorola Atrix to tak naprawdę cztery rzeczy. Po pierwsze to bardzo wydajny, dobrze zaprojektowany smartfon z wysokiej jakości ekranem. Po drugie, to lekki i długo pracujący na baterii laptop, który jest jednak toporny w obsłudze i ma wiele ograniczeń. Po trzecie to świetny pomysł i mamy nadzieję, że Motorola będzie go ciągle rozwijać, bo tego typu "połączenie" dwóch urządzeń naprawdę przypadło nam do gustu.  

I w końcu po czwarte: Lapdock nie jest oficjalnie dostępny w sprzedaży w Polsce i można go np. zamówić w oficjalnym sklepie Motoroli. Cena jest jednak absurdalna - wynosi 300 euro, czyli ok. 1330 zł. Dodając do tego 1650 zł (cena telefonu) wychodzi niemal 3000 zł za dobrej jakości smartfona i ciekawy, ale ograniczony pod względem funkcjonalności laptop. Choć idea jest fajna, ceny przekreślają sukces tej konstrukcji na polskim rynku.

Plusy:

- wydajny dwurdzeniowy procesor

- wysokiej jakości i ostry ekran qHD

- atrakcyjny design

- 5-megapikselowy moduł foto-wideo

- kamerka z przodu do rozmów wideo

- złącze HDMI

- znika problem synchronizacji danych

Minusy:

- laptop ma wiele ograniczeń

- touchpad bez obsługi gestów multidotykowych

- nie nagrywa filmów w Full HD

- cena Lapdocka to nieporozumienie

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Orszak Trzech Króli w Warszawie

ORSZAK TRZECH KRÓLI.

ORSZAK TRZECH KRÓLI - ŚPIEWNIK.

,,JUŻ PO RAZ DRUGI ULICAMI WARSZAWY RUSZAJĄ ULICZNE JASEŁKA - ORSZAK TRECH KRÓLI, CZYLI WIELOBARWNY I RADOSNY POCHÓD WARSZAWIAKÓW DO BETLEJEMSKIEJ STAJENKI. PÓJDZIEMY OD PLACU ZAMKOWEGO DO RYNKU NOWEGO MIASTA.

Orszak Trzech Króli 1  Orszak Trzech Króli 2

Orszak Trzech Króli 3

Orszak Trzech Króli 4

Orszak Trzech Króli 5

Orszak Trzech Króli 6

Orszak Trzech Króli 7

Orszak Trzech Króli 8

Orszak Trzech Króli 9

Orszak Trzech Króli 10

Od lewej : drużyna Baltazara ( na niebiesko ), Melchiora ( zieloni ) i Kacpra ( ubrana na czerwono ).

Orszak Trzech Króli 11

Orszak Trzech Króli 12

Orszak otwiera pan z gwiazdą i aniołki.

ORSZAK TRZECH KRÓLI w 24 miastach Polski.

ORSZAK TRZECH KRÓLI w 24 miastach Polski. Największe JASEŁKA w Europie - czym jest Orszak Trzech Króli?

  06.01.2012 11:37

Orszak Trzech Króli to barwy korowód, który przechodzi ulicamami miast Polski 6 stycznia, czyli w dniu Święta Trzech Króli. Uznawany za największe jasełka w Europie łączy całe rodziny, które jednoczą się, by upamiętnić wydarzenia sprzed 2 tys. lat kiedy Mędrcy ze Wschodu nazywani również Królami lub Magami (w VIII wieku nadano im imiona Kacper, Melchior i Baltazar), wyruszyli do Betlejem, by pokłonić się Jezusowi. Orszak Trzech Króli odbył się po raz pierwszy w Warszawie w 2009 roku. W 2012 roku Orszak organizują aż 24 miasta.

Orszak Trzech Króli w Warszawie (2010 r.)

Święto Trzech Króli nieodmiennie wiąże się z tradycją wystawiania jasełek oraz tzw. widowisk herodowych. W Polsce Jasełka wystawia się od kilkuset lat. Jasełka to inaczej  „przedstawienia o Bożym Narodzeniu”, ich nazwa wywodzi się od staropolskiego słowa „jasło” oznaczającego żłób.

