clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli pensje amerykańskich prezesów

Towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli pensje amerykańskich prezesów
...

Andrzej Lubowski 2011-10-10, ostatnia aktualizacja 2011-10-10 02:11:27.0

Gdy Grecy protestują przeciwko zaciskaniu pasa, w Ameryce rośnie gniew wobec Wall Street i korporacyjnych bonzów. Zwłaszcza wtedy, gdy ich hojne wynagrodzenia coraz bardziej rozmijają się z wynikami.
Formuła płacy dla prezesa amerykańskiej firmy - przed długi czas okryta tajemnicą - okazuje się prosta. Rady nadzorcze oglądają przeciętne zarobki szefów podobnych firm i mierzą wyżej. Tym sposobem wynagrodzenie automatycznie pnie się w górę niezależnie od wyników spółki.

W psychologii społecznej z grubsza 20 lat temu zakorzenił się termin "Lake Wobegon effect". Pisarz i radiowiec Garrison Keillor w swoim bardzo popularnym w Ameryce programie radiowym opowiada od lat o fikcyjnym miasteczku Lake Wobegon w Minnesocie, gdzie "wszystkie kobiety są silne, wszyscy mężczyźni przystojni, a wszystkie dzieci są powyżej przeciętnych". Podobnie ma się rzecz z prezesami w Ameryce. Kiedy celuje się, aby każdemu zapłacić więcej, niż zarabiają przeciętnie ludzie na podobnych stanowiskach, przeciętna automatycznie wędruje w górę. A wszystko po to, by heros został w stadzie i przypadkiem nie zmienił barw klubowych.

Nazywa się to elegancko i naukowo "peer-benchmarking". Benchmark to "wzorzec". peer - "rówieśnik", "odpowiednik".

Przyjaciele nagradzają królika

Gdy pół roku temu zebrała się rada nadzorcza firmy Amgen, jednego z największych producentów leków na świecie, jej szef nie wyglądał jak kandydat do podwyżki płac. Powody były dość oczywiste. Notowania akcji spadały, zwalniano tysiące ludzi, a Kevin W. Sharer, 63-letni prezes, nie miał powodów do narzekań na wynagrodzenie. Zarabiał rocznie 15 mln dol., a do prywatnej dyspozycji miał dwa samoloty. Tymczasem rada uznała, że należy mu się więcej, i podniosła mu pensję o blisko 40 proc., do 21 mln rocznie. Jeśli podobną filozofię zastosują inne firmy, a zapewne tak się stanie, to średnia znów pójdzie w górę i biedaczysko ponownie dostanie za rok więcej.

Praktyka ta budzi kontrowersje, ale mało która rada uważa, że zarząd jej spółki składa się z ludzi o kwalifikacjach niższych niż przeciętne, bo to jej samej wystawiałoby kiepskie świadectwo. W końcu 2006 r. amerykańska komisja papierów wartościowych (Securities and Exchange Commission) zaczęła wymagać od firm giełdowych, aby ujawniły szczegóły polityki wynagradzania kadry kierowniczej. Z danych, jakie spłynęły od tego czasu i jakimi zajęli się badacze tematu, wynika, że tej właśnie metody ustalania wynagrodzeń używa około 90 proc. dużych firm w USA. Jej powszechność tłumaczy w dużym stopniu, dlaczego rozpiętości płac w Stanach Zjednoczonych sięgają poziomu niewidzianego od czasów Wielkiej Depresji.

Od dekady lat 70. przeciętna płaca prezesa dużej firmy amerykańskiej wzrosła przeszło czterokrotnie w ujęciu realnym, czyli po uwzględnieniu inflacji. W tym samym czasie, jak wynika z danych federalnego Biura Statystyki Pracy, wynagrodzenie przeciętnego szeregowego pracownika (który nie wykonuje żadnych funkcji nadzorczych) spadło w ujęciu realnym o ponad 10 proc.

Zanim na jaw wyszła skala stosowania tej praktyki, krytykowało ją wielu prominentnych polityków i biznesmenów. Legendarny inwestor Warren Buffett naśmiewał się z niej w jednym z listów do akcjonariuszy. Porównywał ją do argumentów, po jakie często sięgają dzieci: "Mamo, ale wszystkie dzieci mają taką zabawkę!".

Praktyka szczodrego obsypywania prezesów coraz bardziej smakowitymi kąskami bierze się po części z faktu, że rady nadzorcze, które z kieszeni akcjonariusza lekką rączką rozdzielają nagrody, składają się w dużym stopniu z przyjaciół królika. W Amgenie na przykład czterech z sześciu członków komitetu wynagrodzeń miało osobiste lub biznesowe stosunki z prezesem, zanim znaleźli się w radzie. Co więcej, dwóch z nich K. Sharer sam do rady nominował. Tego rodzaju bliskie relacje są chlebem powszednim w amerykańskich radach nadzorczych, co utrudnia obiektywną ocenę prezesa. W typowej radzie nadzorczej, jak wynika z badań przeprowadzonych przez profesora Jamesa Westphala z University of Michigan na próbce 350 dużych korporacji, prezes uważa co trzeciego członka rady raczej za "przyjaciela" niż "znajomego".

Niepokoi fakt, że wynagrodzenie jest często kompletnie oderwane od wyników firm. W 2008 roku magazyn "Forbes" wymienił prezesa Amgenu w gronie nadmiernie opłacanych szefów firm. Jak widać, nie na wiele się to zdało. Dużo zależy także od tego, kogo firma uznaje za "rówieśników", z kim chce porównywać swą politykę wynagrodzeń. Zazwyczaj firmy aspirują wysoko i szukają dla porównań firm większych i takich, które płacą lepiej.

Sharer ma trzy domy: "skromny", wart 2 mln dol., w Los Angeles, ranczo w Vail w Kolorado warte 6 mln i dom w Nantucket na wschodnim wybrzeżu, wyceniany na 5 mln.

Znaczna podwyżka jego uposażenia zaprocentuje podwyżkami dla innych, bo 37 innych firm amerykańskich, w tym Wal-Mart, MasterCard i Time-Warner, używa Amgenu dla swoich porównań.

Celebryci na wysokich stołkach

Z grubsza dwie dekady temu kontrola nad zarządzaniem w wielu korporacjach, zwłaszcza technologicznych, zaczęła przechodzić w ręce charyzmatycznych wizjonerów, których cała uwaga skupiła się na tym, aby jak najszybciej i za wszelką cenę wywindować cenę akcji. Po to ich zatrudniano, z tego ich rozliczano. Rekrutacja na szefa zaczęła przypominać werbunek sławnego piłkarza czy koszykarza, który, niczym gwiazda przyciągająca tłumy na areny, miał oczarować inwestorów. Skoro kilkadziesiąt milionów rocznie mógł zarobić as bejsbola, dlaczego nie należy się to komuś, kto napełnia kieszenie akcjonariuszy?

Ta metoda selekcji i nagradzania często przekształcała prezesa w propagandystę. To, co powiedzieć, a czego nie mówić, by przypochlebić się giełdzie, stawało się ważniejsze, niż solidna strategia. Planowanie w dłuższej perspektywie stawało się luksusem. Myślenie o pożytkach za pięć lat miało sens tylko wtedy, gdy nie kłóciło się z jutrzejszymi notowaniami na giełdzie. Szkopuł w tym, że mechanizm ten zdawał się działać tylko w jedną stronę. Wynagrodzenie prezesa Amgenu rosło także wówczas, gdy wartość akcji spadała. Coraz częściej jest to gra o z góry przesądzonym wyniku: "orzeł - ty wygrywasz, reszka - ja przegrywam" - mógłby powiedzieć prezesowi szary akcjonariusz.

Michael Ovitz reprezentował wielkie gwiazdy Hollywoodu, gdy jego przyjaciel, wieloletni szef Disneya, Michael Eisner, zwerbował go na prezydenta imperium Myszki Miki. Rychło się okazało, że Ovitz nie jest tak dobry jak sądzono, a do tego mocno konfliktowy. Doszło więc do w miarę eleganckiego rozwodu. Mniej elegancko zachowali się akcjonariusze koncernu na wiadomość, że Ovitz, który przepracował w firmie wszystkiego 14 miesięcy, i to nie za darmo, dostał 140 mln dol. odprawy, bo taki sobie wynegocjował kontrakt. Pozwali do sądu radę nadzorczą za niedopełnienie statutowych obowiązków nadzoru. Proces się ciągnął, ale skończyło się na strachu. Radzie uszło na sucho. Sąd ostro skrytykował Eisnera za imperialny sposób sprawowania władzy, a kontrowersyjna odprawa dla Ovitza była jednym z powodów, dla których Michael Eisner opuścił fotel prezesa firmy.

Money for nothing

Tak długo, jak akcję pięły się w górę, mało kto zwracał uwagę na pensje i premie szefów firm. Nie dostrzegano konfliktu interesów, bo wyglądało na to, że go nie ma. Inwestorzy, analitycy, banki inwestycyjne, kierownictwo korporacji - wszyscy zacierają ręce, gdy notowania idą w górę. Ale nastroje się zmieniają, gdy giełdę dopadają pesymizm albo panika, gdy inwestorzy dostają po kościach, gdy wielkie firmy stają na krawędzi bankructwa i w desperacji wyciągają ręce do rządu z błaganiem o ratunek, a wkrótce potem prezesi wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie.

W książce pod tytułem "Money for Nothing: How the Failure of Corporate Boards is Ruining American Business and Costing Us Trillions" ("Pieniądze za nic. Jak klapa korporacyjnych rad rujnuje amerykański biznes i kosztuje nas biliony"), John Gillespie, były bankier inwestycyjny w bankach Lehman Brothers, Bearn Stearns i Morgan Stanley, i David Zweig, w przeszłości pracownik Dow Jones i Time Inc., pokazują związek między kryzysem finansowym a systemem funkcjonowania rad nadzorczych. Piszą o towarzystwach wzajemnej adoracji. Z jednej strony rada przyklepuje decyzje zarządu i hojnie rozdziela premie, z drugiej - sami członkowie rad nie mają powodów do narzekań. Za 8 do 12 spotkań w roku często otrzymywali kilkanaście tysięcy dolarów miesięcznie.

W przypadku Lehman Brothers, w okresie 2000-07 komitet rady nadzorczej do spraw ryzyka spotkał się dwa razy. Natomiast cała rada zatwierdziła pensje i premie prezesa firmy Richarda Fulda w łącznej wysokości 484 mln dol. We wrześniu 2008 roku, gdy Fuld oznajmił, że firma straciła w ciągu kwartału 3,8 mld, dodał, że rada "cudownie go wspierała". Cztery dni później Lehman ogłosił bankructwo, które kosztowało akcjonariuszy 45 mld dol. Rick Wagoner, były szef General Motors, chwalił się w 2008 roku silnym poparciem swej rady nadzorczej. Za jego kadencji akcjonariusze stracili 52 mld.

Rosnące rozwarstwienie dochodów nie jest zdrowe dla amerykańskiej demokracji - przekonywał mnie latem 2006 roku Milton Friedman, dodając natychmiast, że jest to zjawisko przejściowe. Przyczyn upatrywał w tym, że szaleńczym zarobkom na Wall Street, eksplozji fortun, czasem zasłużonych, czasem nie, towarzyszył na początku minionej dekady większy niż w przeszłości napływ imigrantów o niskich kwalifikacjach, chwytających się zajęć kiepsko płatnych. Napęczniały, mówił, oba bieguny: superbogatych i superbiednych, i dlatego statystyka pokazuje to, co pokazuje, czyli rosnącą polaryzację dochodów. Wielki ekonomista zmarł jesienią 2006 roku, a rozpiętości znacznie się od tego czasu spotęgowały.

W 1925 roku, na kilka lat przed wielkim krachem na giełdzie nowojorskiej, F. Scott Fitzgerald napisał swą słynną powieść "Wielki Gatsby". To czas legendarnych fortun i przepychu, i czas wielkich różnic w dochodach w społeczeństwie amerykańskim. Druga wojna światowa i przeszło trzy dekady, jakie po niej nadeszły, były okresem względnego wyrównywania dysproporcji - był to dobry czas dla amerykańskiej klasy średniej. Wygląda na to, że czas ten się kończy. Z wykresu powyżej wynika, że rozpiętości w dochodach powróciły do czasów, kiedy tajemniczy Jay Gatsby wydawał pod Nowym Jorkiem ultrawystawne przyjęcia.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author