September 8th, 2011

Jak Polak poprawiał świat i trafił do aresztu

Maciej Pastwa. Nie mam słów na niedzielę
...

Violetta Szostak, Ludmiła Anannikova 2011-09-04, ostatnia aktualizacja 2011-09-01 18:08:36.0

Jak Polak poprawiał świat i trafił do aresztu.
Rozmowa z podróżnikiem


-To było tak, że dziennikarze do mnie dzwonili, a ja mówiłem: "Witam serdecznie, Maciej Pastwa, areszt śledczy w Bangi". Oni na to, że no dobra, ale może poważniej. Wyczułem, że oczekiwali łez.  

Ten mój areszt to był wypadek! Do Afryki zamierzam wrócić! Choć niestety nie do Republiki Środkowoafrykańskiej, bo mam deportację bezterminową, z adnotacją "wątpliwa moralność".

Tak po prostu pojechałeś sam do Afryki, żeby zbudować tam studnię?

- Za swoje pieniądze, ale niezupełnie sam. Zanim wyjechałem, przelałem 11 tysięcy euro - tyle kosztuje studnia głębinowa - na konto Patricii Emiliani, znajomej włoskiej lekarki, która pracuje jako wolontariuszka w Bimbo. To tuż przy Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie ludzie chorują, bo nie mają czystej wody. Po przyjeździe wspólnie z Patricią zamierzałem załatwić wszystko, co potrzebne do budowy studni.

A Patricię poznałem, kiedy w maju jechałem rowerem przez Afrykę śladami podróżnika Kazimierza Nowaka. Pomogła mi, gdy skaleczyłem się w nogę - mała rana, zwykły strup, ale zlekceważyłem i wdał się gronkowiec. Musiałem przerwać podróż i wrócić do Polski, by się podleczyć. Nadal mam nogę rozbabraną, ale postanowiłem, że wracam budować studnię.

Wyjechałeś 27 lipca, a w niedzielę 31 lipca trafiłeś do aresztu. Podobno dlatego, że nie chciałeś dać

8 euro łapówki. I dlatego, że to była niedziela, a ty milczysz w niedzielę. Tak było?

- Było tak: jechałem autobusem do Bangi, przed miastem zatrzymali nas żandarmi i ze wszystkich pasażerów tylko ode mnie zażądali 5 tys. CFA, co stanowi 8 euro. Przedtem też kilka razy chciano pieniędzy, ale za każdym razem pertraktowałem i nie płaciłem. Teraz też odmówiłem, wydawało mi się, że nie powinienem się na to godzić, zresztą nawet wstawił się za mną kierowca. Aczkolwiek to była niedziela, czyli dzień, kiedy praktykuję od lat siedmiu milczenie...

Czyli jak się z nimi porozumiewałeś?

- Na migi. Wiele granic przekraczałem, milcząc. Ale to nie dlatego mnie aresztowali. Nie było właściwie czasu na rozmowę, bo kiedy odmówiłem płacenia, zrewidowali mnie, kazali się odwrócić i zawieźli do aresztu.

Dlaczego milczysz w niedzielę?

- Pożyczyłem to od Gandhiego. On milczał przez jeden dzień w tygodniu i nie odstępował od tej zasady nawet, gdy spotykał się z wicekrólem. Siedem lat temu obejrzałem film, biografię Gandhiego, i wtedy pomyślałem sobie: "Aha!". Generalnie jestem gadułą - jak widać - i taki dzień to dla mnie wyrzeczenie, wyciszenie. Początkowo milczałem w poniedziałek, potem przerzuciłem się na niedzielę.

Wiele razy miałem dylemat, czy przemówić. Na przykład kiedy do Poznania przyjechał Ryszard Kapuściński, żeby odsłonić tablicę upamiętniającą Kazimierza Nowaka, którą ufundowałem na dworcu w Poznaniu. Bo w ogóle cały ten mój areszt i miłość do Afryki to przez Kazimierza Nowaka! Czytałem jego książkę "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" i płakałem. Człowiek spod Poznania, który w latach 30. rowerem przejechał samotnie Afrykę! Pod wrażeniem książki wymyś-liłem tę tablicę, na odsłonięcie udało się zaprosić Ryszarda Kapuścińskiego - to było w sobotę, a w niedzielę wyjeżdżał, miałem go odprowadzić na samolot. Myślę sobie: to jest taki człowiek, że na pewno mnie zrozumie... Pożegnałem pana Ryszarda Kapuścińskiego na migi.

Przez siedem lat nie przemówiłeś w niedzielę ani razu?

- Tak, nie przemówiłem. Postanowiłem sobie, że odezwę się tylko, jeśli będzie zagrożone życie - moje albo kogoś innego. Ale takiej sytuacji nie było.

A kiedy cię aresztowano, to nie była ta sytuacja?

- Jestem przekonany, że gdybym mówił, i tak by to nic pomogło. I nie sądziłem, że za 8 euro wsadzą mnie do aresztu.

Zabrali cię i co dalej?

- Jechałem w obstawie 14 policjantów. Wysyłałem po drodze SMS-y do mojej dziewczyny i znajomych w Polsce, że mnie zabrali i nie wiem, gdzie jadę. Okazało się, że trafiłem do aresztu śledczego w Bangi. Podczas rewizji policjant zabrał mi pieniądze - w sumie 2 tys. euro. Wsadzono mnie do celi z 18 osadzonymi. Wrażenie było duże, bo ja nigdy w areszcie nie siedziałem.

Ludzie w celi mnie otoczyli i chcieli koniecznie, żebym przeczytał napis na ścianie: "Witamy w Guantanamo, łatwo tutaj trafić, ale trudno się wydostać". Ale ponieważ miałem ten dzień milczenia, więc nie przeczytałem. Jeden do mnie podszedł i zdusił mi szczękę, nie bardzo mocno, inni zaraz stanęli w mojej obronie.

Nie odezwałeś się przez cały ten czas?

- Nie. Dopiero następnego dnia. W poniedziałek opowiedziałem im wszystko - że jestem podróżnikiem i jadę wybudować studnię.

Pozwolili mi wyjść z celi, oddali rzeczy, przenieśli na plac, gdzie mogłem spacerować, spanie miałem na powietrzu pod wiatą. Siedzieli tam ze mną ludzie z jakiejś firmy telekomunikacyjnej, nie wiem za co, czekali na wyjaśnienie swojej sprawy już z miesiąc. Mówili mi: "Pamiętaj, tu jest zasada: nie znasz godziny, kiedy cię wypuszczą". Bardzo mi współczuli.

Ale wyglądało to przedziwnie, bo policjanci i aresztowani witali się codziennie jak znajomi, uśmiechali, jakby każdy godził się na to, że robi swoje: jedni siedzą, drudzy pilnują.

Pokazywałem tym moim współaresztantom album o Polsce, bo wiozłem go w plecaku. Każdy z nich miał Biblię. Codziennie o 5 rano i wieczorem, przed snem, modlili się wspólnie. Z podziwem patrzyłem na ich żarliwą wiarę, chociaż od 20 lat jestem ateistą. Dla nich to było przedziwne, że nie wierzę w Boga. Jeden zapytał: "To jak ty sobie tu radzisz?! Ja, gdy jest mi ciężko, rozmawiam z Bogiem". Oni byli pogodni, pogodzeni, dobrze mi było tam z nimi.

Dobrze? Tutaj wydawało się, że jesteś w dramatycznej sytuacji. "Trwa dyplomatyczna walka o uwolnienie Macieja Pastwy" - donosiły media.

- Bo sytuacja się skomplikowała. Okazało się, że brakuje 1,5 tys. euro z tych pieniędzy, które policjanci zabrali mi przy rewizji. Wszczęto śledztwo, sprawa trafiła gdzieś wyżej. Podobno prezydent był zły z powodu międzynarodowego rozgłosu. Pertraktacje trwały, a ja siedziałem. W sobotę powiedziano mi, że pojadę do jakiegoś ministra. OK! Założyłem najlepsze spodnie. Ale ci moi internowani przyjaciele mówili: "Trzymaj się, nie daj się".

Okazało się, że przewieziono mnie 10 minut drogi dalej - do innego aresztu. I tamto miejsce było faktycznie przerażające, jacyś komandosi z kałasznikowami, część z nich pijana, po osiem osób w celi - ani wody, ani toalety, wiadro pełne moczu, zapleśniałe maty na ziemi. Ja mam uszkodzony węch, ale czułem smród koszmarny. Chcieli mnie tam wsadzić, ale ostatecznie pozwolili spać w biurze. W niedzielę postawili człowieka na środku placu - jeden bił go kijem po pośladkach, a drugi po łydkach. Zastanawiałem się, czy to nie jest zrobione specjalnie pode mnie, bo przyciągnęli tego człowieka niemal pod moje nogi. W końcu w poniedziałek przeniesiono mnie do celi przy biurze emigracyjnym. Dowiedziałem się, że będę deportowany.

Przez cały ten czas nie czułem lęku, dopóki nie zaczęli mi mówić: „Słuchaj, ty nie możesz jechać dalej, do Kinszasy, bo jesteś w niebezpieczeństwie, może ciągnąć się za tobą »ogon zemsty «”.

Kto ci o tym powiedział?

- Ludzie z polskiego i kanadyjskiego konsulatu, że lepiej, żebym już do Konga nie jechał, bo mnie tam mogą aresztować. Ja bym na to nie wpadł w ogóle!

Bo chciałeś pojechać dalej budować szkołę w Kongu.

- Tak, razem z Fundacją im. Kazimierza Nowaka biorę udział w projekcie rozbudowy szkoły. Ale muszę teraz zrezygnować, musi sprawa ucichnąć, wtedy wrócę w inny rejon Afryki i będę kontynuować moją działalność podróżniczą i charytatywną.

Bo do podróży jeszcze się nie zniechęciłeś.

- Tak jest! Powtarzam to wszędzie: codziennie zdarzają się wypadki samochodowe, ale czy to znaczy, że przestaniemy jeździć samochodami? Człowiek podróżujący musi się liczyć z wypadkami. A Afryka jest wspaniała!

Sztafeta śladami Kazimierza Nowaka trwa już dwa lata i nikomu nic się nie stało. Tak jak on jedziemy rowerami przez całą Afrykę - w 20 etapach brało już udział kilkadziesiąt osób.

Ja jechałem przez Republikę Konga i Republikę Środkowoafrykańską i całe wioski nas tam witały. Gdy spotykaliśmy samotnego człowieka, widziałem, że na nasz widok kamieniał, ale wołałem: "Bonjour!". I ulga na jego twarzy, śmiał się: "Bonjour!".

Albo: wjeżdżam do wioski i robię coś takiego... (Maciej Pastwa podskakuje i trzęsie ramionami). Widzicie! Wy macie poważne miny, a tam wszyscy się śmieją. I już jest kontakt!

Zrobiłem tam 2000 km rowerem, codziennie spałem u obcych ludzi i nie doznałem żadnej krzywdy. Szliśmy do szefa wioski i mówiliśmy, że chcemy się przespać, a on otwierał nam drzwi swojego domu! Czy ktoś z nas w Polsce przyjmie tak obcych pod swój dach?

Większość ludzi, których tam spotykałem, było wspaniałych. Groźni są ci, którzy mają tam władzę, jak u nas za komuny - i to już teraz wiem. Padłem ich ofiarą, no i miałem pecha.

A może nie doszłoby do wypadku, gdybyś przygotował się lepiej? Załatwił wcześniej pozwolenia, specjalną wizę, przewodnika?

- Może nie byłem do końca ostrożny i świadomy. Ale nie chcę działać jak organizacje charytatywne, jestem podróżnikiem. Organizacje muszą się zabezpieczać na wszelkie sposoby, bo odpowiadają za swoich pracowników. Ja jestem pogodzony z tym, że coś może mi się stać. Już dawno napisałem testament. Jeśli zginę podczas podróży w Afryce, chcę być tam pochowany. Co nie znaczy, że będę robił wszystko na wariackich papierach. Po prostu jestem świadomy, że podejmuję ryzyko. Tak samo jak ludzie, którzy chodzą po górach.

Wszyscy pytają, czy dałbyś teraz to 8 euro.

- Pewnie tak! Choć to wbrew moim zasadom. Ale tylu ludzi się zaangażowało w wyciągnięcie mnie z aresztu, mam wyrzuty sumienia z tego powodu. No i straciłem podróż! Bo chciałem być tam sześć miesięcy, a wróciłem po dwóch tygodniach.

Ale w dniu, kiedy wychodziłem z aresztu, odwiedziła mnie włoska lekarka i powiedziała, że ta moja studnia zostanie wybudowana. Na terenie domu dziecka i szpitala w Bimbo.

Studnia to projekt nr 10 - piszesz na swojej stronie internetowej. Opowiedz o innych. Co zrobiłeś w Ekwadorze?

- Podróżując ze znajomymi, odwiedziliśmy park narodowy Cajas i dwa razy tam zabłądziliśmy. Non stop tam ludzie błądzą, nawet miejscowi, bo park jest gigantyczny i nie ma żadnych oznaczeń.

I sobie myślę: jak ja bym tutaj wrócił i wymalował szlaki... Ile taka farba może kosztować? Ze 100 dolarów? Po sześciu miesiącach wróciłem, zadzwoniłem do administracji parku, powiedziałem: "Dzień dobry, Maciej Pastwa z Polski, chciałbym wam szlaki wymalować".

Co oni na to?

- Spotkali się ze mną, dali książki o parku narodowym, powiedzieli, że doceniają inicjatywę, ale muszą się zastanowić.

Wynająłem więc pokój w tanim hotelu, leżę, czekam i myślę: muszę ich jakoś zachęcić do siebie. I wpadłem na pomysł, że będę im sprzątał.

Sprzątał? Gdzie?

- W parku. Poszedłem do nich i mówię: "Wiecie co, wy się zastanawiajcie, a ja będę wam sprzątał ten park". Codziennie rano przyjeżdżałem, kupowałem bilet wstępu za 10 dolarów, chodziłem po parku i zbierałem do plecaka śmieci.

I pewnie mimo to by mi odmówiono, ale akurat w tym czasie zaginęło w parku kolejnych pięć osób - miejscowi chłopcy poszli na ryby, w złą ścieżkę skręcili. To było w niedzielę, w poniedziałek pozwolili mi malować szlaki. Przede mną szedł inny wolontariusz z GPS, wytyczał szlak, a ja za nim z kubełkiem farby i malowałem.

Ile czasu malowałeś?

- Sześć tygodni. Dzień w dzień o 6 rano pobudka i do pracy. Kupiłem potem jeszcze impregnowane drewno i kilka metrów metalowych rur, zrobiłem 21 znaków, na których wygrawerowałem opisy szlaku. Dzięki mojej sugestii wydano też nową mapę parku. Przepraszam, że się tak chwalę.

Postanowiłeś też posprzątać w Peru?

- To było tak: z Ekwadoru pojechałem do Kolumbii i Wenezueli, potem przez Brazylię do Peru. I tu też: płynę w Peru tą Amazonką, staje prom, patrzę - dookoła śmieci! Osiem miesięcy później przywiozłem 500 nalepek, które przygotowałem w Polsce - takie wlepki z informacją, żeby nie wyrzucać śmieci do Amazonki i ile lat potrzeba do rozkładu butelki plastikowej. Oblepiłem nimi ponad 80 promów - oczywiście za zgodą właścicieli, którym każdorazowo tłumaczyłem sens mojej akcji. Rozdałem im też 2 tysiące worków na śmieci, które zakupiłem w Limie.

Jak reagowali na to, że Maciej Pastwa z Polski przychodzi i wręcza im worki na śmieci?

- Nikt nie odmówił. W Pucallpa udało mi się wziąć udział w obradach rady miasta, przedstawiłem tam mój projekt i został zaakceptowany.

Podobno zorganizowałeś też setkę wolontariuszy do sprzątania rzeki.

- To już było w porcie w Iquitos. Ruszyłem tam w pięciodniową podróż promem i zaobserwowałem, że większość śmieci nadal ląduje w rzece, worki foliowe pojawiły się dopiero po mojej interwencji! Postanowiłem więc zadziałać inaczej. Dzień po przybyciu do Iquitos udałem się do władz miasta i zaproponowałem, że zorganizuję akcję oczyszczania portu. Zgodzili się i udało nam się wspólnie zorganizować stu wolontariuszy. Posprzątaliśmy port. Władze zobowiązały się, że wywiozą śmieci, które pozbieraliśmy, czekałem trzy dni i nic. Ja już musiałem wyjeżdżać i bałem się, że te worki ze śmieciami tam zostaną. Zaniosłem je więc pod urząd.

Nie aresztowali cię?

- Nie, ale zrobiła się z tego afera, media, podejrzenia, że ktoś za mną stoi. A ja po prostu chciałem, by dotrzymali umowy. I okazało się, że po kilku godzinach znalazł się samochód, wywieziono śmieci spod urzędu na wysypisko.

Co robisz, kiedy nie podróżujesz? Gdzie pracujesz?

- Mam dom w Poznaniu, wynajmuję go i z tego się utrzymuję. Przez kilkanaście lat pracowałem w rodzinnej firmie - mój tata był wykładowcą na politechnice, a potem założył hurtownię okuć budowlanych. Jestem udziałowcem firmy. Kiedy dostałem dywidendę, postanowiłem przeznaczyć ją na budowę studni.

Zamiast kupić sobie np. nowe auto?

- Jeżdżę 20-letnim mercedesem pełnym rdzy. Nie muszę się denerwować, że mi go ukradną. Mam kupić aparat za 3 tys. zł, to myślę sobie: po co, jeżeli zdjęcia w miarę dobre zrobię takim za 500 zł?

Rodzina akceptuje twój sposób wydawania dywidend?

- Żony nie mam. Rodzice na początku nie rozumieli moich projektów i podróży, dziś wspierają mnie.

Ja od początku byłem inny, jestem dyslektykiem i dysgrafikiem, miałem problemy z nauką, więc poszedłem do zawodówki, nosiłem długie włosy, słuchałem za głośno muzyki, kiedy miałem 18 lat, wyprowadziłem się z tego powodu z domu i zamieszkałem w altance na działce. A w 1986 roku emigrowałem przez Grecję do Kanady.

Jak emigrowałeś do Kanady?

- Poprosiłem rodziców, żeby wykupili mi najtańszą wycieczkę do Grecji. Z Salonik pojechałem autostopem do Aten, bo gdzieś usłyszałem, że można tam załatwić wyjazd do Ameryki. Chodziłem i pytałem wszystkich: "Emigration? Ameryka? Kanada?". W końcu podszedł do mnie koleś i pyta: "Ty, z Polski jesteś?". Zaprowadził mnie do firmy, która pomagała w emigracji. I wyjechałem.

Przez pierwszy rok rząd kanadyjski opłacał mi tam mieszkanie, wyżywienie, zajęcia z angielskiego. Dali nawet pościel i buty. Później znalazłem pracę w stolarni. A kiedy straciłem pracę, pomyślałem sobie: OK, jestem wolny! I pojechałem z kolegą w podróż po Kanadzie i Stanach.

Do Polski kiedy wróciłeś?

- W 1991 r., miałem już obywatelstwo kanadyjskie, ale pomyślałem, że nic tam po mnie, gdy w Polsce wszystko się zmienia. Wróciłem, zacząłem pracować w firmie ojca jako kierowca.

Ludzie, którym przywoziłem towar, pytali: "Ale proszę pana! Pan jest z rodziny szefa, nie mógł pan sobie załatwić stanowiska za biurkiem?". Odpowiadałem, że ja lubię moją prostą pracę. I naprawdę ją lubiłem. Tego nauczyłem się w Kanadzie - szacunku do każdej pracy. Jak sprzątam ulicę i robię to dobrze, to jestem szanowany. Albo na Islandii - opowiadali mi spotkani tam Polacy, że dyrektor w ich fabryce rybnej przychodzi do pracy, bierze szuflę i sam odśnieża. Wyobraźcie sobie coś takiego w Polsce! Szef np. "Gazety Wyborczej" bierze szuflę i dawaj! No nie wiem, nie znam człowieka, może on tak robi?

Moja prosta praca miała też ten walor, że byłem łatwy do zastąpienia - mogłem brać długie bezpłatne urlopy na podróże.

Teraz nie pracujesz?

- Nie, od trzech lat. Starcza mi to, co mam.

Masz komfortową sytuację - czas i pieniądze, możesz sobie podróżować.

- Też mam poczucie, że jestem szczęśliwy, mogąc tak żyć, może dlatego robię te moje "projekty", żeby jakoś podzielić się z innymi.

Ale ja podróżowałem także, gdy nie miałem pieniędzy. Autostopem zrobiłem ponad 60 tys. kilometrów. W podróży nie wydaję dużo. Śpię na dziko pod namiotem, w gościnie u ludzi albo w najtańszych hotelach. Noszę 30-kilogramowy plecak, mam kuchenkę, baniaki z wodą, sam sobie gotuję.

Ludzie czasem mówią: "My ci zazdrościmy!". A ja w podróży kąpię się w litrze wody, kleję od potu, śpię na ziemi, kamień mi się wbija w tyłek, chudnę na wyjazdach 10 kilogramów.

Po co właściwie podróżujesz?

- Ja się w podróży bardzo dobrze czuję, po prostu. Realizuję swoje sny. Gdy byłem mały, jechałem do babci i nie usiedziałem w miejscu, tylko wędrowałem po sąsiadach.

Gdy miałem 12 lat, pojechałem z mamą i bratem odwiedzić ojca, który pracował naukowo w Moskwie, ostra zima, 30 stopni na minusie. Powiedziałem mamie, że idę na dwór lepić śnieżki, wsiadłem do autobusu i ruszyłem w Moskwę szukać sklepu, w którym widziałem piękny breloczek z termometrem w środku.

Zgubiłeś się?

- Kupiłem breloczek za kieszonkowe, wróciłem, rodzice nawet się nie zorientowali, że gdzieś byłem. Od urodzenia mam dobrą orientację w miastach - jakbym widział je z góry.

Na stronie internetowej piszesz: "Pobyt w domu po powrocie z podróży, choć początkowo przynosi szczęście i euforię, to z biegiem czasu sprowadza się do poczucia niezrozumienia codziennego świata, ujawnia się problem z podejmowaniem decyzji (nawet w błahych sprawach), osłabienie, aż w końcu depresja".

- No tak jest. Można powiedzieć, że uciekam od tego świata tutaj.

Od Polski czy od życia w jednym miejscu?

- Pewnie jedno i drugie. Tu jest taki smutek, takie napięcie, wszyscy skupiają się na negatywnych rzeczach, w telewizji tylko polityka. Jak wracam z podróży, to patrzę na to z przerażeniem, a potem z dnia na dzień wsiąkam w to.

Co teraz będziesz robił?

- Pojadę do Afryki.

Kiedy?

- Wkrótce. Z moją dziewczyną. Mam 44 lata, nie założyłem dotąd rodziny, bo trudno przy moim trybie życia. Ale jestem teraz z Anią. Mam wielką nadzieję, że nam się uda. Jest chętna, żeby podróżować. Myślimy, żeby może osiąść w jakiejś wiosce gdzieś w świecie i pouczyć dzieci. Ania zna trzy języki, ja jestem niezły z matematyki. Może to jest pomysł na nasze wspólne życie. Ale zanim wyjedziemy, chcę jeszcze wydać kalendarz ze zdjęciami, które zdążyłem zrobić, jadąc do Bangi - wszystkie pieniądze ze sprzedaży pójdą na następne studnie.

A mówiłem wam, że właśnie zadzwoniła do mnie jakaś pani z Polski z pytaniem, ile kosztuje taka studnia? Bo ona by też chciała jedną ufundować.  

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA


Mam 150 braci i wciąż ich przybywa!

Mam 150 braci i wciąż ich przybywa!
...

sand 2011-09-06, ostatnia aktualizacja 2011-09-07 14:59:42.0

W USA co roku rodzi się 30 - 60 tys., a może więcej dzieci, które powstały dzięki spermie zakupionej w banku nasienia. Od jednego dawcy pochodzą dziesiątki, a czasem i setki dzieci - w Stanach Zjednoczonych prawo tej liczby nie ogranicza. Co z tego wynika? - pisze New York Times
W Stanach Zjednoczonych coraz więcej dzieciaków pochodzi z zapłodnienia in vitro nasieniem z banku spermy. Część z nich wychowywana jest przez pary, coraz większa część przez samotne kobiety, które nie mając życiowego partnera decydują się na macierzyństwo.

Niektórzy rodzice w ogóle nie interesują się tym, ile wychowywany przez nich maluch ma przyrodniego rodzeństwa - od tego samego dawcy. Są jednak tacy, którzy organizują się w sieci i starają się nawiązać relacje z przyrodnimi braćmi i siostrami. Dawcy spermy są anonimowi, ale mają numer identyfikacyjny, co upartym pomaga ustalić - ile tego rodzeństwa jest?

Wielkie zdziwienie przeżywają rodziny, które orientują się, że ich dziecko nie jest jednym z pięciu czy dziesięciu od tego samego ojca biologicznego, ale ma dziesiątki czy wręcz setki przyrodniego rodzeństwa. I z roku na rok ich przybywa...

Poważne oskarżenia zaczęły padać pod adresem banków nasienia. Zarówno osoby wychowujące dzieci urodzone po zapłodnieniu in-vitro, jak i dawcy nasienia mówią, że czują się oszukani. Gdy nawiązywali współpracę z bankiem, mowa była o kilkorgu, co najwyżej kilkunastu spokrewnionych dzieciach.

- Odkryliśmy z moim partnerem, że nasz syn ma około 150 braci i sióstr, i wciąż rodzą się nowe dzieci od tego samego dawcy - mówi Cynthia Daily, matka 7-letniego chłopca.

Specjaliści mówią, że amerykański rynek spermy powinien doczekać się regulacji. Ustawy regulacyjne, określające np. maksymalną liczbę dzieci od jednego dawcy mają m.in. Wielka Brytania, Francja i Szwecja.

Podstawowa obawa jest taka, że w przyszłości dzieci tego samego ojca biologicznego mogłyby się łączyć w pary. Jeśli wiele takich dzieci dorasta w tej samej okolicy staje się to prawdopodobne. Pytanie jest też takie: jakie długodystansowe skutki dla społeczeństwa będzie miał fakt, że geny jednego dawcy rozprzestrzeniają się w niespotykanej wcześniej skali? Są też dylematy społeczne: jak czuje się dziecko, które wie, że ma ponad setkę braci i sióstr? Co znaczy dla niego słowo rodzina? Niektórzy zorganizowani internetowo rodzice dzieci z in vitro spędzają np. wspólne wakacje, aby podtrzymywać więzi między spokrewnionymi dziećmi, mówiąc o "nowoczesnej formie rodziny".

- Więcej jest regulacji prawnych dotyczących zakupu używanego samochodu niż spermy z której powstają ludzie - mówi Debora L. Spar z Barnard College, autorka książki "The Baby Business: How Money, Science and Politics Drive the Commerce of Conception."



Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Polska spadła na 41. miejsce w globalnym raporcie konkurencyjności

Polska spadła na 41. miejsce w globalnym raporcie konkurencyjności


...

ms, lez 2011-09-07, ostatnia aktualizacja 2011-09-07 13:31:57.0

Polska spadła o dwie pozycje w najnowszym globalnym raporcie konkurencyjności 2011-12 opracowanym przez World Economic Forum (WEF) we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim. Na pocieszenie - w ostatnich czterech latach Polska w rankingu i tak skoczyła o 12 pozycji w górę.
W tym roku badanie objęło 142 kraje. Wśród 20 najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata aż 11 to europejskie. Na czele rankingu sytuacja pozostaje bez większych zmian. Prowadzi Szwajcaria, tuż za nią są Singapur i Szwecja. Trzeci rok z rzędu traci swoją konkurencyjność gospodarka USA, która spadła z czwartej pozycji na piątą. Do słabszej oceny gospodarki Stanów Zjednoczonych przyczyniły się przede wszystkim problemy z zadłużeniem kraju.

Spory spadek w rankingu odnotowały kraje Afryki Północnej, przez które w ostatnim czasie przeszły fale protestów i rewolucji antyrządowych. Tunezja spadła o osiem miejsc, na 40. pozycję, a Egipt aż o 13 - na 94. miejsce.

Słabiej od Polski wypadły też kraje europejskie, które przeżywają głęboki kryzys gospodarczy. Grecja, która stoi na skraju bankructwa, zajęła dopiero 90. miejsce, a Włochy i Portugalia - odpowiednio 43. i 45. Polska w swoim regionie pozostaje w środku stawki. Wyprzedzają nas Czechy i Estonia, ale za nami znalazły się m.in. Słowacja, Węgry czy Litwa.

Jakie są mocne i słabe strony polskiej gospodarki?

Zdaniem World Economic Forum naszymi atutami są przede wszystkim: wielkość rynku wewnętrznego (pod tym względem zajmujemy 20. miejsce wśród badanych krajów), nieźle działające szkolnictwo wyższe (31. miejsce) czy dobrze rozwinięty sektor finansowy (34. miejsce w rankingu).

Piętą achillesową Polski pozostają wciąż infrastruktura (74. miejsce) czy biurokracja państwowa (dopiero 124. miejsce). Regulacje dotyczące podatków to podstawowy problem w prowadzeniu działalności gospodarczej dla ponad jednej piątej badanych przedsiębiorców. Słabo wypadamy też pod względem innowacyjności gospodarki.

"Polska zmierza w kierunku rozwoju opartego na innowacjach i musi skupić się bardziej na ich rozwoju" - czytamy w raporcie. Zdaniem jego autorów Polsce potrzebne są silniejsze klastry [skupiska firm z podobnych branży]. Nasze firmy powinny być bardziej zorientowane na badania i rozwój. Niezbędna jest też lepsza współpraca pomiędzy uczelniami wyższymi i sektorem prywatnym.

Mająca siedzibę w Szwajcarii organizacja World Economic Forum tworzy coroczny ranking konkurencyjności gospodarek na podstawie badania 12 filarów, m.in. jakości instytucji, infrastruktury, otoczenia makroekonomicznego, innowacyjności czy wydajności rynku pracy. Opiera się przy tym na danych pochodzących z wielu międzynarodowych instytucji, np. Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy z poszczególnych krajów. Do tego WEF przeprowadza corocznie badanie wśród kilkunastu tysięcy przedstawicieli firm z całego świata. Wyniki tegorocznego raportu opierają się na ankiecie przeprowadzonej od stycznia do czerwca 2011 roku.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Recydywiści się kłaniają

Recydywiści się kłaniają
...

Katarzyna Olszewska 2011-09-06, ostatnia aktualizacja 2011-09-02 17:43:31.0

Zosia. Osiem lat służby. Zespół ds. nieletnich. Helena. Dziesięć lat służby. Wydział dochodzeniowo-śledczy. Magdalena. Siedem lat służby. Wydział kryminalny. Trzy młode policjantki z podwarszawskiej komendy powiatowej opowiadają o oględzinach zwłok, sile spódnicy i braku papieru
Ile ma wspólnego codzienność pracy policjanta z wyobrażeniem z telewizyjnych seriali?

Magdalena: 'W11' na przykład robi policji wielką krzywdę. Ludzie, bazując na tym, co oglądają w tym serialu, sądzą, że wykrycie zabójstwa to kwestia dwóch, trzech dni. Zarzuca się nam, że nic nie robimy, a przecież w 'W11' telefon można namierzyć w ciągu paru godzin. Całą kwitologię wykonuje nie wiadomo kto.

Zosia: W 'W11' przy jednej sprawie pracuje kilkanaście osób. Tymczasem cały mój zespół liczy pięć.

Helena: Nas ograniczają procedury. To są drobne kroczki. Na same tylko opinie biegłych czeka się pół roku. A jest jeszcze morze czasochłonnych działań formalnych.

To skąd pomysł na bycie policjantką?

Magdalena: Mój ojciec, chrzestny i ciocia byli policjantami.

Helena: Ja urodziłam się 24 lipca, w dniu Święta Policji. A poważnie - jako pracownik cywilny dostałam się na staż. I mnie wciągnęło.

Zosia: We wsi, gdzie mieszkałam, nie było perspektyw rozwoju. Pomyślałam o policji. Dziewięciomiesięczny kurs w szkole policyjnej - i tak już zostało.

Ciężko było w szkole?

Zosia: Pierwsze miesiące, gdy uwaga wszystkich skupia się na nowych, są ciężkie. Potem przychodzą kolejni 'młodzi' i można odetchnąć.

Magdalena: Dla mnie najtrudniej było wytrzymać te dziewięć miesięcy w odcięciu od mojego świata. W sześcioosobowym pokoju.

Byłyście skoszarowane?

Helena: Tak. Obowiązującym ubiorem jest mundur. O przepustkę trzeba się ubiegać u dowódcy kompanii, bez gwarancji sukcesu. Czasem przez parę miesięcy nie można przyjechać do domu. Są wewnętrzne służby, oddawanie honorów. Trzeba się meldować. Jak w wojsku.


Jak się wiedzie kobiecie na tych szkoleniach?

Zosia: Nie pamiętam, żeby nas traktowano jakoś ulgowo. Wręcz odwrotnie. Często musiałyśmy się więcej napracować, żeby udowodnić, że jesteśmy pełnowartościowymi policjantami jak mężczyźni.

Jak wygląda droga do wymarzonego wydziału?

Zosia: Coś a la casting

Magdalena: Rzadko kiedy zaraz po szkole jest szansa na wymarzony wydział. Na ogół wszyscy trafiają do prewencji. Po dwóch latach w patrolach ulicznych dostałam się do wydziału kryminalnego.

Po castingu przychodzi pora na uwiarygodnienie się w pracy.

Helena: Każda z nas jest sprawdzana, czy można na nas polegać, czy jest z nami bezpiecznie. Świeżo po kursie poddano mnie testowi przy pierwszym zabójstwie. Wysłali mnie na oględziny z patologiem i patrzyli, czy nie zemdleję. Sprawdzali, jak zareaguję na krew, na drastyczne obrażenia ciała, stercząc kilka godzin i notując medyczny komentarz patologa. Gdy się okazało, że dałam radę, stałam się koleżanką 'jak się patrzy'. (śmiech)

Magdalena: Na ulicy wielu mężczyzn śmieje się z kobiet. 'A co ty mi możesz zrobić!?' - słyszałam to nieraz. Z drugiej strony mój doświadczony partner często wysyłał mnie na pierwszy ogień, gdy jechaliśmy na interwencję, gdzie agresywny mąż 'zaprowadzał porządek w domu'. Taki facet po wezwaniu policji czeka na drugiego mężczyznę, z którym mógłby się zetrzeć. Widząc w drzwiach kobietę, na ogół spuszcza z tonu.

Nie boicie się, gdy trzeba działać w sytuacji przesyconej agresją?

Magdalena: Na miejsce interwencji zawsze jedzie więcej policjantów, niż jest tych, którzy się awanturują, właśnie po to, żeby zminimalizować zagrożenie. Reszta to zimna krew i psychologia.

Helena: W tym zawodzie nic nie jest na pewno. Wydawałoby się, że oskarżony już po postawieniu zarzutów, w sądzie jest bezpieczny, a my razem z nim. A tu się okazuje, że przed budynkiem koczuje kilkadziesiąt osób, które chcą go odbić.

Zosia: Czasami błaha rzecz może się rozkręcić i wtedy jedyne, co pozostaje, to wzywać szybko wsparcie. Żołnierz zasadniczej służby wojskowej rozbił się po pijanemu samochodem w centrum Warszawy. Głupie, ale się zdarza. Wzbudziłam w nim straszną agresję. Wyzywał mnie, było naprawdę ostro. Musiałam się usunąć. W sądzie, rzecz jasna, bardzo się kajał i przyniósł mi bukiet róż większy ode mnie.

Ulżyło ci?

Zosia: To nawet nie to. Wybrałyśmy sobie taką pracę. Zawsze ktoś jest niezadowolony, cokolwiek by człowiek zrobił.

Helena: Trzeba mieć grubą skórę. Nie można się wszystkim przejmować, brać do siebie.

Scenariusz: 'dobry - zły policjant'. W jakiej roli bywacie obsadzane?

Helena: Czasem gdy kolega ma twardy orzech do zgryzienia przy sprawie karnej, ja robię za 'panią prokurator'. To gorzej niż policjantka. Między nami działa to już tak dla rozluźnienia.

Zosia: Są ludzie, do których normalny język nie trafia. Trzeba krzyknąć lub użyć przekleństwa. Wtedy zaczyna się komunikacja. Paradoksalnie, dopiero wtedy wzbudza się szacunek.

Magdalena: Potrzebne jest podejście psychologiczne, żeby wyczuć, z kim i jak rozmawiać. Zdarzają się przecież też ludzie chorzy.

Zosia: Wczoraj telefonowała do nas starsza pani, twierdząc, że atakują ją krasnoludki. Dyżurny kazał jej spokojnie poczekać, on właśnie wysyła oddział na pomoc Po paru minutach pani oddzwoniła z podziękowaniami.

Helena: Mamy wielbiciela formacji. Pan ma już przeszło 80 lat, bo sunie raczej, niż idzie do komendy. Zawsze uprzejmie pyta, czy są już wolne etaty, bo on bardzo i nieustannie chciałby pracować w policji. Za dzień lub dwa wraca, jakby zapomniał, że dopiero co u nas był. Czasami dzwonią do nas ze szpitala psychiatrycznego, zgłaszając porwanie, kradzież klamek

W pracy stoi za wami instytucja. Ale w czasie wolnym, w domu Przestępcy was znają. Nie boicie się o siebie, bliskich?

Helena: Odpukać, do tej pory nie zdarzyło mi się mieć nieprzyjemności na mieście, choć jestem rozpoznawana. Jedni się odwracają, udając, że mnie nie ma, inni przeciwnie - dobitniej mówią 'dzień dobry'. Jednak z dyżurów nocnych staram się nie wracać sama. Wychodzi po mnie mąż.

Magdalena: Recydywiści, przestępcy z pokolenia na pokolenie na ogół się kłaniają. Najbardziej zadziorni są młodzi. Patrzą w twarz z pogardą, jakby chcieli powiedzieć: 'I co ty mi możesz zrobić?'.

Zosia: Ja wracam do domu sama, nie boję się, choć powrót trwa pół godziny na piechotę. Myślę, że ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, że gdyby coś mi się przytrafiło, to oni mieliby naprawdę ciężko.

A rodzina? Bliscy?

Zosia: Staram się nie myśleć, że coś złego może się stać w związku z wykonywanym przeze mnie zawodem. Każdemu może się coś przytrafić - wypadek, sopel z dachu. Nikt o tym na co dzień nie myśli.

Magdalena: Staramy się być bardziej przezorne. Zamykać drzwi, nie chodzić po nocy samemu, sprawdzać piwnicę, czy jest zamknięta, i wiele innych drobiazgów, które prowokują albo zwiastują kłopoty.

Helena: Mamy to we krwi. Widzimy całe zło, wiemy, co można zrobić, by mu zapobiec.

Czy obrazy zastane na miejscu przestępstwa nie ścigają was po nocy?

Magdalena: Trzeba się do tego przyzwyczaić. Po prostu starać się o tym nie myśleć.

Jesteś w stanie włączyć sobie ten przycisk?

Magdalena: Nie.

Zosia: Gdy wracam do domu, mam jak każdy: obiad do ugotowania, zakupy, sprzątanie. Wiadomo, że jeśli telefon zadzwoni, trzeba być do dyspozycji. Ale poza tym to normalna codzienność. Czasem jakieś myśli przemykają, ale raczej staram się je odsuwać.

Zdarzyło się wam rozpłakać się w pracy?

Helena: Często mam do czynienia z poszkodowanymi kobietami, z przemocą w domu. To jest przykre, ale nie pamiętam, żebym płakała. Byłam kiedyś w domu, gdzie zmarło niemowlę, śmierć łóżeczkowa. To było trudne. Bardzo trudne.

Zosia: W wydziale ds. nieletnich mam wiele takich spraw, gdy trzeba odebrać dziecko. I to jest złość. Wkurza cię to, że jedziesz rok w rok do tej samej kobiety i zabierasz piąte dziecko. I wiesz, że za rok przyjedziesz po kolejne. Rozumiem: prawa człowieka, prawa kobiet. Rozumiem: szacunek i godność. Ale nie ma instytucji ani prawa, które by jakoś ogarniały te sprawy.

Wiozłam kiedyś do szpitala trzymiesięczne dziecko z rozszczepem szczęki. Zabiedzone i wątłe. W karetce trzymałam je na rękach i słyszałam, jak te kosteczki chrupią. Posługując się eufemizmem, irytuje to, że nie ma na taką kobietę sposobu. To chory system - te odebrane dzieci trafiają do domów dziecka albo z powrotem do biologicznych rodziców. Potem zasilają szeregi ludzi wykluczonych i marginesu. Hoduje się patologię. Koniec końców nikt nie myśli o dzieciach. Błędne koło.

Macie dzieci?

Zosia: Nie chcę mieć dzieci. Poniekąd właśnie przez moją pracę, to, na co patrzę codziennie. Ale chodzi także, powiedzmy, o czas. Mój partner też jest policjantem. Bywa tak, że przez tydzień rozmawiamy ze sobą godzinę. Dziecko wymaga czasu, stuprocentowej uwagi, a tu na przykład dzwoni telefon. I co?

Helena: W tej instytucji ciężko jest pogodzić pracę zawodową z rolą mamy. W moim wydziale są kobiety, które mają dzieci. Nie jest łatwo uzyskać zwolnienie, gdy dziecko choruje. Trzeba się wtedy bardziej nagimnastykować, żeby rozkład dyżurów był korzystny - nie na noce, w konkretnych godzinach. Cóż, brakuje rąk do pracy.

Zosia: Absencja jest niemile widziana. Najlepiej, żebyśmy miały na etacie kogoś, kto naszymi dziećmi będzie się zajmować. Żebyśmy zawsze były dyspozycyjne. Mężczyznom jest łatwiej.

Magdalena: Mnie na przykład odmówiono przyjęcia do pracy w jednej z jednostek, bo nie miałam odchowanego dziecka. Założono, że zaraz po otrzymaniu etatu zajdę w ciążę i pójdę na wychowawczy. Z drugiej strony - wiele kobiet zasłania się dziećmi. Po dziesięciu latach pracy mają troje dzieci i ani roku realnego stażu zawodowego, bo cały czas spędziły na urlopach i zwolnieniach. Czasem same kobiety działają na własną niekorzyść.

Był taki dzień, którego nigdy więcej nie chciałybyście przeżyć?

Magdalena: Jakieś trzy miesiące po rozpoczęciu pracy w policji trafiliśmy z patrolem nad jezioro, podejrzewano, że utopił się w nim młody chłopak. Poszukiwania trwały trzy dni. Do końca życia zapamiętam, jak matka opadała mi na rękach, a ojciec wszedł do jeziora, zaczął polewać wodą ciało i prosił, żeby okryć syna, bo jemu jest zimno.

Helena: Ludziom z zewnątrz trudno sobie wyobrazić, jak ciężko czasem przychodzi nam wykonywanie obowiązków. Wydarza się tragedia, ludzie są pod wpływem niesłychanie silnych emocji, w rozpaczy. A ja muszę zadawać konkretne, czasem bezceremonialne pytania. Czas jest cenny, bo im szybciej ustalimy fakty, zabezpieczymy ślady, tym szybciej możemy wszcząć poszukiwania. A ja muszę zweryfikować, czy matka omdlewająca podczas rozmowy nie miała nic wspólnego z uduszeniem córki. Po takich przesłuchaniach jestem pusta, psychicznie wydrenowana. Bo staram się zrobić to, co muszę, jak najdelikatniej - ale pewne pytania muszą paść. Odpowiedzi są na ogół chaotyczne, nerwowe, więc trzeba je uściślać. Czas płynie, a ja drążę temat. Nikt nigdy nie chce tego robić.

To kto to robi? Na kogo wypadnie czy po kolei?

Zosia: Na ogół na takie przesłuchania wysyłane są kobiety. Jeśli się zdarzy jakaś sprawa z nieletnimi, też wszyscy dzwonią, w panice szukając funkcjonariuszki.

Mężczyźni sobie nie radzą?

Magdalena: Gdy w grę wchodzi kobieta zgwałcona, to wiadomo, że łatwiej jej się otworzyć przed drugą kobietą. Jesteśmy skrupulatne, cierpliwe i częściej umiemy słuchać. Czasem kobiety opowiadają historie znęcania się, które trwało latami. Nie wszystko jest ważne pod kątem procesowym, ale wszystkiego trzeba wysłuchać.

Helena: Panowie są bardziej oschli, konkretni. Chcieliby uzyskać informacje w żołnierskich słowach. Tak - to tak, nie - to nie. Faceci nie lubią szlochających kobiet, gdy ciężko nawiązać kontakt. Żaden nie będzie siedział pięć godzin, podając chusteczkę za chusteczką, i składał do kupy postrzępioną opowieść.

Nie macie czasem ochoty rzucić tego w diabły?

Helena: Mnie się nie opłaca, bo zostały mi tylko cztery lata. Ratunkiem jest urlop, jak się uda go zdobyć. (śmiech)

Zosia: Gdy przychodzi dzień załamania, to szukam sobie innych zajęć. Trochę pochodzę po pokojach, poplotkuję. Pojadę na miasto, żeby przewietrzyć głowę. Lubię tę pracę. Najbardziej zniechęca to, jak jesteśmy oceniani i przedstawiani jako formacja. Tu się liczą punkty, statystyka. Godziny podawania chusteczek - to się nie liczy przy ocenie, ani u szefa, ani w odbiorze społecznym. Nieważne, że matka 17-latka, któremu pomogliśmy i który się w końcu opamiętał, za każdym razem, mijając mnie na ulicy, stara się mnie wyściskać z wdzięczności.

Magdalena: Takie gesty ze strony ludzi dają poczucie sensu. Jednak to są pojedyncze promyki optymizmu, codzienność bywa dość nużąca, mozolna.

Helena: Moi przełożeni czasem mówią: 'Bardzo ci dziękuję za kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty'. (śmiech)

Co najbardziej frustruje w pracy policjanta?

Magdalena: To, że niczego nie można zaplanować w tzw. czasie wolnym. Wiele razy było już tak, że musiałam od dawna ustalone spotkania czy jakieś rzeczy do załatwienia wywracać do góry nogami.

Helena: Brak czasu na spacer, książkę, spotkania z przyjaciółmi, rodziną. To mi doskwiera. Mój szef zgodził się, żebym studiowała. Nie musiał. Teraz dwa weekendy w miesiącu studiuję, a w pozostałe dwa jestem na służbie. To był mój wybór, ale bywam bardzo zmęczona.

Zosia: W teorii przysługuje nam prawo np. do aerobiku. Ja się nawet zapisałam - i co z tego, skoro udało mi się trafić na zajęcia raz. Mamy być sprawni, testy są co roku. Ale wsparcia ze strony instytucji ni widu, ni słychu. Nie wyobrażam sobie napisania prośby do komendanta, żeby mi pozwolił dwa razy w tygodniu w ramach podnoszenia sprawności trenować jakiś sport.

Helena: Nie miałabym odwagi z czymś takim wystąpić. Wewnętrzna policyjna infrastruktura oraz organizacja też są frustrujące.

Infrastruktura? Słyszy się wciąż, że jesteście dozbrajani, wyposażani w nowoczesny sprzęt.

Helena: Weźmy strzelnicę. Nie ma takich obiektów na terenie komend. W związku z tym jest to całodniowa wyprawa. Zbiera się np. 40 osób, żeby jechać naraz i spalić jak najmniej benzyny. Potem jest jedno podejście, oddaje się sześć strzałów, a resztę czasu spędza, czekając, aż pozostali wystrzelają swoje naboje. Cały dzień stracony.

Zosia: Nie ma papieru, tonera.

Helena: Sprawy karne to są opasłe tomy akt. Postanowienia, zeznania, ekspertyzy - to wszystko trzeba kopiować, drukować, żeby dokumentacja był kompletna. W teorii. Bo w praktyce zawartość akt podyktowana jest ilością papieru i tonera. Komplet zarezerwowany jest dla sądu i prokuratora. Więc akta podręczne są uszczuplane. Inaczej nie będzie, skoro w całej komendzie są dwa ksera i kilka drukarek. I tak każdy biega z własnym pendrive'em z piętra na piętro. Tylko nikt sobie nie zadaje pytania, czy te oszczędności są dobre na przyszłość. Bo powiązanie spraw często zależy od zawartości akt właśnie. A w tych nie ma nic prócz zawiadomienia. Z uwagi na oszczędności skserowano 50 procent dokumentacji. I klops.

Zosia: Na wszystko jest niby przetarg i na dodatek procedura. Jak się zepsuje samochód, to najpierw trzeba uzyskać pozwolenie na jego naprawę. Potem jest naprawa, odbiór. To strasznie długo trwa. W pierwszej kolejności są naprawiane auta oznakowane, reszta czeka. Nasz wydział ma jeden samochód. Cztery miesiące temu został rozbity. Więc albo idziemy piechotą, albo prosimy, żeby ktoś nas podrzucił.

Magdalena: W zeszłym roku przydział na papier toaletowy skończył się w maju. Od maja trzeba było się samemu zaopatrywać. Czajnik ciągnie dużo prądu, więc najlepiej go nie używać. To psuje statystyki. Podobnie jak zużycie wody - i tak dalej. Jest nawet problem z wymianą opon z letnich na zimowe.

Helena: Nie ma internetu. Wydział do walki z przestępczością gospodarczą też nie ma internetu. Tylko jedno stanowisko w dziale informatycznym i jedno u dyżurnego mają dostęp do sieci. Żeby zatelefonować na komórkę, trzeba dzwonić przez Komendę Stołeczną, podając swój identyfikator i numer sprawy, której rozmowa dotyczy, albo dzwonić z telefonu w biurze szefa. Te oszczędności są najbardziej dotkliwe dla komend i komisariatów na końcu łańcuszka. Te duże, wojewódzkie może mają łatwiej.

Czy sytuacja się poprawia?

Zosia: Jest coraz gorzej! Od kilku lat obcinane są fundusze dla policji, ale efektywność formacji jako całości i tak wzrasta. Więc można zabrać kolejne. Nawet gdy jakaś firma chce nam podarować sprzęt, to i tak nie możemy go przyjąć, bo może to być traktowane jak forma korupcji. Istnieją określone procedury, ale one zniechęcają darczyńców.

Helena: Zdarza się niejednokrotnie, że policjanci inwestują własne pieniądze, bo przetarg na jakiś sprzęt nie został jeszcze rozstrzygnięty. Tymczasem np. przedłużacz potrzebny mi był na wczoraj.

Jak to wszystko wpływa na odbiór policji przez zwykłych ludzi?

Helena: Ludzie są niezadowoleni, bo czasem mimo szczerych chęci nie mamy zaplecza albo zwyczajnie możliwości załatwienia sprawy.

Zosia: Inna rzecz to informacja. Ludzie dzwonią, bo zapchał im się zlew albo ktoś stracił kod PIN do telefonu. Pani słoika nie mogła kiedyś odkręcić. Nie ma profesjonalnego call center, z którego sprawy byłyby kierowane pod właściwy adres - do straży, pogotowia.

Magdalena: Policja nie jest od tego, żeby ją lubić, tylko żeby ją szanować. Tymczasem policjant ma mniejszą ochronę prawną niż przestępca. Po niedawnych rozróbach na stadionach grupa kilkudziesięciu kibiców trafiła na naszą komendę. Wkrótce wpłynęło zawiadomienie, że zatrzymani zostali potraktowani z nadużyciem prawa. Oni doskonale wiedzą, co mają robić, żeby z oskarżonych stać się oskarżającymi. A policja jako instytucja wszczyna mozolne dochodzenie karne i dyscyplinarne. Efekt na ogół jest taki, że pomówiony policjant, zanim udowodni się jego niewinność, za karę, 'na zapas', ma obcinaną pensję, nie dostaje awansu. I tak trwa to latami. Za to po ustaleniu bezpodstawności zarzutów policja już nikogo z urzędu nie ściga. Prawo nie stoi po naszej stronie. Niestety!

Wiele jest takich przypadków?

Zosia: Bardzo dużo. Tylko nikt po latach nie chce ciągać się od nowa po sądach, żeby z prywatnego powództwa wszcząć sprawę o pomówienie. Gdyby dochodzenia były natychmiastowe, a konsekwencje za coś podobnego - bardzo ostre i przeprowadzane instytucjonalnie przez policję, sytuacja miałaby się inaczej. Policja nie dba o własną reputację na zewnątrz i o morale wewnątrz.

Czy za dzisiejszą policją ciągnie się jeszcze niesława milicji?

Zosia: Raczej nie. Poza tym nie ma już byłych milicjantów. Gdy zaczynałam pracę, to młodzi jeździli z osobami o wieloletnim stażu. Dziś policjant z czteromiesięcznym doświadczeniem na ulicy służy z kimś, kto pracuje miesiąc. Szkoła to jedno, a życie - drugie.

Magdalena: Brakuje takiego wprowadzenia, żeby ktoś powiedział i pokazał, co, gdzie, jak i z kim należy robić. Staż jest bezcenny.

Zosia: Czasami niektórzy, na ogół ludzie pokrzywdzeni, wzdychają, że szkoda, że nie ma już milicji - bo jakby jeden czy drugi łobuz dostał porządnie pałą, to może by się wcześniej opamiętał. Znowu wracamy do naszego prawa.

To teraz z innej strony. Mężczyźni w pracy. Ile w relacjach z nimi jest szarmancji, a ile protekcjonalnego szowinizmu?

Magdalena: Ja pracuję z samymi facetami. Da się odczuć, że jestem inaczej traktowana. Taki podział: 'faceci do brudnej roboty, kobiety do garów', tu trochę funkcjonuje. W tym wypadku - do papierów.

Zosia: Myślę, że mężczyźni nigdy do końca nie zaakceptują kobiet w policji i nie będą nas traktować na równi. Mimo że kobiety często są lepiej zorganizowane, zdyscyplinowane, cierpliwe, drobiazgowe. Wbrew obiegowym opiniom jesteśmy konkretne. Czasami gdy odprawiamy się z koleżanką na służbę na mieście, to słychać komentarze: 'We dwie? O! Patrol śmierci!'.

Magdalena: A ja przez trzy miesiące, jeszcze w prewencji, jeździłam z kobietą i dawałyśmy sobie bardzo dobrze radę.

Czyli kwintesencja policjanta to mężczyzna?

Magdalena: Takie: 'paniusiu', 'koleżanka to, koleżanka tamto' - wkurza, ale co robić. Spuszczam zasłonę miłosierdzia.

Zosia: A niech sobie tak myślą. Ja wiem, ile jestem warta.

Helena: Skoro taki z ciebie, kolego, as wywiadu, to po co mnie pytasz, jaki tu przepis zastosować, co wpisać? W takiej sytuacji mam dziką satysfakcję.

Magdalena: Trzeba wytyczyć sztywno granicę i konsekwentnie tego przestrzegać. Na początku wszystkie dziewczyny traktowane są jak słodkie idiotki. Jeśli przy dowcipach i żarcikach odpowiesz pewnie, nie pokazując, że coś cię ubodło, to panowie się wycofują na bezpieczny dystans.

Czy na jakimś etapie rodzi się pokusa, żeby być bardziej męską od facetów?

Zosia: Na pewno więcej przeklinam.

Helena: Ja też.

Magdalena: Ja też.

Zosia: To wchodzi w krew. Nawet się nie zauważa, kiedy i jak wulgaryzmy wkradają się do codziennego języka. Kiedyś zdarzyło mi się powiedzieć do mamy: 'Mamo, nie p '. Obraziła się i nie odzywała do mnie przez tydzień.

Magdalena: Człowiek jest osłuchany. Wszyscy wokół tak mówią. 'Interesanci' to też nie są złotouste aniołki.

Helena: Trzeba się pilnować. Przy świątecznym obiedzie można łatwo popełnić faux pas. Tu nikt na to nie patrzy.

Choć mamy taką umowę z koleżanką z wydziału, że do 12 twardo staramy się być damami, a po południu - niech się dzieje wola nieba. Nie da się. (śmiech)

To jak tu być kobietką?

Helena: Staramy się. Nawet czasem się uda przyjść w spódnicy albo klapkach. Ale na ogół właśnie tego dnia trzeba iść na tory albo brodzić w zalanej po kostki piwnicy. Marna kreacja do oględzin czy poszukiwań.

Zosia: Tak w górnej partii ciała staram się wyglądać bardziej kobieco. Od biżuterii i sukienek jakoś odwykłam. Nawet jak się w jakąś ubiorę na raut czy imprezę, to idiotycznie się w niej czuję. No i kończy się na spodniach.

Magdalena: Ja w sukience w pracy!? Przecież z tymi moimi kolegami nie miałbym życia przez cały dzień i do końca świata. Bardziej kobieco ubieram się w swoim prywatnym świecie.

Helena: Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się kobieta w spódnicy, zaraz ciągną pielgrzymki z całej komendy w nagłym poszukiwaniu cukru, ołówka albo innej rzeczy ratującej życie.

Spódnica wywołuje mnóstwo emocji, a wieści o niej rozchodzą się błyskawicznie. (śmiech)

Imiona bohaterek rozmowy zostały zmienione.

Co łączy Slow Food, Jana A.P. Kaczmarka i Agnieszkę Kręglicką?>>
Kliknij, by przeczytać

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Вражеский взгляд на грузинские реформы

Оригинал взят у yurayakunin в Вражеский взгляд на грузинские реформы
Случайно наткнулся на статью в "Московском Комсомольце" и просто негодую!

Привожу без сокращений. Давайте вместе не оставим "камня на камне" от этой статьи, в противном случае нужно будет признать их парвоту.


Блеск и нищета грузинских реформ


Московский Комсомолец № 25592 от 16 марта 2011 г.


Можно ли нам обустроить Россию по рецептам Саакашвили?


Что происходит в Грузии? После августа 2008-го у нас действует неписаное правило: о Грузии или плохо, или ничего. Такой подход ведет к поражению в информационной войне. Советская пропаганда рисовала жизнь на Западе исключительно в черных тонах. Поэтому, когда наши сограждане обнаружили, что на улицах Нью-Йорка не валяются трупы умерших от голода, “холодная война” была проиграна. Благодаря умелому пиару реформы, проведенные в Грузии командой Саакашвили, выглядят просто фантастически. У оппонентов Кремля стало модно говорить о “грузинском чуде”. Вместе с политологом Андреем Епифанцевым мы попытались объективно оценить итоги реформ.




Грузинское чудо как оно есть




Collapse )
<input ... >

Германия и Израиль испытали совместный беспилотный комплекс

Lenta.ru: Новости: http://lenta.ru/news/2011/09/06/wabep/
08.09.2011, четверг, 18:42:19
Обновлено 06.09.2011 в 17:54:56

Германия и Израиль испытали совместный беспилотный комплекс

Немецкая оборонная компания Rheinmetall Defence совместно с израильской Israel Aerospace Industries (IAI) провела успешные испытания беспилотного комплекса WABEP.

В ходе испытаний специалисты двух компаний проверили взаимодействие беспилотного разведывательного модуля KZO производства Rheinmetall и высокоточного боевого модуля Harop компании Israel Aerospace Industries, из которых состоит комплекс WABEP (Система удаленного поражения индивидуальных и точечных целей).

Оба модуля разместили на двухмоторном самолете Opale, в основе которого лежит легкий гражданский самолет Diamond DA42. В результате пробного полета специалистам двух компаний удалось добиться четкого взаимодействия двух составляющих. Разведывательный модуль KZO передавал информацию о замеченных объектах на местности на модуль Harop, который, в свою очередь, обрабатывал полученные данные и сообщал на контрольную станцию о готовности поразить цель.

Как подчеркнули специалисты Rheinmetall Defence, одним из важнейших преимуществ комплекса WABEP является возможность своевременно отменить боевое задание до поражения цели. Следующим этапом испытаний беспилотного комплекса станет демонстрация его возможностей совместно с силами бундесвера, для которых он и был разработан.

Женщины на пляже Дагестана

Оригинал взят у procol_harum в Женщины на пляже Дагестана

В Махачкале в преддверие "бархатного сезона" открылся особый пляж, который отвечает всем нормам шариата.
    
"Он называется "Горянка", и за символическую плату сюда допускаются только представительницы прекрасного пола и мальчики до шести лет. Весь обслуживающий персонал, включая спасателей, состоит только из женщин… В Дагестане женщинам бывать на пляже мешают не только ментальные особенности, но и общественное мнение, а также требования безопасности… Пляж "Горянка" расположен в Редукторном поселке (ну и название!) дагестанской столицы…

Совсем свихнулись. У них что-то не в порядке в плане отношения полов. Просто так женщина не может прийти на пляж, одеть пляжный костюм, позагорать и искупаться. Теперь главное, чтобы в заборе не было щелей и чтобы в бинокли не было ничего видно. Дикие люди, никогда не видели обнаженную натуру, не умеют ценить ее красоту. Обнаженное тело для них – это только объект для похоти.

А тут еще собирались вкладывать миллиарды для создания приморских курортов в Дагестане. Вот и пусть купаются так:



Только в Дагестан никто не поедет.

Одна моя знакомая ездила отдыхать в Тунис, вполне светское государство. Лежала на пляже в пляжном костюме, всё нормально. Так вокруг нее образовался амфитеатр из 50 мужчин, которые себе теребили и дрочили.

Кутаиси - Вторая Столица Грузии

Оригинал взят у blumgardt в Кутаиси - Вторая Столица Грузии
Кутаиси и на самом деле уникальный город. Своими традициями, людьми, историей.
Сегодня у правительство Грузии есть план, по которому Кутаиси должен стать второй столицей Грузии. В связи с этим в городе скоро начнет функционировать парламент страны.
A до того как он станет второй столицей, посмотрим на Кутаиси со стороны.

Это вид на город.
Кстати это только маленькая часть города.
На воторм берегу реки Рионы город несколько раз больше того, что видно на фотографии.
Просто туристы и гости города снимают всегда эту часть, так именно здесь расположен старый Кутаиси




А это базар. Сегодня в Грузии все больше и больше супермаркетов и торговых центров, которые казалось бы скоро отнимут у базара свою функцию а главное покупателя.
Но пока базар действует. Если честно, это одно из достопримечательностей для туристов, которые очень интересуются им.
При этом местные жители любят когда ходят именно на базаре.
Это даже накая традиция.
Продовцы знают всех покуаптелей и на оборот.
Кроме покупок они говорят о политкие, о спорте и вообще обо всем.
Базар в Кутаиси это больше чем просто место где можно что либо купить.



Collapse )

А вот мужик. Имя Дато. Я его с детство знаю. (Кто не знает я из Кутаиси) Он с тех пор продает мясо.


А вот типичные, местные продавщицы.




А вот это подземка.
Подземным переходам в Кутаиси нашли применение.
Это царство где можно купить и найти все, абсолютно все.



А это вход в местный базар. Советское наследие однако



Кутаиси ночью


P.S. При этом не забывайте, что пить Боржоми в жаркую погоду это нечто!


фотографии milkplus

Граница извивается как новая китайская стена.

Granica wije się niczym nowy Mur Chiński

07.09.2011







(fot. NASA)
Jasnopomarańczowe światło na fotografii to nie dzieło Photoshopa. Gruba, świetlista linia jest
doskonale widoczna z kosmosu i znajduje się dokładnie na granicy Indii i Pakistanu.

Zdjęcie zostało zrobione z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. NASA opisało je słowami:

Na fotografii uwagę przykuwa linia pomarańczowego światła wijąca się niczym wąż. Jest dużo wyraźniejsza i jaśniejsza od większości autostrad i miast. To granica pomiędzy Indiami a Pakistanem, skąpana w świetle
reflektorów. Płot postawiono, aby zniechęcić przemytników broni i przestępców do przekraczania granicy. Podobne ogrodzenie istnieje na granicy Indii i Bangladeszu.


Ярко-оранжевый свет в фотографии не работа Photoshop. Толстые, яркие линии
отлично виднo из космоса, и находится как раз на границе Индии и Пакистана.

Фотография была взята из Международной космической станции. НАСА описал их со словами:
Фотография отражает  оранжевую линию, изогнутую, как змея. Это гораздо яснее и ярче, чем большинство дорог и городов. Это граница между Индией и Пакистаном, купающийся в свете
фар. Забор возведен чтобы удержать контрабандистов оружия и преступников пересекающих  границу.  Существует аналогичный забор на границе 
Индии и Бангладеша.