November 27th, 2011

W 2010 r. polską granicę przekroczyło 30,6 mln obcokrajowców.

Marta Mazuś
17 października 2011

W domu i na polu

W 2010 r. polską granicę przekroczyło 30,6 mln obcokrajowców. Z czego 8,5 mln osób stanowili obywatele Ukrainy.

Ukraińcy to najliczniejsza grupa obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do Polski. Jakie są proporcje tych, którzy tu żyją i pracują, do tych, dla których jesteśmy tylko krajem tranzytowym do strefy Schengen? Nie wiadomo.

Od sierpnia 2007 r., kiedy zaczęła obowiązywać rejestracja oświadczeń pracodawców o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca, w powiatowych urzędach pracy zarejestrowano 666 tys. takich oświadczeń. Najwięcej w 2009 r. – 180 tys. Według danych statystycznych, typowy Ukrainiec zatrudniany w ten sposób ma około 30 lat, przyjeżdża do Polski na okres od 3 do 6 miesięcy i pracuje głównie w Warszawie i okolicach (56 proc. wszystkich).

Zatrudniony jest w rolnictwie (62 proc.) lub w budownictwie (17 proc.). Gołym okiem widać, że główne zajęcie dla kobiet to sprzątanie w prywatnych domach, opieka nad dziećmi i osobami starszymi. Jednak większość pracuje tam prawdopodobnie bez załatwienia jakichkolwiek formalności. Wśród wszystkich Ukraińców, legitymujących się odpowiednimi dokumentami z urzędów pracy – oświadczeniami swoich pracodawców, tylko 4 proc. to zatrudnieni w gospodarstwach domowych.

© S.P. Polityka

Визы для украинцев.

Jagienka Wilczak
17 maja 2011


Ułatwienia wizowe dla Ukraińców

Tylko we Lwowie

O zniesieniu wiz dla Ukraińców na czas Euro 2012 marzyć nie ma co, ale przynajmniej samo ich wydawanie będzie ułatwione. W każdym razie we Lwowie.

Otwarliśmy tam właśnie nowy budynek konsulatu RP. Wiadomość jest nadzwyczajna dlatego, że o poprawę warunków, w jakich Ukraińcy załatwiają sprawy wizowe Warszawa walczyła równe 12 lat. Najpierw władze Lwowa nie chciały się zgodzić na sprzedaż parceli, do dziś toczą się też w sądzie sprawy sporne z generalnym wykonawcą, ukraińską firmą, która nie dotrzymywała terminów i z dnia na dzień podnosiła ceny. Tymczasem przed polskim konsulatem we Lwowie kłębiły się legendarne już kolejki, działała mafia kolejkowa, inkasowano haracze, biura pośrednictwa zarabiały krocie, wybuchały bitwy. A konsulowie i polski MSZ byli nieustannymi obiektami ataków ukraińskich mediów za bierność.

Lwów jest wyjątkowym miejscem, polski konsulat w tym mieście przyjmuje dziennie nawet 2 tys. interesantów i wydaje 300 tys. wiz rocznie, większość to wizy Schengen. Jest liderem, żaden inny polski konsulat na świecie nie wydaje tylu wiz. W ogóle, polskie konsulaty na Ukrainie, a jest ich siedem, wystawiają blisko połowę wszystkich wiz Schengen wydawanych na Ukrainie. Jak mówi minister Radosław Sikorski, Ukraińcy przychodzą po wizy do nas, bo widocznie czują się w naszych konsulatach obsługiwani lepiej niż w placówkach innych państw.

Konsulat ma 18 okienek obsługi, 2 okienka kasowe, pokoje biurowe, gdzie urzędnicy nie są stłoczeni niczym przysłowiowe sardynki. Ale czy kolejki przed nowym konsulatem znikną? Nie wydaje się, 2 tys. osób w jednym miejscu zawsze tworzy tłum. Konsul Generalny RP we Lwowie Grzegorz Opaliński zapowiada ułatwienia, od 1 czerwca będzie działać system elektroniczny e-konsulat i pierwsza rejestracja dokumentów odbędzie się przez Internet. To ułatwi i przyspieszy pracę, ale radykalnie zapewne kolejek nie zlikwiduje. Nowa placówka, otwarta niemal w przeddzień polskiej prezydencji w Unii ma też znaczenie prestiżowe, pokazuje, że Ukraina jest naszym ważnym partnerem, że nie rezygnujemy z pomocy w jej integracji z UE. Ukraina zresztą spodziewa się, że podczas naszej prezydencji jej negocjacje z Brukselą nabiorą tempa, a może nawet zostanie podpisana umowa stowarzyszeniowa. Polska nie mówi nie, ale podkreśla, że Kijów musi spełnić warunki, jakie mu postawiono, taryfy ulgowej nie będzie.

Jest jeszcze problem wiz: Ukraina zabiega o ruch bezwizowy z Unią, sama zniosła obowiązek wizowy dla obywateli Wspólnoty. Na razie nie wydaje się to możliwe, bo jednym z warunków jest uszczelnienie granicy wschodniej i południowej, a do tego wciąż daleko. Polska jednak wspiera i te aspiracje sąsiada. Jeśli takie otwarcie kiedyś nastąpi nasz konsulat będzie miał zawsze do wypełnienia wiele innych niż wizowe funkcji, choćby w dziedzinie propagowania naszej kultury. Jest wreszcie ważnym przedstawicielstwem Unii na Ukrainie.

Jeśli chodzi o Euro 2012 i spodziewany szturm na polskie konsulaty: posiadacze ważnych biletów na mecze mogą spać spokojnie, taki bilet ma być jedynym wymaganym do wydania wizy dokumentem. Będzie też wzmocniona obsada kadrowa konsulatu, a wizy będą wydawane z marszu. Wszyscy zdążą, zresztą i dziś przyjmowani są wszyscy interesanci. Bardziej niż o polskie wizy Ukraińcy powinni się jednak martwić o to, czy będzie jak, czym i po czym do Lwowa przyjechać i wyjechać. Terminal nowego lotniska dopiero powstaje, plan uruchomienia wąskiego (normalnego) toru kolejowego, co umożliwiałoby podróż bez czasochłonnej operacji wymiany osi na granicy, przepadł. A drogi do wszystkich przejść granicznych – Rawa Ruska - Hrebenne, Krakowiec – Korczowa i Szeginie – Medyka składają się z samych dziur między którymi prześwitują kawałki asfaltu. Tu i ówdzie na stare dziury kładziony jest nowy asfalt, ale obraz i tak jest ponury. Dziurawe są też ulice w samym Lwowie. Jak się tu zgryźliwie żartuje: są takie, jakie nam zostawiliście.

Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

Jak Czesi radzą sobie z marihuaną

Agata Pavlinec
23 listopada 2011

Jak Czesi radzą sobie z marihuaną

Czechy pachnące marychą

Praska dzielnica Vinohrady, sklep ogrodniczy jak każdy inny – donice, nawozy, nasiona... Przychodzą tu ponoć nawet hodowcy kaktusów i orchidei, zainteresowani nowymi metodami uprawy. Growshop to jednak przede wszystkim mekka miłośników marihuany. 10 odmian wysokojakościowych nasion konopi, nawozy, substraty, całe systemy do uprawy, ale także papierki do jointów, szklane lufki i wodne fajki. Jak można takie rzeczy legalnie sprzedawać?

Michal Jakeš ma już trzy sklepy w Pradze i jak dotąd żadnych problemów, tylko zyski.

Bo choć marihuana jest wciąż w Czechach nielegalna, obecny system prawny traktuje amatorów niewielkich ilości z pobłażliwością. W 2010 r. wprowadzono zliberalizowaną ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, która zdekryminalizowała posiadanie do pięciu roślinek marihuany na własny użytek, zmieniając status czynu z przestępstwa na wykroczenie. Obecnie kara za małą domową hodowlę to grzywna... albo policyjne upomnienie. Nic dziwnego, że Jakeš zaczął sprzedawać paczuszki po pięć ziarenek. Opłacił nawet prawną opinię i okazało się, że nasionka to nie narkotyk, nie grozi mu więc nic.

– Za kilka tysięcy czeskich koron można już kupić światłoszczelny rękaw, w którym wyhodujesz marihuanę w domu. A opłaca się – za gram na rynku płacisz 150 koron, za własnoręcznie wyhodowany 20–30 koron (ok. 5 zł) – zachęca Michal.
Palę faję

Tegoroczne badanie Eurobarometru wskazuje, że Czesi w wieku 15–24 lat to najwięksi konsumenci trawki w całej Unii – pali co czwarty. Tylko połowa myśli przy tym, że marihuana stanowi wysokie zagrożenie dla zdrowia – średnia w Unii to 67 proc. Zwolennicy legalizacji konopi wskazują, że w relacji z rosnącą konsumpcją jointów wyraźnie spada w Czechach używanie twardych narkotyków.

Jiri X. Doleżal, redaktor popularnego magazynu „Reflex”, który od lat promuje nie tylko ideę legalizacji konopi, ale też ich powszechne stosowanie, mówi, że to leży w naturze Czechów – lubią sobie używać, wystarczy spojrzeć na konsumpcję piwa.

Od kilku lat co roku na łamach tygodnika organizowany jest konkurs na najpiękniejsze fotografie samodzielnie wyhodowanych roślinek marihuany, tzw. Cannabis Cup, czyli Konopny Puchar. Zdjęć przychodzi zwykle tysiące. Najlepsze nagradzane są profesjonalnym sprzętem do uprawy. CannaBizz i CannaFest to targi konopne w Pradze, które gromadzą wystawców najbardziej okazałych narkotycznych roślinek z całego świata – przyjeżdżają nawet z Hongkongu. Million Marihuana March, czyli marsz zwolenników legalizacji trawki, inny głośny przejaw konopnej subkultury, w 2009 r. zasłynął rozdawaniem emerytom nasionek konopi za darmo – „ku radości i uzdrowieniu”. No bo przecież lepiej, by uprawiali sami w ogródku, niż chodzili po dilerach.

31-letni Honza przyjechał ze Słowacji na studia do Brna i już tu został. Ma dobrą pracę w międzynarodowym koncernie IT, dużo przyjaciół, właśnie kupuje nowe trzypokojowe mieszkanie, w którym jedno pomieszczenie będzie przeznaczone na pięciolistne roślinki, akwaria z rybkami i papużki. Bo Honza lubi przyrodę, a jeszcze bardziej dymek z jointa. Na razie hoduje 30 roślinek w małym namiocie w pokoju, który wynajmuje w akademiku.

– Palę, bo lubię i bez tego fatalnie się czuję. Poza tym mniej piję dzięki trawce. Na pewno ganja nie jest w niczym gorsza niż alkohol – nie robi z człowieka agresywnej bestii, mordercy ani gwałciciela – mówi, a jego dwóch współlokatorów przytakuje. Na stole leżą placki ziemniaczane z trawką, które usmażyła jedna z dziewcząt. – Tłuste, bo wtedy THC się lepiej wchłania – tłumaczy kucharka. Umie też robić grassburgery, masło konopne i makaron rasta. – Od jedzenia można odlecieć jeszcze lepiej, więc marihuana kwitnie w czeskich kuchniach – dodaje.

– Ja bym chciał przestać, bo od trawki się bardzo wyizolowałem i mam straszne kłopoty z pamięcią – mówi 30-letni Kuba. – Ale na razie nie mogę. Może, jak się stąd wyprowadzę i nie będzie pokusy. Tymczasem chciwie wyciąga rękę po wodną fajkę, która krąży dookoła stołu.

Honza chciałby kiedyś żyć z uprawy. Dzisiaj to, czego nie spożytkuje sam, sprzedaje znajomym za przyjazne ceny – nie jest to wielki zarobek, ale pomaga w rolniczych inwestycjach. A substraty, lampy, nasiona i nawozy kosztują...

– Ja sama trawki nie palę – raz próbowałam, ale czułam się potem fizycznie i psychicznie fatalnie. Ale robię z listków nalewkę i maść – są niezastąpione na opryszczkę i egzemę – mówi 35-letnia Lenka. Jej zarośnięty mąż w koszulce z zielonym liściem uśmiecha się pod nosem. Mają działkę rekreacyjną pod lasem, gdzie sadzą maliny, biologiczną marchewkę dla dzieci i kilka roślinek konopi.

 
Maść z liści

Czesi to naród ekologiczny – jeżdżą na etanolu, korzystają z zielonej energii, leczą się miksturami. I choć najlepszym lekarstwem na wszystko – od paradontozy po ból brzucha u dzieci – jest 50-proc. śliwowica, marihuana nie pozostaje daleko w tyle.

Stwardnienie rozsiane, choroba Parkinsona, astma, rak czy bóle neuropatyczne to schorzenia, na które konopie pomagają w sposób udowodniony naukowo. Czeski Państwowy Instytut Kontroli Leków, jako jeden z ośmiu w całej Unii Europejskiej, zatwierdził już konopny Sativex jako oficjalny lek łagodzący objawy SM. Ale Czesi leczą trawką i inne dolegliwości.

Konopna maść z liści i smalcu ma pomagać na suchą skórę, spierzchnięte usta, popękane pięty i katar. Dziewczyny robią z nasionek peeling, a babcie balsamy na reumatyzm. 26-letnia Ivana przyznaje, że pali od 12 lat, a od sześciu leczy siebie i rodzinę marihuaną: – Nie mamy od tamtego czasu żadnych problemów zdrowotnych. U córki wyleczyłam atopowe zapalenie skóry, a u siebie kolki nerkowe. A ile stresu mniej, ile pogody w życiu więcej... Nasz dziadek, jak go bolą stawy, pije mleko gotowane z liśćmi i mówi, że działa lepiej niż ibuprofen.
Dym zostaje

Opinia publiczna zdecydowanie nie popiera konopnych restrykcji prawnych. W 2000 r. 19-letni Stanislav Pobuda, w ramach wdzięczności za naukę zaciągania, poczęstował kilku nieletnich własną marihuaną. Sąd skazał go za ten przyjacielski gest na cztery lata więzienia bez zawieszenia. Społeczeństwo i media były oburzone surowością kary. W efekcie Vaclav Havel stanął w jego obronie i udzielił mu prezydenckiej łaski.

Dušan Dvořák, jeden z największych aktywistów konopnych w Czechach, zasłynął, gdy chcąc spopularyzować terapeutyczne właściwości marihuany, zasadził na własnym polu 800 roślinek dla ciężko chorych, a gdy policja plantację zlikwidowała, podał władze do sądu, domagając się odszkodowania za 300 kg marihuany. Oczywiście zatrzymano go i wytoczono mu proces, jednak zamiast 10 lat więzienia dostał tylko 30 miesięcy w zawieszeniu. Organy śledcze pod presją społeczną zdecydowały bowiem, że uprawa faktycznie miała być przeznaczona na wyrób dobroczynnych maści. Czy można za to kogoś naprawdę winić?

Bo politycy też marihuaną żyją – dosłownie i w przenośni. Już w 2006 r. hasło legalizacji trawki pojawiło się na plakatach wyborczych, a w ubiegłym roku doszło do skandalu, gdy socjaldemokratyczna partia CSSD każdemu nowemu członkowi obiecywała gram trawki za przyprowadzenie kolejnego chętnego – aferą zajęła się policja, ale dym został. W Czechach bez tego specyficznego zapachu trudno ­sobie wyobrazić imprezę towarzyską, popołudniową grę w brydża czy filmowy wieczór w domu. I żeby jeszcze tylko to szczęście dało się w końcu zalegalizować tak jak kawę, czekoladę czy wino...

Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

Детектор засланных казачков

Lenta.ru: Комментарии: http://lenta.ru/articles/2011/11/25/detector/
27.11.2011, воскресенье, 04:50:34
Обновлено 25.11.2011 в 17:37:41

Детектор засланных казачков
Группа исследователей из канадского Университета Виктории, в которую вошел стажер из Пекинского университета, разработала систему для эффективного обнаружения платных постеров. Речь идет о пользователях, которые за небольшую плату размещают нужные заказчику комментарии и записи на популярных форумах.

Чаще всего целью таких записей является реклама или антиреклама определенных ресурсов и сервисов. Так как подобные вещи запрещены в большинстве дискуссионных групп, постеры действуют скрытно, прикидываясь обычными пользователями.

В результате возникает непростая задача – кому верить? Действительно ли фильм, который хвалят или ругают на форуме, плох? Проплачен ли отзыв о данном продукте? Не за деньги ли тысячи людей наставили минусов популярному товару в интернет-магазине?

Разработка канадцев основана на данных из китайского сегмента Сети, где постоянно «проживают» свыше 450 миллионов пользователей. Китайских скрытых постеров называют «интернетной водяной армией», подразумевая, что призванные в нее наемники занимаются флудом (в буквальном переводе с английского flood – наводнение).

В Рунете таких людей называют утконосами - по названию сети магазинов, которая развернула в ЖЖ в 2007 году скрытую рекламную кампанию с помощью проплаченных постов.

Существует, впрочем, и небольшая межкультурная разница в терминологии. Утконосы зачастую – авторитетные блогеры, пытающиеся выдать рекламные посты за собственное мнение. Рангом ниже находятся граждане, которые направляют дискуссии в нужную сторону или представляют определенную точку зрения. Еще ниже – платные рядовые постеры, разбрасывающие «мнения» по форумам (разные PR-агентства используют для их обозначения разные термины, но сама процедура обычно зовется посевом). Самую низкую ступень иерархии занимают спам-роботы, которые могут автоматически рассылать тысячи однотипных сообщений в самые разные места.

Членами китайской водяной армии обычно являются безработные или студенты. Они получают от 30 до 50 центов за каждый опубликованный комментарий или пост. Сюйдун Чжан, стажер из Пекинского университета, немного поработал под прикрытием, внедрившись в водяную армию под видом платного постера.

Система работы проста и надежна. Армия выполняет одно задание за другим по списку. За выполнением задачи следит управляющий, под началом которого находятся четыре команды, за каждой из которых закреплены свои обязанности.

Первая, «тренировочная», составляет расписание для постеров, раздает им свежесозданные логины с паролями, указывает, что и где размещать. Вторая, собственно постеры, размещает контент. Третья, отвечающая за связи с общественностью, убеждает веб-мастеров и администраторов ресурсов не удалять опубликованные сообщения. Иногда они даже стимулируют веб-мастеров, получая в обмен, например, подсветку проплаченных сообщений. Наконец, ресурсная команда занимается созданием фальшивых учетных записей, а также пишет шаблоны для записей – они должны быть качественными, и поэтому создание текстов с нуля не всегда доверяют постерам.

Видовые признаки утконосов

Ученые собрали с популярных форумов свыше 150 тысяч записей и комментариев. Затем они очистили базу данных от мусора и записей, которые заведомо не смогли бы классифицировать (например, от анонимных сообщений и комментариев, оставленных с мобильников). Осталось около 20 тысяч комментариев, на которых и обучили систему.

Описывать саму методику довольно долго; ее основа – выявленные вручную полсотни потенциально платных пользователей и сравнение разных способов определения с этим списком. Для российского читателя гораздо интереснее узнать некоторые признаки платных постеров, которые интернациональны. Дело в том, что работающие за мелкий прайс китайские утконосы получают деньги, исходя из объема проделанной работы. В результате торопятся, халтурят и тем самым теряют защитный окрас.

Во-первых, платные постеры предпочитают публиковать новые комментарии, а не отвечать на существующие. Требования к скорости публикации не позволяют им вести осознанную переписку. По той же причине их комментарии чаще всего бессмысленны, не относятся к теме обсуждения, либо противоречат друг другу.

Во-вторых, торопливость заставляет их размещать множество записей в короткие промежутки времени. С большой вероятностью плодовитый пользователь, между публикациями которого проходит не более трех минут, является платным постером.

В-третьих, утконосы недолговечны. Чаще всего время их жизни не превышает одного дня. Хотя выполнение задания может занимать и больше времени, на следующий день у постера будет уже другой ник, выданный ему ресурсной командой (или зарегистрированный самостоятельно).

В-четвертых, исследователям больше всего помог тот факт, что служащие водяной армии редко меняют свои сообщения. Бывает, что они постят по пять и более одинаковых записей.

Кроме того, многие рунетчики и без канадских исследователей знают – если учетная запись зарегистрирована недавно, к ее владельцу следует относиться осторожно. Если в поисковике по блогам встречаются однотипные сообщения – идет активный «посев». Если сверхактивный и провокативный пользователь через два-три дня исчез – есть ненулевая вероятность того, что он проводил воспитательную работу.

Сетевой спецназ

Эта статья была бы неполной без определенного градуса паранойи. Даже сдержанные канадские исследователи мельком отмечают, что потенциальные области применения платных блогеров не ограничиваются маркетингом. Они ссылаются на статью в британской газете The Guardian, где говорится о разработках американских военных, позволяющих тайно манипулировать обществественным мнением в социальных сетях. Такое ПО позволит каждому пользователю контролировать десяток учетных записей.

Легенды о веб-бригадах, работающих на власти, распространены повсеместно. В англоязычной Википедии хорошо помнят редактирование десятков тысяч статей в год пользовательницей SlimVirgin, далеко не всегда соблюдающей политику нейтралитета.

Некоторые рунетчики, в свою очередь, свято уверены в том, что негативная реакция на оппозиционные материалы – дело рук наймитов властей. Почти наверняка каждое современное государство имеет и защищает собственные интересы в социальных сетях. Но, к сожалению, пока нет как веских доказательств, так и убедительных опровержений гипотезы о том, что власти целенаправленно «гасят» противников, используя для этого сетевой спецназ.

Эта тема еще ждет своих канадских исследователей и пекинских стажеров.

Александр Амзин

Świeczka dla taty

Świeczka dla taty

Ewelina Majewska-Howis

2011-11-20, ostatnia aktualizacja 2011-11-17 15:24:01.0

Ojciec podobno był oficerem, choć ciężko uwierzyć, aby matka w TAKIM momencie przyglądała się dystynkcjom na pagonach
Ojciec był chyba szatynem. Raczej wysoki. Oczy pewnie zielone. Znaki szczególne: może jakaś blizna albo znamię. Włosy i zarost - gęste. Zęby mocne. Niechorowity. Ukrainiec. Jak popił, to chamiał, a wypić lubił. A może i nie lubił, ale WTEDY na pewno był pijany.

Matka - przeciętna. Ani ładna, ani brzydka. Wzrost średni. Znaki szczególne - brak. Chyba że liczyć bruzdę w poprzek czoła, taką od zmartwień. Oschła, emocje okazywała rzadko. Właściwie nigdy. Pracowita i zaradna. Harowała na trzy zmiany w Hucie Zygmunta, żeby utrzymać siebie i córkę. I o mieszkanie zakładowe się wystarała. Mieszkanie... hm... dziewięć metrów kwadratowych, bez mebli. Szafę, stół, dwa krzesła, łóżko i taboret pod umywalkę dali obcy ludzie. Dobrzy ludzie. Joanna spała z matką w jednym łóżku do końca zawodówki. Potem wyszła za mąż.

Rodzice Joanny

Matka urodziła i wychowała się w Bytomiu, w Łagiewnikach. Była jeszcze Polką, bo granica polsko-niemiecka biegła kilkaset metrów na zachód od jej domu.

Ojciec podobno był oficerem, choć ciężko uwierzyć, aby matka w TAKIM momencie przyglądała się dystynkcjom na pagonach.

Rodzice poznali się 28 stycznia 1945 roku w Bytomiu. Spotkali się w mieszkaniu nad rozlewnią win i likierów, w której matka pracowała jako służąca, a ojciec degustował trunki. I strzelał do beczek i baniaków.

Tego miejsca, gdzie się poznali rodzice Joanny, już dawno nie ma. Bytom, plac Akademicki, przez lata plac Dzierżyńskiego. Niedaleko rynku stała kamienica Kindlerów, a w niej na parterze znajdowała się rozlewnia win i likierów z rzędami równo poustawianych skrzyń, beczek, baniaków i butelek. Pustych i pełnych. Tego dnia, w którym się poznali rodzice Joanny, beczki były pewnie w nieładzie, bo właściciele pakowali się w pośpiechu i w strachu przed czerwoną szarańczą. W tej rozlewni zatrzymał się na jakiś czas ojciec z kolegami. Żeby poświętować szwabską wódką zwycięstwo nad Niemcami. Choć prawdę mówiąc, pili wszystko, co znaleźli.

W wyzwalającej Bytom armii Korownikowa służyli głównie Ukraińcy, to ojciec musiał być stamtąd, z Ukrainy. Gdzieś, może pod Donieckiem, zostawił dom albo zgliszcza po domu. Może żonę i dzieci, a może groby żony i dzieci?

Matka pracowała u bogatej niemieckiej rodziny - u Kindlerów. Mieli oni kamienicę i rozlewnię, a w Wehrmachcie dwóch synów, których umundurowane zdjęcia wisiały w jadalni. Staremu Kindlerowi darowali służbę - nie wiadomo, czy opłacał się wojskowym, czy Rzesza wolała, aby swój patriotyzm okazywał wysokoprocentową dziesięciną na rzecz armii. Matce u Kindlerów źle nie było. Płacili w terminie i wolne dawali co trzecią niedzielę. Na Geburstag każdemu pracownikowi organizowali poczęstunek z prawdziwą kawą i ciastem. Jubilat dostawał wtedy pół dnia wolnego i drobny upominek. Matce po urodzinach w 1939 została filiżanka z fabryki Bavaria należącej do rodziców pani Kindlerowej.

Pod koniec stycznia 1945 roku państwo Kindlerowie uciekli przed frontem do Rzeszy. Wiedzieli już, jak wygląda "wyzwalanie" ziem polskich przez Armię Czerwoną. Plotki wyolbrzymiane przez goebbelsowską propagandę szły szybko i budziły grozę, nawet jeśli wierzyć tylko połowie opowieści.

Kindlerowie uciekli, a matkę poprosili o dopilnowanie mieszkania i dobytku, którego nie dali rady zabrać. Mieli nadzieję, że wrócą, kiedy to wszystko się skończy. Zabrali tylko pieniądze, biżuterię, dokumenty i trochę drobiazgów. Było czego pilnować. Właśnie tam, w mieszkaniu Kindlerów nad rozlewnią, matka, przyczajona za firanką w jadalni, zobaczyła ojca po raz pierwszy.

Po raz drugi matka zobaczyła ojca, kiedy stanął pijany w drzwiach pilnowanego przez nią mieszkania. Był wysoki i silny, znacznie silniejszy od niej.

Ukaz Stalina brzmiał: "Pozbawić Niemki ich germańskiej dumy". Ojciec na pewno uznał, że matka jest Niemką. Ona na pewno próbowała się tłumaczyć. Po polsku i po rosyjsku. Po niemiecku chyba nie próbowała, choć mówiła nieźle. Prosiła, krzyczała, płakała i wyła. Ojciec raczej zrozumiał, ale albo ją zignorował, albo dał jej w pysk, żeby się zamknęła. Matka się nie broniła. Ojciec miał karabin i kilku kumpli do pomocy. A w jadalni stał duży stół. Do tego stołu mogli matkę przywiązać.

Po spotkaniu z matką ojciec potraktował krzesłem portrety młodych Kindlerów w niemieckich mundurach i postanowił wraz z kumplami zdewastować magazyn rozlewni. Trochę alkoholu wzięli ze sobą, a czego nie unieśli - rozstrzelali. Czerwone wino z roztrzaskanych balonów popłynęło do kratki ściekowej. Na wiwat Armii Czerwonej, która Niemców zwyciężyła.

Po spotkaniu z ojcem matka pewnie przesiedziała w odrętwieniu kilka dni. Może poszła do lekarza albo do kościoła, albo do przyjaciółki. Albo nigdzie. Po jakimś czasie wróciła do domu. Raczej nikomu z rodziny nie powiedziała o spotkaniu z ruskimi sołdatami. Nie ona jedna.

Kiedy matka zobaczyła ojca zza firanki w jadalni, miała 32 lata. Była dojrzałą kobietą. Może po przejściach, może jakiś narzeczony nie wrócił z kampanii wrześniowej. Joanna tego nie wie. Matka nigdy nie poruszała tematu mężczyzn, po wojnie nigdy się z żadnym facetem nie związała. Nawet przelotnie, chyba że coś umknęło uwadze Joanny. Na dziewięciu metrach kwadratowych trudno jednak o prywatność czy tajemnice. Nie - brak chłopa w domu nie był dla Joanny ani dziwny, ani podejrzany. Wtedy wiele dzieci nie miało ojca, a o TYCH sprawach nikt z gówniarzerią nie rozmawiał. Z nastoletnimi pannami i z dorosłymi córkami zresztą też nie.

Kiedy matka zobaczyła ojca zza firanki w jadalni, pewnie się bała. Dlaczego więc nie uciekła? Może liczyła na to, że żołnierze się upiją i dadzą jej spokój, albo może strach związał jej niezbyt ładne nogi. Bo nogi Joanna ma na pewno po matce. Krótkie, za grube w łydkach i z dużymi, nieproporcjonalnymi stopami.

Joanna urodziła się 28 października 1945 roku. Miejsce urodzenia: Bytom. Ojciec: NN. Wtedy dzieci bez ojca nikogo nie dziwiły. Mało to mężczyzn nie wróciło z wojny? A dzieci po nich niejednej zostały. Joanna zazdrościła koleżankom ojców, ale o swojego nie zapytała matki nigdy. Jakoś wiedziała, że to nie byłoby właściwe pytanie.

Nie ma o czym gadać

O tym, kim jest jej ojciec, Joanna dowiedziała się jako kobieta 50-letnia. Od obcych ludzi. U szewca - czekając na niepodbite na czas czółenka. Gdyby szewc nie zapomniał zrobić jej butów, a ona nie potrzebowałaby ich pilnie na ślub kuzynki, toby może nigdy nie poznała swoich korzeni. A tak - Joanna czekała na buty, a do zakładu zeszła ciotka szewca, koleżanka matki. Mieszkała nad szewcem i godzinami obserwowała świat za oknem. Wypatrzyła Joannę i uznała, że zabije i swój, i jej czas miłą pogawędką. Na tę ciotkę szewca wołali Jaremowa, żona Jaremy Pawła, od wielu lat wdowa. Na starość uszedł z niej strach przed tym, co ludzie powiedzą. Hipokryzja i ukrywanie emocji powoli ustępowały miejsca alzheimerowej szczerości. Jaremowa znała matkę Joanny. Gdyby matka miała jakichś przyjaciół, to można by powiedzieć, że się z Jaremową przyjaźniły.

Jaremowa zeszła na dół i przewróciła Joannie życie. Zmarła dwa lata później, spokojna, że wyjawiła tajemnicę. A Joanna żyje, i to żyje z tym uwierającym uczuciem, że nikt jej nie chciał. Ani matka, ani matka matki, ani siostry matki. Ojciec raczej też jej nie chciał. Raczej na pewno jej nie chciał.

Chciała zapytać matkę, czy to prawda. Czy to prawda, że jest wojennym bękartem, pamiątką po ruskim froncie? Czy to prawda, że było ich kilku i że każdy może być jej ojcem? Czy rzeczywiście przy Czerwonym Krzyżu utworzono specjalną komórkę pomagającą legalnie i za darmo pozbyć się takich problemów jak ona? I dlaczego matka z tej pomocy nie skorzystała? I wreszcie dlaczego ona - Joanna - przez 50 lat musiała się domyślać, kim jest ów NN w akcie urodzenia?

Przygotowywała się do tej rozmowy bardzo długo. Zwlekała, próbowała mówić półsłówkami, rzucać aluzje. Kiedy wreszcie odważyła się przyznać, że wie, kim jest, że zna swoją historię - matka ją beznamiętnie zbyła. Spytała tylko, kto jej o tym powiedział. Tak, to, co powiedziała Jaremowa, jest prawdą. Nie chciała wiedzieć, jak dużo wie Joanna. Ucięła wszelkie pytania. To było dawno i tyle lat minęło, że nie ma o czym mówić. Jeśli przez tyle lat się nie mówiło, to znaczy, że nie ma o czym. Nie warto i już.

Zowita

Panna z dzieckiem. Po ślunsku zowita. A jej bękart to w gwarze najduch. Ślązacy naród religijny, więc pewnie dlatego farorz z parafii Jana Nepomucena - ksiądz Józefowicz - nie chciał małej Asi dać z funduszu parafialnego na sukienkę komunijną. Joanna pamięta biedę w domu i pamięta zapewnienie proboszcza, wygłoszone z ambony, że jeżeli w domu jest bieda, to on pomoże przy kosztach pierwszej komunii. Że materiał na sukienkę kupi, mirtu na wianek da albo za różaniec płacić nie każe.

Joanna pamięta też, że matka wpisała się na listę potrzebujących i że poszła na spotkanie z farorzem. I że po powrocie przytuliła córkę i zapewniła, że będzie miała najpiękniejsze ubranie komunijne ze wszystkich dziewczynek. I że potem przez miesiąc przerabiała wieczorami swoją białą letnią sukienkę z bufiastymi rękawami. Mirtu na wianek dała sąsiadka, za różaniec mama zapłaciła, a przyjęcie komunijne odbyło się w cukierni. Uczestniczyła w nim Joanna i jej matka, a podano landrynki zapakowane w tytkę z szarego papieru. Sukienka była rzeczywiście zjawiskowa i w drodze do kościoła Joanna przeglądała się w każdej wystawie sklepowej. W pokoju trzy metry na trzy nie było miejsca na lustro. Ksiądz powiedział podobno, że nie będzie ruskim bękartom fundował białych kiecek.

Joanna nosiła takie nazwisko jak matka, a w rubryce "imię ojca" wpisywała NN. Nie przypomina sobie zbyt wielkich nieprzyjemności z tego powodu. No - oprócz farorza z Nepomucena. Czasem zdarzył się lekceważący wzrok urzędniczki, kiedy Joanna podawała swoje dane do jakiegoś formularza. No i jeszcze babka. Matka matki uważała, że Aśka nie istnieje, a jeśli już musi przebywać w jej obecności, to niech się chociaż nie odzywa. Jaremowa powiedziała nawet, że kiedy matka zaczęła rodzić Joannę, babka wysłała ją do chlewu po świniach. Tam było odpowiednie miejsce dla "Iwanicy". A inni? Nie, nie, nikt Joannie nie dokuczał, nie wyzywał od bękartów ani nie prześladował w szkole. Po prostu - Aśka nie ma ojca. Wiele dzieci wtedy ojca nie miało. Bo albo wrzesień, albo front, albo obóz, albo Sybir. Albo krasnoarmiejcy zastrzelili lub zadźgali przy wyzwalaniu, uznając Ślązaków za Niemców.

Joanna nie wie, dlaczego matka nie przyznawała się nikomu, że ona jest po Ruskich. Chyba łatwiej jej było udawać zowitę, niż ujawnić, że sobie na niej kilku pijanych i brudnych żołnierzy poużywało. Takie też czasy były, że wszyscy się bali wszystkich i o wszystko. Może matka myślała, że jej Aśkę odbiorą i do jakiegoś sierocińca pod Moskwę zawiozą, jeśli ujawni pochodzenie córki.

Alimenty od historii

Prawie pół roku po tym wrześniowym popołudniu, kiedy szewc nie wyrobił się z czółenkami, Joanna napisała list do Rzecznika Praw Obywatelskich. Bo czemu zwykłe bękarty dostają alimenty od państwa, a te pofrontowe nie? I dlaczego matka musiała znosić upokorzenia tylko dlatego, że nie skorzystała z "pomocy" oferowanej przez specjalną komórkę PCK?

"Szanowny Panie Profesorze - napisała Joanna - zwracam się do Pana ze sprawą osobistą, ale wierzę, że mój przypadek nie jest odosobniony (...) Uważam, że za te lata pogardy, biedy i upokorzeń należy się nam jakaś rekompensata finansowa (...) Dzisiaj pokrzywdzone kobiety mają chociaż fundusz alimentacyjny, a my nie miałyśmy nic".

Przyszła odpowiedź. Tłumaczono Joannie uprzejmie, że niestety każda wojna niesie z sobą ogrom krzywd i nieprawości, "które kładą się cieniem na dziesięciolecia". Dalej potwierdzono, że "nie były to wypadki odosobnione na wszystkich frontach i po wszystkich stronach wojennych zmagań". Pocieszono informacją, że "po wojnie nikomu z jakiegokolwiek tytułu nie płacono jakichkolwiek odszkodowań". Na koniec zapewniono, że Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich "serdecznie Joannie współczuje" oraz "wierzy wszystkiemu, co była uprzejma napisać". Chociaż tyle.

Matka Joanny zmarła, mając 84 lata. Kiedy jej zabrakło, Joanna poczuła, że nie wie, kim jest. Może ma siostrę. Może nawet kilka sióstr. Zawsze chciała mieć rodzeństwo. Armia Czerwona stacjonowała w Bytomiu dłuższy czas, więc może przyrodnie rodzeństwo Joanny mieszka w tym samym mieście?

A ojciec? Albo zginął na wojnie, albo przeżył, wrócił do siebie i ułożył sobie życie. Wtedy, w 45, mógł mieć 20-30 lat. Teraz koło dziewięćdziesiątki. Dlatego Joanna kilka lat temu, na Wszystkich Świętych, uznała, że ojciec już raczej nie żyje. Zapaliła więc na grobie matki dodatkową świeczkę - dla taty. Od tej pory robi tak zawsze, kiedy odwiedza bytomski cmentarz.

- Modlę się w jego intencji. I dziękuję mu. Przecież gdyby nie on, nie byłoby mnie na świecie.

* Imiona i nazwiska osób występujących w reportażu zostały zmienione

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA