October 2nd, 2011

10 najczęstszych problemów wychowawczych małego dziecka


10 najczęstszych problemów wychowawczych małego dziecka
Joanna Rokicka
2011-09-29, ostatnia aktualizacja 2011-09-29 17:54

Twój maluch gryzie, rzuca przedmiotami, wrzeszczy,

ciągnie za włosy i ucieka ilekroć wyjdziecie z domu? Nie martw się, zwykle to normalny etap rozwoju, większość takich zachowań minie zanim pójdzie do przedszkola. Oto przegląd najczęstszych problemów z małymi dziećmi i objaśnienie skąd się biorą.

Napady złości


atak złości

Atak złości jest jak nagła wiosenna burza - dość krótki, ale gwałtowny i pojawia się niespodziewanie.
Dziecko, najczęściej poniżej 3 lat, z błahego powodu potrafi  rzucić się na podłogę, wyje, histeryzuje, krzyczy, młóci na oślep rękami. Nie znaczy to, że wychowujesz tyrana, to efekt frustracji malucha, często językowej. Dziecko wszystko rozumie, ale nie potrafi wyrazić słowami jak się czuje i czego chce więc wpada w szał.

http://www.edziecko.pl/rodzice/56,79361,10380118,10_najczestszych_problemow_wychowawczych_malego_dziecka.html



Darwin był ekonomistą

The New York Times
02-10-2011, 17:01

Darwin był ekonomistą

Kto był większym ekonomistą – Adam Smith czy Karol Darwin? To pytanie wydaje się absurdalne, ponieważ wielki przyrodnik Karol Darwin nigdy nie uważał się za ekonomistę. Jednak jego zrozumienie konkurencji znacznie trafniej odnosi się do gospodarczej rzeczywistości niż prace Smitha. Przewiduję, że w ciągu najbliższych 100 lat większość ekonomistów zacznie uważać Darwina za intelektualnego twórcę ekonomii.

Smith zasłynął jako twórca teorii „niewidocznej ręki”. Według jego współczesnych uczniów to ona zaprzęga nieposkromione siły rynku do działania ku wspólnemu dobru. Darwin, podobnie jak Smith, rozumiał, że interesy jednostki i grupy czasami się pokrywają. Jednak w odróżnieniu od Smitha dostrzegał też, że te interesy często stoją w ostrym konflikcie. Według Darwina w takich przypadkach górę brał interes własny.

Tego rodzaju rozumowanie ilustruje w spektakularny sposób następujący przykład: olbrzymie poroże samca wapiti (z rodziny jeleniowatych) potrafi osiągnąć szerokość ponad metra i wagę niemal 20 kg. Dlaczego jest tak wielkie? Darwin zauważył, że samce wapiti, podobnie jak większość kręgowców, kopulują z więcej niż jedną samicą, jeżeli im się uda. Niektórym się to udaje, podczas gdy inne pozostają w ogóle bez partnerki, przegrywając w walce o przekazanie genów. Dlatego samce wściekle walczą o samice, a pomagają im w tym wykształcone w procesie ewolucji coraz większe poroża. Są one rezultatem tego specyficznego wyścigu zbrojeń.

Z punktu widzenia grupy samcom wapiti łatwiej byłoby uciekać przed wilkami w gęstym leśnym terenie, gdyby ich poroża były mniejsze, ale dowolna jednostka z mniejszymi od innych rogami nigdy nie zdobyłaby samicy.

Wielu dziewiętnastowiecznych darwinistów społecznych błędnie interpretowało przesłanie Darwina uważając, że według niego wszelcy zwycięzcy w walce o przeżycie są moralnie usprawiedliwieni. Ale Darwin w to nie wierzył. Rozumiał, że konkurencja często faworyzowała cechy, które ściągały nieszczęście na całą populację i wiedział, że takie zwierzęta jak samce wapiti nie mogły z tym nic zrobić. Ale ludzie, którym zdarza się stawać wobec podobnych konfliktów, mają lepsze opcje do wyboru.

Gdyby Amerykanie właściwie przekładali jego idee na gospodarczą rzeczywistość, mogliby każdego roku uwalniać zasoby o wartości bilionów dolarów, czyli wystarczająco dużo, aby położyć kres niekończącym się bataliom dotyczącym deficytów budżetowych, odbudować niszczejącą infrastrukturę oraz poczynić inwestycje zapewniające dostatnią przyszłość. Nie wymagałoby to bolesnych poświęceń. Nie zagroziłoby niczyjej wolności. Wystarczyłoby kilka zmian w podatkach.

Ta odważna deklaracja może się kojarzyć z alchemikami, którzy obiecywali zamienić ołów w złoto. Ale jest ona oparta na zdrowej logice i nie dających się obalić dowodach.

Rzadko wspomina się o tym, że polityczne spory w Waszyngtonie często opierają się na fundamentalnym niezrozumieniu tego, jak działa rynek.

Zwolennicy niewidzialnej ręki Smitha argumentują, że gospodarka stanie się bardziej wydajna bez ingerencji rządu. Liberałowie odpowiadają na to, że rynki nie są do końca konkurencyjne, więc potrzebujemy rozległych regulacji rządu, bo inaczej zamożne elity będą mogły wyzyskiwać robotników i konsumentów.

Bliższa lektura dzieł Smitha pokazuje, że był on bliski współczesnym liberałom, przyznając, że działanie w interesie własnym często, lecz nie zawsze przyczynia się do wspólnego dobra, i uważając, że niedostateczna konkurencja niszczy rynek. W „Bogactwie narodów” pisze: „Ludzie tej samej profesji rzadko spotykają się, nawet gwoli wspólnej zabawy, jednak ich rozmowy z reguły kończą się konspirowaniem przeciw społeczeństwu lub pomysłami podniesienia cen”.

Dziś jednak rynki są znacznie bardziej konkurencyjne niż kiedykolwiek wcześniej, ale także o wiele bardziej rozrzutne. Ten pozorny paradoks da się wytłumaczyć, jeśli zrozumiemy, że niepowodzenia rynku wywodzą się z logiki konkurencji. Darwin wiedział, że kiedy interesy jednostki i grupy rozchodzą się, konkurencja nie tylko nie prowadzi do wspólnego dobra, ale aktywnie je podkopuje.

Na współczesnym rynku aż huczy od konfliktów pomiędzy jednostką a grupą. Na przykład, jeżeli jesteś jednym z wielu wykwalifikowanych kandydatów ubiegających się o pracę w bankowości inwestycyjnej, w twoim interesie jest dobrze wyglądać podczas rozmowy o pracę. Ale dobry wygląd jest relatywnym pojęciem. Jeżeli inni kandydaci będą mieć na sobie garnitury za 600 dolarów, ty zrobisz lepsze wrażenie, jeżeli założysz taki za 1200 dolarów.

Kupowanie coraz droższych garniturów jest nieopłacalne dla grupy, bo choć wszyscy kandydaci kupią drogie garnitury, to nie wszyscy dostaną pracę. Jednak z perspektywy każdej jednostki, nie ma powodu, aby oszczędzać na drogim garniturze.

Darwin dostrzegał, że w wieku przypadkach motywacje poszczególnych jednostek często się równoważą, nie przynosząc pożądanych korzyści żadnej z nich: większość rodziców chce zapewnić swoim dzieciom naukę w dobrych szkołach. Ale dobre szkoły znajdują się zwykle w zamożnych dzielnicach, co stwarza problem dla średnio zamożnych rodziców z innych okolic. Chcą oni więc kupić dom w tej lepszej okolicy, gdzie znajduje się szkoła, ale załóżmy, że takich rodziców jest dwukrotnie więcej niż domów, zaczynają więc podbijać ceny. Skutek: udaje im się skutecznie podnieść ceny domów w zamożnej okolicy. Tyle że domów wciąż jest dwukrotnie mniej niż starających się o nie rodzin, więc niezależnie od ceny domu i tak jedynie połowa dzieci pójdzie do dobrej szkoły.

Można wyeliminować znaczną część tego rodzaju strat, wprowadzając stosunkowo proste zmiany w podatkach. Odstąpienie od obecnego progresywnego podatku od dochodów w USA na rzecz bardziej stromego progresywnego podatku od konsumpcji byłoby przypuszczalnie najbardziej produktywną zmianą, jaką można by wprowadzić.

Czym jest progresywny podatek od konsumpcji? Po pierwsze, nie jest podatkiem od sprzedaży, ani podatkiem VAT, bo te podatki są nakładane automatycznie, kiedy ktoś kupuje jakiś produkt lub usługę.

W ramach progresywnego podatku od konsumpcji płatnicy podawaliby w zeznaniach podatkowych wysokość swoich dochodów, tak jak robią to teraz. Podawaliby też wysokość swoich rocznych oszczędności, tak jak robią to teraz na potrzeby zwolnionych od podatku rachunków emerytalnych. Nowy podatek byłby oparty na „podlegającej opodatkowaniu konsumpcji”, czyli różnicy pomiędzy dochodami a rocznymi oszczędnościami, minus standardowe odliczenie w wysokości powiedzmy 30 000 dolarów na czteroosobową rodzinę. Stopa podatku od dodatkowych wydatków wzrastałaby stopniowo wraz z wielkością podlegającej opodatkowaniu konsumpcji.

Ponieważ oszczędności byłyby zwolnione od podatku, osoby, które najwięcej wydają, zaczęłyby więcej oszczędzać, a mniej wydawać na dobra luksusowe, co zaowocowałoby większymi inwestycjami i wzrostem gospodarczym bez potrzeby jakiejkolwiek ingerencji ze strony rządu. Osoby o szczebel niżej także wydawałyby mniej, zachęcone przykładem tych bogatszych - i tak dalej w dół drabiny dochodów. Reasumując, taki podatek złagodziłby kaskadę wydatków, która tak bardzo utrudniła życie rodzinom o średnich dochodach.

Jeżeli wszyscy będą wydawać mniej, to ci najbogatsi wciąż będą mieć największy dom (lub poroże) w okolicy, ale jednocześnie będą mogli robić wiele użytecznych rzeczy. Zaoszczędzone pieniądze pomogą przezwyciężyć obecny impas fiskalny, a także wspomogą naprawy dróg, mostów oraz wiele innych istotnych usprawnień.

W obecnym klimacie gospodarczym jest mało prawdopodobne, aby taki podatek został wprowadzony w niedługim czasie. Szczerze mówiąc, to dobrze, bo w okresie głębokiej gospodarczej zapaści nie warto zniechęcać ludzi do konsumpcji. Ale gdyby taki podatek został zatwierdzony przez amerykański rząd teraz, a wprowadzony w życie w chwili powrotu gospodarki do dobrej kondycji, udałoby nam się złapać dwie sroki za ogon. Taki krok upewniłby ekonomistów obawiających się nadmiernego deficytu, że jesteśmy gotowi na wprowadzenie fiskalnego porządku, a jednocześnie zachęciłby do wydania większej ilości pieniędzy w tym momencie ludzi pragnących uniknąć płacenia podatków od konsumpcji w przyszłości.

Krótko mówiąc, proste spostrzeżenie Darwina wskazuje, że współczesna gospodarka nie tylko jest znacznie mniej wydajna, niż to się wydaje współczesnym zwolennikom Adama Smitha, ale też że stosunkowo łatwo byłoby poprawić jej stan. Ta prosta prawda pewnego dnia stanie się oczywista. Jednak do tego czasu wszyscy będziemy ponosić ogromne koszty nieekonomicznych aspektów procesów związanych z rynkową konkurencją.

The New York Times
Copyright 1996-2011 Grupa Onet.pl SA

Spekulanci to nie wariaci i złodzieje

Spekulanci to nie wariaci i złodzieje
...

Ignacy Morawski, Polski Bank Przedsiębiorczości 2011-09-30, ostatnia aktualizacja 2011-09-29 16:37:59.0

Inwestorzy byli racjonalni, wyprzedając złotego. NBP też zachował się racjonalnie, broniąc go. Rynki nie są jednoznaczne, czarno-białe, a spekulanci to nie są wariaci i złodzieje, którzy umówili się z lożą masońską, że zaatakują rynki wschodzące - pisze dla Wyborcza.biz Ignacy Morawski, ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości.
Profesor Marek Belka, prezes NBP, skądinąd bardzo dobrze spełniający swoją funkcję, wypowiedział kilka dni temu symptomatyczne słowa. Stwierdził w wywiadzie dla Polsat News, że ostatnia interwencja NBP w obronie złotego utrudni spekulantom ich "gry i zabawy". W innym wywiadzie opisał obecne wydarzenia na rynkach finansowych jako "dom wariatów". Belka używa często ciętego języka, ale kłopot w tym, że to, co on zapewne uznaje za celowe przerysowanie, wielu uznaje za prawdziwy obraz rzeczywistości.

Wyprzedaż walut krajów, co do których stabilności można mieć poważne wątpliwości, to rzekomo "dom wariatów'. A kiedy kilka lat temu masowo kupowano waluty i obligacje tych krajów, to był "dom intelektualistów i mędrców"? Wyprzedaż złotego to "gry i zabawy". A kupowanie złotego rok czy dwa lata temu, kiedy rząd swobodnie powiększał dług publiczny, to poważne działania inwestycyjne? Politycy garściami czerpią z dobrodziejstw otwartych i wolnych rynków finansowych, a kiedy tylko rynki tracą zaufanie - okazuje się, że są pełne "wariatów" i "graczy".

Interwencja NBP i BGK na rynku walutowym w obronie złotego była działaniem jak najbardziej usprawiedliwionym, ale tłumaczenie ludziom, że to heroiczna walka z wariatami to najsłabszy punkt całej operacji. Szczególnie zasługi mają tu przedstawiciele rządu. Spójrzmy, co tak naprawdę wydarzyło się w ostatnich tygodniach, bo opis w kategoriach ataku na złotego jest absurdalny. A następnie wyjaśnijmy, kim są spekulanci i co robią.

Rynek racjonalnie potraktował złotego

Osłabienie złotego ok. 10 proc. w ciągu miesiąca zbiegło się z bardzo głęboką rewizją prognoz wzrostu PKB w Polsce i na świecie. Z ostatniego raportu Citigroup wynika, że rewizje prognoz dla Polski były jednymi z najgłębszych, choć rząd nie mówi na ten temat ani słowa. Na świecie zapanował strach, że globalną gospodarkę czeka kryzys równy lub gorszy od tego z lat 2008-09. Ten strach jest częściowo uzasadniony. Jeżeli zaś zrealizuje się czarny scenariusz, to niektóre rynki wschodzące czeka twarde lądowanie i dotyczy to również Polski. Mamy bowiem bardzo słabą sytuację finansów publicznych. W takim scenariuszu kurs EUR/PLN odzwierciedlający fundamenty gospodarki (czyli taki, przy którym gospodarka nie hamuje gwałtownie, a z drugiej strony niewywołujący podwyższonej inflacji) bliższy byłby poziomom 4,7-4,8 zł niż poziomowi 4 zł, jaki utrzymywał się w ciągu wakacji. Pod taki scenariusz niektórzy inwestorzy zaczęli się ustawiać. Czy to było nieracjonalne? Ja jestem pesymistą i gdybym miał teraz duże sumy pieniędzy, obstawiłbym spadki złotego. Może bym przegrał, ale za głupka się nie uznaję.

NBP stwierdził, że ryzyko czarnego scenariusza w globalnej gospodarce nie jest tak wysokie, jak obawiają się niektórzy inwestorzy, i że ustawiającym się pod powtórkę z 2008 r. należy zadać cios. Czemu ten cios służy? Temu, żeby inwestorzy grający pod czarny scenariusz nie doprowadzili do samospełniającej się przepowiedni. Istniało bowiem ryzyko, że spekulanci grający na spadki złotego będą zbyt mocni w stosunku do tego, jakie jest rzeczywiście ryzyko tych spadków. W takiej sytuacji inwestorzy, z których analiz wynika, że kryzys nie będzie głęboki, wycofaliby się z rynku i nie zapewniliby odpowiedniej równowagi. Okresy takich przechyłów na rynku zdarzają się często. Teraz dostrzegamy to bardziej niż kilka lat temu i stąd interwencje banków centralnych cieszą się większym wsparciem ekonomistów akademickich niż przed kryzysem.

Co nam dają spekulanci

Dostrzeganie, że rynek popada w skrajności, nie może jednak prowadzić do konkluzji, że spekulanci to gracze, zabawiacze, wariaci, a może nawet złodzieje. Spekulanci spełniają wiele ważnych i pozytywnych funkcji na rynkach finansowych i choć życie z nimi nie jest łatwe, to życie bez nich byłoby stokroć trudniejsze. Można wskazać na dwie kluczowe funkcje spełniane przez tego typu inwestorów. Po pierwsze, zapewniają płynność na rynku, czyli możliwość szybkiego kupna lub sprzedaży instrumentów finansowych osobom lub firmom, które tego potrzebują. Po drugie, wysyłają sygnały dotyczące fundamentalnych zmian w jakiejś spółce lub na jakimś rynku. Rzadko zdarza się, żeby spekulanci uwzięli się na jakieś aktywa bez fundamentalnej przyczyny. Przyjrzyjmy się tym rolom.


Co do płynności. Wyobraźmy sobie - zupełnie abstrakcyjnie - że pozbywamy się z rynku wszystkich spekulantów. Zbieramy ich na pl. Piłsudskiego, gdzie pod nadzorem Waldemara Pawlaka i Jacka Rostowskiego wszyscy wsiadają do autokarów i jadą na wakacje nad polskie morze. Dzień później kilka dużych państwowych firm musi zrealizować płatności w euro dla swoich zagranicznych kontrahentów. Potrzebują kupić kilkaset milionów euro. Od kogo? Nikt nie chce im sprzedać, bo musi pojawić się firma, która akurat będzie potrzebowała sprzedać kilkaset milionów euro i kupić złote. Może pojawi się jutro, a może za dwa dni. A kontrahenci czekają i naliczają karne odsetki. Nie ma zaś na rynku ludzi, którzy trzymają złote i euro dla samego zarobku. W mediach pojawia się wywiad z Waldemarem Pawlakiem, bo akurat ludzie z PSL zajmują stanowiska w tych spółkach, który stwierdza, że na rynku zabrakło inwestorów i płynności. Aha, tym razem to "inwestorzy" i "płynność", a jeszcze kilka dni wcześniej to byli dranie i złodzieje.

Co do sygnałów cenowych o wymowny przykład pozytywnej roli spekulantów jest dużo łatwiej. Skąd bierze się ostatnia przecena złotego? Czy to wynik gierek i zabaw? Otóż nie. Podobnie jak w 2008 r. rynek jako pierwszy dostrzegł znaczące pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego w Polsce i na całym świecie. Spekulanci nie wyprzedawali polskiej waluty dlatego, bo umówili się np. z Wielką Lożą Masońską, że zaatakują kilka rynków wschodzących, ale dlatego, że w ciągu dwóch miesięcy prognozy wzrostu dla globalnej gospodarki, w tym Polski, zostały zrewidowane gwałtownie w dół. Rząd wesoło zapewnia, że jesteśmy "zieloną wyspą", a rynek krzyczy do ludzi: "To bzdura!". Odczujemy globalne spowolnienie nie mniej niż inne kraje, a może nawet bardziej, bo musimy ostro zacieśniać politykę fiskalną. Gdyby nie wyprzedaż złotego, to media nie informowałyby tak szeroko o kryzysie, a szary obywatel dowiedziałby się, że coś jest źle, jako ostatni. Gdyby nie wyprzedaż złotego, kit o "zielonej wyspie" wciskano by nam do samego końca. Rzeczywiście udało nam się nią być przed dwoma laty, ale głównie za sprawą potężnego wzrostu zadłużenia. Teraz przychodzi czas zapłaty rachunku.

Pod koniec 2008 r. mało wówczas znany inwestor John Paulson zainwestował kilka milionów dolarów w analizy dotyczące amerykańskiego rynku nieruchomości. Konkluzja była jasna - rynek czeka potężny krach. Tyle że wówczas niewiele osób o tym wiedziało. A na pewno nie wiedziały rządy i banki centralne. Paulson zajął krótkie pozycje na obligacjach opartych na hipotekach i zarobił kilka miliardów dolarów. Gdyby takich ludzi jak on w latach 2002-07, kiedy w USA narastała bańka na rynku nieruchomości, było więcej, możliwe, że krach byłby mniej bolesny. Spadki cen wystąpiłyby wcześniej, na rynek wcześniej dotarłyby sygnały, że w jednej ze sfer amerykańskiej gospodarka narastają potężne nierównowagi.

Obecnie na świecie zaczyna się wielka nagonka na spekulantów. Komisja Europejska chce wprowadzić podatek na transakcje finansowe, pojawiają się głosy, żeby utrudnić spekulacje na rynkach surowców. To prawda, że spekulanci często prowadzą do szkodliwych zjawisk. Ale warto pamiętać też o pozytywnych efektach ich działania. Tylko wtedy będzie można dokonać uczciwej oceny wszystkich zysków i strat z ograniczania ich działalności.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Tурция отказалась от газового контракта с Россией

Tурция отказалась от газового контракта с Россией

Министр энергетики Турции Танер Йылдыз заявил, что его страна отказывается от закупок газа, поступающего из России по "западному маршруту". Как сообщает CNN-Turk, это решение министр объяснил тем, что российская сторона не пожелала предоставить туркам скидку на топливо. Информагентство Anatolia, с свою очередь, цитирует слова Йылдыза, подчеркнувшего, что прекращение контракта никак не отразится на турецко-российских отношениях. Контракт, который Турция решила не продлевать, заканчивается в декабре 2011 года.

Турция на протяжении длительного времени безуспешно пыталась добиться снижения цены на российский газ. 29 сентября Йылдыз предупредил, что турецкая сторона намерена отказаться от импорта газа из России.

В настоящее время Турция получает его по двум направлениям: упомянутому западному, через Украину и Болгарию, и по газопроводу "Голубой поток" напрямую из России (газопровод проложен по дну Черного моря). В 2010 году Турция закупила у "Газпрома" 18 миллиардов кубометров газа.
версия для печати
02.10.2011 10:53

http://grani.ru/Politics/Russia/m.191919.html

За пределами Украины работает 6,5 миллиона граждан страны

Lenta.ru: Новости: http://lenta.ru/news/2011/09/30/offcountry/
02.10.2011, воскресенье, 21:50:05

Каждый седьмой украинец оказался гастарбайтером
За пределами Украины работает 6,5 миллиона граждан страны, что составляет более 14 процентов украинского населения, сообщает УНИАН со ссылкой на информационные материалы, распространенные представительством Международной организации по миграции (МОМ) на Украине.

Чаще всего украинцы выбирают для трудовой миграции Россию, Германию, США, Израиль, Чехию, Венгрию и Польшу. При этом из 6,5 миллиона мигрантов 67 процентов составляют мужчины, а 33 процента - женщины.

По данным МОМ, 54 процента украинских мигрантов работают в сфере строительства, а 17 процентов выполняют различные работы по дому. По 9 процентов украинских трудовых мигрантов подвизались в сельскохозяйственном секторе и торговле, а еще 6 процентов - в промышленности.

Самое большое количество граждан выезжает из Закарпатской и Черновицкой областей, а наименьшее - из Киевской, Одесской, Житомирской, Кировоградской, Полтавской и Днепропетровской областей.

По оценке МОМ, главным фактором, который влияет на миграционное поведение жителей разных регионов, является экономическая ситуация на Украине. Среди других факторов, которые стимулируют трудовую миграцию, в МОМ отметили близость к границе с ЕС, а также налаженные миграционные и культурные связи.

Более 59 процентов украинских мигрантов имеют полное среднее образование, а 17 процентов - базовое или неполное высшее образование. 14 процентов имеют высшее образование, однако, независимо от уровня образования, почти все украинские трудовые мигранты работают на работах, которые не нуждаются в высокой квалификации.

В 2011 году журнал Forbes, проанализировав макроэкономические показатели большинства стран мира за последние годы и прогнозы развития до 2012 года, включил Украину в пятерку худших экономик мира. В исследовании было сказано, что Украине мешают развиваться коррупция, плохие государственное управление и судебная система.

Украина больше других стран Европы пострадала от мирового экономического кризиса. В 2009 году ВВП страны упал на 15,1 процента, что стало антирекордом за 15 лет.

В сентябре 2010 года премьер-министр Украины Николай Азаров заявлял, что сложная экономическая ситуация на Украине продлится еще несколько лет.