October 31st, 2011

Złotym cielcem stał się trend giełdowy

Złotym cielcem stał się trend giełdowy
Leszek Czarnecki 2011-10-24, ostatnia aktualizacja 2011-10-23 21:43:37.0
Trendów kursów akcji i walut nie kreują specjaliści od finansów, ale najszybsze i najsilniejsze na świecie komputery. Wystarczy mały błąd programisty, by pogrążyć w recesji - i to realnej - całe gospodarki. Nikt mnie nie przekona, że to jest normalne
Nie mam szklanej kuli, nie potrafię wróżyć z fusów, więc nie odpowiem na pytanie: kiedy skończy się ten kryzys? Nie wiem, kiedy przestaniemy zaczynać dzień od sprawdzania, komu dziś obniżono rating, który bank ma problemy i jaki jest kurs franka. Jak każdy przedsiębiorca próbuję jednak zrozumieć istotę kryzysu i sens często zadawanych pytań: czy to koniec kapitalizmu i demokracji? Czy to koniec globalizacji i porządku gospodarczego, jaki znamy?
Podłożem dzisiejszych problemów są trzy niezależne, ale silnie wpływające na siebie zjawiska. Mamy europejski kryzys finansów publicznych. Rządy wielu krajów Unii przez lata wydawały więcej, niż pozwalał im na to budżet, i teraz nie mają już od kogo pożyczać. To wina polityków i ich populistycznych działań.
Skutki nieodpowiedzialnej polityki rozdawnictwa spotęgowane były przez dwa czynniki - znakomity, lecz niedopracowany projekt strefy euro oraz nie do końca rozwiązany kryzys sektora finansowego z 2008 r.
Nieodpowiedzialna polityka, nadmierne zadłużenie, niefrasobliwość w strefie euro oraz największy od lat 30. minionego wieku kryzys finansowy to nieuchronnie zapowiada katastrofę.
Euro do poprawki 
Gdy wprowadzano euro, nie zadbano o wspólną politykę fiskalną i koordynację budżetów państw członkowskich. Europejski Bank Centralny (EBC) nie ma instrumentów gwarantujących stabilność pieniądza, niezbędna jest zatem zmiana traktatu lizbońskiego. Unia walutowa będzie miała sens tylko wtedy, kiedy zadba o wspólną politykę budżetową i fiskalną oraz nadzór nad deficytami państw członkowskich. Musi im też dać możliwość opuszczenia strefy euro lub ogłoszenia bankructwa (prawdopodobnie lepsze rozwiązanie).
Proste recepty niestety mają to do siebie, że bardzo trudno jest je zastosować. 
Traktat lizboński w obecnym kształcie negocjowano wiele lat, a jego nową wersję niektórym państwom jeszcze trudniej będzie zaakceptować. Bez rozwiązania tego problemu nie ma jednak co myśleć o trwałej poprawie sytuacji gospodarczej w Europie.
Niezależnie od reform na szczeblu unijnym, pozostaje kwestia ogromnych długów niektórych krajów członkowskich. Nie jest prawdą, że powstały one w 2008 r., gdy ratowano sektor finansowy. Z pewnością nacjonalizacja i dokapitalizowanie banków na niespotykaną wcześniej skalę obnażyło i spotęgowało problem. Deficyty jednak istniały od lat i cały czas narastały.
Państwo opiekuńcze do lamusa 
To nie jest kryzys systemowy - po prostu wydajemy więcej, niż zarabiamy. Z punktu widzenia budżetu państwa jest wszystko jedno, czy okrada go afrykański watażka, czy też pieniądze są trwonione w ramach państwa opiekuńczego. Wiele krajów europejskich to tak naprawdę kraje socjalistyczne z nadmiernie rozbudowaną pomocą społeczną.
W Grecji pracownicy sektora publicznego mieli wysokie wynagrodzenia i dostawali jeszcze tzw. trzynastki oraz czternastki. W Wielkiej Brytanii 10 proc. PKB stanowiły benefity społeczne wypłacane w gotówce. Portugalia swoim pracownikom fundowała dodatek wakacyjny i bożonarodzeniowy (w wysokości miesięcznej pensji), a "trzynastki" i "czternastki" dostają także emeryci. Taki model państwa chyli się ku upadkowi. 
Konieczne reformy oznaczają radykalne ograniczenie wydatków socjalnych i ryzyko poważnych niepokojów społecznych. To może być zagrożeniem dla demokracji.
Społeczeństwa są nieustannie poddawane na przemian pozytywnym i negatywnym bodźcom. Taka huśtawka nastrojów jest na dłuższą metę nie do zniesienia. Chcemy spokoju, silnego przywódcy, który zrobi porządek. Nietrudno sobie wyobrazić, że w którymś z krajów borykających się z kłopotami gospodarczymi do władzy dojdzie populista. Na fali niezadowolenia ludzie zaczną szukać winnych. Najchętniej wśród określonych grup społecznych lub na zewnątrz kraju, bo przecież nikt nie lubi przyznawać się do własnych porażek.
Nie wiem, jak wprowadzić reformy i cięcia wydatków socjalnych, by nie spowodowały potężnej fali protestów na kontynencie. To pytanie powinni sobie zadać politycy. Niemniej bez niezbędnych reform w każdym kraju członkowskim, redukcji deficytów budżetowych, likwidacji niewiarygodnych czasami przywilejów socjalnych stabilizacja gospodarek nie będzie możliwa.
Podobnie jak w przypadku reform w strefie euro wraca oczywiste stwierdzenie: łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Wciskamy Enter, a potem walczymy z kryzysem 
Ostatnim składnikiem trującej mieszanki kryzysowej są pozostałości kryzysu finansowego z lat 2007-08. Instytucje finansowe straciły setki miliardów dolarów i potrzebują czasu, by te straty odrobić. Osiągnięcie przez banki pełnej zdolności absorpcji swoich długów było możliwe tylko dlatego, że ktoś pożyczył im pieniądze. Miliardy dolarów. Na to stać było tylko poszczególne państwa. Same już nadmiernie zadłużone, by sprostać konieczności ratowania sektora finansowego, zadłużyły się jeszcze bardziej. To nie politycy ponoszą za to winę, lecz zarządzający sektorem finansowym.
Z uwagi na globalny zasięg i skalę oddziaływania instytucji finansowych, które - jak pokazał rok 2008 - mogą wywołać światowy kryzys, ich reforma i zwiększenie bezpieczeństwa działania jest sprawą absolutnie priorytetową. 
Warto zwrócić też uwagę na rzadko dostrzegany problem - coraz szybsze tempo podejmowania decyzji. To, co dziś opuszcza laboratoria, jutro jest już w sklepach na całym świecie. Identycznie funkcjonuje sfera finansów. Maklerzy, naciskając klawisz w komputerze, mogą w ciągu sekundy dokonać inwestycji o wartości setek miliardów dolarów. I nie podlegają żadnej kontroli czy nadzorowi. Świat zwariował.
Szybkość działania wyklucza głębszą refleksję. Decyzje zapadają pod wpływem emocji. Dotyczy to inwestorów nie tylko indywidualnych, ale także instytucjonalnych, którzy dysponują ogromnymi pieniędzmi - oszczędnościami drobnych ciułaczy.
Psychologowie dawno stwierdzili, że ludzie podejmują irracjonalne decyzje inwestycyjne, działając wyłącznie pod wpływem emocji. Moim zdaniem wraz ze wzrostem tempa podejmowania decyzji inwestycyjnej spada jej racjonalność, a rosną emocje. Jak groźne mogą być tego skutki? Jednym naciśnięciem klawisza Enter makler Jérčme Kerviel pozbawił bank Société Générale prawie 5 mld euro. Ponad 2 mld dol. stracił szwajcarski UBS przez swojego maklera Kweku Adobolego. Nie wspominając o "ikonie" tego rankingu, czyli Nicku Leesonie, który doprowadził do upadku najstarszy na świecie inwestycyjny bank Barings.
Szybkie tempo działania ogranicza możliwości sprawdzenia, czy pomysł jest dobry i jakie będą jego skutki. Tak było z ostatnim kryzysem w USA. Dopóki kredyty subprime sprzedawało kilka małych butików inwestycyjnych, nie było zagrożenia. Pojawiło się ono, gdy biznes ten odkryły duże banki, fundusze i towarzystwa ubezpieczeniowe. Zabrakło jednak czasu na zastanowienie się, jakie mogą być tego konsekwencje. Jak to się skończyło - dziś wiemy wszyscy.
Chciwość bankierów 
Presja na szybkość stworzyła najnowszy wynalazek w świecie finansów, czyli high-frequency trading (HFT). Są to całe sekwencje transakcji giełdowych wykonywanych w ułamku sekundy przez program komputerowy. Trendy giełdowe kreowane są przez najszybsze i najsilniejsze na świecie komputery, a nie przez specjalistów od finansów. To one decydują o wysokościach kursów walut, o rynku instrumentów pochodnych i całym rynku Forex. Wystarczy mały błąd programisty, by pogrążyć w recesji - i to realnej, a nie wirtualnej - całe gospodarki. Nikt mnie nie przekona, że jest to normalne i zdrowe działanie gospodarcze.
Negatywne skutki decyzji podejmowanych w szalonym tempie potęgowane są przez chciwość wielu bankierów. Opublikowane po kryzysie dane na temat wynagrodzeń wyższej kadry zarządzającej z Wall Street wywołały szok. W 2007 r. wynosiły one średnio 5,4 mln dol. rocznie, z czego około 95 proc. stanowiły bonusy (w postaci gotówki, akcji lub opcji) zależne od osiągniętego wyniku. Rekordzista - James E. Cayne z amerykańskiego banku Bear Stearns - otrzymał w 2006 r. 38 mln dol. wynagrodzenia, z czego tylko 250 tys. to była stała pensja. 
Na pierwszy rzut oka płacenie za efekty wydawało się logiczne. Niestety instytucja bankowa ma to do siebie, że w większości przypadków ryzyko straty pojawia się wiele lat po zawartej umowie kredytowej czy innej transakcji. Nie można zatem wypłacać ogromnych premii za wyniki osiągnięte w krótkim okresie, gdyż zachęca to do tworzenia niebezpiecznej struktury, którą nazywam up-front bankiem. To taki bank, który z góry wypłaca premię za transakcję, nie znając jej wyniku. Istnieje ogromne ryzyko, że zarząd, otrzymawszy wielomilionowe wynagrodzenie, nie będzie wykazywał staranności o bezpieczeństwo banku w następnych latach. Należy z uznaniem odnotować ostatnie rekomendacje naszej Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie zmian struktury wynagradzania menedżerów bankowych.
Spowolnijmy rzeczywistość 
Może więc warto wrócić do gospodarek i społeczności lokalnych? Myśleć jedynie o sobie, swojej rodzinie i najbliższym otoczeniu? 
Powrót nie jest możliwy. Globalizacja jest faktem, a gospodarka światowa to jedno wielkie naczynie połączone. Odcięcie się oznacza rezygnację z rozwoju gospodarczego oraz osobistego. 
Potrzebujemy mechanizmów spowalniających rozpędzoną rzeczywistość. Musimy wdrożyć narzędzia spełniające funkcje ostrzegawcze, zmuszające do zastanowienia się, zanim wciśniemy klawisz Enter. 
Istnieje duża szansa, że zakładany przez Komisję Europejską podatek od niektórych transakcji finansowych będzie takim narzędziem. Należałoby wprowadzić mechanizmy zniechęcające do wszelkich spekulacji, w szczególności na rynku walutowym i instrumentów pochodnych, co nie oznacza całkowitej ich likwidacji. Nie mogą one natomiast stanowić głównego źródła dochodów firmy.
Wszystkie rozwiązania powinny zmierzać do tego, aby system finansowy znów zaczął pełnić funkcję, do której został stworzony - ma odzwierciedlać transakcje dokonywane w realnej gospodarce. Ludzie zapomnieli, że posiadana akcja jakiejś firmy to potwierdzenie posiadania własności części realnego biznesu. Zanikł etos prawdziwego, odpowiedzialnego właściciela firmy. Złotym cielcem stał się trend giełdowy. Realne dane gospodarcze sprowadzono do roli parametru, który należy wprowadzić do modelu ekonometrycznego, a komputery wyliczą, czy mamy akcje sprzedać, czy kupić. Stąd już blisko do całkowitego oderwania od rzeczywistości. 
Nie ma szans na koniec świata 
Nie wiem, kiedy skończy się kryzys. Wprowadzenie koniecznych reform w poszczególnych krajach i w całej Unii Europejskiej oraz mechanizmów zapobiegających negatywnym skutkom globalizacji wymaga czasu. Kryzys finansowy, a potem gospodarczy nadwerężyły zaufanie społeczeństw do instytucji państwa, organizacji biznesowych, sektora finansowego i do polityków. Spowolnienie gospodarcze na pewno się nie skończy, dopóki nie odzyskamy tego zaufania.
Jak w tych warunkach prowadzić biznes? Jestem przeciwnikiem wieloletnich planów budżetowych. Każda firma, którą budowałem lub kupowałem, musiała przynosić dochód w ciągu roku, maksymalnie dwóch lat. Teraz perspektywa się skraca. Jeżeli chodzi o biznes, trzeba myśleć kilka miesięcy do przodu. Zysk musimy osiągać teraz, a nie w przyszłości. Skoro skrócił się czas podejmowania decyzji inwestycyjnych i nie ma czasu na poprawianie błędów, trzeba więcej energii wkładać w bieżące zarządzanie, a nie w realizację wieloletnich skomplikowanych biznesplanów.
Emocje biorą górę nad rozsądkiem, liderzy biznesowi muszą więc obudzić w sobie wrażliwość. Empatia, umiejętność odczytywania emocji ludzi jest teraz równie ważna, jak zdolność do rozumienia ich potrzeb. Inteligencja emocjonalna jest teraz ważniejsza niż wysoki poziom IQ i członkostwo w Mensie.
Ustalmy ważne dla biznesu wartości, a łatwiej będzie funkcjonować w zwariowanym świecie. Patrzenie na firmę przez pryzmat pieniędzy i bieżącego zysku prowadzi do podejmowania w sekundę decyzji inwestycyjnych, które chwilę później rujnują dorobek życia. Wartością powinna być duma z pracy w firmie i duma innych, że są jej klientami. Tak jak dumni (choć teraz pogrążeni w żałobie) są pracownicy firmy Apple i jej klienci, którzy tłumnie przybywali do Nowego Jorku, by pożegnać Steve'a Jobsa.
Warto też uświadomić sobie, że Europa to 28 proc. światowej gospodarki. Kryzysu nie ma w Azji ani w Ameryce Południowej, a Stany Zjednoczone powoli, ale jednak odbudowują swoją gospodarkę. Chociaż uważamy inaczej, ten kryzys nie jest niczym wyjątkowym. W 1997 r. podobny problem miały azjatyckie tygrysy, rok później w kryzysie pogrążyła się Rosja, a w 2001 r. zbankrutowała Argentyna, co odbiło się na całym regionie. Świat nie skończył się wtedy i z pewnością nie skończy się teraz. 
Leszek Czarnecki (7,576 mld zł)
Na trzecim miejscu w rankingu najbogatszych Polaków.
Niezrażony tym, że dwa lata temu, podczas kryzysu finansowego stracił ponad połowę swojego majątku (z 6,3 mld zł, w 2009 r. spadł do 3,15 mld zł), nadal inwestuje i pomnaża zyski. Posiada 395 mln akcji Getin Holdingu, czyli: Getin Noble Bank, Idea Bank, a także Noble Securities i Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Noble Funds, przez obsługujący finanse sektora medycznego MW Trade, po firmę doradztwa finansowego Open Finance. Getin Holding w ubiegłym roku przyniósł 3,1 mld zł przychodu i 421 mln zł zysku netto.
Leszek Czarnecki (ur. 9 maja 1962 we Wrocławiu) – wrocławski biznesmen, inżynier, doktor ekonomii.
Ukończył Wydział Inżynierii Sanitarnej na Politechnice Wrocławskiej, później obronił doktorat na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu.
Większościowy udziałowiec sześciu spółek notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – Getin Holding, GETIN Noble Bank, Towarzystwo Ubezpieczeń Europa, Towarzystwo Ubezpieczeń Na Życie Europa, LC Corp, MW Trade oraz Open Finance.
Działalność gospodarczą rozpoczął w 1986r, tworząc Przedsiębiorstwo Hydrotechniki i Inżynierii TAN S.A. zajmujące się pracami podwodnymi. Był twórcą i głównym udziałowcem działającego od 1991 r. Europejskiego Funduszu Leasingowego – pierwszej i największej firmy leasingowej w Polsce. Firmę tę sprzedał francuskiemu bankowi Crédit Agricole w 2001 roku za 900 mln zł. Jednocześnie objął stanowisko Prezesa Zarządu w nowopowstałej spółce Credit Agricole Polska Sp. z o.o. – zarządzając spółkami wchodzącymi w skład Grupy Kapitałowej: EFL S.A., Lukas S.A. Lukas Bank, TU Europa S.A., TU Na Życie Europa S.A. oraz Getin Service Provider S.A.
W latach 1993-1995 pełnił funkcję Wiceprzewodniczącego Rady Nadzorczej, a następnie Prezesa Zarządu Polbanku S.A. (GMAC Bank). W latach 1996-1997 oraz od 2011 jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Towarzystwa Ubezpieczeniowego (Na Życie) Europa S.A. z siedzibą we Wrocławiu, a w latach 1997-1999 Prezesem Zarządu TU Europa S.A. i TU Na Życie Europa S.A.
W latach 2002-2003 zajmował stanowisko Prezesa Zarządu i Dyrektora Zarządzającego ds. Leasingu i Ubezpieczeń Credit Agricole Polska S.A. z siedzibą we Wrocławiu. Do końca listopada 2004 Leszek Czarnecki był Prezesem Zarządu Getin Holding S.A., a do maja 2006 r. był Prezesem Zarządu Getin Banku S.A.
Od czerwca 2007 pełnił funkcję Przewodniczącego i członka Rad Nadzorczych spółek zależnych, wchodzących w skład grupy Getin Holding S.A. Od września 2006 do marca 2007 oraz od kwietnia 2008 do dzisiaj pełni funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej Getin Holding S.A oraz LC Corp S.A. Po połączeniu Getin Banku oraz Noble Banku od stycznia 2010 pełni także funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej GETIN Noble Banku S.A. Na przełomie roku 2005 i 2006 za 17,5 mln euro kupił w centrum Wrocławia Poltegor Centre, najwyższy w mieście wieżowiec zbudowany pod koniec lat 70. Na miejscu wyburzonego Poltegoru powstaje Sky Tower. Inwestorem jest spółka LC Corp, należąca do Czarneckiego.
Główny akcjonariusz i współzałożyciel następujących firm:
TAN (sprzedana w 1991 roku)
Europejski Fundusz Leasingowy S.A. (IPO w 2001 roku, sprzedana do CA w 2002 roku)
TU Europa S.A. (IPO w 2000 roku)
TU na życie Europa S.A. (IPO w 2000 roku)
Getin Holding S.A. (IPO w 2001 roku)
Noble Bank S.A., po połączeniu z Getin Bankiem w 2010 roku – GETIN Noble Bank (IPO w 2007 roku)
LC Corp S.A. (IPO w 2007 roku)
Open Finance S.A.
Home Broker S.A.
Tax Care S.A.
Idea Bank
Autor dwóch książek: "Biznes po prostu"[1] oraz "Ryzyko w działalności bankowej. Nowe spojrzenie po kryzysie" wydanych w 2011 roku.
Publikacje
Biznes po prostu
Doświadczenia i przemyślenia autora spisane w formie sugestii i porad w jaki sposób założyć lub prowadzić własny biznes. Pokazuje główne ryzyka w prowadzeniu biznesu. Jest to publikacja będąca podsumowaniem cyklu spotkań ze studentami, które Leszek Czarnecki prowadził od 2009 roku. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza odpowiada na wiele pytań dotyczących rozpoczynania działalności gospodarczej. W części drugiej znajdują się opisy rzeczywistych sytuacji, które stawia przed przedsiębiorcą rynek, a część ostatnia, to wnioski autora związane z zarządzaniem sukcesem.
Ryzyko w działalności bankowej. Nowe spojrzenie po kryzysie
Analiza kryzysu z lat 2007-2008 i pokazanie nowego spojrzenia na ryzyko operacyjne. Autor skupia się na przyczynach politycznych i społecznych i stara się przekazać, że stosowane obecnie sposoby zarządzanie ryzykiem nie są wystarczające. Badając ryzyko w banku skłania się do stosowania entropii, która pozwala na mierzenie poziomu uporządkowania dowolnej struktury.
Wyróżnienia
W roku 1998, Leszek Czarnecki zdobył nagrodę dla jednego z dziesięciu najlepszych menadżerów w Europie Środkowej "The best CEO in Central Europe", przyznaną przez The Wall Street Journal. Również w 1998 r. został laureatem światowego finału konkursu "Young Business Achiever" w Pekinie.
W kwietniu 2004. dziennik The Financial Times z okazji 25-lecia wejścia na rynek ogólnoeuropejski uznał Leszka Czarneckiego za jedną z 25 wschodzących gwiazd europejskiego biznesu, które w najbliższej przyszłości wyznaczać będą kierunki rozwoju rynków finansowych. Na prestiżową listę "FT" Leszek Czarnecki wpisany został jako jedyny Polak.
W październiku 2004 Leszek Czarnecki został Honorowym Członkiem Polskiego Związku Przedsiębiorstw Leasingowych, a w listopadzie znalazł się wśród czterech osób wyróżnionych przez INSEAD – jedną z najlepszych w Europie uczelni biznesowych oraz Ministra Finansów Francji tytułem "Przedsiębiorca Roku z Europy Wschodniej". We wrześniu 2005 Leszek Czarnecki otrzymał prestiżową Nagrodę Lesława A. Pagi – za osiągnięcia i osobisty wkład w rozwój rynku usług finansowych w Polsce.
W rankingu organizowanym przez polską edycję magazynu Forbes, Leszek Czarnecki został wybranym na „Gracza Roku” w latach 2005, 2006 i 2007.
W listopadzie 2009 Leszek Czarnecki został wyróżniony w plebiscycie „Przedsiębiorca Roku” organizowanego przez Ernst & Young nagrodą honorową, za zatrudnianie nowych pracowników w czasie najgorszego kryzysu. W tym samym miesiącu został również mianowanym Przedsiębiorcą XX-lecia w konkursie Puls Biznesu.
Tytuł „Finansista Roku 2009” wg Gazety Finansowej został przyznany w marcu 2010 r[7]. W maju tego samego roku PKPP Lewiatan przekazał Leszkowi Czarneckiemu Nagrodę im. Andrzeja Wierzbickiego za osiągnięty sukces w biznesie oraz za aktywne uczestnictwo w działalności na rzecz środowiska biznesu.
Leszek Czarnecki został uhonorowany specjalnym medalem na XX-lecie Polskiej Izby Ubezpieczeń za długotrwałą współpracę i wspieranie prac samorządu ubezpieczeniowego.
W 2010 r. w rankingu Światowych Miliarderów zajął 721 miejsce z majątkiem szacowanym na 1,4 mld dolarów. W 2008 r. na liście najbogatszych ludzi świata miesięcznika Forbes, z majątkiem szacowanym na 2,6 mld dolarów zajął 446. miejsce, wśród Polaków – awans na 1. miejsce. Wcześniej, w 2006, Forbes plasował go z majątkiem szacowanym na miliard dolarów na 793. miejscu na liście.
Został uznany za „Przedsiębiorcę Roku 2010” w plebiscycie organizowanym przez organizację Pracodawców RP oraz dziennik Puls Biznesu.
W 2011 roku otrzymał wyróżnienie "Business Leader of the Year" przyznawane przez Warsaw Business Journal.
Działalność społeczna
W roku 2009 odbyła się pierwsza edycja „Przedsiębiorczość – inicjatywa Leszka Czarneckiego”, gdzie w debatach organizowanych przez czołowe uczelnie ekonomiczne Leszek Czarnecki dzielił się swoim doświadczeniem i wiedzą ze studentami. W tym samym roku ruszył konkurs „Studiuję, pracuję, zarządzam”, przez który Leszek Czarnecki chce wesprzeć najlepszych młodych przedsiębiorców finansując ich plany biznesowe. Trzecia edycja tego konkursu została zakończona w 2012.
Leszek Czarnecki jest założycielem fundacji Jolanty i Leszka Czarneckich. Fundacja, wtedy pod nazwą LC Heart, zainaugurowała swoją działalność w 2007 r. we Wrocławiu. Leszek Czarnecki przekazał na ten cel 55 mln PLN. Fundacja pomaga dzieciom i młodzieży w wyrównywaniu szans.
Miejsce na liście najbogatszych Polaków tygodnika Wprost
Leszek Czarnecki jest od lat notowany na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”:
2004 r. – miejsce 10 (1,1 mld zł)
2005 r. – miejsce 12 (1,2 mld zł)
2006 r. – miejsce 9 (2 mld zł)
2007 r. – miejsce 4 (4,500 mld zł)
2008 r. – miejsce 3 (6,300 mld zł)
2009 r. – miejsce 5 (3,150 mld zł)
2010 r. – miejsce 3 (4,300 mld zł)
2011 r. – miejsce 3 (7,576 mld zł)
Życie prywatne[edytuj]
Od 2008 jest mężem Jolanty Pieńkowskiej. Posiada również licencję pilota.
Nurkowanie
Jest rekordzistą Polski i świata w nurkowaniu.
Leszek Czarnecki był jednym z najmłodszych instruktorów nurkowania w Polsce. Uprawnienia zdobył mając 22 lata, na początku lat 80. Jego pierwszą firmą było Przedsiębiorstwo Techniki Alpinistyczno-Nurkowej TAN S.A. prowadzące prace podwodne. W latach 1986–1990 pracował jako nurek zawodowy (nurek klasyczny korzystający z ciężkiego sprzętu do wykonywania prac podwodnych). Nurkowanie nadal jest jego pasją. Ma dwa rekordy, jeden polski, drugi świata. We wrześniu 2003 roku, w jaskiniach w Boesmansgat w RPA zszedł na głębokość 194 metrów. Dekompresja trwała 4 godziny 48 minut, przy temperaturze wody 16 stopni. Asystował mu Nuno Gomes, do którego z kolei należą rekordy świata głębokości – na otwartym morzu zanurkował na 318,25 metra, a w jaskiniach na 283 metry. W Meksyku Leszek Czarnecki pobił rekord w najdłuższym nurkowaniu w jaskiniach – w Dos Ojos przepłynął ponad 17 kilometrów podwodnych korytarzy. Było to najdłuższe na świecie nurkowanie jaskiniowe. W 2006 roku nurkował na Biegunie Północnym oraz na atolu Bikini (na którym nurkował 3 razy) – wziął udział w jednej z pierwszych ekspedycji nurkowych, której celem było eksplorowanie leżących tam wraków. W 2007 roku nurkował w jeziorze Bajkał na Syberii, a w 2008 brał udział w wyprawie nurkowej na Antarktydę. W 2010 roku eksplorował wraki w Lagunie Truk w Mikronezji (nurkował tam kilkakrotnie) oraz na Galapagos.
Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz i Wikipedii Polska.

Mario Vargas LLosa - rozmowa z pisarzem


Хо́рхе Ма́рио Пе́дро Ва́ргас Льо́са (исп. Jorge Mario Pedro Vargas Llosa, род. 28 марта 1936АрекипаПеру) — перуано-испанский прозаик и драматург, публицист, политический деятель, лауреат Нобелевской премии по литературе 2010 года


Rozmawiał Artur Domosławski
26 października 2011
Kronika zapomnianych śmierci

"Trzeba bezkompromisowo krytykować nadużycia i okrucieństwa popełniane przez wielkie firmy, ale zasadnicza odpowiedzialność spoczywa na rządach" - mówi laureat literackiej Nagrody Nobla 2010.
Jest 1903 r. Roger Casement, Irlandczyk, konsul w służbie rządu brytyjskiego, jedzie do Konga, by sprawdzić, czy dochodzące stamtąd wieści o popełnianych okrucieństwach są prawdziwe. Wolne Państwo Kongo jest zagłębiem kauczukowym, jego mieszkańcy są zmuszani do niewolniczej pracy, w razie nieposłuszeństwa – okaleczani i bestialsko mordowani. Władzę w Kongu sprawuje Leopold II, król Belgii, któremu na konferencji w Berlinie w 1885 r. mocarstwa europejskie nadały ów afrykański kraj jako własność osobistą. Casement pisze raport o zbrodniach króla Leopolda... Kilka lat później, też jako wysłannik rządu, demaskuje zbrodnie brytyjskiej firmy kauczukowej w Amazonii. Zderzenie ze zbrodniami kolonializmu czyni zeń wroga imperium, dla którego pracował – jest wszak Irlandczykiem, człowiekiem z kraju podbitego przez Brytyjczyków. Angażuje się w przygotowania do antybrytyjskiej rebelii. Pojmany i oskarżony o zdradę, zostaje skazany na śmierć i powieszony. Jednak jego śmierć fizyczną poprzedza śmierć cywilna. Zanim zostanie stracony, staje się obiektem wściekłej kampanii, nie tylko jako zdrajca imperium, lecz także jako homoseksualista i pedofil. Propagandową amunicją, z której wystrzeliło w niego brytyjskie imperium, były dzienniki, w których Casement opisywał swoje przygody seksualne w Kongu i Amazonii. Do dziś trwa spór o ich autentyczność, niektórzy sądzą, że ich część sfałszowali Brytyjczycy.
Kim był w istocie Roger Casement? Dlaczego Mario Vargas Llosa akurat jego uczynił bohaterem swojej powieści? Co w tej zapomnianej postaci sprzed stu lat może być ciekawego i istotnego dla czytelników na początku XXI w.?
Artur Domosławski: – „Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej...” – ta myśl szwedzkiego pisarza Svena Linqvista ma wiele wspólnego z pana powieścią „Marzenie Celta”. Zgodzi się pan?
Mario Vargas Llosa: – Nazizm był tylko jednym z etapów długiej historii ludobójstw i masowych zbrodni. Te, które ukazuję w „Marzeniu Celta”, należą do tych najmniej znanych, otoczone są milczeniem. Ludobójstwo w Kongu było prawdopodobnie pierwszym ludobójstwem XX w.: miliony Kongijczyków – szacunki mówią o 8–10 mln – zmarły w wyniku polityki króla Leopolda II. Był to bez wątpienia jeden z najokrutniejszych systemów kolonialnych, jego celem były zyski, eksploatacja bogactw naturalnych, choć starano się motywy te przysłonić maską modernizacji, chrystianizacji czy postępu, jaki niesie wolny handel. W Amazonii liczba zamordowanych była mniejsza, to tereny mniej zaludnione, ale na pewno można mówić o tysiącach zabitych, a niektóre wspólnoty autochtoniczne w wyniku eksploatacji prowadzonej przez firmy kauczukowe po prostu zniknęły.  Roger Casement zdemaskował te zbrodnie.
Leopold II nie jest wcale uważany za pierwszego ludobójcę, przynajmniej nie wszędzie...
Czasem otacza go wręcz legenda humanisty – i to nie tylko w Belgii. W niektórych książkach historycznych w Europie nadal można przeczytać, że był idealistą, że chciał przynieść Afryce cywilizację... Niestety, tragedia Konga trwa do dziś: to kraj chaosu, wojen, który nigdy nie stworzył nowoczesnych instytucji, nigdy nie miał demokracji. Praprzyczyną jest destrukcja społeczeństwa, jakiej dokonał belgijski kolonializm.
Hitler oddychał europejskim powietrzem, które było nasycone przeświadczeniem, że imperializm to proces nieunikniony i że zgodnie z prawami natury – jak uważano – doprowadzi do zagłady „ras niższych”.
Różnica między Leopoldem II a Hitlerem polega na tym, że Hitler wyznaczył sobie za cel zagładę jednej rasy. Celem Leopolda II była eksploatacja bogactw, nie eksterminacja – ta ostatnia była konsekwencją chciwości, wyzbycia się ludzkich odruchów, braku skrupułów. Stworzono system, w którym człowieka traktowano wyłącznie jako narzędzie. Skutki były jednak takie same: potworne ludobójstwo.
Casement jedzie do Kongo jako idealista, który wierzy w to, że Europejczycy mają szerzyć w Afryce cywilizację, chrześcijaństwo, wolny handel...
W to wierzy cała Europa jego czasów. Wielu ówczesnych młodych z podziwem patrzyło na wielkich kolonizatorów i odkrywców, takich jak dr Livingstone, jak Stanley...
... i zajęło mu parę lat odkrycie, czym w istocie jest kolonializm.
Prawdopodobnie Casement odkrył szybko, że idee kolonializmu opierają się na fałszywej mitologii. Tym, co zajęło mu trochę czasu była radykalna transformacja przekonań w działanie, w osobistą decyzję, że poświęci życie obaleniu wielkiego kłamstwa. Działał z ogromną konsekwencją i odwagą. Jego walka przyniosła efekty: w końcu sami Brytyjczycy stanęli na czelu ruchu, który doprowadził do odebrania Konga Leopoldowi II i zmuszenia go do oddania tej jego osobistej posiadłości państwu. Raport o okrucieństwach w Amazonii doprowadził do jeszcze większego zwycięstwa: upadku wielu kompanii kauczukowych.
Wiedział pan o zbrodniach firm kauczukowych na terenie peruwiańskiej części Amazonii czy odkrył je pan dopiero w czasie pracy nad powieścią?
Na temat Amazonii, powiedzmy, znane były pewne dokumenty...
A szkołach w Peru uczy się o tych zbrodniach?
Zupełnie nie, to wstydliwa, niewygodna część naszej historii. Właściciela Peruvian Amazon Company, Julia C. Aranę, którego można nazwać drobnym ludobójcą, przedstawia się w niektórych książkach jako patriotę, człowieka broniącego kawałka narodowego terytorium, które potem zajęła Kolumbia. Jednak Arana został przynajmniej ukarany. Stracił majątek – a był jednym z najbogatszych ludzi Ameryki Łacińskiego swojej epoki - dożył swoich dni jako mroczny deputowany i człowiek przegrany. To zresztą też postać na powieść, aż dziwne, że nikt jej nie napisał.
A jak pan odkrył Casementa?
Czytając nową biografię Josepha Conrada, pisarza, którego podziwiam, zwłaszcza jego mistrzowskie „Jądro ciemności”. To właśnie Casement był pierwszym człowiekiem, którego Conrad poznał w Kongu. I to on otworzył Conradowi oczy na to, co się tam działo. Wspólnie odbyli rejs w górę rzeki Kongo. Wpływ Casementa był tak przemożny, że w jednym z listów Conrad wyznał, że gdyby nie Casement, nigdy nie napisałby „Jądra ciemności”. Zacząłem szukać informacji o tym tajemniczym człowieku, początkowo bez konkretnego zamiaru. Dowiedziałem się, że przez rok mieszkał w Peru, i że napisał sprawozdanie o zbrodniach kompanii kauczukowych w Amazonii. Potem odkryłem, jak tragiczny był jego koniec... I w ten sposób, szukając kolejnych informacji, nie zdawałem sobie sprawy, że właśnie zacząłem pracę nad powieścią.
Czy to „upowieściowiona“ biografia?
Absolutnie nie. Większość to fikcja. Są w książce postacie całkowicie fikcyjne, są prawdziwe, lecz potraktowane z całkowitą pisarską swobodą. Starałem się jedynie nie wymyślać niczego, co wydawałoby się niemożliwe w ramach ówczesnych realiów. A poza tym, pisanie powieści było wielką przygodą, nie powiem, że przyjemną, bo Kongo, które odwiedziłem to kraj tragiczny, zdewastowany przez wojny, chaos, rozbicie; bardzo przypominający ten, w którym przez 20 lat mieszkał Casement. Jednym z najsmutniejszych doświadczeń było zaś to, że nikt w Kongo o Casemencie nie słyszał. W czasie spotkania z profesorami w Kinszasie tylko jeden jedyny miał mgliste pojęcie kto to taki. Tak samo zresztą jest w Amazonii, dlatego wielkim zaskoczeniem było dla mnie przypadkowe znalezienie w mieście Iquitos uliczki jego imienia.
A jak rodacy Casementa patrzą na niego?
W Irlandii odkryłem, że jest on wprawdzie bohaterem, ale bardzo niewygodnym. To efekt niszczącej jego reputację kampanii Brytyjczyków. Nazwano go zdrajcą, puszczono w obieg dzienniki pełne drastycznych opisów erotycznych. Jeszcze dziś wielu ludzi próbuje przemilczać lub zniekształcać jego historię po to, by móc go podziwiać bez konfliktu z własnym sumieniem. Wszystko to sprawiło, że mój podziw dla Casementa wzrastał. Spojrzałem na niego, jak na prawdziwego bohatera. Nasi bohaterowie są zwykle bajkowi, nieprawdziwi. Zamieniamy ich życie w sztampę, wzór cnoty. Jakby już urodzili się bohaterami, jakbyśmy nie lubili bohaterów uczłowieczonych, którzy dokonują czynów heroicznych, a zarazem są pełni słabości i defektów. Casement popełniał błędy, lecz to one uczłowieczają go w niezwykły sposób.  
Świat nie dowierzał opowieściom o okrucieństwie systemów kolonialnych w Afryce. Dziennikarzy takich jak Edmund Morel czy Saldana Roca opisanych w powieści traktowano jako „fanatyków sprawiedliwości“, którzy wyolbrzymiają okrucieństwa, by uczynić swoje artykuły bardziej atrakcyjnymi...
Traktowano ich jak zdrajców!
... a około 30–40 lat później nie chciał początkowo uwierzyć w zbrodnię Holocaustu. Dziś też popełnia się zbrodnie, w które nie wierzymy lub nie chcemy o nich słyszeć, prawda?
Pamiętajmy jednak, że Europa popełniła potworne zbrodnie – z jednej strony, a z drugiej – jest prawdopodobnie jedyną kulturą zdolną do samokrytyki. Ta samokrytyka towarzyszy Europie niemal od początku historii i pozwala stale się jej odradzać. Weźmy postać Bartolomego de las Casas [hiszpańskiego zakonnika z XVI w.], który bezkompromisowo demaskował zbrodnie konkwistadorów, dokonane na ludach autochtonicznych w Ameryce... De las Casas był Casementem swojej epoki. Sądzę, że dziś nikt już nie usprawiedliwia kolonializmu, powszechna jest świadomość, że to było przedsięwzięcie niosące nadużycia, wyzysk, zniszczenie. Niestety, skutki kolonializmu nie skończyły się wraz z jego upadkiem. Np. w Ameryce Łacińskiej uzyskiwanie niepodległości przez kolejne państwa [na początku XIX wieku] nie przyniosło rozwiązania problemów, które stworzył podbój. Chodzi o kwestie chłopską, indiańską... A minęło 200 lat! Wobec wielu problemów republika okazała się bezradna.
Gdy czyta się „Sen celta“ często odnosi się wrażenie, że opisuje pan współczesność. Gdy Casement przesłuchuje strażników, którzy mordowali Indian w Amazonii, i gdy ci tłumaczą się, że wykonywali rozkazy, natychmiast mamy skojarzenie z nazistami i procesem w Norymberdze. Taki był pana zamiar – byśmy czytali tę opowieść o czasie wcześniejszym poprzez doświadczenia późniejsze?
Oczywiście, że tak! To książka w swoim zamyśle współczesna, której problematyka wprost lub nie wprost jest żywa i aktualna. Sto lat temu Casement dotknął problemów, z którymi nadal się zmagamy.
W powieści pojawia się polemika między Conradem i Casementem. Według Conradowskiego „Jądra ciemności”, Afryka sprawia, że Europejczycy powracają do stanu barbarzyństwa. Casement natomiast zajmuje inne stanowisko: uważa, że to Europejczycy wprowadzili w Afryce zachowania barbarzyńskie. Po której stronie tej polemiki opowiada się Mario Vargas Llosa?
Dostrzegam argumenty za obiema tezami. Niektórzy Belgowie, którzy popełniali okrucieństwa opisane przez Casementa, byli najprawdopodobniej porządnymi obywatelami w Belgii, szanującymi prawo i chodzącymi co niedzielę na mszę do kościoła. Tymczasem, gdy pojechali do Afryki, znaleźli się w świecie, w którym prawo nie istniało, w którym jednym prawem stawała się ich siła, a ona z kolei rodziła w nich niesamowite wręcz poczucie i gwarancję bezkarności. I tak porządni obywatele – jak Kurtz z „Jądra ciemności” – zamieniali się w potwory.
„Wytępić całe to bydło” – powiada Kurtz o „dzikich” Afrykanach...
Gdy spotykają się dwie cywilizacje – silniejsza i słabsza, większa i mniejsza – i jedna z nich nie jest w stanie oprzeć się potędze drugiej, dochodzi do zderzenia, konfliktu. Obserwujemy takie zderzenia również dziś – w Amazonii, w krajach andyjskich. Dla słabszej kultury już sam kontakt z kulturą nowocześniejszą, silniejszą, miejską bywa destrukcyjny. Z kolei, ludzie wychowani dzisiaj w nowoczesnej kulturze miejskiej [w zderzeniu z kulturą autochtoniczną – w Andach czy Amazonii] znajdują się w sytuacji takiej, jak Belgowie w Kongu: trafiają do świata, w którym nie istnieje prawo, gdzie korupcja zniszczyła wszelkie instytucje. Nowoczesne barbarzyństwo wypiera barbarzyństwo prymitywne, wkracza przemoc.
Nasuwa się porównanie wyzysku, jaki praktykowały kompanie kauczukowe w Kongu i Amazonii w czasach Casementa, z dzisiejszą eksploatacją i niszczeniem wspólnot autochtonów, środowiska naturalnego przez koncerny naftowe, np. w Nigerii czy Ekwadorze. „Postęp” polega na tym, że dzisiejsze koncerny nie popełniają takich okrucieństw, jak w epoce Casementa.
Problem nie leży po stronie koncernów. Przedsiębiorstwa są ze swej istoty amoralne, działają w świecie przepisów prawnych, ustanawianych przez rządy. Ta sama firma, która w Anglii czy w Holandii może być wzorem przestrzegania prawa, w Nigerii czy w Ekwadorze – w realiach bezprawia i skorumpowanych rządów, które nie przestrzegają własnych praw – przystosowuje się i wchodzi w korupcyjne układy. Sądzę, że błędem jest krytykowanie koncernów, trzeba krytykować rządy.
A dlaczego nie krytykować i rządów, i koncernów?
Koncerny działają w ramach prawa ustanawianego przez władze polityczne. Jeśli pewne koncerny popełniają nadużycia i łamią prawa człowieka, odpowiedzialność ponoszą skorumpowane, złodziejskie rządy, które na to pozwalają, i których nie obchodzi sprawiedliwość, lecz własne profity. Krytykowanie koncernów i ignorowanie odpowiedzialności rządów to mylenie skutków z przyczynami. Oczywiście, trzeba bezkompromisowo krytykować nadużycia i okrucieństwa popełniane przez wielkie firmy, ale zasadnicza odpowiedzialność spoczywa na rządach.
Kolonializm – jak pan pisze – zrujnował wiele krajów, porzucił je w stanie destrukcji, z której nie mogą podnieść się do dzisiaj. Czy uważa pan, że bogata Północ powinna pomagać zniszczonemu przez kolonializm Południu?
Pierwszy Świat ponosi odpowiedzialność historyczną za kolonializm, ale uważam, że dzisiaj błędem jest obciążanie Pierwszego Świata winą za katastrofalny stan Trzeciego Świata. W większości przypadków winę za ten stan ponoszą rządy krajów Trzeciego Świata. To te rządy stawiały na polityki, których konsekwencje okazały się katastrofą. To przede wszystkim te rządy odpowiadają za korupcję, która jest jedną z głównych przyczyn klęsk ich krajów. Nie bez winy są też społeczeństwa, które wybrały lub popierają takie władze. Przyznanie, że wiele dyktatorskich rządów na świecie cieszy się popularnością, jest trudne, zawstydzające, ale taka niestety jest prawda. Nie wszystkie dyktatury są znienawidzone. Właśnie zabito Kadafiego, a przez ile lat był dyktatorem cieszącym się poparciem! A Stalin? Nie miał poparcia? Mao Zedong, Fidel Castro... Wielu tyranów cieszyło się w pewnym okresie swoich rządów szerokim poparciem społecznym. Napisałem przed laty powieść o dyktaturze Trujillo w Dominikanie [„Święto kozła“], jedym największych monstrów, jakie zna historia – i nawet on był przez znaczny okres swoich rządów popularny w społeczństwie.  Niektóre społeczeństwa abdykują z prawa do sprzeciwu, oporu, rezygnują z wolności. Niemcy należeli przecież do najbardziej oświeconych społeczeństw i nie zdołali oprzeć się demagogowi i gangsterowi, jakim był Hitler.
Co do dyktatur, zgoda. Co do odpowiedzialności Pierwszego Świata – polemika. Bogate kraje Pierwszego Świata nieraz stosują szantaż wobec rządów krajów biednych lub stawiają twarde wymagania: wprowadźcie określone reguły gospodarowania, inaczej nie będzie pomocy. A na tych narzuconych regułach korzystają przecież koncerny z krajów bogatych.
Oczywiście, takie rzeczy mają miejsce. Mnie chodzi o to, że jeśli rząd kraju Trzeciego Świata zrzeka się swojej władzy, zasadnicza część odpowiedzialności za taką decyzję spoczywa na nim. A równocześnie, zrzekając się własnej odpowiedzialności, rządy te zrzucają winę za wszystkie nieszczęścia na imperializm. Krzyczą: – Jankeski imperializm ponosi winę za naszą biedę!
Jakąś winę ponosi.
A złodzieje w naszym rządzie nie ponoszą odpowiedzialności? Zbrodniarze, których wybraliśmy?
Oczywiście też. Cała galeria: Salinas de Gortari w Meksyku, Carlos Menem w Argentynie, Fernando Collor w Brazylii... [wszystkim postawiono zarzuty kryminalne].
Pan Fujimori [prezydent Peru w latach 1990–2000, z którym Vargas Llosa przegrał wyścig o prezydenturę] ukradł 6 mld dol. Wyobraża pan sobie, jaka to suma dla kraju takiego jak Peru? Odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim rządy – mówię tu o krajach, które funkcjonują mniej więcej jako państwa niepodległe, i które same wybierają drogę do katastrofy. Nie wolno zdejmować z nich odpowiedzialności ani za korupcję, ani za nadużycia, ani wyzysk uprawiany przez koncerny, bo to właśnie skorumpowani politycy na to koncernom pozwalają, i dzięki temu się wzbogacają.
Przypadek kolonii jest oczywiście inny, a jeszcze inny jest przypadek dykatur, w których społeczeństwa stawiają opór, wzywają do nakładania sankcji na niedemokratyczne władze. Zawsze surowo krytykowałem demokratyczne państwa, które ze względu na własne interesy ekonomiczne pomagają dyktaturom.
Jako intelektualista od lat definiuje się pan jako liberał...
Zgadza się...
Czy w związku z dzisiejszym kryzysem nie czuje się pan oszukany? Wielu z nas wierzyło w pewien system, drogę rozwoju, wytwarzania bogactwa, którym przyświecała ideologia i frazeologia wolności, pewnego modelu demokracji. Teraz to się zawaliło...
Doszło do nieodpowiedzialnych nadużyć bankierów, ludzi biznesu; do wypaczeń, które są absolutnie nie do przyjęcia. Dokonywano inwestycji o charakterze czysto spekulacyjnym, lekceważąc zasady i naruszając rezerwy, które powinno się trzymać dla zagwarantowania klientom bezpieczeństwa ich lokat. Bankierzy nie tylko naruszyli zasady sprawiedliwości, ale popełnili czyny o charakterze przestępczym, których niestety nie osądzono. Co gorsza – wiele firm ratowano pieniędzmi podatników. Doszliśmy do punktu, w którym widać, że nasz wolny świat – świat demokracji, wolnych i otwartych rynków – znalazł się w głębokim kryzysie moralnym. Tolerowano korupcję, przestępstwa... System pokazał paskudne oblicze i jeśli nie nastąpi głęboka korekta, to na dłuższą lub krótszą metę cały system znajdzie się w stanie zagrożenia. Dlatego uważam, że tak bardzo potrzebna jest krytyka, surowa i stanowcza, która będzie domagała się radykalnej reformy.
Nie wierzę natomiast w to, że należy podważyć cały system. Niektóre dzisiejsze protesty, które u swych źródeł są jak najbardziej prawomocne, zmierzają, niestety, w tym kierunku. Przestępstwa bankierów-złodziei, których należałoby osądzić, nie powinny popychać nas do reaktywowania doktryn, które prowadziły kraje, gdzie je aplikowano, do ruiny i unicestwienia wolności.
Jest jeden kraj, w którym definiuje się pan nadal jako człowiek lewicy i nawet napisał pan o nim książkę...
Izrael.
Dlaczego?
Bo Izrael ma demokratyczną lewicę, inną niż wiele krajów, w których lewica traktuje demokrację jako pułapkę zastawioną po to, żeby można było usprawiedliwiać wyzysk. W Izraelu nawet bardzo radykalna lewica szanuje demokrację, pluralizm, wolność słowa. Walka izraelskiej lewica zawsze miała cechy walki sprawiedliwej, pokojowej, zmierzającej do dialogu z Palestyńczykami, którzy uznawali ideę dwóch państw. Dzisiaj niestety Izrael wpadł w ręce nietolerancyjnej prawicy.
Atakowano pana ostro za krytykę Izraela... [Po napisaniu książki „Izrael – Palestyna: pokój czy święta wojna?“ zarzucano Vargasowi Llosie antysemityzm, a przyjaciel pisarza David Mandel zażądał w liście otwartym, aby zwrócił on Nagrodę Jerozolimską, przyznaną mu w 1995 r. Vargas Llosa nie zwrócił jej i uważa się nadal za przyjaciela Izraela.]
Przez lata polemizowałem z ludźmi lewicy, którzy niesprawiedliwie atakowali Izrael. Uważam jednak, że Izrael można bronić wtedy, kiedy na obronę zasuguje i nie robić tego, kiedy na obronę nie zasługuje. Niestety, w Izraelu rządzi nacjonalistyczna prawica, obciążona mentalnością kolonialną i działająca wobec Palestyńczyków wedle jej reguł.
I tak wróciliśmy do kolonializmu i nacjonalizmu. Doświadczenia Casementa w krajach kolonialnych zaprowadziły go ku postawie antyimperialistycznej – stał się wrogiem imperium brytyjskiego i nacjonalistą irlandzkim. Mówił pan nieraz, że nacjonalizm to jedna z najgorszych rzeczy, jakie stworzyła ludzkość. Jednak nacjonalizmu Casementa nie ocenia pan negatywnie. Są dobre nacjonalizmy?
Nacjonalizmy w swoich początkowych stadiach, kiedy walczą przeciwko władzy kolonialnej, bywają siłą wyzwolicielską. Niestety, kiedy nacjonalizm zdobywa władzę, wypacza się i staje się zawsze siłą niszczącą.
Przypadek nacjonalizmu Casementa jest bardziej złożony. Kiedy Casement uświadamia sobie, że celem rebelii, którą przygotowują jego przyjaciele nacjonaliści w Irlandii, jest produkowanie męczenników, a nie wyzwolenie, decyduje się popłynąć do Irlandii, żeby powstrzymać wybuch powstania.
Buntownicy w Irlandii wierzyli wtedy, że tylko stwarzając męczenników, uczynią sprawę niepodległości sprawą wszystkich Irlandczyków – do tamtej pory stanowili bowiem mniejszość. Casement uznał, że to szaleństwo, które doprowadzi do niepotrzebnej rzezi. To dowodzi, że nacjonalizm nie oślepił go i że był w stanie zachować rozsądek. Wszystko to jednak nie zmienia mojej generalnej oceny nacjonalizmu – jednoznacznie negatywnej. Sądzę, że obok religii, nacjonalizm odpowiada za największe w dziejach rozlewy ludzkiej krwi.
Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka


Studenci wygrali z rektorami

Studenci wygrali z rektorami 
Aleksandra Pezda 2011-10-28, ostatnia aktualizacja 2011-10-27 21:27:37.0
Będą umowy dla studentów dziennych na uczelniach publicznych. Rektorzy podpisali porozumienie z Parlamentem Studentów.
''Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich pozostawia do decyzji rektorów każdej uczelni, kiedy podpiszą umowy ze studentami'' - takie zdanie znalazło się w porozumieniu ze studentami, które wczoraj podpisała przewodnicząca KRASP i rektor Uniwersytetu Warszawskiego Katarzyna Chałasińska-Macukow. W ten sposób KRASP wycofuje się z blokady umów ze studentami studiów stacjonarnych, którą zapowiedziała 14 października. 
- Koniec bojkotu. Teraz będziemy pilnowali, żeby umowy były formułowane poprawnie - mówi Dominika Kita, przewodnicząca Parlamentu Studentów RP. 
Chodzi o umowy cywilnoprawne, w których uczelnie powinny określić, jakie usługi edukacyjne oferują i za ile. Podpisują je obowiązkowo od lat uczelnie niepubliczne oraz te, które mają studia zaoczne i wieczorowe. Od tego roku akademickiego miały obowiązywać też na studiach stacjonarnych - bezpłatnych dla studentów. Wpisała to do ustawy o szkolnictwie wyższym minister nauki Barbara Kudrycka.
- Chodzi o to, aby każdy student już od początku studiów wiedział, jakie opłaty będą go obowiązywały - tłumaczy minister Kudrycka.
Za co można płacić na studiach stacjonarnych? Za powtarzanie roku, kursy specjalistyczne, studia podyplomowe oraz - od stycznia - za drugi kierunek studiów (koszty będzie musiał ponosić nie tylko ten, kto zdecyduje się na więcej niż jeden kierunek, ale i ten, kto nie skończy studiów w najkrótszym terminie albo przeniesie się na inny kierunek).
Jednak rektorzy największych uczelni publicznych skupieni w KRASP postanowili umów nie podpisywać. Jednym z argumentów było zbyt duże obciążenie biurokracją (np. rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego musiałby podpisać jednorazowo ponad 35 tys. umów). Rektorzy przyjęli więc stanowisko, że umowy będą podpisywać, ale tylko ze studentami, którzy już będą musieli za coś uczelni zapłacić (np. kiedy obleją egzamin i będą powtarzać rok). 
O umowy walczył jednak Parlament Studentów wspierany przez minister nauki. Kudrycka napisała do rektorów ostry list: jeśli nie podpiszecie umów, to znaczy, że wycofujecie się z pobierania opłat. 
Na to rektorzy zdobyli opinię prawną, która podtrzymywała ich stanowisko. Po ich stronie byli też eksperci z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. 
Jednak studenci zdobyli przeciwstawną opinię, jednoznacznie wskazującą, że umowy ze studentami uczelnie muszą podpisywać przed rozpoczęciem studiów. Co ciekawe, autorem tej opinii jest prof. Marek Wierzbowski, kierownik Katedry Prawa i Postępowania Administracyjnego UW, a więc podwładny przewodniczącej Konferencji Rektorów. 
Jednocześnie minister Kudrycka przekonała UOKiK do zmiany stanowiska. We wspólnym apelu do rektorów minister wraz z prezes Urzędu Małgorzatą Krasnodębską-Tomkiel piszą: ''Kierując się dobrem studentów i ochroną ich interesów, apelujemy wspólnie do rektorów uczelni wyższych o niezwłoczne zawieranie umów ze studentami studiów stacjonarnych''.
Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Набор заблуждений, который люди договорились считать историей.

Оригинал взят у civil_engineer в Набор заблуждений, который люди договорились считать историей.
Вона как!
В 1936 году был разработан новый сорт колбасы "докторская". Название колбасы объяснялось особой почетной миссией: она предназначалась "для поправки здоровья лиц, пострадавших от произвола царского режима".

Абитуриенту.
Анна Каренина бросилась под поезд на подмосковной станции Обираловка.

Хороший вопрос.
При разработке автомобиля "Победа" планировалось, что название машины будет "Родина". Хозяин спросил: "Ну и почём у нас будет Родина?". Название изменили.

"Визг бежал впереди всех".
Фамилии космонавтов, которые казались советским властям неблагозвучными, изменяли. Болгарину Какалову пришлось стать Ивановым, а поляку Хермашевскому - Гермашевским.

"Ну да, ну да".
Отец Гели Маркизовой, сидящей на руках у Сталина в знаменитом плакате "Спасибо товарищу Сталину за наше счастливое детство!", был расстрелян, а мать вместе с Гелей отправлена в ссылку.

Историческая точность.
Стаханова звали не Алексей - это ошибка передовицы "Правды". А был ли он Александром или Антоном историки точно не знают - что вы хотите, 50 лет прошло.
Collapse )