September 7th, 2011

Батуми

Оригинал взят у dimaberkut в Батуми
www.berkuty.com

Несколько последних дней я провёл в Батуми, город в который мы с друзьями поехали на Black Sea Jazz Festival. Батуми меня просто поразил размахом ведущихся в нём преобразований. Если бы меня сбросили туда на парашюте и не предупредили бы что это Грузия, я бы мог предположить что угодно, но даже и не вспомнил бы об этой бывшей советской республике.Collapse )

Тбилиси: барахолка на Сухом мосту

Оригинал взят у dimaberkut в Тбилиси: барахолка на Сухом мосту
www.berkuty.com

Одно из культовых мест Тбилиси, это Сухой мост. Мост этот построен в 1881 году по проекту итальянского архитектора Джовани Скудиери. Раньше он был частью моста, соединившего правый и левый берег Куры. Официально его назвали Михайловским, однако тбилисцы называли Воронцовским по имени генерала Воронцова, который принимал участие в его строительстве. Сухой мост известен тем, что на нём находится известнейшая барахолка в Грузии. Пройдёмся?Collapse )

Izrael i Palestyńczycy

Polityka Świat
Konstanty Gebert
30 sierpnia 2011

Izrael i Palestyńczycy - polemika K. Geberta z prof. Baumanem

Nienawiść

Pewnych rzeczy się nie zapomina, nawet gdyby bardzo się chciało. Na rysunkach Zbigniewa Damskiego uczyłem się w 1968 r., czym jest nienawiść. Nie krytyka, nie wrogość nawet, ale nienawiść właśnie: ta głęboka, płynąca z trzewi, jadowita i bezwzględna. Jak wszyscy polscy Żydzi, i jak chyba znaczna część Polaków po prostu, w wojnie sześciodniowej sympatyzowałem z Izraelem – ale przecież rozumiałem, że w wojnie są dwie strony i bardzo rzadko jest tak, że tylko jedna ma całą rację. Właściwie to w historii zdarzyło się tak tylko raz: III Rzesza była tak bardzo wcieleniem absolutnego zła, że pozbawiła się prawa do rozumienia jej racji, a nawet do współczucia jej cierpieniom. Izraelowi, owszem, grożono zagładą – oglądałem przedrukowywane przez francuskie gazety rysunki z prasy arabskiej, na których na plaży w Tel Awiwie wznosiły się stosy czaszek (niejeden jest Damski na świecie) – ale przecież między tą nienawiścią a niemieckim ludobójstwem była jakościowa różnica. I to ta różnica sprawiała, że rozumiałem, że można Izrael krytykować, a już na pewno współczuć także arabskim ofiarom wojny.

Damskiemu jednak nie o krytykę chodziło. Na rysunku z „Żołnierza Wolności” (22 marca 1968 r.) za Dajanem na mównicy z gwiazdą Dawida wznosi się mównica ze swastyką, na której stoi trup Hitlera. Obaj wyciągają w tę samą stronę prawe ręce, wskazując widzianemu od tyłu żołnierzowi kierunek ataku – przez Jordan. Nie można było mieć wątpliwości – Izrael i hitlerowcy to to samo. To samo absolutne zło, które wymaga jednego: absolutnego potępienia, a następnie zmiecenia z powierzchni ziemi.

Profesor Zygmunt Bauman zapewne też zapamiętał te rysunki, gdy, ścigany marcową nienawiścią, wyjeżdżał w 1968 r. z Polski do Izraela. Wytrzymał tam dwa lata i – jak część marcowych imigrantów – uznał, że nie chce żyć w państwie nacjonalistycznym i militarystycznym; wrócił do Europy, do Wielkiej Brytanii, gdzie żyje do dziś. Nietrudno mi go zrozumieć: ja także nie bardzo sobie wyobrażam, bym mógł zostać dobrym Izraelczykiem, choćby i krytycznym. Mam w Polsce, w Europie, ten luksus, że nie muszę się czuć bardzo narodowo – i luksus ten bardzo sobie cenię. Ten luksus sprawia też, że nie musiałem zrewidować swoich postaw sprzed lat ponad 40. Nadal sympatyzuję z Izraelem, rozumiem, że można z nim nie sympatyzować – a porównania którejkolwiek ze stron konfliktu z III Rzeszą (niektóre media i politycy izraelscy z upodobaniem porównują z hitlerowskimi Niemcami swych arabskich wrogów) uważam za podłość. I myślałem, że doświadczenie 1968 r. na tę podłość uodparnia. Niesłusznie.

Nie tylko do rządców Izraela – mówi prof. Bauman w wywiadzie z Arturem Domosławskim – „trzeba mieć pretensję o ten triumf pośmiertny Hitlera”, jakim jest „wyciągnięcie z Zagłady lekcji, że kto pierwszy cios zadaje, tego na wierzchu. Ale jeśli czyni to Izrael, uważający się za dziedzica żydowskich losów, to fakt ów szokuje jeszcze bardziej”. Dość to niejasne: jeśli ktoś z Zagłady wyciąga lekcję, że kto pierwszy uderzy, tego na wierzchu, to się akurat myli: Niemcy hitlerowskie przegrały wojnę. Ale jedynym celem tego rozumowania jest uznanie, że Izrael bardziej zasługuje na miano dziedzica Hitlera niż ofiar Zagłady. Mównica ze swastyką nad mównicą z gwiazdą Dawida. Podłość Damskiego w ustach człowieka, który padł jej ofiarą.

I nie ma tu mowy o przejęzyczeniu. „Czymże jest mur wznoszony dziś wokół terenów okupowanych, jeśli nie próbą prześcignięcia zleceniodawców muru wokół warszawskiego getta?” – pyta ­Bauman już w następnym zdaniu, ale na to pytanie nie udziela odpowiedzi, bo i po co? Jest przecież oczywiste, że tylko o chęć prześcignięcia hitlerowców Izraelowi chodzi. Jak trafnie ujął to Zbigniew Damski w kolejnym rysunku („Żołnierz Wolności” z 5 lutego 1969 r.): izraelski żołdak studiuje pisma Himmlera i wyciągniętą ręką wydaje rozkaz innym, bijącym jakichś ludzi pod meczetem, krzycząc: „Naprzód! Dlaczego mamy być gorsi?!”.

Izrael właściwie jest gorszy, bo nie dosyć, że „próbuje prześcignąć” III Rzeszę, to zarazem jego „rządcy” „wyzyskują Zagładę... jako glejt na własne bezecności”. Dowodem słowa Menahema Begina, premiera Izraela sprzed lat 30, „nazywającego Palestyńczyków nazistami, a usadowienie Izraela w ich sąsiedztwie kolejnym Auschwitz”. Bauman powołuje się tu na swoją – mądrą i przenikliwą – książkę „Nowoczesność i Zagłada” jako na źródło cytatu. Ale takiego cytatu tam nie ma. Jest natomiast cytat z wypowiedzi Abby Ebana, przeciwnika Begina, który mu nieco podobne poglądy zarzuca. Przypisywanych mu przez Baumana bzdur Begin nigdy nie wypowiedział, choć kiedyś naubliżał od nazistów Ben Gurionowi, a Arafata porównał do Hitlera w jego bunkrze. Ale jeżeli Bauman bezpodstawnie oskarża Izrael o rywalizację z hitlerowcami, to oczekiwanie, że nie będzie zmyślał cytatów, wydaje się wręcz małostkowe.

Zresztą, skąd wiadomo, że Begin tak sobie o Palestyńczykach na przykład nie pomyślał? Może to o to Baumanowi chodziło, a posiada on ogromne zdolności odkrywania skrytych myśli izraelskich polityków. „Nie uśmiecha im się bynajmniej kres palestyńskiego terroryzmu. Rakiety spadające na przygraniczne izraelskie miejscowości nie są – z ich przynajmniej punktu widzenia – niemile widziane. Rozpaczaliby zapewne i wpadliby w popłoch, gdyby nagle tych rakiet zabrakło”. Zalety ten passus ma dwie: wspomina się w nim o palestyńskim terrorze (jedyna w dwuipółkolumnowym tekście wzmianka o tym, że istnieje w konflikcie izraelsko-palestyńskim jakaś czynna druga strona) i potwierdza całkowicie zdeprawowaną naturę izraelskich uczniów i rywali Hitlera. Nic więc dziwnego, że Artur Domosławski, choć bywały w świecie, po prostu staje bezradny wobec takiego bezmiaru ludzkiej podłości i pyta profesora, po zwięzłej charakterystyce izraelskiej ­polityki (do której przyjdzie nam powrócić): „Znajduje pan jakieś argumenty, by bronić czy choćby rozumieć taką politykę?”.

 „Nie, nie wiem, gdzie je znaleźć. Ale też ich nie szukam. Wierzę, że szukanie jest bezcelowe, boć »nieludzkości« człowiek nie może uzasadnić nie tracąc człowieczeństwa” – odpowiada z bólem profesor. Polityka Izraela, ucznia Hitlera, jest więc – co logiczne – nieludzka, a wina na to spada nie tylko na polityków marzących o spadających na ich własne miasta palestyńskich rakietach, ale – co Bauman podkreśla – i na całe izraelskie społeczeństwo, które ich wszak demokratycznie wybrało. „Mechanizmy syjonistycznej propagandy przesyconej treściami skrajnie szowinistycznymi, nacjonalistycznymi, eksterministycznymi, sprawnie urabia umysły Żydów izraelskich i tych, którzy żyją w diasporze” – czytamy w przedmowie do książki Tadeusza Walichnowskiego „Mechanizmy propagandy syjonistycznej”, wydanej w 1968 r. przez katowickie wydawnictwo Śląsk. Prof. Bauman, ostatni sprawiedliwy, urobić się jednak nie dał – przeciwnie, wszystko to przewidział już, jak mówi, w 1971 r. Niepotrzebnie wyjeżdżał. Wszak w sprawie najważniejszej nie ma dziś sporu między nim a tymi, którzy go wówczas wyszczuli. „W tym właśnie – konkluduje anonimowy autor przedmowy – tkwi największe niebezpieczeństwo syjonizmu, w jego destrukcyjnej sile, w rozbijaniu tego wszystkiego, co Europa piękne i ogólnoludzkie stworzyła”. To prawda, że – jak trafnie zauważa Bauman – „zawsze znajdzie się wielu takich, co piętrzyć będą racjonalne, a więc z definicji „nie do odparcia” i „absolutnie przekonywające argumenty na rzecz tych okropieństw”: mój tekst jest zresztą tego najlepszym, czyli najgorszym, przykładem.

Ale mimo to, mimo nieludzkości Izraela, nie należy tracić nadziei. Otuchę, jak zawsze, należy czerpać z rysunków Damskiego. Oto niewielka ludzka sylwetka wbija pal w rozdziawioną, zębatą paszczę potwora z gwiazdą Dawida, usiłującego przekroczyć rzekę („Żołnierz Wolności” z 23 stycznia 1970 r.); chodzi o wyparcie komandosów izraelskich po ich ataku na pozycje palestyńskie w Jordanii. „Historia dowiodła: musi wygrać człowiek” – konkluduje w podpisie zasłużony satyryk. Jakże by się cieszył wiedząc, że jego myśl po latach znalazła drogę do kogoś, komu wówczas zapewne nie było z nim po drodze.

Dość. W każdej normalnej sytuacji redakcja, której zaproponowano by taki pasztet, skierowałaby tekst do kosza, a autora wywiadu na odwyk. To prawda, trudno jest zrezygnować z wywiadu z jednym z najbardziej, i całkiem zasłużenie, popularnych myślicieli świata. Ale szacunek dla jego dorobku, o inteligencji czytelników nie wspominając, nakazywałby nie przyjmować jako oczywistości haniebnych bzdur Baumana. Prowadzący wywiad Artur Domosławski w normalnej sytuacji zapewne zapytałby rozmówcę, na czym opiera swe przeświadczenie, że Izrael jest uczniem Hitlera, jest nieludzki, i próbowałby się dowiedzieć, czy na krach procesu pokojowego i postawy Izraelczyków palestyński terror jednak nieco nie wpłynął itd. Ale Domosławski najwyraźniej podziela wizje Baumana i, jak jego rozmówca, odporny jest na „racjonalne argumenty na rzecz okropieństw”.

Będzie więc twierdził, że polityka Izraela to „stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec Palestyńczyków, burzenie domów, osadnictwo żydowskie na terenach Autonomii Palestyńskiej, karykaturalne sądy, tortury, a przede wszystkim zbrodnie wojenne – jak te w Gazie, w czasie operacji Płynny Ołów, kiedy zabito 1,4 tys. Palestyńczyków”. Można by zacząć od końca, przypominając, że Płynny Ołów był reakcją na palestyńskie rakiety na Izrael (te rakiety, których według Baumana tak pragną izraelscy politycy), że według zgodnych danych Izraela i Hamasu, cywile stanowili mniej niż połowę zabitych (co, wziąwszy pod uwagę, że walki prowadzono na terenie gęsto zabudowanym, dowodzi znacznych starań Izraelczyków, by liczbę ofiar cywilnych ograniczyć), że z oskarżeń o zbrodnie wojenne wycofał się sędzia Richard Goldstone, który je zrazu sformułował – ale byłby to chyba daremny trud. Obaj panowie na racjonalne argumenty są odporni. Mniej jednak odporna powinna była być redakcja, która ograniczyła się do podkreślenia, że „starała się zachować niepodrabialny styl wypowiedzi Profesora”. Istotnie – çe style, c’est l’homme.

Kłopot oczywiście nie tylko w tym, że trudno odrzucić wywiad z Baumanem, zwłaszcza że znaczna jego część zawiera treści całkowicie mieszczące się w obszarze racjonalnej krytyki Izraela, jak opis destruktywnego wpływu okupacji na społeczeństwo okupanta czy analiza szkodzącej pokojowi polityki obecnego rządu. Ale w Polsce do tej pory można było porównywać Izrael i III Rzeszę jedynie na łamach prasy skrajnie prawicowej lub skrajnie lewicowej. Wszędzie indziej obowiązywała, oparta na zaufaniu do owych tak niesłusznych racjonalnych argumentów, zasada, że porównanie takie musi mieć sens, a fakt, że jest ono obelgą pod adresem Izraelczyków, jest argumentem przeciw jego stosowaniu – a nie za nim. Tyle tylko, że Polska – i, szerzej, Europa Środkowa – była tu na naszym kontynencie wyjątkiem. Dyskurs radykalnie antyizraelski, z porównaniami z III Rzeszą, stał się bowiem w prasie zachodnioeuropejskiej na przestrzeni ostatnich lat kilkunastu absolutnie dopuszczalny. Było tylko kwestią czasu, zanim i w Polsce ten dyskurs zyskał prawo obywatelstwa. Wielka w tym zasługa POLITYKI i profesora Baumana. Damski by się zdziwił.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

Izrael: bunt klasy średniej, Piknik pod gilotyną

Polityka Świat
Roman Frister z Tel Awiwu
2 września 2011

Izrael: bunt klasy średniej

Piknik pod gilotyną

Młodzi Izraelczycy też demonstrują na ulicach, ale łagodnie, bez przemocy. Z tych protestów – któż by się spodziewał? – rodzi się nowa ważna siła. Kraj już będzie inny.

Najpierw sto, potem sto pięćdziesiąt, wreszcie ponad 350 tys. młodych Izraelczyków wyległo na ulice Tel Awiwu, Hajfy i Jerozolimy. W ciągu kilku dni iskry rozgoryczenia wznieciły pożar społecznego buntu także w małych miastach Galilei na północy i Negewu na południu. Gniew narastał, organizatorzy trzymali go w ryzach. Nikt nie demolował sklepów i nie podpalał domów jak w Londynie, by nie dać policji pretekstu do użycia pałek i gazu łzawiącego. O największym i najgroźniejszym dla rządu proteście społecznym w historii Izraela jedna z poważnych zagranicznych gazet napisała: Woodstock.

Wśród namiotów, które wyrosły pod konarami rozłożystych sykomor na telawiwskim bulwarze Rothschilda, zapanowała atmosfera pikniku. Powiewają kolorowe transparenty z żądaniami demonstrantów: „Chcemy mieszkać pod dachem, nie pod pałatką”, „Bibi ma dom, niech spada do domu!”. Bibi to oczywiście premier Beniamin Netanjahu. Artyści wspierają demonstrantów pieśnią i poezją, intelektualiści wygłaszają mowy jak w Hyde Parku. Tajniacy przychodzą, węszą i odchodzą. Między namiotami ktoś nagi siedzi po czubek głowy w wodzie wypełniającej nadmuchiwany basen i trzyma napis: „Toniemy w długach”. Gilad Erdan, jedyny minister, który pojawił się na bulwarze, popatrzył, pokiwał głową i oświadczył: nikt was nie rozumie tak dobrze jak ja. Moja rodzina także tonie w długach.

Ta sielanka jest jednak pozorna. Pomiędzy 850 namiotami stanęła bowiem gilotyna przypominająca władzy cenę lekceważenia gniewu narodu. 14 lipca 1789 r. król Ludwik XVI zapisał w swoim dzienniku: rien (nic), nic ważnego nie zaszło. Był to dzień upadku Bastylii i początek rewolucji francuskiej. Teraz, 14 sierpnia 2011 r. dziesiątki tysięcy mieszkańców Tel Awiwu i tysiące przyjezdnych z innych miast ruszyły do dzielnicy rządowej. Tłum płynął w groźnym milczeniu, żadna siła nie mogła zagrodzić mu drogi. Organizatorzy otrzymali wymagane przepisami zezwolenie na zamknięcie ulic. Ponad milion telewidzów (a Izrael ma 7,6 mln mieszkańców) do późnej nocy śledziło przebieg wydarzeń. Policja została w koszarach. Ostatnią rzeczą, jaką jej nowy komendant pragnąłby zobaczyć, to ranni przenoszeni do karetek pogotowia lub, co gorsza, skuci i siłą wleczeni do radiowozów. Dyrektywy polityków były wyraźne: czekać, aż entuzjazm demonstrantów sam się wypali.

Tak się nie stało. Wprawdzie echo żądań obniżki cen żywności i reformy podatkowej nie dotarło do gabinetów Jerozolimy, nie poruszyło też opozycji, ale coś już się zmieniło. Kilka słów poparcia dla społecznego ruchu wygłoszonych przez Eliego Jiszaia spowodowało, że jego ugrupowanie, niezbyt popularna religijna partia Szas, w sondażach natychmiast zwiększyło liczbę mandatów poselskich z 10 do 14. Nic lepiej nie może wskazywać, jak szerokim poparciem cieszy się protest.

Bunt klasy średniej, o którym prezydent Peres powiada, że wybuchł z uzasadnionego poczucia krzywdy spowodowanego polityką rządu, nieprzypadkowo rozpoczął się w Tel Awiwie. Metropolia często lekceważąco nazywana jest miastem sushi i espresso, to tutaj dziesiątki nowych luksusowych wieżowców strzela w niebo, stwarzając wrażenie szczęśliwości i dobrobytu. Tyle że mieszkanie w aglomeracji telawiwskiej dla większości młodych ludzi wkraczających w dorosłe życie stało się niedoścignionym marzeniem. Skromne dwa pokoje z kuchnią w starym budownictwie kosztują około 300 tys. dol., za nowe o tym metrażu trzeba zapłacić ponad pół miliona. Deweloperzy jednak już nie budują takich mieszkań. Stawiają za to apartamenty kupowane na pniu przez zagranicznych inwestorów – w większości Żydów francuskich pragnących zapewnić sobie miejsce ucieczki przed rosnącym w siłę we Francji ruchem muzułmańskim i związanym z tym antysemityzmem. Tu ceny zaczynają się od 3–5 mln i sięgają nawet 15 mln dol.

Tymczasem przeciętny dochód pracującej rodziny z dzieckiem to dzisiaj około 4 tys. dol. miesięcznie. Nawet przy najbardziej bolesnym zaciskaniu pasa nigdy nie zamieszka ona pod własnym dachem. Rodzin nie stać nawet na czynsz w nowym budownictwie. Równocześnie nie mogą i nie chcą przenieść się na daleką prowincję, gdzie mieszkania są tańsze, ale brakuje pracy dla lekarzy, inżynierów, nauczycieli czy prawników. I gdzie nie ma wyższych uczelni, które mogłyby zapewnić przyszłość następnemu pokoleniu.

Niedostatek klasy średniej, którą prezes Izraelskiego Banku Narodowego Stanley Fisher (były wiceprezydent Banku Światowego) określa jako warstwę społeczną stanowiącą podstawę dobrobytu narodowego, nie narodził się w przeddzień masowych protestów. Jest on nieplanowanym rezultatem działania mechanizmów wolnego rynku, stanowiącego istotę polityki gospodarczej Beniamina Netanjahu i jego ­koalicjantów.

Wolny rynek zapewnił wprawdzie rozkwit gospodarki, ale owoce sukcesu zbiera cienka warstwa uprzywilejowanych. System podatkowy faworyzuje wielkich inwestorów. Nie ma sprawiedliwego podziału majątku narodowego. Bo może i PKB liczony na głowę według parytetu siły nabywczej wynosi niemal 30 tys. dol. (dla porównania – w Polsce niecałe 19 tys.), ale według sprawozdań Meryll Lynch liczba milionerów wzrasta co roku o tysiąc, zaś wszyscy razem – 10 150 osób – dysponują wolnym kapitałem rzędu 52 mld dol., czyli sumą równą połowie budżetu państwa na ten rok. Z biegiem lat rynek wewnętrzny został opanowany przez kilkanaście rodzin wielkich bogaczy. To oni, a nie wolny rynek, dyktują ceny w najistotniejszych sektorach życia gospodarczego, a szczególnie nieruchomości. Dla setek tysięcy rodzin ceny te stały się zbyt wysokie.

Dziś na ulicach Tel Awiwu po raz pierwszy w krótkiej historii współczesnego państwa żydowskiego pojawia się nowy portret zbiorowy Izraelczyków: spod mundurów wojskowych wyłaniają się codzienne ubrania – takie same, jakie noszą młodzi Europejczycy czy Amerykanie. Spod maski marsowego oblicza zmagającego się z zagrożeniem wojną, z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem wieszczącym zagładę państwa żydowskiego, wyłania się twarz zwykłego młodego człowieka, który wskazuje palcem tych, którzy naprawdę decydują o losach kraju.

Siłą, ale i słabością spontanicznej rewolucji jest brak zaplecza politycznego. Nie jest sterowana ani wspierana przez żadną partię, nikt nie nawołuje do obalenia rządu ani nie występuje z nowym manifestem politycznym. Równocześnie jednak wielki izraelski pisarz Amos Oz na łamach dziennika „Haaretz” stawia diagnozę: „środki finansowe niezbędne do zapewnienia godnego bytu klasy średniej, a także warstw upośledzonych, żyjących w prawdziwej nędzy, tkwią w kasach tego rządu. Miliardy zainwestowane w osadnictwo na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie stanowią największy nonsens polityczny i powodują największą krzywdę społeczną”. I dalej: „do tego dochodzą bajońskie sumy przekazywane ortodoksyjnym jeszybotom (szkołom religijnym), wychowującym pokolenie nierobów nieuznających podstawowych zasad życia w państwie, w którym mieszkają nie biorąc udziału w jego rozbudowie. Nie wolno także pominąć milczeniem nieograniczonego poparcia, jakie rząd Beniamina ­Netanjahu udziela wąskiej warstwie miliarderów, jakby zapomniał, że środki finansowe płynące do ich kieszeni są plonem ciężkiej pracy milionów ludzi dźwigających na swoich barkach cenę jedynego w swoim rodzaju cudu gospodarczego kraju ubogiego w bogactwa naturalne, lecz bogatego w zasoby ludzkie...”.

Jednak nie w imię tej prawdy w jednym szeregu maszerują ludzie prawicy i lewicy, Żydzi i Arabowie, wierzący i niewierzący. Ten marsz to tylko pozór siły i jedności. Z takiego konglomeratu trudno będzie wyłonić przywódców prowadzących tłum na barykady, aż do zwycięstwa. Zwłaszcza że jeszcze nie tak dawno do głosu dochodziła przede wszystkim ta część społeczeństwa, dla której Amos Oz wcale nie był wyrocznią. Ta, która sprawy polityki zagranicznej stawiała ponad problemy wewnętrzne i dla której siłowe rozwiązanie konfliktu z Palestyńczykami stanowiło priorytet narodowy. Dlatego godzina prawdy nadejdzie dopiero wtedy, gdy obie strony, dzisiejsi rewolucjoniści i establishment państwowy, zasiądą do negocjacji.

Zbliża się chwila, która zadecyduje o losach ruchu protestacyjnego. Premier ma nadzieję skruszyć go biurokracją powołanej dopiero niedawno trzystopniowej komisji negocjacyjnej, wyczerpać siły opozycjonistów niekończącymi się dyskusjami i setkami stron protokołów. Rozmowy mają trwać trzy miesiące. Do stołu zasiądzie najpierw 16 niezależnych ekonomistów, po tym 17 ministrów i urzędników państwowych, z ministrem finansów Juwalem Steinmetzem na czele. Netanjahu zastrzegł sobie prawo ostatecznej ­decyzji.

Przywódcy spontanicznej rewolucji, o ile zostaną wyłonieni, nie są w stanie zmierzyć się z takim przeciwnikiem. Silni na ulicy, łatwo mogą paść ofiarą braku wiedzy i doświadczenia. Postulowane dotychczas żądania – obniżka VAT z 16 na 5 proc., sponsorowane przez skarb państwa tanie budownictwo i wprowadzenie zasad państwa opiekuńczego – nie wytrzymają konfrontacji z restrykcjami budżetu państwa. Także żądanie zmiany priorytetów w myśl argumentacji Amosa Oza rozbije spójność ruchu. Pomoc proponowaną przez ekonomistów z uniwersytetu hajfskiego odrzucili w obawie, że obcy przejmą inicjatywę.

Premier przewiduje pozytywne zakończenie rozmów do końca listopada, licząc, że płomień buntu społecznego sam się wypali. Listopad w Izraelu to już pora deszczowa i jesienne ulewy pewnie zmyją namioty z bulwaru Rothschilda, symboliczna gilotyna pójdzie na złom. Uczestnicy manifestacji i wieców wrócą do swoich codziennych zajęć. Członek komisji rządowej, minister ochrony środowiska Gilad Erdan, ten sam, który wzmacniał ducha koczujących w pałatkach, przypuszczalnie zakończy już budowę rodzinnej willi w Sawionie koło Tel Awiwu, ekskluzywnej enklawie bogaczy.

A jednak, wbrew wszelkim czarnym prognozom, nie można nie dostrzec, że w kraju narodziła się nowa siła. Za jej sprawą jutrzejszy Izrael nie będzie już taki, jak był.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka polityka

Интервю с Кшыштофом Рыбиньским. Wywiad z Krzystofem Rybińskim.

Rybiński: Moją żonę zastraszano, mnie próbowano przekupić

1 godz. 34 minuty temu

"Osoba z otoczenia premiera Tuska proponowała mi stanowisko prezesa urzędu centralnego. Próbowano mnie przekupić, przyciągnąć marchewką" - mówi w Kontrwywiadzie RMF FM Krzysztof Rybiński. "Kiedy nie udało się mnie przekonać, zastraszano moją żonę. Demokracja w Polsce jest chora"- dodaje.

    /Olga Wasilewska /RMF FM
   
 Krzysztof Rybiński, fot. Olga Wasilewska

POSŁUCHAJ KONTRYWYWIADU RMF FM:

Konrad Piasecki: Szwajcarzy wygrają tę wojnę o taniego franka?

Krzysztof Rybiński: Wojna walutowa, to jest bardzo ciężka wojna.

A długo można ją prowadzić z zasobami szwajcarskimi?

W nieskończoność. Szwajcarzy nie sprzedają walut zagranicznych broniąc franka, żeby się dalej nie osłabiał, wręcz przeciwnie - oni boją się, że on się zbyt umocni. W związku w tym skupują waluty i drukują franka. Można powiedzieć, że w takiej sytuacji amunicji nigdy nie zabraknie, bo możemy zakupić dowolną ilość waluty, a franka to my drukujemy, więc maszyny mogą pracować, chyba że to się skończy silnym wzrostem inflacji. A tego Bank Centralny Szwajcarii na pewno by nie chciał.

Ale rozumiem, że póki co jest tak, że jak powiedzieli 1,20 za euro, to tak właśnie będzie?

Wojny walutowe są bardzo trudne i były banki centralne, które wygrały te wojnę z rynkami, były też banki centralne, który poniosły sromotną porażkę. W 1998 roku, jak był atak na złotego w tą samą stronę, czyli rynki umacniały złotego, a Rada Polityki Pieniężnej nie pozwalała, to po jakimś czasie Narodowy Bank Polski przegrał tą walkę i odpuścił. Zobaczymy, jak będzie w przypadku franka. Za kredytobiorców trzeba dalej trzymać kciuki, żeby Szwajcarom się udało, ale pamiętajmy, że rynki są bardzo brutalnym przeciwnikiem.

A nie jest tak, że kursy i wszystko inne w gospodarce, posypią się jak domek kart wraz z bankructwem Włoch?

Jeżeli Włosi będą mieli takie problemy jak dzisiaj Grecy, a to jest dużo większa gospodarka, dużo większy rynek długu, to wówczas będą straty w bankach w strefie euro i będzie poważny kryzys finansowy.

Z tym, że Grecja zbankrutuje, to właściwie już wszyscy się pogodzili. Pojawia się pytanie, jak zbankrutuje? Bankructwo Włoch to byłoby coś, przynajmniej dla tego naszego europejskiego świata finansów, coś dzisiaj niewyobrażalnego. Czy to byłby taki krach i taki kryzys, jak w latach trzydziestych?

Tego dzisiaj nikt nie wie. Jedno jest pewne - ponad 20 lat żyliśmy na kredyt. Rządy, które pozaciągały mnóstwo długów - 120 procent PKB w przypadku Włoch, 150 procent w przypadku Grecji - to są potężne długi.

Ale też 200 procent w przypadku Japonii, która jakoś sobie radzi

Radzi sobie tak, że od dwóch dekad jest w stagnacji albo recesji. Kraj się już dalej mocno nie rozwija. Także ten scenariusz "japonizacji" świata nam niestety grozi i trzeba temu przeciwdziałać.

A uważa pan, że jest jeszcze taka ścieżka, którą dałoby się iść nad tą przepaścią i uratować przed katastrofą?

Tak, uważam, że jest to możliwe. To jednak wymaga dwóch rzeczy - bardzo trudnych. Po pierwsze - porozumienia politycznego w Europie, w szczególności w strefie euro. Czyli liderzy się dogadają, usiądą i przestaną myśleć, co ja mam zrobić, żeby dobrze wypaść o oczach mojego elektoratu w moim kraju, tylko, co zrobić, żeby naprawdę ratować Europę. A jak już się dogadają, a porozumienie zawsze pociąga za sobą głębokie reformy, to muszą przekonać społeczeństwo w swoich krajach, że trzeba ponosić poważne koszty głębokich reform, co oznacza: podwyżki podatków dla bogatych, cięcia wydatków, redukcję zatrudnienia itp. Jedno jest bardzo trudne - porozumienie polityczne - oni nie potrafią tego zrobić. Drugie jest jeszcze trudniejsze. Dlatego ta ścieżka istnieje, ale jest bardzo kręta, stromo w górach i wymaga sprawności rasowego alpinisty.

Obywatele do Senatu, tych obywateli mniej, Król nie zebrał podpisów, comeback Kalaty tez się nie powiódł - mówiąc językiem Radka Sikorskiego "organizacyjnie dwója, lufa, zero"...

Ja bym tak nie powiedział. Uzyskałem poparcie 4800 przy dwóch tysiącach bariery.

Ale jak się to dzieje, że prężna inicjatywa społeczna nie jest w stanie zgromadzić dwóch tysięcy podpisów dla swoich kandydatów?

No, ja zebrałem prawie pięć tysięcy.

Pan tak, ale oni - nie.

Jeszcze parę dni temu to tak różowo nie wyglądało, ale ponieważ wysłałem apel na swoim blogu nagle pojawiło się wsparcie. Samo się zorganizowało w różnych miejscach i udało się tych podpisów sporo zebrać. Tak że są przykłady bardzo dobrych wyników. Ja akurat na Pradze, gdzie się urodziłem i skąd pochodzę zyskałem bardzo silne poparcie i myślę, że ono się utrzyma.

A porażka Kalaty pana załamała? Bo to pan ją bardzo promował.

Annę Kalatę znam od kilku lat, kiedy zasiadaliśmy razem w Komisji Nadzoru Finansowego. Zapewniam Państwa, że to jest przemiana zdumiewająca. Nie tylko zewnętrzna, ale i wewnętrzna. My współpracujemy dzisiaj budując relacje Polska - Indie. Moja uczelnia przyciąga studentów z Indii, wspólnie robimy wspólne projekty. Tak że to na prawdę byłby dobry kandydat, mimo że różnie się brzydko plotuje na Plotkach i podobnych serwisach.

To teraz mały powrót do przeszłości - wrzesień 2010, siedzimy w tym studiu i pytam pana tak: "szykuje się pan do wejścia w politykę?"

Nie. Mnie w tej rzeczywistości jest niedobrze, ale w polityce nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę. Ja nie umiem się zajmować polityką.

No, mocne słowa jak na kogoś, kto w rok później do polityki wskakuje.

Taki znany ekonomista John Maynard Keynes na pytanie, że jeszcze trzy miesiące temu mówił co innego, odpowiedział swojemu adwersarzowi: "drogi panie, jak warunki się zmieniają, to ja zmieniam swoje opinie, a pan nie, proszę pana". I to jest dokładnie tak samo. jakiś czas temu miałem nadzieję, że obecnie rządzący i opozycja są w stanie w sytuacji na prawdę poważnych turbulencji dogadać się i parę spraw dla Polski uzgodnić. Tak się nie dzieje.

A od którego momentu jest tak, czy było tak, że pan już wiedział, że ta pańska krucjata ekonomiczna - bo pan taka krucjatę prowadził - zamieni się w skok do polityki?

Tego momentu dokładnie nie pamiętam, ale to było trzy, cztery tygodnie temu.

Tak? Krótko umierał ekonomista i rodził się polityk Rybiński...

To znaczy, decyzja zapadła, natomiast to nie jest prosta decyzja.

A jak się nie uda, to koniec z polityką w pańskim przypadku?

To jest trudno powiedzieć, czy koniec z polityką. Moje życie było zawsze pełne niespodzianek. W Japonii pracowałem, dlatego że trochę przypadkowo tę pracę dostałem. Nie szukałem pracy wiceprezesa NBP, a zaoferowano mi tę pracę. Nie wiem, co będzie za dwa, trzy lata.

A czy docelowym punktem Ruchu Obywateli do Senatu jest doprowadzenie Rafała Dutkiewicza do prezydentury Polski?

Nie ma takiej dyskusji dzisiaj.

A widziałby go pan w tej roli?

To jest moje osobiste zdanie i z nikim o tym nie rozmawiałem. Rafał Dutkiewicz jest świetnym prezydentem Wrocławia. Kiedyś Donald Tusk powiedział, że przecież cała Polska może być jak Wrocław, doceniając, co się stało w tym mieście. Uważam, że Dutkiewicz ma wielki talent do mobilizowania pozytywnej energii u ludzi, którzy z nim pracują i byłby świetnym prezydentem Polski. Natomiast celem Ruchu Obywateli do Senatu nie jest Rafał Dutkiewicz na prezydenta Polski, ale wprowadzenie do izby wyższej parlamentu grupy mądrych ludzi, którzy będą tworzyli naprawdę dobre i mądre prawo.

Rozumiem, leczyli polską demokrację, bo na razie pan uważa, że ona jest chora

Tak, jest chora. To jest demokracja słupkowo-medialna, gdzie partie podejmują decyzje nie w interesie kraju, ale w interesie popularności swoich partii.

Objawem tej choroby ma być straszenie pańskiej żony, że jeśli nie przestanie pan krytykować rządu, ona straci pracę. Kto ją straszył?

Ja nie powiem kto.

Polityk, urzędnik?

Takich rzeczy się nie mówi.

Ale jak się mówi "A", to się też mówi "B", tzn. jak się mówi, że demokracja jest chora i moją żonę straszono, no to nie można nie zapytać i nie można nie odpowiedzieć na pytanie, kto ją straszył?

Powiem panu, jak to działa. Osobiście wobec mnie formowano wielokrotnie oskarżenia. Próbowano mnie przekupić ze strony bardzo wysoko postawionej osoby bardzo blisko Donalda Tuska. Otrzymałem ofertę zostania prezesem urzędu centralnego, odmówiłem.

Którego urzędu centralnego?

Wiem, że pana obowiązkiem jest drążyć, ale ja tego nie powiem.

A jak wysoko postawiona była ta osoba blisko Tuska, która zaproponowała panu objęcie fotela prezesa urzędu?

Bardzo wysoko.

Minister rządu?

To mi się zdarzało wcześniej. Wiele partii politycznych przychodziło do mnie z różnymi ofertami próbując przyciągnąć tzw. marchewką. Jak to mnie dotyczy, to jest w porządku, ja się tym nie martwię. Ale jeżeli ktoś tyka moją rodzinę w kraju, o którym mówi się, że jest demokratyczny, to jest to po prostu nie w porządku. Uważam, że za daleko poszliśmy i trzeba temu powiedzieć "Nie". Mówię temu bardzo głośno "Nie" i nie wyrażam na to zgody.


Пётр Литва, президетн ГШУ, о сланцевом газе в Польше.

Piotr Litwa, prezes WUG, o gazie łupkowym

wnp.pl (Jerzy Dudała) - 06-09-2011 17:14

Podawane kolejne wielkości zasobów gazu z łupków w Polsce są wciąż jedynie szacunkowe, niepotwierdzone badaniami - mówi Piotr Litwa, prezes WUG Fot. PTWP (archiwum)
- Górnictwo to nie tylko węgiel kamienny, który przez wieki był fundamentem polskiej energetyki - mówi Piotr Litwa, prezes Wyższego Urzędu Górniczego.
Szef WUG-u wypowiadał się na temat gazu łupkowego w trakcie konferencji Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach - zatytułowanej Sektor gazowy i węglowy a bezpieczeństwo energetyczne Europy i Polski. Wyzwania. Możliwości. Prognozy - towarzyszącej Międzynarodowym Targom Górnictwa, Przemysłu Energetycznego i Hutniczego Katowice 2011.

Prezes WUG wskazał, że dywersyfikacja źródeł energii staje się faktem, a nadzór górniczy staje przed nowymi wyzwaniami.

- Najnowszym jest wydobycie gazu łupkowego - ocenił prezes Litwa. - Sytuacja w branży węglowej jest dobrze rozpoznana. Natomiast gaz łupkowy niesie wiele pytań, na które musimy znaleźć odpowiedzi.

Pierwsze wiercenie w poszukiwaniu gazu łupkowego rozpoczęło PGNiG w 2010 r. na Lubelszczyźnie. Obecnie poszukiwania prowadzi pięć firm, które wywierciły łącznie13 otworów.

Minister Środowiska przyznał dotychczas (stan na 31 sierpnia br.) 101 koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż gazu niekonwencjonalnego: 99 - gazu z łupków oraz dwie - tight gazu. Otrzymało je 25 firm.

W ubiegłym roku w WUG gościli przedstawiciele kilkunastu z nich.

- Istotne zapisy koncesyjne znalazły się w Ustawie Prawo Geologiczne i Górnicze, która wejdzie w życie 1 stycznia 2012 roku - zaznaczył Piotr Litwa. - Przyjęte rozwiązania są zgodne z dyrektywą 94/22/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie warunków udzielania i korzystania z zezwoleń na poszukiwanie, badanie i produkcję węglowodorów. Istotną zmianą jest także to, że po nowym roku osoby niższego i średniego dozoru ruchu w zakładach wydobywających kopaliny otworami wiertniczymi nie będą potrzebowały stwierdzanych przez nadzór górniczy kwalifikacji.

Według analiz przeprowadzonych przez firmy konsultingowe zasoby gazu łupkowego w Polsce mogą wynosić ok. 3-5 bln. m3.

- Podawane kolejne wielkości zasobów gazu z łupków w Polsce są wciąż jedynie szacunkowe, niepotwierdzone badaniami - mówił Piotr Litwa. - Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej szacuje polskie zasoby wydobywalne gazu z łupków na 5,30 bln m3, firma konsultingowa Advanced Resources wcześniej szacowała je na 3 bln m3, natomiast firma consultingowa Wood Mackenzie Consultants szacuje je na 1,4 bln m3. Według tych szacunków, Polska ma największe złoża gazu niekonwencjonalnego w Europie i jedne z najdogodniejszych warunków geologicznych do jego wydobywania. Kolejnym krokiem w określeniu wielkości potencjału wydobywczego Polski będą wyniki prac amerykańskiej służby geologicznej i polskiego Państwowego Instytutu Geologicznego, które zostaną opublikowane prawdopodobnie we wrześniu tego roku.

Piotr Litwa mówił również o tym, że wielkość zasobów zakwalifikowanych, jako wydobywcze będzie można określić pod koniec przyszłego roku, gdy uzyskamy dane z ponad 20 odwiertów wykonanych przez firmy posiadające koncesje poszukiwawcze. A pełne i wiarygodne dane będzie można uzyskać na podstawie przekazanych przez inwestorów dokumentacji geologicznych z większości realizacji udzielonych koncesji na poszukiwanie, czyli za najbliższych 4-5 lat, po wykonaniu przez firmy ponad 120 otworów badawczych (poszukiwawczych).

W trakcie konferencji wskazywano też, że gaz łupkowy jest potencjalnie rewolucyjnym czynnikiem zmiany gospodarczej i politycznej na świecie o konsekwencjach dalece wykraczających poza branżę energetyczną w Polsce czy Europie. Przy obecnym wykorzystaniu gazu prawdopodobnie wystarczyłoby go dla Polski przynajmniej na najbliższe300 lat, bez jakiegokolwiek importu, a w efekcie przestawienia części energetyki na tani gaz krajowy, gospodarka stałaby się bardziej konkurencyjna.

Taki scenariusz spowodowałby zmianę układu ekonomicznego, politycznego i energetycznego, bo nie potrzebowalibyśmy drogiego gazu z Rosji, przynajmniej w takiej ilości jak obecnie.

Zastanawiano się też nad tym, czy Polska ma szansę zająć pozycję lidera w poszukiwaniach gazu łupkowego.

Na koniec sierpnia przyznanych jest 101 koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż gazu niekonwencjonalnego, w tym: 99 - gazu z łupków, 2 - tight gazu, 25 firm posiada ww. koncesje, obecnie poszukiwania prowadzi 5 firm, które wywierciły 13 otworów (2 - tight gaz).

Polska, jako pierwsza w Europie, opierając się na doświadczeniach amerykańskich i kanadyjskich, rozpoczęła na taką skalę poszukiwania gazu niekonwencjonalnego. Mamy dużą szansę zostać w Europie liderem poszukiwań gazu z łupków. Przy czym Polska jest przygotowana do tego, żeby w pełni kontrolować proces poszukiwania, a w przyszłości wydobywania gazu z łupków, dzięki dobremu prawu, systemowym działaniom oraz instytucjom, które czuwają nad stanem środowiska, np. w kwestii wody czy ocen oddziaływania na środowisko, w oparciu o działania m.in. takich instytucji, jak Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, Główny Inspektor Ochrony Środowiska czy Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, Wyższy Urząd Górniczy.

Materiał z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2011

Moce przesyłowe w Lasowie rozchwytywane

Moce przesyłowe w Lasowie rozchwytywane

wnp.pl (Dariusz Malinowski) - 06-09-2011 14:38

GDF Suez Energia Polska również zarezerwował część mocy przesyłowych w rozbudowanym interkonektorze w Lasowie. - Chodzi o stosunkowo niewielką ilość - przyznaje Bogdan Pilch, wiceprezes zarządu GDF Suez Energia Polska.
Niedawno o zarezerwowaniu 40 mln m sześc. gazu rocznie zdolności przesyłowych interkonektora w Lasowie koło Zgorzelca poinformował ZAK. Także GDF Suez Energia Polska zarezerwował cześć mocy. Jak przyznaje wiceprezes Pilch jest to mniej niż w przypadku ZAK.

Dlaczego jednak zainteresowanie mocami było tak duże? Efektem była znaczna redukcja. W ten sposób firmy otrzymują możliwość kupna gazu bez udziału PGNiG. W praktyce może to oznaczać, że część surowca będzie kupowane w transakcjach natychmiastowych, a więc najpewniej taniej niż w przypadku gazu pochodzącego z kontraktu z PGNiG.

Dodatkowa zaletą „własnego” gazu jest także to że będzie on pochodził z innego źródła, mówimy wiec o faktycznej dywersyfikacji.

Obecnie Polska ma możliwość importowania przez Lasów nieco ponad 0,8 mld metrów sześc. gazu rocznie. Jednak mająca się rychło zakończyć rozbudowa interkonektora pozwoli na zwiększenie rocznego przesyłu do 1,5 mld m sześc.

Materiał z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2011

Kompania Węglowa zamierza wybudować elektrownię węglową i zwiększyć wydobycie

Kompania Węglowa zamierza wybudować elektrownię węglową i zwiększyć wydobycie

wnp.pl (Jerzy Dudała) - 06-09-2011 15:39

- Zakładamy zwiększenie wydobycia i zatrudnienia - zaznacza w rozmowie z portalem wnp.pl prezes KW.
Nowa strategia Kompanii Węglowej zostanie najpewniej przyjęta na początku października. Zakłada m.in. zwiększenie wydobycia oraz budowę niskoemisyjnej elektrowni węglowej.
- Kompania Węglowa przeznacza na inwestycje górnicze około 1 mld zł rocznie i te nakłady na inwestycje powinny wzrastać - powiedziała dla portalu wnp.pl prezes zarządu Kompanii Węglowej Joanna Strzelec-Łobodzińska podczas Międzynarodowych Targów Górnictwa, Przemysłu Energetycznego i Hutniczego Katowice 2011. - Zamierzamy wraz z partnerem wybudować nowoczesną, niskoemisyjną elektrownię węglową. Kiedy będziemy mieli domknięte kwestie dotyczące finansowania, to powiem więcej na temat tego projektu.

Najpewniej na początku października rada nadzorcza Kompanii Węglowej przyjmie nową strategię spółki.

- Zakładamy zwiększenie wydobycia i zatrudnienia - zaznacza w rozmowie z portalem wnp.pl prezes Strzelec-Łobodzińska. - Dotychczas w strategiach spółek węglowych nie było o tym mowy. Jeżeli jednak chcemy, by polskie górnictwo nie alarmowało stale, że napływa do nas węgiel z importu, to musimy sami zwiększyć produkcję węgla w kraju. Przecież to, że na nasz rynek wpływa węgiel z Rosji, to efekt braku węgla krajowego. A zatem rynek jest, natomiast węgla brakuje. Stąd zamysł zwiększenia wydobycia.

I tak, w trakcie najbliższych trzech lat, Kompania planuje zwiększyć swe zdolności wydobywcze o 3 mln ton węgla - z przeszło 40 mln ton ma ono wzrosnąć do 43 mln ton węgla rocznie.

- Strategię spółki opieramy na założeniach Polityki energetycznej Polski - zaznacza Joanna Strzelec-Łobodzińska. - A węgiel pozostanie w Polsce wiodącym paliwem.

Prezes Joanna Strzelec-Łobodzińska zapytana o ewentualny debiut giełdowy Kompanii, wskazuje, że celem zarządu jest, by za trzy lata spółka była gotowa do wejścia na giełdę.

Kompania Węglowa jest największym producentem węgla w Polsce i największą górniczą firmą w Europie. Zatrudnia przeszło 60 tys. osób w piętnastu kopalniach.

W 2010 roku kopalnie należące do Kompanii wydobyły przeszło 40 mln ton węgla. W roku 2011 to wydobycie może być o ok. 800 tys. ton wyższe.


Jerzy Dudała

Materiał z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2011


Обстановка на Северном Кавказе

Sytuacja na północnym Kaukazie

Обстановка на Северном Кавказе

Очевидно, что характер действий боевиков в разных республиках Северного Кавказа отличается в зависимости от местных условий и предпочтений полевых командиров. В Ингушетии чаще нападают на дома силовиков по ночам или взрывают их машины, в Дагестане устраивают засады на горных дорогах. В Чечне же в целом боевиков, что называется "прессуют", и сообщения о спецоперациях из этой республики приходят чаще, чем о терактах и нападениях.

О том, что ситуация на Северном Кавказе остается сложной, свидетельствуют и цифры потерь, приводимые МВД РФ. На оперативном совещании, посвященном событиям в Грозном, стало известно, что с начала 2011 года в столкновениях с боевиками и в результате нападений погибли 106 полицейских или половина от общего количества погибших при исполнении служебных обязанностей. Еще 201 человек был ранен в ходе борьбы с террористами, что составляет четверть всех раненых сотрудников МВД.
Андрей Кузнецов

http://lenta.ru/articles/2011/08/31/grozny/

Как разбивались самолеты в России с 2001 по 2011 год

Крушение Як-42 Фото: ИТАР ТАСС
Крушение Як-42. Фото: ИТАР ТАСС

Как разбивались самолеты в России с 2001 по 2011 год

4 июля 2001 года. Самолет Ту-154М упал в районе деревни Бурдаковка Иркутской области. Погибли все 145 человек, находившихся на борту.

4 октября 2001 года. Самолет Ту-154М, совершавший рейс Тель-Авив — Новосибирск, был сбит над Черным морем зенитной ракетой украинских сил ПВО. Погибли все 78 человек, находившиеся на борту, в основном, граждане России и Израиля.

19 ноября 2001 года. Самолет Ил-18 на большой скорости столкнулся с заснеженным полем рядом с окраиной деревни Калязина (Тверская область). Погибло 27 человек.

29 августа 2002 года. При заходе на посадку в горный аэропорт Аян в сложных метеоусловиях, экипаж самолета Ан-28 нарушил схему захода и столкнулся в тумане со склоном горы (мыс Отвесный, Хабаровский край). Все находвишиеся на борту 16 человек погибли в момент столкновения.

24 августа 2004 года. Во время перелета из Москвы в Сочи чеченская террористка-смертница взорвала самолет Ту-154Б-2. Самолет упал на поле в окрестностях села Глубокое (Ростовская область). Все находившиеся на борту самолета 46 человек погибли.

24 августа 2004 года. Во время перелета самолета Ту-134 из Москвы в Волгоград чеченская террористка-смертница привела в действие находившийся на ее теле скрытый заряд взрывчатого вещества. Самолет упал на поле в окрестностях села Бучалки (Тульская область). Все находившиеся на борту самолета 44 человека погибли.

16 марта 2005 года, самолет Ан-24РВ потерпел катастрофу при посадке на аэродроме поселка Варандей (Ненецкий автономный округ). Он упал в пяти километрах от посадочной полосы. Из 52 человек, находившихся на борту, 28 погибли.

3 мая 2006 года. В ночь на 3 мая около Сочи упал в море пассажирский самолет Airbus A-320-200 армянской авиакомпании «Армавиа», выполнявший рейс Ереван-Сочи. На борту находились 113 пассажиров, в том числе 23 гражданина России. Все они погибли.

9 июля 2006 года в аэропорту Иркутска Airbus A-310-300 при посадке выехал за пределы полосы и врезался в одно их служебных зданий. В результате столкновения фюзеляж аэробуса разрушился, в салоне возник пожар. Из 204 человек (включая экипаж и трёх пассажиров, не прошедших регистрацию) погибли 125.

17 марта 2007 года, в аэропорту Курумоч города Самары при посадке разбился самолет Ту-134. 6 человек погибло. На борту находилось 7 членов экипажа и 50 пассажиров.

14 сентября 2008 года, самолет Boeing 737-500 упал в черте города Пермь. Все находившиеся на борту 88 человек погибли.

10 апреля 2010 года, самолет Ту-154 рухнул на аэродроме «Смоленск-Северный» с 96 высокопоставленными членами польского правительства, в том числе президент Польши Лех Качиньский. Выживших не было.

3 августа 2010 года, самолет Ан-24РВ рухнул в аэропорту города Игарки Красноярского края. В результате столкновения самолета с землей и последующего пожара погибли 11 пассажиров (в том числе ребенок) и бортпроводник. Командир воздушного судна, второй пилот и бортмеханик получили травмы различной степени тяжести.

4 декабря 2010, самолет Ту-154М вылетел из аэропорта Внуково, но был вынужден совершить аварийную посадку в соседнем Домодедово. Из-за низких облаков, пилоты до последнего момента не видели землю. Из-за удара о небольшой холм самолет развалился на части. Погибли два человека – брат президента Дагестана Гаджимурад Магомедов, а также 81-летняя Роза Гаджиева, мать судьи Конституционного суда Гадиса Гаджиева. 82 человека пострадали, из них пятеро в тяжелом состоянии и 22 в состоянии средней степени тяжести.

1 января 2011 года, в аэропорту Сургут рухнул самолет Ту-154Б-2 авиакомпании «Когалымавиа» рейса Сургут-Москва. Погибло три человека, 43 пострадали.

5 марта 2011 года, в Белгородской области упал самолет Ан-148. Самолет рухнул в 8 километрах на северо-восток от деревни Гарбузово. Погибли все шестеро находившихся на борту – пассажиры и члены экипажа. Среди них два летчика из Мьянмы.

20 июня 2011 года, под Петрозаводском разбился Ту-134 компании «Русэйр». Лайнер пытался сесть на автотрассу около аэропорта Бесовец. Погибли 44 человека, 8 выжили.

07.09.2011. Сразу сегодня надо добавить:
Самолет Як-42 с хоккейной командой «Локомотив» на борту потерпел крушение под Ярославлем.
По данным Росавиавиации, в 16.05 машина вылетела из аэропорта Ярославля Туношна. Пролетев 500 метров, самолет накренился влево и упал.
По данным МЧС России, на борту находилось 45 человека – 37 пассажиров и 8 членов экипажа. Выжили двое.

http://www.gazeta.ru/subjects/katastrofa_tu134.shtml?info_right2

17-процентов. увеличение производства биотоплива в мире

17-proc. wzrost produkcji biopaliw na świecie
17-процентов. увеличение производства биотоплива в мире

wnp.pl (Marcin Szczepański) - 06-09-2011 12:18

Światowa produkcja biopaliw wzrosła w 2010 roku o 17 proc. i osiągnęła rekordowy poziom 105 miliardów litrów, wzrastając z poziomu 90 miliardów litrów w 2009 roku - wynika z najnowszego raportu Worldwatch Institute opisującego globalną sytuację na rynku biokomponentów.
Zdaniem ekspertów instytutu, w głównej mierze na odnotowany wzrost wpływają wysokie ceny ropy naftowej, wahania gospodarcze i nowe uregulowania prawne w takich krajach, jak Argentyna, Brazylia, Kanada, Chiny i USA.

Stany Zjednoczone i Brazylia pozostają największymi producentami etanolu. W 2010 roku USA wyprodukowały go 49 miliardów litrów (57 proc. światowej podaży), a Brazylia 28 miliardów litrów, co oznacza, że kraj ten odpowiada za 1/3 produkcji etanolu w skali globalnej. Kukurydza jest podstawowym surowcem dla amerykańskiej produkcji, natomiast w Brazylii w sposób zdecydowany dominuje trzcina cukrowa.

Rekordowy wynik Stanów Zjednoczonych łączony jest częściowo z wysokimi cenami ropy, co poskutkowało wejściem na rynek etanolowy dużych koncernów paliwowych takich jak Sunoco, Valero, Flint Hills czy Murphy Oil. Wysokie notowania ropy były również czynnikiem stymulującym produkcję etanolu w Brazylii, gdzie około 1/3 wszystkich pojazdów stanowią samochody „flex-fuel”. Wielu kierowców w tym kraju zasila swoje auta etanolem, ponieważ jest on tam tańszy niż klasyczna benzyna.

Największym producentem biodiesla jest z kolei Unia Europejska, w której wyprodukowano łącznie w 2010 roku 53 proc. światowych dostaw tego paliwa. Niektóre kraje UE mogą jednak w najbliższym czasie zmniejszyć produkcję biodiesla na rzecz etanolu z uwagi na dane opublikowane w raporcie Komisji Europejskiej, zgodnie z którym uprawy przeznaczone do produkcji etanolu mają większą zawartość energetyczną, co stwarza większą efektywność na cele paliwowe.

Materiał z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2011

Как государства-члены ЕС защищают себя от кризиса: Испанское сотрудничество, итальянский хаос

Polityka Świat
Cezary Kowanda

31 sierpnia 2011

Jak państwa UE bronią się przed kryzysem
Hiszpańska współpraca, włoski chaos

Gdy Hiszpania wyciąga lekcje z kryzysu i chce się ratować własnymi siłami, Włosi przez swoich polityków stają się pośmiewiskiem Europy.

W ostatnich tygodniach Włochów i Hiszpanów połączyły dwie sprawy: strajk piłkarzy i strach przed bankructwem. Zawodnicy klubów hiszpańskich już zakończyli swój protest. Ci z włoskich jeszcze negocjują, ale jest nadzieja, że niedługo i oni wznowią rozgrywki. Niestety, gorzej wygląda sytuacja gospodarcza.

Oprocentowanie obligacji obu krajów niedawno gwałtownie wzrosło i dopiero interwencja Europejskiego Banku Centralnego nieco uspokoiła sytuację. Choć oba kraje oburzają się na porównywanie ich przez rynki, razem znalazły się w niewesołej sytuacji. Hiszpanie nie chcą być traktowani na równi z Włochami, bo przecież mają zdecydowanie mniejszy dług publiczny, przez lata prowadzili rozsądną politykę budżetową i dokonali niebywałego skoku cywilizacyjnego w ostatnich dwóch dekadach. Z kolei Włosi dowodzą, że to nie u nich doszło do krachu na rynku nieruchomości, a ich uprzemysłowiona północ to wciąż jeden z najlepiej rozwiniętych regionów świata. Poza tym to przecież oni są państwem należącym do G7.

Ale inwestorzy traktują ostatnio obie wielkie gospodarki południa Europy podobnie. Nic zatem dziwnego, że zarówno we Włoszech, jak i Hiszpanii rozgorzała debata nad nowymi reformami, by uspokoić rynki i uniknąć sięgnięcia po międzynarodową pomoc. Jednak efekty są na razie diametralnie różnie. Podczas gdy Hiszpanie wykazują niebywałe umiejętności współpracy i mają kilka ciekawych pomysłów na poprawienie swojej niedoli, Włosi ośmieszają się chaotycznym przygotowywaniem pakietu oszczędnościowego.

W Hiszpanii dwie główne partie polityczne doszły bardzo szybko do porozumienia w kwestii limitu zadłużania się państwa. Już wkrótce mają zostać uchwalone zmiany, które będą obowiązywać zarówno rząd centralny, jak i prowincje autonomiczne od 2020 r. Wówczas maksymalny deficyt budżetowy wyniesie 0,4 proc. PKB i będzie mógł zostać zwiększony tylko w przypadku recesji czy klęsk żywiołowych. Choć polaryzacja na hiszpańskiej scenie politycznej jest silna, konserwatyści i socjaliści potrafili dojść do kompromisu – i to podczas kampanii przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi w listopadzie. Ponadto Hiszpanie do końca roku obniżają o połowę podatek od sprzedaży nowych domów, by choć trochę ulżyć rynkowi nieruchomości.

W tym samym czasie we Włoszech Silvio Berlusconi bije rekordy niekompetencji. Zaraz po przyjęciu programu oszczędnościowego ogłasza rezygnację z uzgodnionego wcześniej specjalnego podatku dla najlepiej zarabiających i wycofuje się z planów oszczędności w samorządach. Wszystko po to, aby zadowolić Ligę Północną – swojego wiecznie obrażonego koalicjanta. O jakiejkolwiek współpracy między lewicą a prawicą w ogóle nie ma mowy, a zapał reformatorski słabnie natychmiast, gdy oprocentowanie obligacji włoskich nieco spada dzięki interwencji EBC. Nie ma również jakichkolwiek pomysłów na pobudzenie koniunktury. Także perspektywy dla obu krajów są diametralnie różne. O ile bowiem dryf polityczny Hiszpanii się kończy i w listopadzie będzie już nowy rząd, to Włosi z coraz bardziej zniechęconym do wszystkiego Berlusconim i jego ekipą musza żyć prawdopodobnie jeszcze prawie dwa lata.

Wykonanie Javatech | Prawa autorskie © S.P. Polityka

Грузия - Православные Церкви

Оригинал взят у blumgardt в Грузия - Православные Церкви
Вид на Мцхету с Джвари.
Мцхета город в Грузии, при впадении реки Арагви в реку Кура. Здесь располагаются остатки укреплённых резиденций Армазской крепости (Армазцихе), городских кварталов, могильники, а также комплекс монастыря Самтавро (главный храм XI века) и кафедральный собор Светицховели
Джва́ри (досл. «крест») — грузинский монастырь и храм на вершине горы у слияния Куры и Арагви близ Мцхеты — там, где, по историческим источником („Обращение Грузии“, „Жизнь картлийских царей“), воздвигла крест святая равноапостольная Нина. Джвари — по совершенству архитектурных форм это один из шедевров архитектуры и первый в Грузии памятник Всемирного наследия.



Сиони — так прозван в честь Сионской горы главный храм Тбилиси, освящённый во имя Успения Пресвятой Богородицы.


Collapse )
Вот такая вот стена дома около Сиони

Метехи — исторический район Тбилиси на высокой скале, нависающей над берегом реки Куры.

Светицховели (животворный столб) — кафедральный патриарший храм Грузинской православной церкви в Мцхете, который на протяжении тысячелетия являлся главным собором всей Грузии.

Алаверди — кафедральный собор первой четверти XI века (собор Святого Георгия) и монастырский комплекс в Ахметском муниципалитете Кахетии








Давидо-Гареджийский монастырский комплекс — комплекс грузинских пещерных монастырей VI века, расположенный в 60 км к юго-востоку от Тбилиси, на грузинско-азербайджанской границе

Тбилиси - Только на этом маленьком участке города вы встретите, Грузинскую православную церковь, Армянскую церковь, Мечеть и Синагогу.

Цминда Самеба - Двор - («Пресвятая Троица»); Собор Святой Троицы в Тбилиси — главный кафедральный собор Грузинской православной церкви; находится в Тбилиси, на холме св. Ильи (левый берег Куры)

Фотографии Александра Месхи

история со зданием в Скатертном переулке является "вопиющим нарушением" Венской конвенции.

Грани.Ру: Отношения между Москвой и Тбилиси могут быть полностью разорваны

Дипотношения между Россией и Грузией могут быть полностью разорваны. Поводом для этого стала продажа на аукционе в Москве бывшего гостевого дома "Тбилиси", который грузинские власти считают своей собственностью, а также проблемы с обустройством грузинского консульства. В ответ Грузия может отозвать из Москвы своих консульских работников и выдворить российских дипломатов, работающих в Тбилиси как секция при швейцарском посольстве.