July 3rd, 2011

Dlaczego Europa nie chce się już integrować?

Dlaczego Europa nie chce się już integrować?

...

Wojciech Morawski* 2011-06-28, ostatnia aktualizacja 2011-06-26 18:54:19.0

Skoro strefa euro już jest, to nie możemy pozwolić sobie na jej klęskę. Bo to doprowadziłoby do rozpadu Unii Europejskiej, powrotu protekcjonizmu, nacjonalizmu i tego wszystkiego, przed czym ojcowie założyciele EWG chcieli Europę uchronić

Wyobraźmy sobie flotyllę statków zakotwiczonych burta w burtę. Łączy je system trapów, który umożliwia sprawną komunikację. Każdy żeglarz wie, że trapy te połączone muszą być z poszczególnymi okrętami elastycznie, w taki sposób, by każdy statek mógł się kołysać we własnym rytmie. Wyobraźmy sobie kogoś, kto w imię usprawnienia i udoskonalenia systemu komunikacji postanowiłby połączyć statki systemem trapów zamocowanych na sztywno. Ktoś taki nieuchronnie stałby się sprawcą katastrofy, bowiem system sztywnych trapów musiałby nieuchronnie zostać zgruchotany przez najlżejsze nawet fale.

W procesie integracji gospodarczej państw bardzo ważne jest właściwe rozpoznanie, które łącza mogą być sztywne, a które elastyczne. Nieroztropne poszerzenie zakresu sztywnych łączy musi doprowadzić do katastrofy. W moim przekonaniu Unia Europejska jakiś czas temu przekroczyła tę granicę i dziś ponosi tego konsekwencje.

Jak Niemcy przygnietli węża walutowego

W traktatach rzymskich podpisanych w 1957 r., ustanawiających Europejską Wspólnotę Gospodarczą, kraje członkowskie obiecały sobie swobodny przepływ towarów, osób i kapitałów. W ciągu dziesięciu lat EWG miało dojść do unii celnej. Oznaczało to, że nie tylko cła między krajami członkowskimi uległy zniesieniu, ale również miały być ujednolicone cła wobec reszty świata. W ten sposób powstawał duży wspólny rynek, na którym na nowo miała się rozegrać konkurencja. Niektóre gałęzie gospodarki w poszczególnych krajach musiały taką rywalizację przegrać, ale te, które wygrały, zdobywały rynek znacznie większy od tego, który miały do dyspozycji dotychczas. Żeby jednak ten proces rzeczywiście się dokonał, musiał być spełniony jeszcze jeden warunek - stabilne kursy walutowe. Jeśli bowiem przedsiębiorca niemiecki miał podjąć racjonalną decyzję, czy zbuduje nową fabrykę w Monachium, czy w Mediolanie, to musiał wiedzieć, jak się ma marka do lira i, co więcej, jak się będzie miała marka do lira za pięć lat. W przeciwnym wypadku decyzja taka mogłaby być podjęta wyłącznie na zasadzie ruletki.

Na szczęście w pierwszej fazie integracji Europejczycy nie musieli się troszczyć o ten problem. W tym czasie funkcjonował jeszcze w najlepsze ustanowiony po II wojnie światowej system z Bretton Woods, w ramach którego kursy walutowe były sztywne i nie mogły się odchylać o więcej niż 1 proc. Był to system ogólnoświatowy, pilnowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, i nie było potrzeby zawierania odrębnych, europejskich porozumień w tej sprawie.

System z Bretton Woods rozpadł się w 1971 r. W grudniu tego roku kraje członkowskie MFW zawarły nową umowę, zwaną smithsoniańską, na mocy której zakres swobodnych wahań poszerzono do 2,25 proc. w każdą stronę, tworząc "tunel walutowy" o szerokości 4,5 proc. Europejczycy uznali, że to jest zbyt luźne ograniczenie, i na początku 1972 r. zawarli swoją własną umowę w Bazylei, która zakładała tolerancję o połowę mniejszą. W ten sposób wewnątrz ogólnoświatowego "tunelu walutowego" o szerokości 4,5 proc. poruszał się o połowę węższy europejski "wąż walutowy" o szerokości 2,25 proc. W 1974 r. MFW przeszedł na system całkowicie płynnych kursów, ale Europejczycy utrzymali swoje ograniczenia. Mówiono wtedy, że "wąż wyszedł z tunelu" i idzie dalej.

W burzliwych latach 70., kiedy panowała wysoka inflacja i główne waluty świata ulegały szybkiej deprecjacji, europejskie stosunki walutowe wyróżniały się stabilnością. Wprawdzie niektóre waluty miały kłopoty z utrzymaniem się w "wężu", zatem go opuszczały, a potem wracały, ale zakres wahań kursów walutowych nie zagroził procesom integracji. W 1978 r. powstał pomysł, by na wzór utworzonej w 1967 r. jednostki rozrachunkowej MFW (zwanej SDR) utworzyć podobną jednostkę europejską - ECU, którą w 1995 r. przemianowano na euro.

Wąż działał sprawnie do początku lat 90., kiedy to zachwiał się pod wpływem kosztów zjednoczenia Niemiec. Zakres wahań kursów trzeba było poszerzyć do 15 proc. Z tej sytuacji były dwa wyjścia - można było albo rozluźnić rygory, albo usztywnić je i pójść w kierunku unii walutowej. Wybrano to drugie wyjście i zadecydowano, że w ciągu dziesięciu lat Europa wprowadzi unię walutową. Zamiar zrealizowano i w ten sposób powstał system "sztywnych trapów", który zwiększył bardzo ryzyko porażki całego projektu integracyjnego. Twórcom układu z Maastricht nie przyszła do głowy refleksja, że gdyby unia walutowa funkcjonowała już w 1991 r., to właśnie wtedy by się rozpadła. Z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami dla samego EWG.

Dla zrozumienia funkcjonowania strefy euro w pierwszym okresie jej istnienia musimy uświadomić sobie pewne historyczne uwarunkowania roli Niemiec w europejskim systemie walutowym. To, o czym musimy tu wspomnieć, nie jest zbyt poprawne politycznie, dlatego rzadko mówi się o tym wprost. Otóż Niemcy, nie po raz pierwszy zresztą, stały się główną siłą sprawczą i organizacyjną europejskiego systemu walutowego. Podczas obu wojen światowych organizowali system walutowy krajów okupowanych. Czynili to w taki sposób, by gospodarka niemiecka odniosła maksymalne korzyści kosztem reszty Europy. Chroniąc wysokie standardy bezpieczeństwa własnego systemu walutowego, obniżali standardy w krajach okupowanych. Inflacja w krajach okupowanych była metodą ich eksploatacji gospodarczej. Niemcy wiedzą, że to nie było dobre, i mają z tego powodu poczucie winy.

Trzeba o tym pamiętać, patrząc na to, co dzieje się dzisiaj. Dziś Niemcy we własnym mniemaniu zachowują się dokładnie odwrotnie. Nie narzucają słabszym niższych standardów. Wręcz przeciwnie, są gotowi podzielić się z nimi własnymi bardzo wysokimi standardami. Są też gotowi dokładać do tego własne, całkiem realne i niemałe pieniądze. We własnych oczach Niemcy zachowują się wielkodusznie i w jakimś sensie odkupują dawne winy. Tymczasem nastroje w biedniejszych krajach strefy euro zmierzają raczej w przeciwnym kierunku i nieuchronnie zderzą się z dobrym samopoczuciem Niemców. Dlaczego?

Poczekać na najsłabszego

Polityka walutowa jest istotną częścią polityki gospodarczej o poważnych konsekwencjach społecznych. Nie zawsze bezpieczeństwo systemu walutowego stanowi wyraźną preferencję społeczną. Znaczenie tego czynnika wzrasta ze wzrostem zamożności społeczeństwa. W społeczeństwach biedniejszych, na dorobku, zbyt bezpieczny system pieniężny może się okazać luksusem ponad stan. Bardziej ceniona jest np. łatwość dostępu do kredytu, odwrotnie proporcjonalna do bezpieczeństwa. Stabilizacja finansowa utrwala istniejące stosunki i przewagę tych, którzy już są bogaci.

Istotą strefy euro była próba zaszczepienia we wszystkich krajach członkowskich wysokich, charakterystycznych dla najbogatszych państw strefy standardów bezpieczeństwa. Tymczasem standardy takie dla biedniejszych gospodarek muszą okazać się zabójcze, muszą doprowadzić do zdławienia takich krajów jak Grecja. Musimy też mieć świadomość, że Grecja to dopiero początek. Jeśli dalej pójdzie to w tym kierunku, to z czasem wszyscy poza Niemcami i Holendrami okażemy się Grekami. W czasach dobrej koniunktury, pod znakiem której upłynęła większość pierwszej dekady obecnego stulecia, problem był łagodzony przez ogólny wzrost dobrobytu. Kryzys ujawnił jednak wszystkie słabości tej konstrukcji. Stało się to tym dotkliwsze, że strefa euro tworzona była w warunkach dominacji poglądów monetarystycznych traktowanych jako prawda objawiona. Twórcy euro zdecydowanie przeceniali niebezpieczeństwo, jakie stanowi dla gospodarki inflacja, i zupełnie nie przyjmowali do wiadomości niebezpieczeństwa, jakim może być deflacja.

Posłużmy się jeszcze jedną analogią. Podczas wyprawy górskiej żelazną zasadą było kiedyś to, że cała grupa dostosowuje tempo marszu do najsłabszego uczestnika. Jakiś czas temu pojawił się nowy, raczej odrażający typ alpinizmu - porzucanie po drodze słabszych towarzyszy w imię zdobycia szczytu za wszelką cenę. Dziś strefa euro stoi przed takim właśnie wyborem.

W moim przekonaniu samo utworzenie strefy euro było błędem, bo stworzono system "sztywnych trapów". Skoro jednak ta strefa już jest, to nie możemy pozwolić sobie na jej klęskę. Klęska euro uruchomiłaby bowiem proces rozpadu Unii Europejskiej, wróciłby protekcjonizm, nacjonalizm i to wszystko, przed czym ojcowie założyciele EWG chcieli Europę uchronić. Już dziś dawną solidarność europejską coraz częściej wypierają wyliczenia, ile kto do kogo dokłada. Atmosfera w Unii zaczyna przypominać dawne RWPG, gdzie wszyscy mieli poczucie, że są wykorzystywani i dokładają do innych.

Nie da się narzucać Grekom polityki nieakceptowanej przez większość greckiego społeczeństwa, obrażać ich jako narodu rozrzutnego i nieodpowiedzialnego i równocześnie oczekiwać, że Grecy wybiorą w demokratycznych wyborach rząd akceptujący takie traktowanie. Pozostają zatem dwie możliwości. Można usunąć Grecję ze strefy euro. Uruchomi to jednak reakcję łańcuchową prowadzącą do dezintegracji kontynentu. Można też "dostosować tempo marszu do możliwości najsłabszego", czyli poluzować politykę monetarną i dostosować ją do aktualnych potrzeb najsłabszych.

Prawdziwa wielkoduszność Niemców polegałaby dziś nie na pouczaniu Greków z punktu widzenia własnych, wysokich standardów bezpieczeństwa, ale na gotowości obniżenia ich w imię europejskiej solidarności. Niestety, niewiele dziś wskazuje na gotowość do przyjęcia takiej postawy.



*prof. dr hab. Wojciech Morawski - kierownik Katedry Historii Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej, prezes Polskiego Towarzystwa Historii Gospodarczej

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

W Tatry wróciła zima


W Tatry
wróciła zima. 8 cm śniegu

...

zsz, PAP 2011-07-02, ostatnia aktualizacja 2011-07-02 18:43:25.0

Śnieg spadł powyżej 1500 m n.p.m. Na Kasprowym Wierchu rano leżało go 8 cm, a termometry na szczycie wskazywały pół stopnia mrozu - powiedział dyżurny Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego.


W Zakopanem tempera spadła do 7 stopni Celsjusza, a prognozy na najbliższe dni nie są optymistyczne. Temperatura maksymalna na Podhalu wyniesie ok. 12 st. C., wysoko w Tatrach do 4 st. ciepła.

Warunki do uprawiania turystyki w Tatrach są trudne. W części reglowej szlaki są mokre i śliskie, a na odcinkach leśnych błotniste. W wyższych partiach Tatr, gdzie zalega śnieg, szlaki są bardzo śliskie. Ponadto w żlebach zalegają jeszcze płaty starego, twardego śniegu.

Opady śniegu w Tatrach w miesiącach letnich nie są niczym wyjątkowym - przypominają ratownicy górscy. W sierpniu 1993 roku na Kasprowym spadło 90 cm białego puchu.

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

Powstanie śmigłowiec bezzałogowy w oparciu o SW-4 Puszczyk

SW-4 Puszczyk

Powstanie śmigłowiec bezzałogowy w oparciu o SW-4
02.07.2011, 16:14 PAP

Trwają prace nad śmigłowcem bezzałogowym w oparciu o model helikoptera SW-4 produkowanego w PZL-Świdnik, należącym do koncernu AugustaWestland - poinformowały władze firmy. Świdnicka fabryka obchodzi w tym roku 60-lecie powstania.

Wiceprezes PZL-Świdnik Nicola Bianco powiedział, że od listopada ub. roku inżynierowie z PZL-Świdnik we współpracy z AugustaWestland pracują nad demonstracyjnym egzemplarzem śmigłowca bezzałogowego, na bazie SW-4 produkowanym w tutejszej fabryce. „Pierwszy lot zaplanowany jest na rok 2012” - powiedział Bianco na konferencji prasowej w sobotę w Świdniku podczas obchodów 60-lecia powstania świdnickiej fabryki.

Jak dodał, AugustaWestland ma umowę z włoskim ministerstwem obrony na przeprowadzenie prac dotyczących opracowania sprzętu, który mógłby zostać użyty w misjach morskich lub związanych w przenoszeniem ładunku do miejsc trudnych czy niebezpiecznych. „Celem AugustyWestland jest posiadać taką technologię na najwyższym poziomie” - zaznaczył.

SW-4 to jednosilnikowy, 5-miejscowy helikopter, najlżejszy wśród produktów koncernu AugustaWestaland. Jest używany m.in. do szkolenia pilotów. W ostatnim czasie PZL-Świdnik podpisał kontrakt na dostarczenie dwóch tych helikopterów dla Akademii Szkoleniowej we Włoszech oraz na cztery SW-4 dla klientów z Chin i Brazylii.

PZL Świdnik to jedyny w Polsce producent śmigłowców własnej konstrukcji. Oprócz gotowych śmigłowców - SW-4, Sokół i Głuszec - produkowane są tu szybowce, a także różne części i komponenty lotnicze m.in. kadłuby, centropłaty, powierzchnie sterowne, mechanizmy drzwi. Odbiorcami tych produktów są m.in. ATR, Cessna, Eurocopter, Boeing, Aerospatiale, Pilatus.

Świdnicka fabryka powstała w 1951 r. Najpierw produkowano tu powierzchnie sterowne i skrzydła do samolotów myśliwskich Mig-15. Kilka lat później ruszyła produkcja licencyjnego śmigłowca SM-1, potem Mi-2,(wyprodukowano 5450 sztuk, w wielu wariantach), a na jego podstawie opracowano kolejny śmigłowiec - Kania.

Pierwszym helikopterem, który został zaprojektowany, opracowany i wyprodukowany w PZL-Świdnik, był Sokół. Jego produkcja rozpoczęła się w 1985 r. i do dziś pozostaje on sztandarowym produktem zakładów. Ma wiele wersji - jest używany m.in. w policji, pogotowiu lotniczym, ratownictwie górskim, w gaszeniu pożarów. Dotychczas sprzedano prawie 160 tych maszyn klientom cywilnym i wojskowym w wielu krajach świata.

Od 1,5 roku zakłady lotnicze w Świdniku są częścią międzynarodowego koncernu AugustaWestland. Obecnie w świdnickiej fabryce zatrudnionych jest prawie 3 tys. osób. Bianco powiedział, że w latach 2010-2011 sfinalizowano zamówienia na 39 śmigłowców, a przychody firmy za rok 2011 planowane są na poziomie 500 mln zł.

Przed wejściem na teren zakładu, gdzie trwały uroczystości jubileuszowe, związkowcy „Sierpnia '80” pikietowali z transparentem: „Wyższe płace zamiast igrzysk”. Związek ten od początku roku jest w sporze zbiorowym z zarządem PZL Świdnik. W czerwcu zakończyły się negocjacje ze związkami w sprawie podwyżek - pracownicy dostali je w wysokości od 80 do 110 zł. Porozumienia z zarządem PZL-Świdnik nie podpisali jedynie związkowcy z „Sierpnia 80”. Uważają, że to za mało, domagają się podwyżek na poziomie 15 proc.

Według przewodniczącego związku „Sierpień 80” Andrzeja Borysa płace w PZL Świdnik od kilkunastu lat są niskie, wynoszą od 75 do 95 proc. średniej krajowej. Wcześniej związkowcy godzili się na to w obawie przed zwolnieniami. „Po przejęciu fabryki przez koncern AgustaWestland i redukcji zatrudnienia płace powinny wzrosnąć” – uważa Borys.

Dyrektor departamentu zarządzania zasobami ludzkimi w PZL-Świdnik Ewa Kamińska powiedziała, że AugustaWestland wywiązuje się ze wszystkich zobowiązań wobec pracowników w związku z zakupem większościowego pakietu akcji PZL-Świdnik. Wypłacono już m.in. dwie transze premii prywatyzacyjnej po 4 tys. zł, a płace podwyższono w ub. roku o 5 proc., a w bieżącym - o 6 proc.

„Prowadzimy transparentne negocjacje ze wszystkimi związkami. Nie widzimy podstaw do takiego protestu, jaki prowadzi teraz Sierpień '80” - zaznaczyła. Jak dodała, zgodnie z procedurą sporów zbiorowych, po nieudanych negocjacjach z zarządem nastąpi teraz etap mediacji ze związkowcami.

http://biznes.onet.pl/lubelskie-powstanie-smiglowiec-bezzalogowy-w-oparc,18564,4779679,1,news-detal

Black Hawk z Polski testowany na Florydzie




Rozpoczęły się testy pierwszego polskiego śmigłowca Black Hawk
01.06.10, 12:20 PAP

W centrum firmy Sikorsky Development Flight Center w West Palm Beach na Florydzie w Stanach Zjednoczonych rozpoczęły się testy pierwszego śmigłowca Black Hawk wyprodukowanego w zakładach PZL Mielec (Podkarpackie).

Jak poinformowała Debra A. Zampano z Sikorsky, maszyna została wysłana z Polski w kwietniu i dotarła do USA 4 maja. "W lipcu odbędzie się pierwszy lot helikoptera. W PZL Mielec trwa montaż drugiego egzemplarza" - dodała.

Według planów PZL Mielec ma być centrum programu dla międzynarodowych odbiorców i począwszy od 2012 r. produkować 20 śmigłowców Black Hawk rocznie.

Helikopter S-70i Black Hawk, należący do nowej linii śmigłowców Sikorsky, jest pierwszym wiropłatem wyprodukowanym przez PZL Mielec. Firma znana była dotąd jako producent samolotów.

Black Hawk to średni, wielozadaniowy śmigłowiec transportowy o udźwigu 10 ton. Maszyna napędzana jest dwoma silnikami poruszającymi jeden wirnik nośny.

Helikopter był maszyną, która została wytypowana jako zwycięzca konkursu ogłoszonego przez armię USA na początku lat 70. XX wieku. Śmigłowce Black Hawk wykorzystywane są w ponad 20 krajach świata. Głównym odbiorcą tych maszyn są Stany Zjednoczone, ale trafiają one również na wyposażenie sił zbrojnych m.in. Brazylii, Chin, Japonii czy Korei Południowej.

Polskie Zakłady Lotnicze w Mielcu są największym producentem samolotów w Polsce. W firmie pracuje ok. 1,9 tys. osób. Zakład produkuje samoloty własnej konstrukcji: M28 Skytruck i M28B Bryza. Kooperuje także z największymi firmami lotniczymi na świecie. Od marca 2007 roku zakład należy do United Technologies/Sikorsky Aircraft Corporation.

