November 18th, 2011

Возвращение Казимира Восстановителя

Оригинал взят у fon_eichwald в Возвращение Казимира Восстановителя



«Казимир Восстановитель возвращается в Польшу» - картина Войцеха Герсона, действие которой происходит в 1030-е годы. Первая из смутных эпох польской истории.

Болеслав Храбрый почитается на родине последнюю тысячу лет как национальный герой, храбрый и непобедимый воитель. Его поклонники предпочитают не вспоминать о том, что первый король рассорил Польшу со всеми соседями без исключения и разорил её постоянными войнами. И реальность нанесла ответный удар. Через несколько лет после смерти Болеслава королевство распалось на множество «дельниц» (уделов на польский манер), нового короля свергли, а потом убили, а языческое крестьянство восстало против новой веры. В каждой новообращённой стране случается такой период языческой реакции, поддерживаемой правителем. Юлиан Отступник в Риме, Владимир в Болгарии, Аба Шамуэль в Венгрии (на Руси такого правителя не было, и некоторым любителям остаётся только апеллировать к археологическим данным, якобы показывающим, что христианизации ожесточённо сопротивлялись и что в этом сопротивлении погибла то ли треть, то ли две трети населения Руси). В Польше таким правителем, возможно, стал Бесприм, один из сыновей Болеслава Храброго, одобривший демонтаж церковной иерархии Польши. Язычники разрушали церкви, срубали кресты, убивали священников; началась полная анархия.

Collapse )

Polacy są jacyś inni

Joanna Solska
28 października 2011

Polak biedny na bogato
Polacy są jacyś inni

Gospodarka się rozwija. Przedsiębiorczego Polaka stać na coraz więcej i powinien być zadowolony. Jeśli nie jest, to znaczy, że jego sytuacja odbiega od średniej. Tych, którym odbiega, jest jednak bardzo dużo. Na przykład zarobki niższe niż średnia płaca osiąga aż 60 proc. zatrudnionych. Czy któryś z nich uważa, że nie zasługuje przynajmniej na średnią? Przecież wszyscy zasługujemy na więcej.

Dla socjologów jesteśmy obiektem badań, który kluczy i na każdym kroku stara się badacza wywieść w pole. W oczach cudzych, ale także własnych, Polak przede wszystkim stara się „zachować społeczną twarz”. Tak uważa prof. Anna Giza-Poleszczuk z Uniwersytetu Warszawskiego. Strach, że może twarz stracić, wynika ze starannie ukrywanego poczucia gorszości. Na progu transformacji w 1989 r. w ogólnej biedzie byliśmy równiejsi. Współczynnik Giniego, którym mierzy się rozwarstwienie społeczne, wynosił u nas 19, w połowie lat 2000 osiągnął 34 i, na szczęście, już nie rośnie. Im jest wyższy, tym rozpiętości w dochodach większe. W Wielkiej Brytanii wynosi 38, w Niemczech i Norwegii – 32.

Nie chodzi więc o to, że u nas rozwarstwienie jest najwyższe, bo to nieprawda. Ale w innych krajach te nierówności narastały przez dziesiątki lat, a u nas rewolucja dochodowa dokonała się w ciągu kilkunastu. Tamci mieli czas, żeby się ze swoim miejscem na drabinie społecznej oswoić, my nie. Wielu ludzi, choć obiektywnie nie stali się biedniejsi, czuje się materialnie zdegradowanymi. Bo innym powiodło się bardziej. To jest właśnie to poczucie utraty społecznej twarzy. Z pewnością ma je osoba, która w czasach, gdy mięso kupowaliśmy na kartki, była ekspedientką w spożywczym, a dziś pracuje w hipermarkecie. Wtedy w hierarchii społecznej stała znacznie wyżej. Grupy rozczarowanych to jednak nie tylko ci, którzy dawniej czuli się ważniejsi. Ciągle przybywa nowych. Do frustracji wyniesionych jeszcze z PRL dochodzą nowe, charakterystyczne dla społeczeństw zachodnich.

Dla międzynarodowych koncernów nasz rynek jest bardzo znaczący, starają się więc o polskich konsumentach dowiedzieć jak najwięcej. Nie tylko zresztą o polskich. Dla nich liczą się rynki regionalne, nie lokalne. Na badania, także socjologiczne, wydają dziś znacznie więcej niż rządy zmuszone do nieustannego oszczędzania. Ale to, co dla rządu jest kosztem, dla wielkiej korporacji – inwestycją, która z pewnością się zwróci. Na dobrze poznanych konsumentach łatwiej się zarabia.

Henkel zrobił dokładne badania konsumentów 10 krajów Europy Środkowej: Polski, Austrii, Belgii, Czech, Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Węgier i Włoch. Zaczął od dokładnego przyjrzenia się i porównania zawartości naszych portfeli, które regularnie badają krajowe urzędy statystyczne, u nas – GUS. Koncernowi chodziło nie tylko o zorientowanie się w dochodach poszczególnych społeczeństw, ważniejsze były dla niego nasze luzy w portfelu. Czyli ile pieniędzy zostaje nam po odliczeniu niezbędnych wydatków na jedzenie, utrzymanie mieszkania, transport. To z tej puli będziemy wydawać na kosmetyki czy środki czyszczące.
Bogaci duchem

Wyniki nie były zaskakujące. Na tle europejskich sąsiadów prezentujemy się jako ubodzy krewni. Przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę w polskiej rodzinie wynosi 1193 zł. Z tego 656 zł przeznaczamy na konieczne wydatki, a reszta, czyli 537 zł, to nasze luzy w portfelu. Jak je wydamy, zależy w dużej mierze od strategii marketingowych poszczególnych uczestników rynku. Nasi południowi sąsiedzi mają portfele znacznie grubsze, co z pewnością nas stresuje. Główne powody ich większej zamożności: później przechodzą na emeryturę, większa część społeczeństwa pracuje i nie mają milionów osób zatrudnionych w nieefektywnym rolnictwie. Na wydatki podstawowe Czesi przeznaczają równowartość 1106 zł, na resztę – 1063 zł. Ale zarówno nas, jak i Czechów biją swoją siłą nabywczą Austriacy. Na głowę mają do dyspozycji równowartość 7548 zł, z tego koszyk dóbr podstawowych pochłania 3849 zł, na kaprysy pozostaje 3699 zł.

Gdyby spece od marketingu sporządzali swoje strategie tylko w oparciu o te dane, polscy konsumenci mogliby się okazać dla nich równie mało ważni, co ich siła nabywcza. Ale tak nie jest. Jesteśmy warci więcej, ponieważ zachowujemy się inaczej niż inni. W Europie konsumenci są przewidywalni. Jak jest kryzys, to wydają mniej. Bogaty Niemiec nie wstydzi się wejść do sklepu, w którym wszystko kosztuje 1 euro, Polaka to stygmatyzuje. Daje znak otoczeniu, że jest biedny, podczas gdy za wszelką cenę próbuje to ukryć.

Ankieterzy Gfk Austria, którzy badania uzupełniające dla Henkla robili podczas wizyt domowych w 10 europejskich krajach, w bezpośrednich rozmowach usłyszeli od nas coś, co ich zdumiało, a czego nie usłyszeli od innych. Mówiliśmy prawdę czy też staraliśmy się w ich oczach wypaść lepiej niż w rzeczywistości?

Z badań wynika, że skłonność do oszczędnych zakupów nie idzie w parze z poziomem zamożności. Do swoich nawyków, by sięgać po towar, dopiero gdy zaakceptuje się jego cenę, bez kompleksów przyznają się Austriacy i Hiszpanie. W tych krajach aż 46 proc. konsumentów twierdzi, że najważniejsza jest dla nich cena. W Niemczech i Włoszech – po 43 proc. W Czechach oszczędnych konsumentów jest 41 proc. W Polsce – najmniej z badanej dziesiątki. Tylko 25 proc. Skąd się zatem u nas biorą coraz liczniejsi klienci dyskontów? Robimy tam zakupy, bo jesteśmy zmęczeni nadmiarem wyboru – przekonujemy.

W kreowaniu swojego obrazu, nieprzystającego do naszej siły nabywczej, jesteśmy konsekwentni. Bijemy także inny europejski rekord – to w Polsce grupa nazwana konsumentami bez trosk jest najliczniejsza, wynosi aż 29 proc. ogółu kupujących. To tacy, którzy sięgają po towar nie patrząc w ogóle na cenę. W bogatej Holandii ta grupa liczy mniej niż u nas, tylko 27 proc., w Czechach – 21 proc.

Wytłumaczenie, że aż 29 proc. obywateli naszego kraju żyje bez trosk materialnych, być może jest prawdziwe, ale niepełne. Warto wrócić do interpretacji prof. Gizy-Poleszczuk, która uważa, że zakupy służą nam nie tylko do zaopatrzenia domu w potrzebne towary. Także do ratowania naszej społecznej twarzy. Do niepokazywania, że nas na coś nie stać. Żeby w oczach własnych i cudzych nie degradować się społecznie. Towarami, po które sięgamy, próbujemy potwierdzać nasze poczucie wartości. – To dlatego tanie produkty u nas są bardzo ładnie opakowane, żeby nie wyglądały na swoją cenę – zauważa prof. Giza-Poleszczuk. Na te w siermiężnym szarym papierze w ogóle nie zwrócilibyśmy uwagi. Źle by o nas świadczyły.

Według GUS 20 proc. rodzin z najniższymi dochodami wydaje więcej, niż ma (119, 4 proc. dochodu rozporządzalnego). Nie wiemy, w jakim stopniu na wydatki niezbędne do życia, w jakim zaś na ratowanie społecznej twarzy. Ludzie przejadają stare oszczędności i niedawno wzięte kredyty. Przed kryzysem banki dawały kredyty konsumpcyjne niemalże z łapanki, każdemu. Teraz są coraz gorzej spłacane. To poważny powód do stresu.
U siebie na cudzym

Socjologowie sugerują, że zakupy są dla nas czymś w rodzaju psychoterapii. W hipermarkecie rozładowujemy swoje lęki i kompleksy, z którymi członkowie bogatszych społeczeństw udają się do psychoterapeuty. Ratujemy swoją społeczną twarz, którą w miejscu pracy coraz trudniej nam zachować. Hipermarket daje nam poczucie mocy, którego nie mamy w pracy.

Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, z dumą podaje, że zagraniczny kapitał zainwestował w naszym kraju już 136 mld euro. To gigantyczne pieniądze. Dzięki nim aż 12 proc. miejsc pracy w naszym kraju oferują firmy zagraniczne, a wiele krajowych żyje dzięki kooperacji z nimi. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie bez nich nasz eksport. To one przecież sprzedają za granicę aż 60 proc. polskich towarów.

Inwestycje zagraniczne to jeden z wielu przykładów polskich sukcesów. Tyle że przez część społeczeństwa ten sukces odbierany jest jak porażka. Spodziewaliśmy się więcej. Polak najpierw miał nadzieję, że po wejściu do Unii wkrótce przy taśmie w fabryce Opla w Gliwicach będzie zarabiał tyle co w Niemczech, a w koncernie amerykańskim więcej niż szwagier, który wyjechał do USA na saksy. Te nadzieje się nie spełniają. Ceny po obu stronach Odry wyrównują się o wiele szybciej niż zarobki. I niekoniecznie można liczyć na radykalną zmianę.

Polska, podobnie jak Czechy czy Słowacja, stała się atrakcyjnym miejscem dla zagranicznego kapitału głównie z powodu sporo niższych kosztów pracy i stosunkowo dobrze wykształconej kadry. Zagraniczne firmy w pogoni za większym zyskiem likwidowały miejsca pracy w Europie Zachodniej i przenosiły je do nas. Praca ludzka w ich macierzystych krajach stała się zbyt droga. Nie ma co liczyć na to, że w polskich fabrykach będzie się zarabiać tyle samo co w niemieckich, skoro te niemieckie są zamykane. I przenoszone najpierw do nas, potem do Rosji, na Ukrainę czy do Chin.

Na razie w kalkulacji właścicieli bardziej liczy się jakość naszej pracy i bliskość rynku zbytu. I to, że koszty pracy w naszym kraju ciągle trzymane są w ryzach. Tempo wzrostu płac nie wyprzedza wzrostu wydajności. To, co nas frustruje, jest jednocześnie naszym atutem. Ciągle jesteśmy konkurencyjni. W przeciwieństwie do Grecji, w której koszty pracy w ciągu ostatnich 10 lat (od chwili przyjęcia euro) wzrosły o około 25 proc. i teraz ekonomiści twierdzą, że przestała być konkurencyjna.

Za te 136 mld euro inwestycji zagranicznych powstał w Polsce nowoczesny przemysł samochodowy; całą Europę zaopatrujemy też w lodówki, telewizory, klimatyzatory, inny sprzęt AGD. Staliśmy się wielką europejską montownią – teraz poznajemy więc także gorsze strony globalizacji. Żeby nie odpaść w pogoni świata za jak najniższą ceną, musimy obniżać cenę własnej pracy. Ale prezes Majman pociesza, że już od kilku lat naszym głównym atutem w oczach inwestorów zagranicznych jest stabilizacja ekonomiczna. Nie wydaje się, żebyśmy ją sami doceniali. Ciągle silne jest w nas poczucie krzywdy pielęgnowane przez populistycznych polityków.

Problem w tym, że wielu innych atutów nie mamy. Dzisiaj bogaci nie są ci, którzy produkują, ale ci, którzy potrafią sprzedawać. Dorobili się globalnych marek: Mercedes, Opel, Toyota, Bosch, Indesit, LG Electronics, Henkel, Nestle, Procter and Gamble, Mars itd. Dla nich produkują nasze fabryki. Własnych marek – z wyjątkiem kilku – nie mamy, bo ich zbudowanie wymaga ogromnego wysiłku, czasu, pieniędzy i szczęścia. Jedna trzecia wartości największych firm globalnych to ich wartość niematerialna, czyli m.in. marki. Troska o pielęgnację ich wartości stała się o wiele ważniejsza niż troska o pracowników.

Do grona sfrustrowanych dołączają więc młodzi. Socjologowie mówią o nich „kapitał ludzki”. Idąc na studia myśleli, że zwiększą jego cenę. Dzisiaj widzą, że dla pracodawców są jednak tylko jednym z elementów kosztów, które trzeba ciąć. Lepszy pracownik to taki, który ma gorszą umowę o pracę, pozwalającą firmie łatwo się z nim rozstać. Z Zachodu przyszła moda na związki luźne, niekoniecznie partnerskie.
Jak długo mamy rosnąć?

Ponadnarodowe koncerny stały się potężniejsze niż państwa. Według prof. Paula Dembinskiego, ekonomisty i politologa katedry Strategii i Konkurencji Międzynarodowej Uniwersytetu we Fryburgu, 800 największych firm globalnych wytwarza już ponad 10 proc. światowego PKB. Kolejne 30 proc. powstaje dzięki współpracy z nimi. To one narzucają tempo światowej gospodarce, wymuszają coraz większą efektywność i czynią z nas coraz mniej cenione trybiki. Wydają też największe pieniądze na badania i rozwój. W pogoni za coraz niższą ceną możemy jednak znaleźć się w ślepej uliczce – ostrzega prof. Dembinski w swojej najnowszej książce „Finanse po zawale”. To kolejny powód do frustracji, która spowoduje, że nawet w sklepie będziemy się czuli tak samo źle jak w pracy.

Konsumenci na Zachodzie zauważyli, że są nie tyle przedmiotem troski wielkich korporacji, ile obiektem ich manipulacji. Kiedyś firmy docierały do nich za pomocą tradycyjnej reklamy, przed którą łatwiej było się bronić. Teraz osaczają ich w sieci, skąd dla zdecydowanej większości z nas nie ma ucieczki. Sterują naszymi zachowaniami, wymuszają popyt na swoje towary i usługi. Uzależniają od siebie. I wyciągają z nas w sumie coraz większe pieniądze za coraz tańsze, ale też często gorszej jakości towary.

Prof. Dembinski zauważa, że już w początkowej fazie tworzenia nowego produktu myśli się o tym, żeby jak najszybciej się zestarzał. Żeby konsument musiał kupić nowy, a korporacja odnotowała wzrost produkcji. Przytacza spostrzeżenia zachodnich organizacji konsumenckich, z których wynika, że np. skład pianek do golenia jest tak skomponowany, żeby doprowadzić do jak najszybszego zużycia golarek. Telefony komórkowe tak zaprogramowane, by odmawiać posłuszeństwa po określonej liczbie połączeń. Sprzęt trwałego użytku – samochody, pralki, lodówki, telewizory – ma być coraz mniej trwały, po kilku latach lądować na wysypisku śmieci. Żeby producent cały czas mógł na nim zarabiać, zarabiać, zarabiać. Żeby światowy wzrost gospodarczy cały czas piął się w górę. Przecież znów stoimy na progu recesji.

Dokąd biegniemy w tym coraz szybszym wyścigu za coraz niższą ceną? Stajemy się coraz bogatsi i coraz bardziej sfrustrowani. Stresy, jakich dostarcza nam praca, a jeszcze bardziej jej brak, coraz trudniej będzie rozładować w hipermarkecie. Stąd liczne dziś głosy, żeby ekonomiści przestali terroryzować świat fetyszem wskaźnika PKB, który musi rosnąć, żeby gospodarka nie wpadła w recesję. Żeby go zastąpić jakimś innym wskaźnikiem, mierzącym na przykład poziom zadowolenia społeczeństw. Byłoby pięknie. Tylko najpierw musielibyśmy nauczyć się być szczęśliwi bez pieniędzy. Na razie to nie wychodzi.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

Mały, ciasny, ale własny, czyli historia Fiata 126 p

Andrzej Władyka
2 listopada 2011

Mały, ciasny, ale własny, czyli historia 126 p
O poczęciu malucha

Na przełomie lat 60. i 70. kierowałem turyńskim biurem Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego Pol-Mot. Naszym zadaniem była koordynacja współpracy z Fiatem, rozpoczętej umową licencyjną z 1965 r. na produkcję Polskiego Fiata 125 p. Pierwsze Fiaty zaczęły zjeżdżać z taśmy warszawskiej FSO w 1967 r. Nie były to jednak samochody dla masowego odbiorcy. Auta były dobrem luksusowym. Polacy nie rozumieli, dlaczego nasz kraj musi być skazany na import pojazdów z sąsiednich krajów, gdzie rozwijał się przemysł samochodowy, i na przestarzałe polskie Syrenki bądź też drogie i trudno dostępne duże Fiaty. Pierwszy sekretarz partii Władysław Gomułka był zdecydowanym przeciwnikiem koncepcji masowej motoryzacji. Z bólem zaakceptował zakup licencji Polskiego Fiata 125. Nie godził się jednak na propozycje zgłaszane przez Edwarda Gierka, szefa PZPR w Katowicach, któremu zależało na uruchomieniu masowej produkcji popularnych samochodów na zachodniej licencji. Miały być produkowane oczywiście na Śląsku.

Pewnego lipcowego popołudnia 1970 r. odezwał się w moim turyńskim biurze telefon. Dzwonił Tadeusz Wrzaszczyk, dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego, młody dynamiczny technokrata, marzący o rozwoju przemysłu opartego na nowoczesnych zachodnich technologiach. Poprosił mnie, abym w możliwie najkrótszym terminie zorganizował dla niego w Turynie spotkanie z prezesem Fiata Giovannim Agnellim. Nie ujawnił tematu rozmów, powiedział jedynie, że chodzi o bardzo istotną sprawę dotyczącą rozszerzenia współpracy z Fiatem. Rozmowa ma się odbyć z samym Agnellim, z nikim niżej – dodał stanowczo.

Avvocato – tak we Włoszech nazywano prezesa Fiata – miał okazję spotkać Wrzaszczyka kilkakrotnie w ciągu poprzednich pięciu lat. Znał go jako partnera rzeczowego i odpowiedzialnego. Podczas uruchomienia modelu 125 na Żeraniu Wrzaszczyk zdobył doświadczenie we współpracy z Włochami. Nadzorując realizację tego projektu, przeprowadził jednocześnie gruntowną reorganizację przemysłu motoryzacyjnego, wzorując go na strukturach włoskiego licencjodawcy. Agnelli mógł się domyślać, że jeżeli Polak prosi o osobiste spotkanie, należy go przyjąć. Nie było więc najmniejszego problemu z uzgodnieniem terminu w ciągu kilku najbliższych dni.

Wrzaszczyk przyleciał ze swoim zastępcą Andrzejem Góreckim. Ten były żołnierz Andersa spędził kilka lat we Włoszech, gdzie ukończył politechnikę w Bolonii, i dobrze rozumiał się z Włochami. Cieszył się zaufaniem Wrzaszczyka i odegrał dużą rolę we współpracy z Fiatem. Rozmowa odbyła się na 8 piętrze w siedzibie Fiata na Corso Marconi. Agnellemu towarzyszył dyrektor generalny Niccolò Gioia. Zbliżający się do emerytury Toskańczyk z szerokimi koneksjami we Włoszech, pogodny i dowcipny.

Wrzaszczyk wyłożył cel przyjazdu: Nosimy się z zamiarem podjęcia w Polsce produkcji popularnego, taniego samochodu. W związku z tym postawił dwa pytania: czy Fiat będzie mógł przekazać licencję na jego uruchomienie? I drugie: czy Fiat może zapewnić, że wszystkie wydatki dewizowe, związane z realizacją tej licencji, zostaną skompensowane dostawami samochodów lub wyrobów? Odniosłem wrażenie, że Agnelli miał przygotowaną odpowiedź. Odparł: Na pana pierwsze pytanie moja odpowiedz brzmi – tak (La mia risposta e – si). Na drugie pytanie – tak samo. Zwięźle i bez żadnych warunków. Gioia będzie waszym partnerem i z nim proszę się kontaktować – dodał na zakończenie.

W samolocie, którym wieczorem wracaliśmy do Warszawy, wyjaśnił się powód nagłego spotkania. Za dwa dni Gierek rozpoczyna urlop na Krymie – powiedział Wrzaszczyk – i przed wyjazdem chce znać stanowisko Fiata. Dziś w nocy trzeba napisać sprawozdanie i wysłać jutro rano przez umyślnego do Katowic. Rozmowę z Agnellim proszę zachować w tajemnicy. Wtedy zorientowałem się, że wizyta w Turynie odbyła się na polecenie Gierka i na dodatek za plecami Gomułki (!).

Minęło pół roku. Nadszedł grudzień 1970 r. Upadł Gomułka. Jego miejsce – pierwszego sekretarza KC PZPR – zajął Edward Gierek. W kilka dni później nastąpiły zmiany w rządzie. Nowym ministrem przemysłu maszynowego mianowany został Tadeusz Wrzaszczyk. Pod koniec stycznia zostałem wezwany do ministerstwa na ul. Kruczą. Nowy minister polecił mi, abym przygotował pismo do Agnellego, które on podpisze i które należy natychmiast zawieźć do Turynu. Powołując się na lipcową rozmowę, trzeba zawiadomić, że w najkrótszym czasie chcielibyśmy przystąpić do negocjacji w sprawie licencji na mały samochód. Rzecz była pilna. Gierek orientował się, że wśród wielu spraw, które budzą niezadowolenie społeczeństwa, była niechęć dotychczasowej władzy do motoryzacji kraju. Zamierzał to zmienić.

W Turynie przyjął mnie Gioia. Zapoznał się z treścią listu i potwierdził gotowość Fiata do rozpoczęcia negocjacji. Niebawem utworzone zostały dwa zespoły negocjacyjne. Włoskiemu przewodniczył Ermanno Pedrana, dyrektor ds. współpracy międzynarodowej, polskiemu – wspomniany już Andrzej Górecki, który w międzyczasie został mianowany dyrektorem generalnym Pol-Motu.

Zaczęły się negocjacje. Nie były łatwe. Zazębiały się skomplikowane tematy handlowe, techniczne, finansowe. Wrzaszczyk naciskał na tempo rozmów. Odnieść można było wrażenie, że istniała obawa jakiejś interwencji z zewnątrz, która mogła uniemożliwić sfinalizowanie umowy. Delegacja Fiata przylatywała regularnie swoim odrzutowcem w każdy piątek, przywożąc propozycje i rozwiązania dla tematów z poprzedniego spotkania.

Kluczowymi sprawami był wybór modelu samochodu i warunki rozliczeń. Strona polska nalegała początkowo, aby był to model 127, pięcioosobowy, z silnikiem benzynowym o pojemności 903 ccm. Samochód ten był już produkowany w zakładach Fiata. Utrudniało to jednak znalezienie formuły kompensaty. Alternatywą był model 126 – czteroosobowy, z silnikiem 600 ccm, którego rozpoczęcie produkcji przewidziano we Włoszech na 1972 r. To dawało mu przewagę, gdyż stwarzało możliwość dostaw z Polski do Włoch zespołów mogących stanowić przedmiot rozliczeń. Ale bardziej istotna dla wyboru modelu była cena. Koszty wytwarzania Fiata 127 były wyższe, musiałby kosztować 20–25 proc. więcej niż 126. Edward Gierek kategorycznie rozstrzygnął: wybrał najtańszy model.

Uzgodniono, że spłata licencji zostanie zrealizowana poprzez dostawy wyprodukowanych w nowej fabryce w ciągu pięciu lat: 820 tys. zespołów napędowych (silników ze skrzynią biegów) oraz 50 tys. gotowych Fiatów 126. Wielkość produkcji w Polsce ustalono na 150 tys. samochodów rocznie, lecz szybko podwyższono ją do 200 tys. Produkcja miała się odbywać w zaprojektowanym przez Fiata – przy udziale polskiego Motoprojektu – kompleksie przemysłowym, nazwanym Fabryką Samochodów Małolitrażowych. Obejmował on początkowo fabrykę w Bielsku-Białej (dotychczasową Wytwórnię Sprzętu Mechanicznego) oraz nowy, budowany od podstaw, zakład w Tychach.

Umowę o współpracy technicznej i licencyjnej między Fiat SA a PHZ PM Pol-Mot podpisano w Warszawie 29 października 1971 r. Sygnatariuszami ze strony włoskiej byli dyrektor generalny Fiata Niccolò Gioia oraz dyrektor Pionu Samochodów Osobowych Sergio Palmuzzi, a ze strony polskiej dyrektor generalny Pol-Motu Andrzej Górecki oraz dyrektor handlowy, czyli ja. Wydarzenie odbiło się szerokim echem w zachodnich mediach. Podkreślano m.in. odważną decyzję Fiata, by rozliczano się wyrobami motoryzacyjnymi wytwarzanymi w kraju, którego przemysł ustępował znacząco standardom zachodnim.

Umowa licencyjna była zastrzykiem nowoczesnej technologii – bo taką była niewątpliwie technologia Fiata – dla całego przemysłu motoryzacyjnego. A ponieważ przemysł ten, jak żaden inny, oddziałuje na różne branże, wpływ licencji odczuła cała polska gospodarka. Korzystały z niej inne zakłady przemysłu maszynowego, lecz również gumowego, tworzyw sztucznych, hutniczego i wielu innych. Do Włoch wyjeżdżali technicy z rozsianych po całej Polsce fabryk kooperacyjnych, aby zetknąć się z nowoczesnym przemysłem i jego technologiami.

Rezultatem umowy było wyprodukowanie przez FSM w latach 1973–2000 ponad 3 mln Fiatów 126p; dwie trzecie z nich znalazło się w rękach polskich kierowców. Niemal 900 tys. samochodów trafiło do odbiorców na wymagających rynkach Europy Zachodniej. Przekroczony został znacząco plan wpływów dewizowych. W ciągu kilku lat liczba samochodów osobowych na 1000 mieszkańców Polski wzrosła z 15 do 67.

Październikowa umowa, jak również poprzedzająca ją pięcioletnia współpraca spowodowały, że stosunki między obu partnerami opierały się na dużym zaufaniu i wzajemnej lojalności. Wykraczały one poza kontakty biznesowe. Potwierdzić to miały niebawem fakty.

W drugiej połowie lat 70. fala strajków w Turynie przybrała rozmiary zagrażające kontynuacji produkcji Fiata. Wśród organizacji związkowych, które wysuwały swoje żądania, dominowała komunistyczna CGIL. Agnelli postanowił zapobiec dalszej eskalacji strajków i spotkać się z którymś z przywódców włoskiej partii komunistycznej. Nie chciał jednak, by spotkanie odbyło się we Włoszech, pod nosem wścibskich dziennikarzy. Zwrócił się więc z prośbą do nas, aby kierownictwo PZPR, w ramach swoich kontaktów z włoską partią komunistyczną PCI, ułatwiło przeprowadzenie takiej rozmowy w Polsce. Nasze pośrednictwo okazało się skuteczne i wkrótce doszło do spotkania Agnellego z członkiem biura politycznego włoskiej partii Giancarlo Paiettą. Spacerując przez dwa dni w głuszy mazurskich lasów, obaj panowie szukali kompromisu. Niebawem fala strajków w Turynie zaczęła opadać.

Zgoła inny powód sprowadził do Polski młodszego z braci Agnellich, wiceprezesa koncernu – Umberto. W trakcie wizyty w Polsce przewidziane było spotkanie z Wrzaszczykiem, który awansował na wicepremiera i przewodniczącego Komisji Planowania. Po rozmowie oficjalnej Umberto poprosił zaskoczonego Wrzaszczyka o rozmowę w cztery oczy. Panie premierze – rzekł – macie w Polsce wspaniałego piłkarza, nazywa się Zbigniew Boniek; czy może nam pan pomóc, żeby jak najszybciej znalazł się w naszym klubie? Trzeba tu wspomnieć, że Fiat jest właścicielem jednego z najbardziej znaczących włoskich klubów sportowych – Juventusu, a Umberto Agnelli był wówczas jego prezesem. Sprawa okazała się niełatwa do załatwienia, gdyż na przeszkodzie stały ówczesne przepisy. Mimo to w 1982 r. Boniek, którego we Włoszech nazywano Zibim, zadebiutował w Turynie w barwach Juventusu.

Zdarzył się jednak moment, kiedy i my zwróciliśmy się do Fiata o pomoc, i to w dosyć niezwykłej i poważnej sprawie. Otóż w grudniu 1977 r. Gierek, podczas swojej podróży do Włoch, miał być przyjęty na audiencji przez papieża Pawła VI. Przygotowania odbywały się kanałami dyplomatycznymi, ale chodziło o to, by podjąć je również drogami nieformalnymi. Nasi rzymscy dyplomaci uważali, że trzeba dotrzeć do jednego z największych polityków włoskich, wielokrotnego chadeckiego premiera Giulio Andreottiego. Andreotti, który swoją karierę polityczną zaczynał w 1946 r., cieszył się od lat zaufaniem papieży, również Pawła VI. Jak do niego znaleźć dojście? I tu niezawodny okazał się Fiat.

Wizytę dla Wrzaszczyka załatwił Niccolò Gioia, który znał Andreottiego. Rozmowa odbyła się w zacisznym studio privato włoskiego polityka, nieopodal Montecitorio, siedziby włoskiego parlamentu. Andreotti z uwagą wsłuchiwał się w słowa polskiego wicepremiera, który mówił o stabilizacji politycznej w kraju, będącej zasługą Gierka, i o woli utrzymywania jak najbardziej poprawnych stosunków z Kościołem. Oczekiwano, że wiele z tych słów dotrze dzięki Andreottiemu do papieża przed rozmową w Watykanie. Doszło do niej 1 grudnia 1977 r. (gdyby odbyła się rok później, Gierek nie musiałby już korzystać z pomocy tłumacza).

Umowa licencyjna, podpisana 40 lat temu, okazała się przełomową datą dla polskiego przemysłu motoryzacyjnego. W Tychach powstała największa w Polsce fabryka samochodów. Dziś włoski już Fiat Auto Poland, zdolny produkować 600 tys. samochodów rocznie, należy do liczących się w światowej czołówce fabryk, konkurując z powodzeniem z najlepszymi markami. To największy zakład produkcyjny Fiata. A wszystko zaczęło się od dwukrotnego si, wypowiedzianego przez avvocato w tajnej rozmowie z polską delegacją w lipcu 1970 r.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka