clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Zdarzyło się 17 września: Sowiety wkroczyły

Zdarzyło się 17 września: Sowiety wkroczyły
...

Włodzimierz Kalicki 2009-09-17, ostatnia aktualizacja 2009-09-17 11:43:10.0

Urzędnicy w Tarnopolu postanawiają: trzeba oficjalnie powitać Armię Czerwoną. Dlatego radca Olesza zakłada frak, cylinder i bierze służbowy samochód
O wpół do 2 w nocy wezwany nagłym telefonem niemiecki ambasador w Moskwie Friedrich Werner von der Schulenburg jedzie na Kreml. Punktualnie o 2 przyjmuje go w swym gabinecie Stalin, któremu towarzyszą ludowy komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow i ludowy komisarz obrony Kliment Woroszyłow. Po ciepłym powitaniu Stalin oświadcza, że dziś o 6 rano czasu moskiewskiego Armia Czerwona przekroczy granice Polski na całej linii od Połocka po Kamieniec Podolski. Sowieckie lotnictwo rozpocznie bombardowanie terenów na wschód od Lwowa. Stalin prosi, by w celu uniknięcia incydentów niemieckie samoloty nie latały dalej na wschód niż do linii Białystok - Brześć Litewski - Lwów. Potem odczytuje niemieckiemu ambasadorowi treść noty, która za niecałą godzinę ma być wręczona ambasadorowi Polski w Moskwie Wacławowi Grzybowskiemu.

Godz. 2.15: jeszcze w tużurku

O 2.15 w nocy w ambasadzie RP w Moskwie dzwoni telefon. Dyżurujący radca Ignacy Jankowski podnosi słuchawkę. Sowiecki urzędnik z sekretariatu zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina domaga się rozmowy z ambasadorem Wacławem Grzybowskim. Wyrwany ze snu ambasador słyszy, że komisarz Potiomkin wzywa go na godzinę 3 w nocy w celu przekazania bardzo ważnego oświadczenia sowieckiego rządu. Grzybowski uprzedza, że nie spodziewał się nocnego spotkania i może się trochę spóźnić. Przez chwilę deliberuje nad stosownym na tę porę strojem - to przecież już nie wieczór, gdy obowiązuje strój wieczorowy, ale jeszcze nie rano. W końcu wybiera tużurek. Gdy samochód wyjeżdża z bramy ambasady, Grzybowski dostrzega, że zaskoczony milicjant pełniący służbę przed ambasadą pędzi do budki z telefonem. Wezwanie jest naprawdę nagłe, skoro nie zdążono go uprzedzić. Wszystko to nie nastraja ambasadora optymistycznie. Od kilku dni sowiecka prasa z "Prawdą" ma czele brutalnie atakuje Polskę, zarzucając władzom prześladowanie Białorusinów i Ukraińców.

Potiomkin oczekuje Grzybowskiego w swoim gabinecie. Sztywno wita ambasadora i odczytuje mu notę sowieckiego rządu. "Wojna polsko-niemiecka ujawniła bankructwo państwa polskiego. W ciągu 10 dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i kulturalne. Warszawa nie jest już stolicą Polski (...) rząd radziecki nie może dłużej obojętnie patrzeć na to, jak pokrewne mu narody ukraiński i białoruski, które żyją na terytorium Polski, zostały w stanie bezbronnym pozostawione swojemu losowi. W tych okolicznościach rząd radziecki nakazał dowództwu Armii Czerwonej wydać rozkaz do przekroczenia granicy w celu wzięcia w obronę życia i mienia ludności Zachodniej Ukrainy i Białorusi".

Grzybowski wysłuchuje jeszcze sowieckich zapewnień, że zostaną użyte wszelkie środki, by wywikłać polski naród z wojny.

Gdy Potiomkin kończy, ambasador przez chwilę zbiera myśli. W końcu oświadcza, że odmawia odebrania noty i przekazania jej polskiemu rządowi. Kategorycznie protestuje przeciw formie i treści noty i oświadcza, że jest to jednostronne zerwanie istniejących i obowiązujących oba państwa układów, w szczególności zaś zawartego w 1932 roku paktu o nieagresji, którego ważność upływa dopiero w 1945 roku. Podkreśla, że polski rząd przebywa i pracuje na terytorium Polski, zaś polska armia ciągle walczy. W trakcie wystąpienia Grzybowski otrząsa się z szoku i wyraźnie nabiera rozpędu. "Gdzie jest wasza słowiańska solidarność, o której mówił pan tyle razy" - pyta Potiomkina, i od razu dodaje, że w Polsce swój legion do walki z Niemcami formują Czesi, także Słowianie. Napoleon był już kiedyś w Moskwie, ale póki biła się armia Kutuzowa, nikomu nie przyszło do głowy ogłaszanie upadku Rosji, argumentuje dalej Grzybowski.

"Panie ambasadorze, weźmie pan na siebie ciężką odpowiedzialność przed historią w razie nieprzyjęcia dokumentu tak wielkiej wagi" - przerywa poirytowany Potiomkin.

"Gdybym zgodził się na przekazanie tej noty swojemu rządowi, byłoby to dowodem braku szacunku nie tylko dla niego, lecz także dowodem, że straciłem szacunek dla rządu sowieckiego" - replikuje Grzybowski. I nadal przekonuje Potiomkina, że na froncie polsko-niemieckim wszystko jest jeszcze możliwe. Sowiecki dygnitarz oświadcza, że w tej sytuacji musi się skonsultować z rządem. Grzybowski odpowiada, że poczeka.

Dochodzi 4.30 nad ranem, gdy znów zjawia się Potiomkin. Sowiecki rząd podtrzymuje swe stanowisko.

Ambasador Grzybowski noty nie odbiera. Wraca do ambasady i pośpiesznie redaguje tekst radiogramu do ministra Józefa Becka. Wysyła go o 5 nad ranem.

Godz. 6.15: sowiecka czapka

Polskie wojska bronią się przed Wehrmachtem wzdłuż linii Augustów - Białystok - Białowieża - Brześć nad Bugiem - Łuków - Dęblin - Kraśnik - Zamość - Tomaszów Lubelski - Rawa Ruska - Lwów - Borysław - Turka, a na zachód od frontu polsko-niemieckiego ciągle bronią się Warszawa, Hel, Oksywie oraz - nad Bzurą - prawie 140 tys. żołnierzy armii "Poznań" i "Pomorze".

Pod polską kontrolą ciągle pozostaje jedna trzecia powierzchni kraju. Na tym terenie znajduje się ponad 200 tys. żołnierzy, tylko częściowo uzbrojonych i umundurowanych, pozostających nie w składzie regularnych jednostek bojowych, lecz improwizowanych zgrupowań.

Niemal nikt z polskich władz nie spodziewa się sowieckiej inwazji. Wojna z Niemcami spowodowała osłabienie sił broniących wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Zgodnie z rozkazem naczelnego wodza wszystkie zmobilizowane na kresach jednostki bez zwłoki wysyłano na front, przeciwko Niemcom. Bataliony Korpusu Obrony Pogranicza są przetrzebione ustawicznym wyciąganiem na front najlepszych żołnierzy, broni maszynowej i dosyłaniem rezerwistów pochodzenia niemieckiego, których dowództwo obawia się kierować do walki z Wehrmachtem. Na liczącej ponad 1400 km granicy z ZSRR znajduje się już tylko 18 batalionów KOP. Wraz z dodatkowymi jednostkami to niespełna 20 tys. żołnierzy. Przeciwko nim Stalin rzuca niemal milion żołnierzy, ponad 4 tys. czołgów i samochodów pancernych, niemal tysiąc samolotów. Na wielu odcinkach jednego kilometra granicy bronić ma średnio 10 żołnierzy. I broni.

Pod Husiatyniem o 3 w nocy wybucha gwałtowna strzelanina. Pełniący nocną służbę w strażnicy sierżant Kolendo wysyła w stronę granicy kilka patroli z erkaemami. Tuż przed czwartą na strażnicę, w której zostało tylko kilkunastu żołnierzy, sypie się lawina strzałów z broni maszynowej i ręcznej. Żołnierze KOP strzelają celnie. Co rusz któryś z napastników pada w trawę i nie podnosi się. Ale kim są napastnicy? Obrońcy podejrzewają, że mogą to być bandyci albo dywersanci nasłani z Sowietów. Po 6 rano sierż. Kolendo wraz z dwoma żołnierzami schodzi na parter i obrzuca napastników granatami. Po chwili wraca ranny w rękę, ale z sowiecką czapką wojskową i karabinem. A więc to regularne wojska sowieckie! O 8 rano strzelanina cichnie. W świetle dnia widać na przedpolu zabitych i rannych sowieckich sołdatów. W ciszy nagle rozlega się pukanie do tylnych drzwi. To wraca jeden z żołnierzy wysłanych przez sierżanta na patrol. Melduje, że Husiatyń zajęty jest przez wojsko sowieckie, a przez Zbrucz sowieccy saperzy budują drewniany most. Sierżant Kolendo zbiera załogę i mówi: "Koledzy, póki jest cicho i wyjście jest wolne, wszyscy pryskamy, gdzie kto może, i ukrywamy się. Dziękuję wam za służbę!".

Opór strażnic KOP rozrzuconych wzdłuż granicy trwa po kilka godzin. Potem w głąb kraju wlewają się ogromne kolumny sowieckich wojsk.

Godz. 5: zapytanie o intencje

Sztab naczelnego wodza marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza stacjonuje w jednej ze szkół na południowym krańcu Kołomyi. O 4.45 do sztabu dociera meldunek mjr. Józefa Bieńkowskiego z placówki wywiadu wojskowego w Czortkowie na Podolu: "Od godz. 3 w rejonie Podwołoczysk, Husiatynia i Załucza jakieś nie rozpoznane z powodu ciemności oddziały usiłują przekroczyć granicę. W chwili obecnej trwa tam walka oddziałów KOP". 10 minut później kpt. Jerzy Fryzendorf z szefostwa wywiadu KOP alarmuje: "O godzinie 4.20 rozpoznano, że są to regularne oddziały bolszewickie. Za nimi słychać szum motorów". Szef sztabu Naczelnego Wodza poleca zbudzić marszałka Śmigłego-Rydza, a sam telefonicznie uzgadnia z ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem wysłanie parlamentariusza z pułku KOP "Podole" do najbliższego dowództwa sowieckiego z pytaniem o intencje.

Późnym rankiem intencje Kremla są jasne - to inwazja na wielką skalę, prowadzona podstępnie, pod pozorem niesienia pomocy. Na podstęp ten nie dają się nabrać żołnierze KOP, ale w głębi Kresów rezerwiści są zdezorientowani.

Marszałek Śmigły-Rydz zachowuje kamienny spokój. W pierwszym odruchu chce się bić, rozważa warianty ustawienia obrony przeciw nowemu wrogowi. Potem pojmuje, że słabo uzbrojone oddziały tyłowe i zapasowe nie mają w walce żadnych szans. Najważniejsze teraz to ratować ludzi. Po konsultacjach z rządem wydaje po południu rozkaz dla całego wojska: "Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie się na Węgry i Rumunię najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba że w razie natarcia z ich strony albo prób rozbrojenia oddziałów. Zadania Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami, bez zmian".

Południe: kaczuszki z porcelany

W majątku w Różanie na Kresach, niedaleko granicy z Sowietami, Maria Sapieżyna, żona księcia Jana Sapiehy, nieśpiesznie kończy śniadanie. Jej mąż został w sierpniu zmobilizowany. Jest ciepło, słonecznie. Potem, właściwie bez powodu, Maria Sapieżyna telefonuje do starosty.

"Jeżeli pani stoi - proszę usiąść. Dziś o świcie sowiecka armia wkroczyła do Polski" - słyszy w słuchawce. Pośpiesznie naradza się ze swoim ojcem Jerzym Zdziechowskim. Nie mają wątpliwości - trzeba natychmiast uciekać. Do tej pory nie tracili nadziei. Owszem, nie mieli wątpliwości, że Niemcy dotrą nawet tu, na Kresy. Od kilku dni wszystkie cenne przedmioty są już spakowane, gotowe do wywiezienia do jednej ze skrytych głęboko w lasach leśniczówek. Ale wierzyli, że państwo polskie przetrwa, że Warszawa będzie się bronić dostatecznie długo, by doczekać odsieczy armii francuskiej i brytyjskiej. Teraz, po sowieckim ciosie w plecy, pojęli, że wszystko skończone.

Oboje postanawiają wyjechać jeszcze dziś z dwoma synkami Marii na Litwę, a stamtąd dalej, na Zachód. Do Rumunii jest zbyt daleko. Maria przytomnie zauważa, że jedynym samochodem, osobowym fiatem z majątku jej rodziców (wszystkie samochody z majątku w Różanie polskie wojsko zarekwirowało jeszcze w styczniu) trzeba wyruszyć dopiero po zmroku, by uniknąć ataków niemieckich samolotów.

Potem usiłuje przygotować się do wyjazdu, ale nie może się skupić. Błąka się po pokojach, popatruje na piękne meble i przedmioty, wygładza fałdy obić, poprawia ułożenie drobiazgów. Wie, że tu nigdy nie wróci. Kucharzowi Cydzikowi poleca zabić i upiec tuzin młodych indyków. Co do bagaży, decyduje się brać walizy jedynie z rzeczami praktycznymi, głównie dziecięcymi ubrankami. Po rozmowie z ojcem decyduje się jednak dołożyć dwie walizki ze srebrami; w jednej z nich są posagowe srebra jej matki.

Dochodzi południe. Jerzy Zdziechowski wpada zdyszany do saloniku:

"Musimy wyjechać natychmiast!". Wyjaśnia, że gdy wyszedł na główną drogę, spostrzegł grupki ludzi pokazujących na ich dom. To znak, że szykuje się coś złego. Nie trzeba było sobie wyjaśniać, co. Ziemianie byli świadomi, że w całym pasie nadgranicznym z Sowietami trwa tajna sowiecka robota agitacyjna.

Biegnąc przed dom do stojącego przy bocznym wejściu fiata, Zdziechowski zgarnia ze stołu dwie czerwone porcelanowe kaczuszki, które ongiś podarował córce. Maria łapie futro leżące w otwartym jeszcze kufrze. W fiacie siedzą już jej synowie, ich niania, przezywana Hippo, szofer. Walizki są w bagażniku. Wokół samochodu stoi w milczeniu służba. Ale gdy Zdziechowski wsiada do samochodu, nadbiega kilku mężczyzn z pistoletami w rękach. Jeszcze chwila i już otaczają fiata. Krzyczą, żeby wysiadać i wracać do domu, grożą śmiercią za nieposłuszeństwo.

"Cokolwiek zrobicie, zostawcie dzieci w spokoju, nie rozstrzeliwuje się dzieci" - prosi głośno Maria Sapieżyna. W niezręcznej ciszy inicjatywę przejmuje kucharz. Jak zwykle ma na sobie wykrochmalony fartuch i wysoką białą kucharską czapę. Zaprasza napastników do domu, na poczęstunek, zachęca, by brali wszystko, od ubrań po broń myśliwską. Wahają się, wyraźnie skuszeni perspektywą biesiady na pańskich salonach, ale wciąż celują w fiata. Maria Sapieżyna powoli zbliża się do samochodu, wsiada na miejsce szofera, odsuwa go od kierownicy. Przekręca kluczyk, ale silnik krztusi się i gaśnie. Uciekając w pierwszych dniach wojny na wschód, do Różany, z braku benzyny zatankowała w Brześciu trochę spirytusu metylowego. Za drugim razem samochód zapala. Sapieżyna powoli odjeżdża spod domu. Napastnicy patrzą osłupiali, ale nie strzelają. Fiat toczy się powoli, na rozpędzenie nie pozwala fatalna domieszka spirytusu w baku. Po dłuższej chwili uciekinierzy spostrzegają daleko przed sobą spory tłum. Odległość zmniejsza się i Maria Sapieżyna dostrzega strzelby w rękach idących na przedzie mężczyzn. Z tyłu idą kobiety, niektóre z dziećmi na rękach. Rozpoznaje ich twarze. To tutejsi. To dla nich zakładała niedawno ochronkę dziecięcą, jeszcze wczoraj na wiejskim zebraniu obrony cywilnej wspólnie z nimi słuchała instrukcji, jak zachowywać się podczas bombardowań. A teraz idą ich zabić.

Powrót do dworu nie wchodzi w rachubę. Sapieżyna nie zdejmuje nogi z gazu. Fiat dotacza się do tłumu, wjeżdża weń. Ludzie rozstępują się, ciekawie zaglądają do środka. Nie wiedzą, kto jedzie. Nagle ktoś rozpoznaje pasażerów. Huk wystrzału ze strzelby, potem drugi i kolejne. Na szczęście samochód przeciska się przez gęsty tłum i chłopi muszą strzelać nad głowami ziomków. Wreszcie sprzed maski odskakują ostatni maruderzy. Droga wolna. Na szczęście żadnemu z napastników nie przyszło do głowy, by strzelić w oponę. Zdrętwiała z napięcia Maria Sapieżyna odwraca się. Ani jej ojciec, ani dzieci nie są draśnięte. Szofer i bona schowali się pod tylne siedzenie. Obaj chłopcy są zachwyceni, że właśnie odbyła się zabawa w polowanie. Pan Zdziechowski na pytanie córki, jak się czuje, oznajmia, że został tylko "ukaczony". Ukaczony? A tak, czuł się jak kaczka, do której zewsząd strzelają myśliwi.

Po południu: odlot

Na gdzie? Kresach, w domu osadnika wojskowego, inwalidy wojny 1920 roku, kwaterują oficerowie wycofującego się na wschód batalionu piechoty. Po południu rozchodzi się wiadomość, że Sowieci przekroczyli granicę. Oficerowie zbierają się wokół radioodbiornika, ktoś nastawia go na Moskwę. Rozlega się piskliwy głos sowieckiego ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa. Słuchają, że państwo polskie przestało istnieć z chwilą ucieczki polskiego rządu za granicę, że Armia Czerwona wkracza do polski, by chronić mniejszość ukraińską i białoruską. Podporucznik rezerwy Marian Brandys próbuje przekonywać kolegów, że to polityczna zmyłka, zasłona dymna, przecież dopiero co, przed dwoma dniami, przeleciał nad ich oddziałem sowiecki samolot i jeden z pilotów, wszyscy to przecież widzieli, pomachał im ręką. Brandys przerywa, gdy gospodarz zaczyna błagać jego kolegów, by zabrali go ze sobą. Ale dowódca, mjr Bartula, jest nieprzejednany - wojsko to wojsko, nie bierzemy ze sobą rozbitków z innych jednostek, nie bierzemy cywilów. Inwalida ma łzy w oczach.

Ppor. Włodzimierz Miksa ze 114. Eskadry Myśliwskiej wczesnym rankiem dostaje rozkaz rozpoznania granicy polsko-sowieckiej. Nie wolno mu jednak atakować oddziałów sowieckich. W czasie lotu dostrzega olbrzymie kolumny sowieckich czołgów i kawalerii. Ich czołówki są ponad 50 km w głębi Polski. Strzelać mu nie wolno, ale o straszeniu bolszewików przed startem nie było mowy. Ppor. Miksa cztery razy nadlatuje na sowiecką kawalerię lotem koszącym, kilkanaście metrów nad ziemią. Konie płoszą się, ponoszą, zrzucają jeźdźców. Sprzężone poczwórnie i poszóstnie przeciwlotnicze karabiny maszynowe zainstalowane na taczankach dziurawią skrzydła. Ppor. Miksa szczęśliwie jednak wraca na lotnisko. Składa raport swemu dowódcy płk Stefanowi Pawlikowskiemu, potem dowódcy lotnictwa gen. Józefowi Zającowi.

Późnym rankiem policjant Stefan Pelc obserwuje przez lornetkę z balkonu posterunku Policji Państwowej w Nadwórnej, jak trzy sowieckie samoloty bombardują odległą o parę kilometrów stację kolejową Tarnowica Leśna. Nagle zza chmur wyskakuje pojedynczy polski myśliwiec. Zestrzeliwuje dwa sowieckie bombowce. Trzeci ucieka na wschód. Komisarz policji Nickles jedzie samochodem do Tarnowicy. Po godzinie wraca z dwoma rannymi sowieckimi lotnikami. Odwozi ich do szpitala powiatowego w Nadwórnej.

Po południu gen. Zając wydaje rozkaz odlotu wszystkich maszyn do Rumunii.

Ranek: Hunowie zewsząd, a ja gwiżdżę

W domu rodzinnym pisarza Stanisława Vincenza w Słobodzie Rungurskiej na Huculszczyźnie domownicy codziennie słuchają radia. O wejściu Armii Czerwonej Stanisław dowiaduje się już rankiem. Niemal natychmiast podejmuje decyzję: wraz ze starszym synem, pracującym w Anglii nad doktoratem z fizyki, który niedawno przyjechał na wakacje, oraz z goszczącymi tu przyjaciółmi - literatem z Warszawy i oficerem wojska polskiego, najdalej jutro przekroczą nieodległą granicę z Węgrami. Vincenz wychodzi na spacer do parku. Długą aleją idzie w stronę kościółka. Kończy się msza i ze świątyni wysypują się dzieci, za nimi dorośli. Nikt z nich jeszcze nie wie.

Vincenz wraca do domu, do swego 80-letniego ojca. Tłumaczy mu, dlaczego postanowił wyjechać. Uspokaja. Staruszek ofukuje go: "Mnie to nic! Hunowie stąd, Hunowie stamtąd, a ja gwiżdżę!". Plany syna komentuje krótko: "Szkoda, ale trzeba. A nie spaceruj przez granicę tędy i owędy". Stanisław żegna się z nim. "No, czekaj jeszcze chwilkę - prosi ojciec, ale zaraz dodaje: - Nie, nie, idź, bo późno".

Tuż przed wymarszem Vincenz zabiera się do palenia swoich książek. Nie ma specjalnego zbioru książek antysowieckich, ale czuje, że spora kolekcja emigracyjnych książek ukraińskich i rosyjskich, wydawanych głównie w Niemczech, pod nową władzą może napytać domownikom wielkich kłopotów. W ogień idą nawet wydawnictwa socjologiczne i statystyczne. Niektórzy z domowników odradzają palenie: przecież nie jesteśmy obywatelami sowieckimi, więc nawet jeśli Sowieci będą okupować nasz kraj, nie mają do nas żadnego prawa.

Godz. 9: pozdrawiamy polskich żołnierzy

W koszarach w kresowym Dubnie zbierają się oficerowie oddziałów rozbitych w walkach z Niemcami. Rejonowa Komenda Uzupełnień tworzy z nich tzw. oddział kadry rezerwowej oraz osobną Legię Oficerską.

Wczesnym rankiem do koszar dociera ppor. rezerwy artylerii Kazimierz Skorupski z 27. Pułku Artylerii Lekkiej, w cywilu adwokat. 2 września został w bitwie z Niemcami pod Świeciem nad Wisłą ranny w głowę, rękę i nogę. Mimo to dowlókł się, przez Warszawę, aż tu, do Dubna. Wraz z nim maszeruje z apteczką pod pachą żona Wanda, także adwokat.

O 5.45 rano gen. w st. spoczynku Stefan Strzemieński, komendant miasta Dubno i zarazem dowódca doraźnie organizowanej grupy bojowej "Dubno", otrzymuje wiadomość, że zmotoryzowane wojska sowieckie przekroczyły granicę i szosą na Krzemieniec posuwa się grupa 30 czołgów. O 9 rano Korpus Obrony Pogranicza potwierdza: Sowieci są już niedaleko Krzemieńca, w czołgach mają otwarte klapy, mijając polskie oddziały, przyjaźnie kiwają rękami. KOP-iści pytają: co w tej sytuacji robić?

Gen. Strzemieński dzwoni do Łucka do dowodzącego tam gen. Skuratowicza. Ten natychmiast wydaje rozkaz zwijania obrony Dubna i wymarszu w stronę Rumunii. Gen. Strzemieński zwołuje w komendzie garnizonu odprawę dowódców i wydaje zarządzenia: o 14 wszystkie formacje i oddziały garnizonu mają wyruszyć kilkoma kolumnami w stronę granicy rumuńskiej.

Na koszarowym placu apelowym panuje krzepiący spokój i porządek. Komendant Rejonowej Komendy Uzupełnień i jego zastępca Michał Chraniewicz, w cywilu adwokat z Dubna i znajomy Skorupskich, sprawnie przydzielają przybywających oficerów do formujących się oddziałów. Skorupski trafia do oddziału artylerzystów.

O 10 rano z komendy miasta wychodzi grupa oficerów. Ogłaszają, że rankiem granice przekroczyli Sowieci. Na placu narasta chaos, wzburzenie. Nad koszarami przelatują sowieckie samoloty i rozrzucają ulotki: Armia Czerwona wchodzi do Polski z pomocą, jako przyjaciel, a nie wróg.

O 14 kolumny marszowe wychodzą z Dubna.

W bałaganie w koszarach pozostaje jednak blisko pięciuset oficerów Legii Oficerskiej. O 15 zjawiają się tam płk Jan Skorobohaty-Jakubowski i gen. Leon Billewicz. Obaj już dawno są w stanie spoczynku, ale płk Skorobohaty nie wiedzieć czemu przedstawia gen. Billewicza jako nowego dowódcę garnizonu Dubno. Płk Skorobohaty wygłasza improwizowane przemówienie. Twierdzi, że otrzymał rozkaz, by Armii Czerwonej absolutnie nie stawiać oporu. Utrzymuje też, że w kilku punktach granicznych doszło do zbratania się oddziałów polskich i sowieckich, co - jak dodaje - ma nadzieję, że jest prawdą i będzie zjawiskiem powszechnym.

Oficerowie rezerwy słuchają tej przemowy bez oburzenia. Na rozkaz płk Skorobohatego karnie ładują się na ciężarówki i zarekwirowane chłopskie furmanki. Po południu kolumna rusza w stronę Brzeżan. O zmroku samozwańczy wódz płk Skorobohaty wydaje skandaliczny rozkaz dalszego marszu nocą, i to bez rozpoznania ani ubezpieczeń. Na czele jadą ciężarówki z oficerami wyposażonymi jedynie w pistolety. Na siódmym kilometrze za Brzeżanami kolumna wpada w sowiecką zasadzkę. Bezbronni oficerowie padają jak zboże pod kosą. Ginie 32, prawie 50 jest rannych. Cztery ciężarówki płoną.

O świcie: czyste ręce

Z majątku Ignatowo koło Rakowa w pogodne noce widać łunę nad odległą tylko o 40 km stolicą sowieckiej Białorusi - Mińskiem. O świcie właściciela Ignatowa Stefana Kurbskiego budzi strzelanina i warkot silników. Kurbski czym prędzej jedzie do Rakowa, by zorientować się w sytuacji. Ale tam jest już czołówka sowieckiego oddziału zmotoryzowanego. Sołdaci aresztują go. Na szczęście sowiecki dowódca pyta mieszkańców, czy Kurbski to dobry człowiek. Ludzie lubią go tu i czym prędzej zbierają podpisy na petycji o uwolnienie. Oddział operacyjny NKWD jeszcze się nie pojawił i petycję dostaje dowodzący tu komandir. Zwalnia Kurbskiego i na stronie pyta go, czy ma tu majątek. Kurbski potwierdza. Komandir, patrząc mu w oczy radzi, by zabrał stąd swoją rodzinę. Kurbski wszystko rozumie w lot. Wraca do Ignatowa i nie tracąc chwili ucieka wraz z najbliższymi na zachód.

W majątku Nowosiółki koło Oszmiany wiesza się hr. Franciszek Czapski. Doskonale zna bolszewizm z czasów rewolucji i wojny 1920 roku i nie ma złudzeń, co go czeka.

W miasteczku Dokszyce, w powiecie Dzisna, zajętym przez sowieckie oddziały już o 4 rano, po paru godzinach NKWD aresztuje sędziego grodzkiego Sergiusza Stankiewicza, burmistrza Jana Górę, kapitana KOP Waligórskiego. Wszędzie zaraz po wkroczeniu sowieckich oddziałów zaczynają się aresztowania policjantów, żandarmów, urzędników, funkcjonariuszy KOP. I wszystkich oficerów WP. Ci, którzy pamiętają okrucieństwa bolszewickie w 1920 roku, odpruwają naszywki, wyrzucają dokumenty i udają szeregowców. NKWD pilnie tropi wśród jeńców ukrywających się oficerów. Enkawudyści sprawdzają dłonie. Białe, delikatne, nienawykłe do pracy fizycznej - to pewne aresztowanie.

Po południu: frak

Na przedmieścia Tarnopola sowieckie oddziały wkraczają późnym południem. W Urzędzie Wojewódzkim od rana trwają gorączkowe narady: jak zachować się wobec Sowietów? Ostatecznie zwycięża pogląd, że trzeba zachować ciągłość polskiej władzy administracyjnej i w tym celu oficjalnie powitać Armię Czerwoną. Do tej misji urzędnicy wybierają radcę Czesława Oleszę, który pochodzi z Wileńszczyzny i świetnie mówi po rosyjsku. Radca Olesza po krótkim namyśle zakłada frak, cylinder i służbowym samochodem wyjeżdża do Borków Wielkich, 20 kilometrów na wschód od Tarnopola. Tam mieści się kwatera głównodowodzącego Frontu Ukraińskiego komandarma I rangi Siemiona Timoszenki. Ale po przybyciu do kwatery Timoszenki Olesza okazuje się rogatą duszą: składa oficjalny protest przeciwko podstępnemu pogwałceniu przez ZSRR polsko-sowieckiego paktu o nieagresji. Timoszenko rozkazuje zamknąć bezczelnego radcę w chlewie. Ale nie w ciemię bity Olesza uprasza eskortujących go sołdatów, by na chwilę pojechali z nim do mieszkania w Tarnopolu, przy ul. Tarnowskiego. Tłumaczy, że chce się przebrać, i daje do zrozumienia, że eskorta będzie miała co brać. Na miejscu idzie do toalety, przeciska się przez malutkie okienko, wyskakuje na ulicę i czym prędzej rusza w drogę na zachód, do okupacji niemieckiej.

Nazajutrz: krew popłynie później

Przez Polesie, szosą na wschód, w tłumie uciekinierów maszeruje pisarz i malarz Stanisław Ignacy Witkiewicz i jego ukochana Czesława Oknińska. 5 września w Warszawie Witkacy zatelefonował do niej do pracy i poprosił, by zeszła na dół. Stał z walizeczką i płaszczem przerzuconym przez ramię. Powiedział, że w radiu nadają rozkaz płk. Umiastowskiego, by wszyscy mężczyźni opuścili Warszawę. Oknińska spakowała mały neseser z ciepłymi rzeczami i ruszyli na wschód.

Witkacy i Oknińska z najwyższym trudem dochodzą do Dąbrowicy????. Dwa tygodnie wędrówki z Warszawy na Polesie wykończyły artystę. Choć ma 54 lata, zdrowie podkopało mu wieloletnie eksperymentowanie z narkotykami i alkoholem.

W Dąbrowicy oboje zachodzą do zajazdu. Są w nim tłumy, ale bufet, o dziwo, jest dobrze zaopatrzony. Po raz pierwszy mogą zjeść porządny, gorący posiłek. Witkacy, którym wstrząsnęła wiadomość o wkroczeniu wojsk sowieckich, przy bufecie, w pogwarce z gospodarzami, odzyskuje równowagę ducha. Rozkoszuje się piwem, swoim ulubionym rarytasem.

Późnym popołudniem dochodzą do Jezior, majątku rodziny Ziemlańskich, znajomych Witkacego. W przepełnionych pomieszczeniach gospodarze rozkładają na noc snopki siana, nakrywają je prześcieradłami. To i tak luksusy dla śmiertelnie znużonych wędrowców. W nocy, mimo zmęczenia, oboje nie śpią. Trzymają się za ręce. Nad ranem, przy skromnym śniadaniu, wysłuchają gorączkowych spekulacji uciekinierów na temat intencji Sowietów i przyszłości. Witkacy, który rewolucji w Rosji przyglądał się z bliska, jest w coraz gorszym nastroju. Gdy wychodzą, Oknińska zauważa, że nie ogolił się. Pyta go - dlaczego? Pisarz wraca i po chwili zjawia się gładko wygolony. Idą na spacer. Witkiewicz szuka jakiegoś ustronnego miejsca.

Gdy tylko usłyszał, że Sowieci weszli, zaproponował Czesławie, by razem popełnili samobójstwo. Zakochana w nim dwudziestoparoletnia urzędniczka najpierw próbowała mu pomysł ten wyperswadować, ale w końcu zgodziła się.

Wreszcie zatrzymują się pod drzewem. Czesława próbuje przekonać go jeszcze, że samobójstwo nie ma sensu. "Jeśli aż tak tego nie chcesz, odejdę sam, ale pamiętaj, beze mnie zginiesz. Powinniśmy odejść razem" - przekonuje Witkacy. Z mnóstwa pogniecionych tabletek środków nasennych i odrobiny wody przygotowuje samobójczy koktajl. Długo rozmawiają o najbliższych i przyjaciołach. W końcu wypijają mniej więcej po połowie mlecznego płynu. Witkacy odwija lewy rękaw koszuli i żyletką nacina żyły. Krew nie chce płynąć. Z pomocą Czesławy odwija rękaw wyżej i znów próbuje podciąć żyły. Krew nie płynie. Słabnącej, zasypiającej Czesławie mówi, że za chwilę przetnie sobie tętnicę szyjną. Pokazuje, w którym miejscu, i zachęca, by zrobiła to samo, gdyby się obudziła. Gdy Oknińska zasypia, jeszcze raz sięga po zakrwawioną żyletkę.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA
Tags: ww2, Гитлер, Польша, СССР, Сталин, война
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author