October 17th, 2011

Towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli pensje amerykańskich prezesów

Towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli pensje amerykańskich prezesów
...

Andrzej Lubowski 2011-10-10, ostatnia aktualizacja 2011-10-10 02:11:27.0

Gdy Grecy protestują przeciwko zaciskaniu pasa, w Ameryce rośnie gniew wobec Wall Street i korporacyjnych bonzów. Zwłaszcza wtedy, gdy ich hojne wynagrodzenia coraz bardziej rozmijają się z wynikami.
Formuła płacy dla prezesa amerykańskiej firmy - przed długi czas okryta tajemnicą - okazuje się prosta. Rady nadzorcze oglądają przeciętne zarobki szefów podobnych firm i mierzą wyżej. Tym sposobem wynagrodzenie automatycznie pnie się w górę niezależnie od wyników spółki.

W psychologii społecznej z grubsza 20 lat temu zakorzenił się termin "Lake Wobegon effect". Pisarz i radiowiec Garrison Keillor w swoim bardzo popularnym w Ameryce programie radiowym opowiada od lat o fikcyjnym miasteczku Lake Wobegon w Minnesocie, gdzie "wszystkie kobiety są silne, wszyscy mężczyźni przystojni, a wszystkie dzieci są powyżej przeciętnych". Podobnie ma się rzecz z prezesami w Ameryce. Kiedy celuje się, aby każdemu zapłacić więcej, niż zarabiają przeciętnie ludzie na podobnych stanowiskach, przeciętna automatycznie wędruje w górę. A wszystko po to, by heros został w stadzie i przypadkiem nie zmienił barw klubowych.

Nazywa się to elegancko i naukowo "peer-benchmarking". Benchmark to "wzorzec". peer - "rówieśnik", "odpowiednik".

Przyjaciele nagradzają królika

Gdy pół roku temu zebrała się rada nadzorcza firmy Amgen, jednego z największych producentów leków na świecie, jej szef nie wyglądał jak kandydat do podwyżki płac. Powody były dość oczywiste. Notowania akcji spadały, zwalniano tysiące ludzi, a Kevin W. Sharer, 63-letni prezes, nie miał powodów do narzekań na wynagrodzenie. Zarabiał rocznie 15 mln dol., a do prywatnej dyspozycji miał dwa samoloty. Tymczasem rada uznała, że należy mu się więcej, i podniosła mu pensję o blisko 40 proc., do 21 mln rocznie. Jeśli podobną filozofię zastosują inne firmy, a zapewne tak się stanie, to średnia znów pójdzie w górę i biedaczysko ponownie dostanie za rok więcej.

Praktyka ta budzi kontrowersje, ale mało która rada uważa, że zarząd jej spółki składa się z ludzi o kwalifikacjach niższych niż przeciętne, bo to jej samej wystawiałoby kiepskie świadectwo. W końcu 2006 r. amerykańska komisja papierów wartościowych (Securities and Exchange Commission) zaczęła wymagać od firm giełdowych, aby ujawniły szczegóły polityki wynagradzania kadry kierowniczej. Z danych, jakie spłynęły od tego czasu i jakimi zajęli się badacze tematu, wynika, że tej właśnie metody ustalania wynagrodzeń używa około 90 proc. dużych firm w USA. Jej powszechność tłumaczy w dużym stopniu, dlaczego rozpiętości płac w Stanach Zjednoczonych sięgają poziomu niewidzianego od czasów Wielkiej Depresji.

Od dekady lat 70. przeciętna płaca prezesa dużej firmy amerykańskiej wzrosła przeszło czterokrotnie w ujęciu realnym, czyli po uwzględnieniu inflacji. W tym samym czasie, jak wynika z danych federalnego Biura Statystyki Pracy, wynagrodzenie przeciętnego szeregowego pracownika (który nie wykonuje żadnych funkcji nadzorczych) spadło w ujęciu realnym o ponad 10 proc.

Zanim na jaw wyszła skala stosowania tej praktyki, krytykowało ją wielu prominentnych polityków i biznesmenów. Legendarny inwestor Warren Buffett naśmiewał się z niej w jednym z listów do akcjonariuszy. Porównywał ją do argumentów, po jakie często sięgają dzieci: "Mamo, ale wszystkie dzieci mają taką zabawkę!".

Praktyka szczodrego obsypywania prezesów coraz bardziej smakowitymi kąskami bierze się po części z faktu, że rady nadzorcze, które z kieszeni akcjonariusza lekką rączką rozdzielają nagrody, składają się w dużym stopniu z przyjaciół królika. W Amgenie na przykład czterech z sześciu członków komitetu wynagrodzeń miało osobiste lub biznesowe stosunki z prezesem, zanim znaleźli się w radzie. Co więcej, dwóch z nich K. Sharer sam do rady nominował. Tego rodzaju bliskie relacje są chlebem powszednim w amerykańskich radach nadzorczych, co utrudnia obiektywną ocenę prezesa. W typowej radzie nadzorczej, jak wynika z badań przeprowadzonych przez profesora Jamesa Westphala z University of Michigan na próbce 350 dużych korporacji, prezes uważa co trzeciego członka rady raczej za "przyjaciela" niż "znajomego".

Niepokoi fakt, że wynagrodzenie jest często kompletnie oderwane od wyników firm. W 2008 roku magazyn "Forbes" wymienił prezesa Amgenu w gronie nadmiernie opłacanych szefów firm. Jak widać, nie na wiele się to zdało. Dużo zależy także od tego, kogo firma uznaje za "rówieśników", z kim chce porównywać swą politykę wynagrodzeń. Zazwyczaj firmy aspirują wysoko i szukają dla porównań firm większych i takich, które płacą lepiej.

Sharer ma trzy domy: "skromny", wart 2 mln dol., w Los Angeles, ranczo w Vail w Kolorado warte 6 mln i dom w Nantucket na wschodnim wybrzeżu, wyceniany na 5 mln.

Znaczna podwyżka jego uposażenia zaprocentuje podwyżkami dla innych, bo 37 innych firm amerykańskich, w tym Wal-Mart, MasterCard i Time-Warner, używa Amgenu dla swoich porównań.

Celebryci na wysokich stołkach

Z grubsza dwie dekady temu kontrola nad zarządzaniem w wielu korporacjach, zwłaszcza technologicznych, zaczęła przechodzić w ręce charyzmatycznych wizjonerów, których cała uwaga skupiła się na tym, aby jak najszybciej i za wszelką cenę wywindować cenę akcji. Po to ich zatrudniano, z tego ich rozliczano. Rekrutacja na szefa zaczęła przypominać werbunek sławnego piłkarza czy koszykarza, który, niczym gwiazda przyciągająca tłumy na areny, miał oczarować inwestorów. Skoro kilkadziesiąt milionów rocznie mógł zarobić as bejsbola, dlaczego nie należy się to komuś, kto napełnia kieszenie akcjonariuszy?

Ta metoda selekcji i nagradzania często przekształcała prezesa w propagandystę. To, co powiedzieć, a czego nie mówić, by przypochlebić się giełdzie, stawało się ważniejsze, niż solidna strategia. Planowanie w dłuższej perspektywie stawało się luksusem. Myślenie o pożytkach za pięć lat miało sens tylko wtedy, gdy nie kłóciło się z jutrzejszymi notowaniami na giełdzie. Szkopuł w tym, że mechanizm ten zdawał się działać tylko w jedną stronę. Wynagrodzenie prezesa Amgenu rosło także wówczas, gdy wartość akcji spadała. Coraz częściej jest to gra o z góry przesądzonym wyniku: "orzeł - ty wygrywasz, reszka - ja przegrywam" - mógłby powiedzieć prezesowi szary akcjonariusz.

Michael Ovitz reprezentował wielkie gwiazdy Hollywoodu, gdy jego przyjaciel, wieloletni szef Disneya, Michael Eisner, zwerbował go na prezydenta imperium Myszki Miki. Rychło się okazało, że Ovitz nie jest tak dobry jak sądzono, a do tego mocno konfliktowy. Doszło więc do w miarę eleganckiego rozwodu. Mniej elegancko zachowali się akcjonariusze koncernu na wiadomość, że Ovitz, który przepracował w firmie wszystkiego 14 miesięcy, i to nie za darmo, dostał 140 mln dol. odprawy, bo taki sobie wynegocjował kontrakt. Pozwali do sądu radę nadzorczą za niedopełnienie statutowych obowiązków nadzoru. Proces się ciągnął, ale skończyło się na strachu. Radzie uszło na sucho. Sąd ostro skrytykował Eisnera za imperialny sposób sprawowania władzy, a kontrowersyjna odprawa dla Ovitza była jednym z powodów, dla których Michael Eisner opuścił fotel prezesa firmy.

Money for nothing

Tak długo, jak akcję pięły się w górę, mało kto zwracał uwagę na pensje i premie szefów firm. Nie dostrzegano konfliktu interesów, bo wyglądało na to, że go nie ma. Inwestorzy, analitycy, banki inwestycyjne, kierownictwo korporacji - wszyscy zacierają ręce, gdy notowania idą w górę. Ale nastroje się zmieniają, gdy giełdę dopadają pesymizm albo panika, gdy inwestorzy dostają po kościach, gdy wielkie firmy stają na krawędzi bankructwa i w desperacji wyciągają ręce do rządu z błaganiem o ratunek, a wkrótce potem prezesi wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie.

W książce pod tytułem "Money for Nothing: How the Failure of Corporate Boards is Ruining American Business and Costing Us Trillions" ("Pieniądze za nic. Jak klapa korporacyjnych rad rujnuje amerykański biznes i kosztuje nas biliony"), John Gillespie, były bankier inwestycyjny w bankach Lehman Brothers, Bearn Stearns i Morgan Stanley, i David Zweig, w przeszłości pracownik Dow Jones i Time Inc., pokazują związek między kryzysem finansowym a systemem funkcjonowania rad nadzorczych. Piszą o towarzystwach wzajemnej adoracji. Z jednej strony rada przyklepuje decyzje zarządu i hojnie rozdziela premie, z drugiej - sami członkowie rad nie mają powodów do narzekań. Za 8 do 12 spotkań w roku często otrzymywali kilkanaście tysięcy dolarów miesięcznie.

W przypadku Lehman Brothers, w okresie 2000-07 komitet rady nadzorczej do spraw ryzyka spotkał się dwa razy. Natomiast cała rada zatwierdziła pensje i premie prezesa firmy Richarda Fulda w łącznej wysokości 484 mln dol. We wrześniu 2008 roku, gdy Fuld oznajmił, że firma straciła w ciągu kwartału 3,8 mld, dodał, że rada "cudownie go wspierała". Cztery dni później Lehman ogłosił bankructwo, które kosztowało akcjonariuszy 45 mld dol. Rick Wagoner, były szef General Motors, chwalił się w 2008 roku silnym poparciem swej rady nadzorczej. Za jego kadencji akcjonariusze stracili 52 mld.

Rosnące rozwarstwienie dochodów nie jest zdrowe dla amerykańskiej demokracji - przekonywał mnie latem 2006 roku Milton Friedman, dodając natychmiast, że jest to zjawisko przejściowe. Przyczyn upatrywał w tym, że szaleńczym zarobkom na Wall Street, eksplozji fortun, czasem zasłużonych, czasem nie, towarzyszył na początku minionej dekady większy niż w przeszłości napływ imigrantów o niskich kwalifikacjach, chwytających się zajęć kiepsko płatnych. Napęczniały, mówił, oba bieguny: superbogatych i superbiednych, i dlatego statystyka pokazuje to, co pokazuje, czyli rosnącą polaryzację dochodów. Wielki ekonomista zmarł jesienią 2006 roku, a rozpiętości znacznie się od tego czasu spotęgowały.

W 1925 roku, na kilka lat przed wielkim krachem na giełdzie nowojorskiej, F. Scott Fitzgerald napisał swą słynną powieść "Wielki Gatsby". To czas legendarnych fortun i przepychu, i czas wielkich różnic w dochodach w społeczeństwie amerykańskim. Druga wojna światowa i przeszło trzy dekady, jakie po niej nadeszły, były okresem względnego wyrównywania dysproporcji - był to dobry czas dla amerykańskiej klasy średniej. Wygląda na to, że czas ten się kończy. Z wykresu powyżej wynika, że rozpiętości w dochodach powróciły do czasów, kiedy tajemniczy Jay Gatsby wydawał pod Nowym Jorkiem ultrawystawne przyjęcia.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Komisarz Karel de Gucht: Za tanio budować się nie da

Komisarz Karel de Gucht: Za tanio budować się nie da
...

zas 2011-10-10, ostatnia aktualizacja 2011-10-10 01:32:17.0

Nie możemy pozwolić chińskim firmom na zdemontowanie naszego systemu socjalnego - mówi unijny komisarz ds. handlu Karel De Gucht.
Rafał Zasuń: Kilka miesięcy temu skrytykował pan Polskę za korzystanie z usług chińskich firm przy inwestycjach infrastrukturalnych. Chodziło o COVEC, który później nie wywiązał się z budowy odcinka autostrady. Ale polski rząd czy samorządy stoją często przed wyborem - czy tę samą inwestycję zbudować taniej, wykorzystując chińską firmę, czy drożej. Czy zatem dawanie kontraktów Chińczykom jest czymś złym?

Karel De Gucht: Musimy sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze, czy europejski rynek jest otwarty na chińskie firmy. Odpowiedź brzmi - owszem, jest. Ale muszą one, tak jak każda inna firma, spełniać unijne wymogi. Po drugie, jeśli firmy z jakiegoś kraju mają swobodę działania w Unii Europejskiej, to powinna być przestrzegana zasada wzajemności w dostępie unijnych firm do rynku tych państw. Po trzecie, powinniśmy unikać sytuacji, w której kraje członkowskie Unii nie zważają na to, czy oferowane ceny dóbr czy usług są dumpingowe, czy nie, bo unijny rynek jest całością.

Ale często słychać argument, że obecność chińskich firm wymusza większą konkurencję.

- Nie mam nic przeciw konkurencji, ale musi być uczciwa. Chińska firma startująca w przetargu powinna przestrzegać tych samych standardów dotyczących np. prawa pracy co europejscy przedsiębiorcy.

Nikt nie stwierdził, że chińskie firmy obecne w Polsce nie przestrzegają tu prawa.

- Ale w przypadku chińskiego konsorcjum COVEC mieliśmy do czynienia ze swoistym dumpingiem, gdyż nie tylko jego oferta bazowała na parametrach centralnie planowanej gospodarki chińskiej, ale - o ile mi wiadomo - aby wygrać przetarg i dostać się na rynek polski, konsorcjum zaoferowało cenę poniżej rzeczywistych kosztów, jakie w trakcie realizacji kontraktu musiało później ponosić w związku ze współpracą z lokalnymi poddostawcami.

Bardzo trudno jest stwierdzić, co jest, a co nie jest dumpingiem.

- Wcale nie tak trudno. Mamy jasne i precyzyjne reguły i około 150 specjalistów w Brukseli, którzy doskonale wiedzą, jak go udowodnić.

Ale w sprawie COVEC-u na polskiej drodze nie wszczęliście żadnej procedury. Zresztą sama obecność tej firmy w przetargach przyniosła interesujące rezultaty. Przetarg na drugą linię metra w Warszawie wygrało konsorcjum, które zaproponowało o 400 mln zł mniej niż COVEC. Ciekawe, ile by chcieli, gdyby Chińczyków nie było?

- Ale dlaczego jako Europejczycy mamy pozwalać, aby chińskie firmy wywierały taką presję na nasze firmy, dlaczego mamy godzić się na podważanie zasad naszej gospodarki rynkowej, naszego systemu socjalnego, pozwalając innym na nieuczciwą konkurencję, dlaczego mamy dać zrujnować nasz własny system?

Problem w tym, że w ofercie Chińczyków nie było nic nielegalnego, bo gdyby było, zostałaby wykluczona z przetargu.

- Nawet jeśli zostały spełnione wymogi formalne, to oferta nie była realistyczna pod względem zaoferowanej ceny usług. Zamawiający, powierzając kontrakt tej firmie, od początku narażał się więc na ryzyko niepowodzenia projektu. Chciałbym przy tej okazji wrócić do pytania, jak traktowane są unijne firmy, jeśli chodzi o zamówienia publiczne na rynku chińskim. Niestety, są tam one na różne sposoby dyskryminowane. Jeśli więc mamy tak trudny dostęp do chińskiego rynku, powinniśmy jako UE mieć możliwość wykorzystania instrumentów, które ułatwiałyby nam negocjacje i skłaniały władze chińskie do stosowania takich samych czy porównywalnych warunków, opartych na zasadach otwartości, przejrzystości i konkurencji w dostępie do swojego rynku zamówień publicznych. Brak wzajemności nie jest uczciwym podejściem w handlu międzynarodowym, gdyż ogranicza możliwości dla biznesu, zwłaszcza w ciężkich czasach kryzysu ekonomicznego. Jestem liberałem i nie popieram ograniczania dostępu do rynku, ale także liberalizm potrzebuje reguł. Nasz otwarty rynek zamówień publicznych jest wart 340 mld euro rocznie. W USA ta kwota wynosi tylko 40 mld euro, w Japonii 30 mld euro. Chiny wciąż negocjują przystąpienie do porozumienia w sprawie zamówień rządowych pod auspicjami Światowej Organizacji Handlu (WTO) regulującego zasady oraz zakres dostępu do rynku zamówień publicznych dla UE i 15 państw spoza Unii, które je podpisały. Przystępując do WTO w 2001 r., Chiny zobowiązały się do podpisania powyższego porozumienia.

A jeśli dzięki obecności chińskich firm polski podatnik może zapłacić mniej?

- To błędne rozumowanie. Nie mam nic przeciwko obecności chińskich firm, pod warunkiem że działają na tych samych zasadach co firmy europejskie i jeśli niższa cena, jaką oferują, wynika z większej efektywności. Ale tak nie jest. Wystarczy wspomnieć choćby metody finansowania chińskich firm przez tamtejsze banki - stopy procentowe poniżej poziomu inflacji, rozmaite dotacje itd. To są nieuczciwe praktyki rynkowe.

Porozmawiajmy o Ukrainie. Jakie są szanse na zakończenie w tym roku negocjacji o strefie wolnego handlu?

- Jesteśmy bardzo blisko zakończenia rokowań nad pogłębioną i kompleksową strefą wolnego handlu, która będzie częścią przyszłej umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z UE. Wierzę, że będziemy mogli ogłosić zakończenie naszych rozmów o wolnym handlu podczas szczytu Unia - Ukraina w grudniu tego roku. Strefa wolnego handlu jest integralną i jedną z najważniejszych części umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z UE. Dlatego też nie będzie możliwe wprowadzenie jej w życie osobno, bez zakończenia negocjacji nad pozostałą, polityczną częścią porozumienia, te zaś się skomplikowały z uwagi na uwięzienie i proces karny byłej premier Ukrainy Julii Tymoszenko i kilku innych przedstawicieli ukraińskiej opozycji.

UE powinna łączyć uzgodnienie strefy wolnego handlu z procesem byłej premier Ukrainy?

- Chciałbym podkreślić, że mówimy tu nie o zwykłej strefie wolnego handlu, w ramach której znosi się cła na import towarów na granicach. To pogłębiona i kompleksowa strefa swobodnej wymiany towarów, usług i kapitału, która przewiduje także zbliżenie prawa ukraińskiego do tego, jakie stosuje się w ramach jednolitego rynku UE. Strefa ta jest integralną częścią bardzo ambitnej oferty Unii dla Ukrainy w formie integracji ekonomicznej i stowarzyszenia politycznego, dlatego jest tu polityczny kontekst. Mogę sobie wyobrazić, że technicznie negocjacje zakończą się, ale jeśli nie znajdzie się satysfakcjonujące rozwiązanie sprawy Tymoszenko, to trudno będzie uzyskać zgodę państw członkowskich na zawarcie umowy o stowarzyszeniu, a jeśli nawet się to stanie, to będzie bardzo trudno ją ratyfikować przez Parlament Europejski i parlamenty państw członkowskich. To prawda, że aby część handlowa mogła wejść w życie w formie tzw. umowy przejściowej, wystarczy jej ratyfikacja przez Parlament Europejski. Biorąc jednak pod uwagę obecny klimat polityczny wokół przestrzegania przez Ukrainę zasad demokracji i poszanowania praw człowieka, trudno sobie wyobrazić, że Parlament ratyfikuje tę umowę albo Komisja przekaże ją do ratyfikacji.

A ilu deputowanych do Parlamentu Europejskiego zna dokładnie sprawę Tymoszenko, wie, o co w niej chodzi, i potrafi ocenić stopień winy byłej premier?

- Praktyka przekuwania odpowiedzialności politycznej ludzi sprawujących władzę w sądowy proces karny jest bardzo niebezpieczna.

Silvio Berlusconi też ma wiele procesów karnych i też twierdzi, że jest ofiarą zemsty politycznej.

- Nie chcę porównywać obu spraw. Mówię o zasadzie, że do decyzji politycznych nie można stosować sądowych procesów karnych i sankcji karnych, chyba że są jasne dowody, że chodzi o korupcję czy działanie w celu przysporzenia osobistych korzyści. Państwo prawa powinno rządzić się jasnymi zasadami i przestrzegać niezawisłości organów sądowniczych.

Ukraiński rząd to rozumie?

- Znają nasze stanowisko. Nie możemy zrezygnować z naszych podstawowych, demokratycznych wartości dla wprowadzenia liberalizacji handlu.

Rozmawiał Rafał Zasuń

Karel De Gucht jest Belgiem. Karierę polityczną zrobił we flamandzkich partiach liberalnych. Był posłem do Parlamentu Europejskiego, ministrem spraw zagranicznych, od 2009 r. komisarzem ds. rozwoju i pomocy humanitarnej. Od lutego 2010 r. jest komisarzem ds. handlu. Wśród dość bezbarwnych i ostrożnych brukselskich komisarzy De Gucht wyróżnia się swobodnym językiem. We wrześniu stwierdził, że z Żydami, nawet o umiarkowanych poglądach, nie można rozmawiać racjonalnie o Bliskim Wschodzie. Ostro zaatakowany przeprosił później za swoją wypowiedź.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Polska skorzysta aż z 5 na 8 projektów energetycznych

Onet.pl Biznes
poniedziałek, 17 października 2011

Polska skorzysta aż z 5 na 8 projektów energetycznych

Wśród ośmiu priorytetowych projektów energetycznych UE, które KE ogłosi w środę, jest pięć połączeń gazowych i elektrycznych, z których skorzysta Polska - wynika z dokumentu, do którego dotarła PAP. Na liście znajduje się m.in. korytarz gazowy Północ-Południe.

Komisja Europejska ma ogłosić projekt rozporządzenia w sprawie nowego funduszu infrastrukturalnego Connecting Europe Facility (CEF) w budżecie UE na lata 2014-20. Z funduszu na siedem lat o łącznej wartości 50 mld euro, 9,1 mld euro przypadnie na projekty integrujące rynek energii w UE tzw. autostrady energetyczne. Polsce zależy na uzyskaniu dofinansowania na takie projekty, ponieważ nasza część Europy jest odizolowana od zachodnich, południowych i północnych sąsiadów.

Na liście ośmiu priorytetowych projektów energetycznych, które wraz z projektem rozporządzenia ma zaproponować KE, znajduje się aż pięć projektów, z których skorzysta Polska.

Pierwszy to projekt korytarza gazowego Północ-Południe: interkonektory mają połączyć region Bałtyku, Adriatyku, Morza Egejskiego i Morza Czarnego. Zdaniem KE, projekt ten przyczyni się do znacznego zwiększenia dywersyfikacji i bezpieczeństwa dostaw. Dzięki realizacji tego korytarza na znaczeniu zyskałby terminal gazu skroplonego LNG w Świnoujściu, z którego - dzięki połączeniom gazowym między krajami - dostawy gazu mogłyby płynąć m.in. do krajów bałtyckich i na południe.

Kolejnym priorytetowym projektem jest korytarz Północ-Południe, tym razem dla przepływu prądu. Przewiduje on modernizację starych i budowę nowych połączeń elektroenergetycznych między krajami Europy środkowej i południowo-wschodniej. Chodzi o to, by wzmocnić sieć energetyczną w tym regionie tak, by można było do niej podłączać źródła odnawialne takie jak farmy wiatrowe i solary. Obecnie sieć jest przestarzała i podatna na przeciążenia. Polska ma też uczestniczyć w integracji sieci elektroenergetycznej krajów bałtyckich, których rynek energetyczny - z powodu braku połączeń z resztą regionów - określany jest jako "samotna wyspa". Kraje bałtyckie mają być zintegrowane z siecią Polski, Danii, Finlandii i Szwecji.

Udział Polski jest też przewidziany w projekcie budowy tzw. południowego korytarza dostaw gazu z regionu Morza Kaspijskiego. To sztandarowy, ale opóźniający się projekt UE, który ma zmniejszyć zależność Europy od dostaw rosyjskiego gazu. Mają w nim brać też udział Austria, Bułgaria, Czechy, Cypr, Francja, Niemcy, Węgry, Grecja, Włochy i Rumunia. Ponadto Polska, Szwecja, Niemcy, Litwa i Łotwa mają połączyć swoje systemy gazownicze, by umożliwić przepływ błękitnego paliwa w obrębie regionu Morza Bałtyckiego.


"Ten pakiet to sztandarowy projekt komisarza ds. energii Guenthera Oettingera, ponieważ będzie przyspieszał realizację wspólnego rynku oraz nadrzędnych projektów" - oceniła biorąca udział w pracach komisji PE ds. badań, przemysłu i energii nad tym projektem, europosłanka Lena Kolarska-Bobińska (PO). Zauważyła, że KE ma ostatnio problemy z realizacją swoich zamierzeń. Jako wstępny sukces oceniła uwzględnienie Polski w aż pięciu na osiem priorytetowych połączeniach, a jako szczególnie ważne oceniła połączenie gazowe z Litwą, a także inne projekty integrujące nowych członków UE ze starą "15".

Zaznaczyła jednak, że o miano priorytetowych będą mogły się starać też inne projekty, niewpisane teraz do dokumentu KE. "Dużo czasu spędziliśmy nad dyskusją o kryteriach, jakie powinny spełnić projekty, by zyskać miano europejskiego" - powiedziała Kolarska-Bobińska. "Już zaczęła się dyskusja (o dopuszczalnych projektach - PAP) i jest przekonanie, że barierą dla rozwoju odnawialnych źródeł energii jest brak sieci przesyłowych, które pozwalały przesyłać energię z OZE między różnymi częściami Europy. Dlatego na pewno będzie tutaj konkurencja między poszczególnymi sieciami" - podsumowała.

Ze środków unijnych rekompensowane będzie do 50, a w wyjątkowych przypadkach do 80 proc. kosztów studiów wykonalności projektu lub innych prac. KE nie sprecyzowała w dokumencie, o jakie prace chodzi. Do tej pory UE dofinansowywała wyłącznie studia wykonywalności energetycznych projektów. Kolarska-Bobińska zaznaczyła, że wielu liczy, iż kluczowe projekty europejskie wpisane w dokument uzyskają dofinansowanie na samą budowę.

W zamierzeniu KE, CEF ma umożliwić realizację nie zawsze rentownych, ale ważnych dla bezpieczeństwa energetycznego połączeń o znaczeniu paneuropejskim. Połączeń takich często nie chcą realizować firmy, nie zawsze też odpowiedni priorytet nadają im państwa członkowskie. KE wyceniła, że do 2020 roku potrzeba aż 200 mld euro na realizację takich inwestycji w całej UE, z czego 100 mld euro powinno pochodzić z rynku. Tymczasem dofinansowanie z funduszu CEF do 2020 roku to niewiele ponad 9 mld euro.

Dlatego KE ma zaproponować wykorzystanie w CEF innowacyjnych instrumentów finansowych, zwiększających możliwości finansowania projektów poprzez tzw. lewarowanie. Unijne granty mogłyby więc uzupełniać np. środki funduszy inwestycyjnych, pożyczki, gwarancje, obligacje emitowane przez instytucje finansowe, w tym przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI).

PAP
Źródło: PAP
Copyright 1996-<!--DATA--> PAP
Copyright 1996-2011 Grupa Onet.pl SA

Сравнение Грузии с Турцией

Оригинал взят у procol_harum в Сравнение Грузии с Турцией
Сегодня наняли такси и отправились из Батуми в первый после грузинской границы турецкий город. Решили посмотреть, как выглядит Турция в этой ее части. Шофер нас заранее предупредил, что уровень жизни в Турции значительно выше, чем в Грузии.

Первый турецкий город – это Хопа. Небольшой город, зажатый между горами и Черными морем. Я уже писал про сонный и пустынный Батуми с его огромным Морским бульваром, на котором никого нет. Писал также о том, что продавцы не замечают входящего покупателя, не встанут, не подойдут, не скажут лишнего слова. В общем, - медузы.

Не то в Турции. В Хопе имеется две узких торговых пешеходных улицы. Это – бурление жизни, торжество «бога торговли», высокая энергетика. Это сплошные магазины с продавцами-МУЖЧИНАМИ (а не посаженными на это место тетеньками), ЗАЗЫВАЮЩИМИ зайти, посмотреть, купить. Нет, не так, чтобы агрессивно и навязчиво, но с полным вниманием и уважением к покупателю. Нам понадобилось купить чемодан на колесиках, так тут же выбежал мужчина, стал предлагать разные чемоданы, и, боясь, что мы передумаем, стал сбрасывать цену. Причем берут оплату в любых деньгах (мы заплатили грузинскими лари).

Узенькие торговые улицы уставлены маленькими столиками, за которыми сидят люди – кто играет в нарды, кто просто беседует, кто пьет чай.

Какое-то буйство жизни!

В городке масса ДЕШЕВЫХ заведений, где можно поесть или выпить чаю. Мы зашли в чайхану, расположенную в большом саду. Нас тут же обслужили, и всё очень дешево, раза в два-три дешевле, чем в Грузии.

И нет никаких «рэдиссонов» и «шератонов», подсвеченных башен и т.п. Зато много интенсивной жизни.

Никаких мусульманских примочек не заметил, женщины ходят одетые по-европейски, с непокрытой головой.

Фотографии и видео будут потом.