Nawiązaniem do tradycji wystawiania jasełek ulicznych jest Orszak Trzech Króli, barwy korowód, który przechodzi ulicami miast i który łączy religijną tradycję ze współczesnością. Orszak prowadzą Trzej Królowie symbolizujący trzy kontynenty – Europę, Azję i Afrykę. Ubrani w bogate szaty z nakryciami głowy prowadzą tłumy mieszkańców miast w kolorowych koronach na głowie, którzy śpiewają kolędy.

Kulminacyjnym momentem Orszaku jest pokłonienie się Małemu Dzieciątku Jezus oraz Świętej Rodzinie, a później wspólne kolędowanie. Podczas korowodu wolontariusze Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia zbierają pieniądze na stypendia dla uzdolnionej, ubogiej młodzieży.

Orszak Trzech Króli odbył się po raz pierwszy w Warszawie w 2009 roku – w niedzielę poprzedzającą Święto Trzech Króli. Zgromadził wówczas 5 000 osób, które przeszły ulicami Starego Miasta, oglądając typowe jasełkowe sceny.

W roku 2010 Orszak również kroczył przez Stare Miasto i zgromadził już 10 000 widzów. 6 stycznia 2011 roku nastąpił przełom. Świeto Trzech Króli po raz pierwszy od pół wieku było dniem wolnym od pracy. Przejście Orszaku transmitowały telewizje. Ponadto, Orszak przeszedł nie tylko w Warszawie, ale również w Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie, Szczecinie i Gdańsku. Jego uczestnicy zostali pozdrowieni przez papieża Benedykta XVI.

W 2012 roku Orszak Trzech Króli jest organizowany w 24 miastach całej Polski. Oto lista miast, w których przejdzie Orszak Trzech Króli:

* Bardo
* Bielsko Biała
* Dziemiany
* Gdańsk
* Jarosław
* Jelenia Góra
* Katowice
* Kłodzko
* Kraków
* Kudowa Zdrój
* Kutno
* Lublin
* Miłakowo  
* Nowogrodziec
* Płock
* Poznań
* Starachowice
* Szczecin
* Śrem
* Tarnobrzeg
* Warszawa
* Włocławek
* Wrocław
* Zakopane.

  • Autor: Ag  Źródło: se.pl
  • Foto: Mariusz Grzelak
  • Agencja foto: SE/EAST NEWS

Euro a inflacja

Onet.pl Biznes
3.01.2012, 15:11

Euro, symbol zubożenia

Fot. Stock Photo

Powszechnie uważa się, że wprowadzenie w styczniu 2002 roku wspólnej waluty jest przyczyną wzrostu cen. Jednak pomstujący na unię walutową konsumenci robią w swoich przeliczeniach poważne błędy. I nie chcą przyznać, że mimo wszystko zyskali.

To już cała dekada. 1 stycznia 2012 roku mija dziesięć lat odkąd euro znalazło się w portfelach Francuzów. Wspólna waluta zastąpiła franka (i pieniądze jedenastu innych krajów UE) w życiu codziennym trzy lata po tym, jak pojawiła się na rynkach finansowych. Smutne urodziny, zważywszy że strefa euro przechodzi właśnie najpoważniejszy kryzys w całej swojej krótkiej historii.

Euro – kozioł ofiarny inflacyjnych lęków, ciasny gorset dla europejskich krajów, waluta symbolizująca reguły narzucane przez brukselskich urzędników – dziś oskarżane jest o całe zło. Głównie przez obywateli Unii, bo firmy chętniej mówią o korzyściach, jakie ciągną ze wspólnej waluty. Ponad jedna trzecia Francuzów (36 proc.) życzyłoby sobie powrotu do franka, a 45 proc. uważa, że euro stanowi obciążenie dla francuskiej gospodarki – mówią wyniki opublikowanego na początku grudnia sondażu przeprowadzonego przez Ipsos-Logica na zlecenie stowarzyszenia “Lire la société”.

W czerwcu 2011 roku internetowa ankieta pisma “Figaro” pokazała, że ponad jedna trzecia Francuzów (37,2 proc.) sądzi, że za dziesięć lat euro nie będzie już istniało. – Konsumenci nagle zaczęli uważać euro za istną zarazę – zauważa ekonomista Philippe Moati. – Wiąże się to z tym, że ludzie są niezadowoleni i szukają jakiegoś wyjaśnienia swojej złej sytuacji. Ich frustracja skrupia się na euro, które kojarzy się z problemami globalizacji.

Faktycznie, wiele osób uważa, że euro spowodowało skok cen i spadek siły nabywczej obywateli. Wedle danych z magazynu “Que Choisir” ze stycznia 2012 roku, za bochenek chleba, który przed euro kosztował 4,39 franków (67 dzisiejszych centymów) teraz zapłacimy 85 centymów – czyli cena wzrosła o 27 proc. Mała czarna przy barze kosztowała wtedy 4,98 franków (76 centymów), dziś trzeba dać za nią 1,10 euro – co oznacza wzrost o 45 proc. Wśród produktów, które najbardziej podrożały mamy jabłka (o 65 proc.), kurczak Label Rouge (o 47 proc.) i olej słonecznikowy (o 43 proc.). W rzeczywistości ta presja inflacyjna na niezbędne do życia produkty wynika w dużej części ze wzrostu kursu niektórych surowców.

Jednak w wypadku wielu rzeczy ceny w euro po prostu i zwyczajnie zastąpiły ceny we frankach. – Nawet żebrak na ulicy, który kiedyś prosił o jednego czy dwa franki, dziś chce dwa euro – mówi Michel Godet z Conservatoire National des Arts et Métiers. – Patrząc wstecz widzimy, że problem siły nabywczej wyłonił się w gospodarstwach domowych w chwili pojawienia się euro. Tymczasem jego siła nabywcza zaczyna spadać dopiero później. Zdajemy sobie sprawę z tego przesunięcia spowodowanego nieprawidłowym oszacowaniem cen.

Odkąd pojawiło się euro, inflacja mierzona i ta odczuwana zdecydowanie się rozbiegły. – Od czasu wprowadzenia euro gospodarstwa domowe mają tendencję do przeceniania inflacji. Tymczasem indeks cen rośnie w tym samym tempie co dawniej – ciągnie Moati. – Ludzie nie prowadzą badań, jak INSEE (Narodowy Instytut Statystyki i Badań Ekonomicznych), nie wyciągają wniosków na podstawie pełnych i wyczerpujących danych. Postrzegają inflację generalizując małą ilość obserwacji.

Faktycznie, dane krajowe są bardziej optymistyczne. – Między 2001 a 2010 rokiem ceny produktów nabywanych przez gospodarstwa domowe rosły średnio o 1,6 proc. rocznie, czyli niewiele więcej niż od 1991 do 2001, kiedy wskaźnik ten wynosił 1,3 proc. – uświadamia Ronan Mahieu z INSEE. Jeśli zaś chodzi o “siłę nabywczą przychodów brutto gospodarstw domowych” od 2001 do 2010 rosła ona o 1,7 proc. rocznie, podczas gdy w poprzedniej dekadzie co rok wzrastała średnio o 2 proc., dodaje specjalista z instytutu statystyki. (…)

Wrażenie, że z powodu euro we Francji nastąpił szok inflacyjny, związane jest też z faktem, że wielu Francuzów wciąż przelicza wszystko na franki. – Kiedy ludzie zaczynają mieć wątpliwości co do jakiejś ceny, przeliczają ją na franki. A że byli przyzwyczajeni do nominalnie mniejszych wartości, te wydają się im ogromne – tłumaczy Moati. – Poza tym dawne odpowiedniki cen we frankach są dziś mylące, bo przecież ceny wzrosłyby również, gdyby nie wprowadzono euro.

Poza tym niektórych produktów nie możemy porównywać z tymi z czasów przed euro. Na przykład cena bochenka chleba składa się w dużej części z ceny franszyzy czy umowy z dostawcą. Niewiele ma to już wspólnego z bagietką kupowaną przez epoką euro prosto od piekarza, uważa Reine-Claude Mader, prezes stowarzyszenia Consommation, Logement, Cadre de vie. Podobnie z opłatami telekomunikacyjnymi – są dziś droższe niż dziesięć lat temu, lecz zawierają w sobie dużo więcej ważnych usług, chociażby dostęp do internetu.

Cecile Prudhomme

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA