clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Chciwość i rosnące płace. Rośnie rozwarstwienie płac



Chciwość i rosnące płace. Rośnie rozwarstwienie płac
...

Andrzej Lubowski 2011-09-05, ostatnia aktualizacja 2011-09-04 22:09:39.0

Gdy część milionerów domaga się, żeby ich wyżej opodatkować, inni płacą sobie więcej, niż wynoszą podatki ich firm. Pod względem nierówności dochodów Stany Zjednoczone plasują się za Kamerunem i Wybrzeżem Kości Słoniowej, a tuż przed Ugandą i Jamajką.
Kilkudziesięciu amerykańskich miliarderów obiecuje zostawić społeczeństwu większość swego majątku. Kilkudziesięciu milionerów apeluje do Kongresu, aby ich wyżej opodatkować. Te wspaniałomyślne gesty póki co ani nie zmieniają prawa, ani systemu wartości i zasad moralnych. Można by je co najwyżej potraktować jako symptom pożądanej refleksji nad stanem gospodarki i sposób dzielenia się bólem kryzysu. Ale i taki wniosek może być przedwczesny.

Demokraci i Republikanie coraz rzadziej znajdują wspólny język, ale co do jednego zdają się ze sobą zgadzać. I jedni, i drudzy wierzą, że trzeba obniżyć stopę podatków, jak płacą amerykańskie korporacje. A tu nagle okazuje się, że w przypadku wielu ogromnych firm podatki, jakie trafiają do skarbu państwa, bledną w zestawieniu z tym, co trafia do kieszeni szefów tychże przedsiębiorstw.

Z ogłoszonego właśnie raportu przygotowanego przez Institute of Policy Studies i opublikowanego 31 sierpnia 2011 w "The Washington Post" wynika, że z setki najlepiej w zeszłym roku opłaconych prezesów, co czwarty, czyli dwudziestu pięciu, zarobił więcej niż wyniosły podatki całej firmy. Średnia zysków tych 25 firm wyniosła w 2010 roku 1,9 mld dolarów. Znalazły się wśród nich General Electric, Boeing, eBay, Bank of New York Mellon.

Prezesi tych firm - powiedział jeden z autorów raportu - są szczodrze nagradzani za unikanie podatków. 18 z tych 25 korporacji prowadzi działalność gospodarczą w krajach uznanych przez władze USA za raje podatkowe. W 1970 r. przeciętna zarobków szefa w największych amerykańskich korporacjach była 28 razy wyższa niż przeciętna zarobków wszystkich pracowników. W 2005 r. skoczyła do 158 razy i dalej się wspina. Cytowany wcześniej raport Institute of Policy Studies szacuje, że w 2010 proporcja ta wyniosła 325 do 1.

Koniec raju

Egalitaryzm nigdy nie był w Ameryce modny. Mało kto pomstował tu na rozpiętości dochodów, które gdzie indziej uchodzą za nieprzyzwoite. Lecz to się szybko zmienia, gdy miliony ludzi tracą pracę, a współautorzy tej klapy wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie.

Badania opinii publicznej wskazują już od ćwierćwiecza, że zdaniem przeszło 60 proc. ankietowanych rozpiętości dochodów w Ameryce przekroczyły granice zdrowego rozsądku. Stany Zjednoczone nie są jedynym krajem, w którym rozpiętości rosną - dzieje się tak w Wielkiej Brytanii, Chinach i Indiach, ale trend ten widać najwyraźniej właśnie w USA.

Po Wielkim Kryzysie - po trosze za sprawą Nowego Ładu, po części za sprawą silnych związków zawodowych i ekspansji wysoko opłacanych przemysłów, takich jak stal czy samochody, a także w wyniku progresywnych podatków - luki w dochodach skurczyły się. Boom powojenny był dobry dla wszystkich. W latach 1947-73 płace realne wzrosły o ponad 80 proc., a dochody najbogatszych o prawie 40 proc. Do urawniłowki było wciąż daleko, lecz Ameryka stała się prawdziwym rajem klasy średniej.

Zaczęło się to zmieniać, dość nieoczekiwanie i początkowo niezauważalnie, w połowie dekady lat 70. Przemysł, silna baza związków zawodowych, które wymuszały wysokie płace, zaczął tracić grunt. Stal przegrała konkurencję z Azją, potem przemysł samochodowy pod presją Japonii zaczął ostro ciąć koszty, także płacowe. Ewolucja od przemysłu do usług nie sprzyjała ruchowi związkowemu, który znalazł się w odwrocie i nigdy się już nie odrodził.

Rozwarstwienie dochodów wzrosło, i to znacznie. Cięcia podatkowe administracji Busha spotęgowały przepaść między najbogatszymi i resztą Ameryki, choćby dlatego, że dywidendy i zyski kapitałowe są opodatkowane w sposób preferencyjny. Jak ostatnio przypomniał Warren Buffett, efektywna stopa podatkowa dla ludzi o skromnych dochodach jest często wyższa niż dla milionerów.

Bogaty jak prezes

Według badań ekonomistów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley w 1975 r. na najbogatszą jedną dziesiątą procentu przypadało około 2,5 proc. całości dochodów kraju. W 2008 r. udział ten wyniósł 10,4 proc. Dotychczas brakowało informacji na temat tego, kim są ci ludzie. Gwiazdy estrady? Słynni sportowcy? Przedsiębiorcy? Finansiści z Wall Street? Okazuje się, że największą część tego towarzystwa stanowią prezesi firm, często z dość banalnych sektorów, takich choćby jak mleczarnie. Wśród ludzi z tej najwyższej półki dochodowej reprezentującej jedną dziesiątą procentu, a są to osoby o rocznych dochodach powyżej 1,7 mln dolarów, 41 proc. pracuje poza sferą finansów, 18 proc. w sektorze finansowym, 6,2 proc. to prawnicy, 4,7 proc. zajmuje się handlem nieruchomościami, a zaledwie 3 proc. stanowią gwiazdy show-biznesu i sportu.

Z badań wynika także, że zarobki szefów największych firm wzrosły w wyrażeniu realnym czterokrotnie w ciągu minionych 40 lat, podczas gdy zarobki 90 proc. Amerykanów nie uległy w tym czasie żadnej zmianie lub nieco spadły.

Według danych CIA, która posługuje się tzw. współczynnikiem Ginni jako miarką nierówności, w USA nierówności dochodów są znacznie wyższe niż w Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii i stawiają Amerykę w towarzystwie ubogich krajów tradycyjnie znanych z gigantycznych rozpiętości dochodowych - tuż za Kamerunem i Wybrzeżem Kości Słoniowej i tylko nieznacznie przed Ugandą i Jamajką.

W środku lata "The Washington Post" próbował zilustrować to zjawisko na konkretnym przykładzie. Kenneth J. Douglas, prezes dużej firmy mleczarskiej Dean Foods, zarabiał w latach 70. i 80., w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, 1 milion dolarów rocznie. Mieszkał w domu z czterema sypialniami na bogatych przedmieściach Chicago. Firma dała mu cadillaca, płaciła składki za luksusowy klub golfowy. Prezes uważał, że żyje mu się świetnie, i czasem nie godził się na podwyżki, jakie oferowała rada nadzorcza, twierdząc, że zbyt wysokie zarobki na świeczniku źle wpływają na atmosferę w firmie.

Obecny szef tejże firmy zarabia 10 razy tyle (przypominam, że zarobki dawnego prezesa podałem w formie zrewaloryzowanej - minimalnie zarabiał znacznie mniej niż milion), mieszka w willi za 6 mln w pobliżu Dallas, ma 64 akry ziemi w luksusowym Vail w Kolorado, należy do czterech klubów i ma do wyłącznej dyspozycji firmowy samolot Challenger 604 za 10 mln dolarów.

Gwiazdor za sterem

Z analiz wynika, że to właśnie ewolucja przepychu, w jakim opływają dziś szefowie firm jest jednym z podstawowych powodów rosnących rozpiętości w dochodach.

Kontrola nad zarządzaniem w wielu korporacjach zaczęła przechodzić w ręce charyzmatycznych wizjonerów. Ich cała uwaga skupiła się na tym, aby jak najszybciej i za wszelką cenę wywindować cenę akcji. Po to ich zatrudniano, z tego ich rozliczano. Rekrutacja na szefa zaczęła przypominać werbunek sławnego piłkarza czy koszykarza. Sportowiec miał przyciągnąć tłumy na areny. Szef firmy miał oczarować inwestorów. Skoro słynny tenisista, baseballista czy koszykarz mógł zarobić kilkadziesiąt milionów rocznie, dlaczego nie należy się to komuś, kto napełnia kieszenie akcjonariuszy?

Obrońcy wysokich pensji korporacyjnych szefów twierdzą, że zarobki są dziś znacznie wyższe, bo firmy są większe. Tymczasem z badań przeprowadzonych w Massachusetts Institute of Technology i w Banku Centralnym USA na danych sięgających wstecz do 1936 r. wynika, że w latach 50. i 60., kiedy firmy rozwijały się szczególnie szybko, zarobki na świeczniku pozostawały dość stabilne. Szalony wzrost zarobków zaczął się w latach 70. A wówczas firmy rosły nie dlatego, że się rozwijały, ale dlatego, że się ze sobą łączyły. Był to początek masowej fali fuzji. I wówczas - powiada część ekonomistów - rozmyły się normy społeczne, które hamowały chciwość.

W systemie wynagrodzeń zmalało znaczenie płacy podstawowej, a nabrały go premie i opcje: prawo zakupu akcji w określonym przedziale czasowym po z góry ustalonej cenie. Rady nadzorcze mniej czasu poświęcały w ostatnich latach funkcjom nadzoru i stały się bardziej towarzystwem wzajemnej adoracji, które wspólnie grywa w golfa, potakuje prezesowi i rozdziela hojne premie.

Skoro robią to wszyscy...

Zdaniem Johna C. Bogle'a, twórcy największego w Ameryce funduszu inwestycyjnego Vanguard, ważnym źródłem problemu jest fakt, że klasa menedżerska przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne, zaś obowiązujący kiedyś moralny absolutyzm - "są rzeczy, których po prostu się nie robi" - zastąpił moralny relatywizm - "skoro wszyscy to robią, to czemu ja miałbym być inny?".

Harold Geneen, prezes ITT, jednej z największych korporacji Ameryki, w wywiadzie dla Forbesa w 1975 r. powiedział, że nie zabiega o podwyżkę, choć być może jego wartość dla firmy jest sześć razy wyższa niż jego zarobki. "Nikt nie dostał takiej podwyżki i nie ośmieliłbym się tego zrobić". A później ludzie nabrali śmiałości.

Niektóre firmy są skłonne hamować rozpiętości. Whole Foods, popularna sieć drogich sklepów spożywczych, stawia sobie za cel ograniczyć rozpiętość płac do 1:19. W 2010 r. średnie roczne zarobki wyniosły tam 37 tys. dolarów, co oznacza pułap płac na poziomie 705 tys. dolarów. Ale pułap ten dotyczy płacy zasadniczej. Nie obejmuje premii ani akcji i opcji. Gdy się je doda, to okazuje się, że prezydent Whole Foods zarobił 4,6 mln dolarów.

Dziś wielkie korporacje Ameryki niczym ogromną tajemnicę traktują dane obrazujące jak zarobki szefa mają się do przeciętnych w firmie. 81 znanych firm, w tym takie jak McDonald's, IBM, General Dynamics czy American Airlines, lobbuje przeciwko propozycji obowiązkowego przedstawiania takich danych. W ubiegłym tygodniu propozycja takich zasad poległa w komisji Izby Reprezentantów.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz - http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA


Subscribe

Comments for this post were disabled by the author