clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Darwin był ekonomistą

The New York Times
02-10-2011, 17:01

Darwin był ekonomistą

Kto był większym ekonomistą – Adam Smith czy Karol Darwin? To pytanie wydaje się absurdalne, ponieważ wielki przyrodnik Karol Darwin nigdy nie uważał się za ekonomistę. Jednak jego zrozumienie konkurencji znacznie trafniej odnosi się do gospodarczej rzeczywistości niż prace Smitha. Przewiduję, że w ciągu najbliższych 100 lat większość ekonomistów zacznie uważać Darwina za intelektualnego twórcę ekonomii.

Smith zasłynął jako twórca teorii „niewidocznej ręki”. Według jego współczesnych uczniów to ona zaprzęga nieposkromione siły rynku do działania ku wspólnemu dobru. Darwin, podobnie jak Smith, rozumiał, że interesy jednostki i grupy czasami się pokrywają. Jednak w odróżnieniu od Smitha dostrzegał też, że te interesy często stoją w ostrym konflikcie. Według Darwina w takich przypadkach górę brał interes własny.

Tego rodzaju rozumowanie ilustruje w spektakularny sposób następujący przykład: olbrzymie poroże samca wapiti (z rodziny jeleniowatych) potrafi osiągnąć szerokość ponad metra i wagę niemal 20 kg. Dlaczego jest tak wielkie? Darwin zauważył, że samce wapiti, podobnie jak większość kręgowców, kopulują z więcej niż jedną samicą, jeżeli im się uda. Niektórym się to udaje, podczas gdy inne pozostają w ogóle bez partnerki, przegrywając w walce o przekazanie genów. Dlatego samce wściekle walczą o samice, a pomagają im w tym wykształcone w procesie ewolucji coraz większe poroża. Są one rezultatem tego specyficznego wyścigu zbrojeń.

Z punktu widzenia grupy samcom wapiti łatwiej byłoby uciekać przed wilkami w gęstym leśnym terenie, gdyby ich poroża były mniejsze, ale dowolna jednostka z mniejszymi od innych rogami nigdy nie zdobyłaby samicy.

Wielu dziewiętnastowiecznych darwinistów społecznych błędnie interpretowało przesłanie Darwina uważając, że według niego wszelcy zwycięzcy w walce o przeżycie są moralnie usprawiedliwieni. Ale Darwin w to nie wierzył. Rozumiał, że konkurencja często faworyzowała cechy, które ściągały nieszczęście na całą populację i wiedział, że takie zwierzęta jak samce wapiti nie mogły z tym nic zrobić. Ale ludzie, którym zdarza się stawać wobec podobnych konfliktów, mają lepsze opcje do wyboru.

Gdyby Amerykanie właściwie przekładali jego idee na gospodarczą rzeczywistość, mogliby każdego roku uwalniać zasoby o wartości bilionów dolarów, czyli wystarczająco dużo, aby położyć kres niekończącym się bataliom dotyczącym deficytów budżetowych, odbudować niszczejącą infrastrukturę oraz poczynić inwestycje zapewniające dostatnią przyszłość. Nie wymagałoby to bolesnych poświęceń. Nie zagroziłoby niczyjej wolności. Wystarczyłoby kilka zmian w podatkach.

Ta odważna deklaracja może się kojarzyć z alchemikami, którzy obiecywali zamienić ołów w złoto. Ale jest ona oparta na zdrowej logice i nie dających się obalić dowodach.

Rzadko wspomina się o tym, że polityczne spory w Waszyngtonie często opierają się na fundamentalnym niezrozumieniu tego, jak działa rynek.

Zwolennicy niewidzialnej ręki Smitha argumentują, że gospodarka stanie się bardziej wydajna bez ingerencji rządu. Liberałowie odpowiadają na to, że rynki nie są do końca konkurencyjne, więc potrzebujemy rozległych regulacji rządu, bo inaczej zamożne elity będą mogły wyzyskiwać robotników i konsumentów.

Bliższa lektura dzieł Smitha pokazuje, że był on bliski współczesnym liberałom, przyznając, że działanie w interesie własnym często, lecz nie zawsze przyczynia się do wspólnego dobra, i uważając, że niedostateczna konkurencja niszczy rynek. W „Bogactwie narodów” pisze: „Ludzie tej samej profesji rzadko spotykają się, nawet gwoli wspólnej zabawy, jednak ich rozmowy z reguły kończą się konspirowaniem przeciw społeczeństwu lub pomysłami podniesienia cen”.

Dziś jednak rynki są znacznie bardziej konkurencyjne niż kiedykolwiek wcześniej, ale także o wiele bardziej rozrzutne. Ten pozorny paradoks da się wytłumaczyć, jeśli zrozumiemy, że niepowodzenia rynku wywodzą się z logiki konkurencji. Darwin wiedział, że kiedy interesy jednostki i grupy rozchodzą się, konkurencja nie tylko nie prowadzi do wspólnego dobra, ale aktywnie je podkopuje.

Na współczesnym rynku aż huczy od konfliktów pomiędzy jednostką a grupą. Na przykład, jeżeli jesteś jednym z wielu wykwalifikowanych kandydatów ubiegających się o pracę w bankowości inwestycyjnej, w twoim interesie jest dobrze wyglądać podczas rozmowy o pracę. Ale dobry wygląd jest relatywnym pojęciem. Jeżeli inni kandydaci będą mieć na sobie garnitury za 600 dolarów, ty zrobisz lepsze wrażenie, jeżeli założysz taki za 1200 dolarów.

Kupowanie coraz droższych garniturów jest nieopłacalne dla grupy, bo choć wszyscy kandydaci kupią drogie garnitury, to nie wszyscy dostaną pracę. Jednak z perspektywy każdej jednostki, nie ma powodu, aby oszczędzać na drogim garniturze.

Darwin dostrzegał, że w wieku przypadkach motywacje poszczególnych jednostek często się równoważą, nie przynosząc pożądanych korzyści żadnej z nich: większość rodziców chce zapewnić swoim dzieciom naukę w dobrych szkołach. Ale dobre szkoły znajdują się zwykle w zamożnych dzielnicach, co stwarza problem dla średnio zamożnych rodziców z innych okolic. Chcą oni więc kupić dom w tej lepszej okolicy, gdzie znajduje się szkoła, ale załóżmy, że takich rodziców jest dwukrotnie więcej niż domów, zaczynają więc podbijać ceny. Skutek: udaje im się skutecznie podnieść ceny domów w zamożnej okolicy. Tyle że domów wciąż jest dwukrotnie mniej niż starających się o nie rodzin, więc niezależnie od ceny domu i tak jedynie połowa dzieci pójdzie do dobrej szkoły.

Można wyeliminować znaczną część tego rodzaju strat, wprowadzając stosunkowo proste zmiany w podatkach. Odstąpienie od obecnego progresywnego podatku od dochodów w USA na rzecz bardziej stromego progresywnego podatku od konsumpcji byłoby przypuszczalnie najbardziej produktywną zmianą, jaką można by wprowadzić.

Czym jest progresywny podatek od konsumpcji? Po pierwsze, nie jest podatkiem od sprzedaży, ani podatkiem VAT, bo te podatki są nakładane automatycznie, kiedy ktoś kupuje jakiś produkt lub usługę.

W ramach progresywnego podatku od konsumpcji płatnicy podawaliby w zeznaniach podatkowych wysokość swoich dochodów, tak jak robią to teraz. Podawaliby też wysokość swoich rocznych oszczędności, tak jak robią to teraz na potrzeby zwolnionych od podatku rachunków emerytalnych. Nowy podatek byłby oparty na „podlegającej opodatkowaniu konsumpcji”, czyli różnicy pomiędzy dochodami a rocznymi oszczędnościami, minus standardowe odliczenie w wysokości powiedzmy 30 000 dolarów na czteroosobową rodzinę. Stopa podatku od dodatkowych wydatków wzrastałaby stopniowo wraz z wielkością podlegającej opodatkowaniu konsumpcji.

Ponieważ oszczędności byłyby zwolnione od podatku, osoby, które najwięcej wydają, zaczęłyby więcej oszczędzać, a mniej wydawać na dobra luksusowe, co zaowocowałoby większymi inwestycjami i wzrostem gospodarczym bez potrzeby jakiejkolwiek ingerencji ze strony rządu. Osoby o szczebel niżej także wydawałyby mniej, zachęcone przykładem tych bogatszych - i tak dalej w dół drabiny dochodów. Reasumując, taki podatek złagodziłby kaskadę wydatków, która tak bardzo utrudniła życie rodzinom o średnich dochodach.

Jeżeli wszyscy będą wydawać mniej, to ci najbogatsi wciąż będą mieć największy dom (lub poroże) w okolicy, ale jednocześnie będą mogli robić wiele użytecznych rzeczy. Zaoszczędzone pieniądze pomogą przezwyciężyć obecny impas fiskalny, a także wspomogą naprawy dróg, mostów oraz wiele innych istotnych usprawnień.

W obecnym klimacie gospodarczym jest mało prawdopodobne, aby taki podatek został wprowadzony w niedługim czasie. Szczerze mówiąc, to dobrze, bo w okresie głębokiej gospodarczej zapaści nie warto zniechęcać ludzi do konsumpcji. Ale gdyby taki podatek został zatwierdzony przez amerykański rząd teraz, a wprowadzony w życie w chwili powrotu gospodarki do dobrej kondycji, udałoby nam się złapać dwie sroki za ogon. Taki krok upewniłby ekonomistów obawiających się nadmiernego deficytu, że jesteśmy gotowi na wprowadzenie fiskalnego porządku, a jednocześnie zachęciłby do wydania większej ilości pieniędzy w tym momencie ludzi pragnących uniknąć płacenia podatków od konsumpcji w przyszłości.

Krótko mówiąc, proste spostrzeżenie Darwina wskazuje, że współczesna gospodarka nie tylko jest znacznie mniej wydajna, niż to się wydaje współczesnym zwolennikom Adama Smitha, ale też że stosunkowo łatwo byłoby poprawić jej stan. Ta prosta prawda pewnego dnia stanie się oczywista. Jednak do tego czasu wszyscy będziemy ponosić ogromne koszty nieekonomicznych aspektów procesów związanych z rynkową konkurencją.

The New York Times
Copyright 1996-2011 Grupa Onet.pl SA
Tags: adam smith, podatki
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author