Źródło: PAP

Сикорский UH-60 «Блэк Хоук» (англ. Sikorsky UH-60 Black Hawk, дословно: «Чёрный ястреб») — американский многоцелевой вертолёт. Поступил на вооружение Армии США, заменив вертолёт Bell UH-1.

Лётные испытания опытной модификции UH-60 были завершены в 1974 г., в 1976 г. вертолёт выиграл конкурс на поставку в Армию США. До 1985 г. Армия США закупила более 300 вертолётов UH-60. К середине 90-х гг. было построено более 2600 вертолётов.

При установке дополнительных пилонов может оснащаться ПТУР AGM-114 Hellfire, дополнительными топливными баками для полетов большой дальности. Также в передней части грузового отсека может устанавливаться пулемет М240 и М134.

Текущая модель, используемая в армии США — UH-60M

(text : Wikipedia)

Kto kupuje mieszkania w Polsce ?

Kto kupuje polskie mieszkania?

27.06.2011, 14:17 Emmerson

Wydaje się, że najbardziej zainteresowani kupnem nieruchomości w danym kraju powinni być obywatele państw sąsiednich.

Taka sytuacja wynika po pierwsze z niewielkich odległości, a poza tym jest związana z uwarunkowaniami historycznymi i kulturowymi. Warto sprawdzić, czy również w przypadku Polski ta teza jest prawdziwa.

Poniżej zamieszczono zestawienie przedstawiające państwa, których obywatele nabywali największą powierzchnię lokali mieszkalnych w Polsce, w latach 2005 – 2010.


Powierzchnia lokali mieszkalnych nabytych w Polsce przez osoby fizyczne z poszczególnych państw, w latach 2005 – 2010 (mkw.)

Rok     Niemcy    W.Brytania   Irlandia   Ukraina    Holandia  Francja   Italia  Hiszpania

2005     15 133     10 848       6 640     3 618     1 781     5 182     4 490     2 653
2006     15 835     21 747     18 150     5 368     3 597     6 877     5 667     3 905
2007     17 442     33 740     20 671     7 271     3 745     7 690     6 020     6 020
2008     21 767     33 787     24 864     9 643     4 858     8 399     8 113   13 383
2009     25 503     28 336     21 849     9 364     3 297     9 272     9 101     9 409
2010     24 639     19 408     13 444   10 378     8 453     8 208     7 984     7 756

Źródło: Dział Badań i Analiz firmy Emmerson S.A. na podst. danych http://www.mswia.gov.pl

Warto zaznaczyć, że przystąpienie Polski do Unii Europejskiej nie spowodowało od razu znacznego wzrostu zainteresowania naszymi nieruchomościami. Jak widać z powyżej tabeli wzmożony ruch rozpoczął się w 2006 roku. Od tamtej pory zarówno powierzchnia, jak i liczba mieszkań nabywanych przez cudzoziemców w naszym kraju znacznie się zwiększyła.

Wydaje się, że postawiona wcześniej teza znajduje potwierdzenie w naszym przypadku. W ubiegłym roku najwięcej lokali mieszkalnych w Polsce kupili Niemcy, poza tym sporą grupę nabywców stanowili obywatele Ukrainy. W zestawieniu może brakować jedynie przedstawicieli Rosji. Pozostałe sąsiednie kraje nie znalazły się w nim ze względu na niższą liczbę ludności, co oczywiście znajduje odzwierciedlenie w bezwzględnej wielkości popytu. Co ciekawe, na drugim miejscu sytuują się Anglicy, później Irlandczycy, a już dalej Holendrzy i Francuzi, reprezentujący państwa, z którymi nasz kraj bezpośrednio nie graniczy. Należy jednak pamiętać, że za taki rozwój wypadków odpowiadają w pewnym stopniu względy historyczne. Po przystąpieniu Polski do Wspólnoty Europejskiej, nabycie nieruchomości w naszym kraju przez osoby z zagranicy uległo znacznemu uproszczeniu. Niewątpliwie wykorzystała to grupa polskich emigrantów, bądź też ich potomków, którzy w pewien sposób nadal czują się związani z naszym krajem. Poza tym nie należy zapominać, że otwarcie granic przyczyniło się do emigracji zarobkowej Polaków, właśnie głównie do Anglii oraz Irlandii. Proces ten bez wątpienia przyczynił się do poznania Polski przez obywateli tych państw – również tym należy tłumaczyć spore ich zainteresowanie mieszkaniami położonymi w naszym kraju.

В какой стране взяток больше?





Здравоохранение 



Школа


Дорожная инспекция


Оформление официальных документов


Профессиональное образование


Социальные выплаты


Выплаты по безработице


Гражданские суды



Как заработать на молоке?




Jak zarobić na mleku prosto od krowy?

Katarzyna Gryga 2011-07-01, ostatnia aktualizacja 2011-07-01 16:06:59.0

 

Na fali ekologicznej mody rolnicy postanowili sprzedawać świeże mleko prosto od krowy. Gdzie? W centrum miast. W jaki sposób? Za pomocą mlekomatów. Co ciekawe, mleczna budka podbija serca klientów

Mlekomaty stoją już w Opolu, Toruniu i we Wrocławiu. Cieszą się dużą popularnością. - Pomysł narodził się w czasie podróży po Europie - mówi Mateusz Placek z firmy Mleczna Budka (Grupa Producentów Rolnych, która zrzesza rolników. Są jedyną firmą na rynku polskim, która tak zareagowała na trendy proekologiczne w Polsce). - W Czechach, Austrii czy we Włoszech to bardzo popularny sposób dystrybucji mleka, zainteresowani tym tematem zaczęliśmy szukać tego typu automatów w Polsce - dodaje.

Zgodnie z normami sanepidu od momentu wydojenia krowy mleko musi w ciągu zaledwie dwóch godzin znaleźć się w mlekomacie. Tam w temperaturze 3-4 stopni Celsjusza jest serwowane klientom. Mleko z takiej budki należy wypić w ciągu 48 godzin, ale na stronie tych młodych rolników są zamieszczone przepisy, co z nim jeszcze można zrobić. Możliwości jest wiele - masło, śmietana, serek wiejski i oczywiście mleko zsiadłe. - Mleko przywożone jest w dużych zamkniętych beczkach, które przyjeżdżają samochodem chłodnią, stale monitorowana jest temperatura, co sprawia, że podczas transportu mleko pozostaje świeże - informuje Mateusz Placek - każdy mlekomat posiada dwa komplety beczek, kierowca, przywożąc nową, zabiera tę z mlekomatu, na terenie gospodarstwa beczki są myte maszynowo w specjalnie przystosowanym pomieszczeniu, poza tym oczywiście mleko jest badane i kontrolowane. Jedno jest pewne - nie zawiera żadnych barwników ani konserwantów - mówi.

Nie jest tanie, ale chętni są

Za litr niepasteryzowanego mleka trzeba zapłacić około 3 zł, czyli od 50 gr do 1 zł więcej niż za litr mleka w supermarkecie. Sam zakup urządzenia to koszt około 100-120 tys. zł. Wydanie zezwoleń na taką dystrybucję mleka musi potrwać. - Zanim dostaliśmy zgodę na sprzedaż mleka w tego typu urządzeniu, zostało one skontrolowane przez odpowiednie instytucje, zgodnie stwierdzono, że jest to najlepszy i najbezpieczniejszy sposób na sprzedaż surowego mleka prosto z gospodarstwa do klienta detalicznego - informuje Mleczna Budka. - Komora, która wydaje mleko, jest co kilkadziesiąt sekund czyszczona parą wodną, beczka oraz przewody dystrybucyjne nie są instalowane w mlekomacie na stałe, są zabierane co kilkadziesiąt godzin. Mimo że mleko nie jest tanie, punkty sprzedaży są oblegane przez klientów. Firma nie zastosowała żadnej kampanii promocyjnej ani akcji informacyjnej. Najwyraźniej dobrze trafiła w potrzeby klientów.


Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA