clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Recydywiści się kłaniają

Recydywiści się kłaniają
...

Katarzyna Olszewska 2011-09-06, ostatnia aktualizacja 2011-09-02 17:43:31.0

Zosia. Osiem lat służby. Zespół ds. nieletnich. Helena. Dziesięć lat służby. Wydział dochodzeniowo-śledczy. Magdalena. Siedem lat służby. Wydział kryminalny. Trzy młode policjantki z podwarszawskiej komendy powiatowej opowiadają o oględzinach zwłok, sile spódnicy i braku papieru
Ile ma wspólnego codzienność pracy policjanta z wyobrażeniem z telewizyjnych seriali?

Magdalena: 'W11' na przykład robi policji wielką krzywdę. Ludzie, bazując na tym, co oglądają w tym serialu, sądzą, że wykrycie zabójstwa to kwestia dwóch, trzech dni. Zarzuca się nam, że nic nie robimy, a przecież w 'W11' telefon można namierzyć w ciągu paru godzin. Całą kwitologię wykonuje nie wiadomo kto.

Zosia: W 'W11' przy jednej sprawie pracuje kilkanaście osób. Tymczasem cały mój zespół liczy pięć.

Helena: Nas ograniczają procedury. To są drobne kroczki. Na same tylko opinie biegłych czeka się pół roku. A jest jeszcze morze czasochłonnych działań formalnych.

To skąd pomysł na bycie policjantką?

Magdalena: Mój ojciec, chrzestny i ciocia byli policjantami.

Helena: Ja urodziłam się 24 lipca, w dniu Święta Policji. A poważnie - jako pracownik cywilny dostałam się na staż. I mnie wciągnęło.

Zosia: We wsi, gdzie mieszkałam, nie było perspektyw rozwoju. Pomyślałam o policji. Dziewięciomiesięczny kurs w szkole policyjnej - i tak już zostało.

Ciężko było w szkole?

Zosia: Pierwsze miesiące, gdy uwaga wszystkich skupia się na nowych, są ciężkie. Potem przychodzą kolejni 'młodzi' i można odetchnąć.

Magdalena: Dla mnie najtrudniej było wytrzymać te dziewięć miesięcy w odcięciu od mojego świata. W sześcioosobowym pokoju.

Byłyście skoszarowane?

Helena: Tak. Obowiązującym ubiorem jest mundur. O przepustkę trzeba się ubiegać u dowódcy kompanii, bez gwarancji sukcesu. Czasem przez parę miesięcy nie można przyjechać do domu. Są wewnętrzne służby, oddawanie honorów. Trzeba się meldować. Jak w wojsku.


Jak się wiedzie kobiecie na tych szkoleniach?

Zosia: Nie pamiętam, żeby nas traktowano jakoś ulgowo. Wręcz odwrotnie. Często musiałyśmy się więcej napracować, żeby udowodnić, że jesteśmy pełnowartościowymi policjantami jak mężczyźni.

Jak wygląda droga do wymarzonego wydziału?

Zosia: Coś a la casting

Magdalena: Rzadko kiedy zaraz po szkole jest szansa na wymarzony wydział. Na ogół wszyscy trafiają do prewencji. Po dwóch latach w patrolach ulicznych dostałam się do wydziału kryminalnego.

Po castingu przychodzi pora na uwiarygodnienie się w pracy.

Helena: Każda z nas jest sprawdzana, czy można na nas polegać, czy jest z nami bezpiecznie. Świeżo po kursie poddano mnie testowi przy pierwszym zabójstwie. Wysłali mnie na oględziny z patologiem i patrzyli, czy nie zemdleję. Sprawdzali, jak zareaguję na krew, na drastyczne obrażenia ciała, stercząc kilka godzin i notując medyczny komentarz patologa. Gdy się okazało, że dałam radę, stałam się koleżanką 'jak się patrzy'. (śmiech)

Magdalena: Na ulicy wielu mężczyzn śmieje się z kobiet. 'A co ty mi możesz zrobić!?' - słyszałam to nieraz. Z drugiej strony mój doświadczony partner często wysyłał mnie na pierwszy ogień, gdy jechaliśmy na interwencję, gdzie agresywny mąż 'zaprowadzał porządek w domu'. Taki facet po wezwaniu policji czeka na drugiego mężczyznę, z którym mógłby się zetrzeć. Widząc w drzwiach kobietę, na ogół spuszcza z tonu.

Nie boicie się, gdy trzeba działać w sytuacji przesyconej agresją?

Magdalena: Na miejsce interwencji zawsze jedzie więcej policjantów, niż jest tych, którzy się awanturują, właśnie po to, żeby zminimalizować zagrożenie. Reszta to zimna krew i psychologia.

Helena: W tym zawodzie nic nie jest na pewno. Wydawałoby się, że oskarżony już po postawieniu zarzutów, w sądzie jest bezpieczny, a my razem z nim. A tu się okazuje, że przed budynkiem koczuje kilkadziesiąt osób, które chcą go odbić.

Zosia: Czasami błaha rzecz może się rozkręcić i wtedy jedyne, co pozostaje, to wzywać szybko wsparcie. Żołnierz zasadniczej służby wojskowej rozbił się po pijanemu samochodem w centrum Warszawy. Głupie, ale się zdarza. Wzbudziłam w nim straszną agresję. Wyzywał mnie, było naprawdę ostro. Musiałam się usunąć. W sądzie, rzecz jasna, bardzo się kajał i przyniósł mi bukiet róż większy ode mnie.

Ulżyło ci?

Zosia: To nawet nie to. Wybrałyśmy sobie taką pracę. Zawsze ktoś jest niezadowolony, cokolwiek by człowiek zrobił.

Helena: Trzeba mieć grubą skórę. Nie można się wszystkim przejmować, brać do siebie.

Scenariusz: 'dobry - zły policjant'. W jakiej roli bywacie obsadzane?

Helena: Czasem gdy kolega ma twardy orzech do zgryzienia przy sprawie karnej, ja robię za 'panią prokurator'. To gorzej niż policjantka. Między nami działa to już tak dla rozluźnienia.

Zosia: Są ludzie, do których normalny język nie trafia. Trzeba krzyknąć lub użyć przekleństwa. Wtedy zaczyna się komunikacja. Paradoksalnie, dopiero wtedy wzbudza się szacunek.

Magdalena: Potrzebne jest podejście psychologiczne, żeby wyczuć, z kim i jak rozmawiać. Zdarzają się przecież też ludzie chorzy.

Zosia: Wczoraj telefonowała do nas starsza pani, twierdząc, że atakują ją krasnoludki. Dyżurny kazał jej spokojnie poczekać, on właśnie wysyła oddział na pomoc Po paru minutach pani oddzwoniła z podziękowaniami.

Helena: Mamy wielbiciela formacji. Pan ma już przeszło 80 lat, bo sunie raczej, niż idzie do komendy. Zawsze uprzejmie pyta, czy są już wolne etaty, bo on bardzo i nieustannie chciałby pracować w policji. Za dzień lub dwa wraca, jakby zapomniał, że dopiero co u nas był. Czasami dzwonią do nas ze szpitala psychiatrycznego, zgłaszając porwanie, kradzież klamek

W pracy stoi za wami instytucja. Ale w czasie wolnym, w domu Przestępcy was znają. Nie boicie się o siebie, bliskich?

Helena: Odpukać, do tej pory nie zdarzyło mi się mieć nieprzyjemności na mieście, choć jestem rozpoznawana. Jedni się odwracają, udając, że mnie nie ma, inni przeciwnie - dobitniej mówią 'dzień dobry'. Jednak z dyżurów nocnych staram się nie wracać sama. Wychodzi po mnie mąż.

Magdalena: Recydywiści, przestępcy z pokolenia na pokolenie na ogół się kłaniają. Najbardziej zadziorni są młodzi. Patrzą w twarz z pogardą, jakby chcieli powiedzieć: 'I co ty mi możesz zrobić?'.

Zosia: Ja wracam do domu sama, nie boję się, choć powrót trwa pół godziny na piechotę. Myślę, że ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, że gdyby coś mi się przytrafiło, to oni mieliby naprawdę ciężko.

A rodzina? Bliscy?

Zosia: Staram się nie myśleć, że coś złego może się stać w związku z wykonywanym przeze mnie zawodem. Każdemu może się coś przytrafić - wypadek, sopel z dachu. Nikt o tym na co dzień nie myśli.

Magdalena: Staramy się być bardziej przezorne. Zamykać drzwi, nie chodzić po nocy samemu, sprawdzać piwnicę, czy jest zamknięta, i wiele innych drobiazgów, które prowokują albo zwiastują kłopoty.

Helena: Mamy to we krwi. Widzimy całe zło, wiemy, co można zrobić, by mu zapobiec.

Czy obrazy zastane na miejscu przestępstwa nie ścigają was po nocy?

Magdalena: Trzeba się do tego przyzwyczaić. Po prostu starać się o tym nie myśleć.

Jesteś w stanie włączyć sobie ten przycisk?

Magdalena: Nie.

Zosia: Gdy wracam do domu, mam jak każdy: obiad do ugotowania, zakupy, sprzątanie. Wiadomo, że jeśli telefon zadzwoni, trzeba być do dyspozycji. Ale poza tym to normalna codzienność. Czasem jakieś myśli przemykają, ale raczej staram się je odsuwać.

Zdarzyło się wam rozpłakać się w pracy?

Helena: Często mam do czynienia z poszkodowanymi kobietami, z przemocą w domu. To jest przykre, ale nie pamiętam, żebym płakała. Byłam kiedyś w domu, gdzie zmarło niemowlę, śmierć łóżeczkowa. To było trudne. Bardzo trudne.

Zosia: W wydziale ds. nieletnich mam wiele takich spraw, gdy trzeba odebrać dziecko. I to jest złość. Wkurza cię to, że jedziesz rok w rok do tej samej kobiety i zabierasz piąte dziecko. I wiesz, że za rok przyjedziesz po kolejne. Rozumiem: prawa człowieka, prawa kobiet. Rozumiem: szacunek i godność. Ale nie ma instytucji ani prawa, które by jakoś ogarniały te sprawy.

Wiozłam kiedyś do szpitala trzymiesięczne dziecko z rozszczepem szczęki. Zabiedzone i wątłe. W karetce trzymałam je na rękach i słyszałam, jak te kosteczki chrupią. Posługując się eufemizmem, irytuje to, że nie ma na taką kobietę sposobu. To chory system - te odebrane dzieci trafiają do domów dziecka albo z powrotem do biologicznych rodziców. Potem zasilają szeregi ludzi wykluczonych i marginesu. Hoduje się patologię. Koniec końców nikt nie myśli o dzieciach. Błędne koło.

Macie dzieci?

Zosia: Nie chcę mieć dzieci. Poniekąd właśnie przez moją pracę, to, na co patrzę codziennie. Ale chodzi także, powiedzmy, o czas. Mój partner też jest policjantem. Bywa tak, że przez tydzień rozmawiamy ze sobą godzinę. Dziecko wymaga czasu, stuprocentowej uwagi, a tu na przykład dzwoni telefon. I co?

Helena: W tej instytucji ciężko jest pogodzić pracę zawodową z rolą mamy. W moim wydziale są kobiety, które mają dzieci. Nie jest łatwo uzyskać zwolnienie, gdy dziecko choruje. Trzeba się wtedy bardziej nagimnastykować, żeby rozkład dyżurów był korzystny - nie na noce, w konkretnych godzinach. Cóż, brakuje rąk do pracy.

Zosia: Absencja jest niemile widziana. Najlepiej, żebyśmy miały na etacie kogoś, kto naszymi dziećmi będzie się zajmować. Żebyśmy zawsze były dyspozycyjne. Mężczyznom jest łatwiej.

Magdalena: Mnie na przykład odmówiono przyjęcia do pracy w jednej z jednostek, bo nie miałam odchowanego dziecka. Założono, że zaraz po otrzymaniu etatu zajdę w ciążę i pójdę na wychowawczy. Z drugiej strony - wiele kobiet zasłania się dziećmi. Po dziesięciu latach pracy mają troje dzieci i ani roku realnego stażu zawodowego, bo cały czas spędziły na urlopach i zwolnieniach. Czasem same kobiety działają na własną niekorzyść.

Był taki dzień, którego nigdy więcej nie chciałybyście przeżyć?

Magdalena: Jakieś trzy miesiące po rozpoczęciu pracy w policji trafiliśmy z patrolem nad jezioro, podejrzewano, że utopił się w nim młody chłopak. Poszukiwania trwały trzy dni. Do końca życia zapamiętam, jak matka opadała mi na rękach, a ojciec wszedł do jeziora, zaczął polewać wodą ciało i prosił, żeby okryć syna, bo jemu jest zimno.

Helena: Ludziom z zewnątrz trudno sobie wyobrazić, jak ciężko czasem przychodzi nam wykonywanie obowiązków. Wydarza się tragedia, ludzie są pod wpływem niesłychanie silnych emocji, w rozpaczy. A ja muszę zadawać konkretne, czasem bezceremonialne pytania. Czas jest cenny, bo im szybciej ustalimy fakty, zabezpieczymy ślady, tym szybciej możemy wszcząć poszukiwania. A ja muszę zweryfikować, czy matka omdlewająca podczas rozmowy nie miała nic wspólnego z uduszeniem córki. Po takich przesłuchaniach jestem pusta, psychicznie wydrenowana. Bo staram się zrobić to, co muszę, jak najdelikatniej - ale pewne pytania muszą paść. Odpowiedzi są na ogół chaotyczne, nerwowe, więc trzeba je uściślać. Czas płynie, a ja drążę temat. Nikt nigdy nie chce tego robić.

To kto to robi? Na kogo wypadnie czy po kolei?

Zosia: Na ogół na takie przesłuchania wysyłane są kobiety. Jeśli się zdarzy jakaś sprawa z nieletnimi, też wszyscy dzwonią, w panice szukając funkcjonariuszki.

Mężczyźni sobie nie radzą?

Magdalena: Gdy w grę wchodzi kobieta zgwałcona, to wiadomo, że łatwiej jej się otworzyć przed drugą kobietą. Jesteśmy skrupulatne, cierpliwe i częściej umiemy słuchać. Czasem kobiety opowiadają historie znęcania się, które trwało latami. Nie wszystko jest ważne pod kątem procesowym, ale wszystkiego trzeba wysłuchać.

Helena: Panowie są bardziej oschli, konkretni. Chcieliby uzyskać informacje w żołnierskich słowach. Tak - to tak, nie - to nie. Faceci nie lubią szlochających kobiet, gdy ciężko nawiązać kontakt. Żaden nie będzie siedział pięć godzin, podając chusteczkę za chusteczką, i składał do kupy postrzępioną opowieść.

Nie macie czasem ochoty rzucić tego w diabły?

Helena: Mnie się nie opłaca, bo zostały mi tylko cztery lata. Ratunkiem jest urlop, jak się uda go zdobyć. (śmiech)

Zosia: Gdy przychodzi dzień załamania, to szukam sobie innych zajęć. Trochę pochodzę po pokojach, poplotkuję. Pojadę na miasto, żeby przewietrzyć głowę. Lubię tę pracę. Najbardziej zniechęca to, jak jesteśmy oceniani i przedstawiani jako formacja. Tu się liczą punkty, statystyka. Godziny podawania chusteczek - to się nie liczy przy ocenie, ani u szefa, ani w odbiorze społecznym. Nieważne, że matka 17-latka, któremu pomogliśmy i który się w końcu opamiętał, za każdym razem, mijając mnie na ulicy, stara się mnie wyściskać z wdzięczności.

Magdalena: Takie gesty ze strony ludzi dają poczucie sensu. Jednak to są pojedyncze promyki optymizmu, codzienność bywa dość nużąca, mozolna.

Helena: Moi przełożeni czasem mówią: 'Bardzo ci dziękuję za kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty'. (śmiech)

Co najbardziej frustruje w pracy policjanta?

Magdalena: To, że niczego nie można zaplanować w tzw. czasie wolnym. Wiele razy było już tak, że musiałam od dawna ustalone spotkania czy jakieś rzeczy do załatwienia wywracać do góry nogami.

Helena: Brak czasu na spacer, książkę, spotkania z przyjaciółmi, rodziną. To mi doskwiera. Mój szef zgodził się, żebym studiowała. Nie musiał. Teraz dwa weekendy w miesiącu studiuję, a w pozostałe dwa jestem na służbie. To był mój wybór, ale bywam bardzo zmęczona.

Zosia: W teorii przysługuje nam prawo np. do aerobiku. Ja się nawet zapisałam - i co z tego, skoro udało mi się trafić na zajęcia raz. Mamy być sprawni, testy są co roku. Ale wsparcia ze strony instytucji ni widu, ni słychu. Nie wyobrażam sobie napisania prośby do komendanta, żeby mi pozwolił dwa razy w tygodniu w ramach podnoszenia sprawności trenować jakiś sport.

Helena: Nie miałabym odwagi z czymś takim wystąpić. Wewnętrzna policyjna infrastruktura oraz organizacja też są frustrujące.

Infrastruktura? Słyszy się wciąż, że jesteście dozbrajani, wyposażani w nowoczesny sprzęt.

Helena: Weźmy strzelnicę. Nie ma takich obiektów na terenie komend. W związku z tym jest to całodniowa wyprawa. Zbiera się np. 40 osób, żeby jechać naraz i spalić jak najmniej benzyny. Potem jest jedno podejście, oddaje się sześć strzałów, a resztę czasu spędza, czekając, aż pozostali wystrzelają swoje naboje. Cały dzień stracony.

Zosia: Nie ma papieru, tonera.

Helena: Sprawy karne to są opasłe tomy akt. Postanowienia, zeznania, ekspertyzy - to wszystko trzeba kopiować, drukować, żeby dokumentacja był kompletna. W teorii. Bo w praktyce zawartość akt podyktowana jest ilością papieru i tonera. Komplet zarezerwowany jest dla sądu i prokuratora. Więc akta podręczne są uszczuplane. Inaczej nie będzie, skoro w całej komendzie są dwa ksera i kilka drukarek. I tak każdy biega z własnym pendrive'em z piętra na piętro. Tylko nikt sobie nie zadaje pytania, czy te oszczędności są dobre na przyszłość. Bo powiązanie spraw często zależy od zawartości akt właśnie. A w tych nie ma nic prócz zawiadomienia. Z uwagi na oszczędności skserowano 50 procent dokumentacji. I klops.

Zosia: Na wszystko jest niby przetarg i na dodatek procedura. Jak się zepsuje samochód, to najpierw trzeba uzyskać pozwolenie na jego naprawę. Potem jest naprawa, odbiór. To strasznie długo trwa. W pierwszej kolejności są naprawiane auta oznakowane, reszta czeka. Nasz wydział ma jeden samochód. Cztery miesiące temu został rozbity. Więc albo idziemy piechotą, albo prosimy, żeby ktoś nas podrzucił.

Magdalena: W zeszłym roku przydział na papier toaletowy skończył się w maju. Od maja trzeba było się samemu zaopatrywać. Czajnik ciągnie dużo prądu, więc najlepiej go nie używać. To psuje statystyki. Podobnie jak zużycie wody - i tak dalej. Jest nawet problem z wymianą opon z letnich na zimowe.

Helena: Nie ma internetu. Wydział do walki z przestępczością gospodarczą też nie ma internetu. Tylko jedno stanowisko w dziale informatycznym i jedno u dyżurnego mają dostęp do sieci. Żeby zatelefonować na komórkę, trzeba dzwonić przez Komendę Stołeczną, podając swój identyfikator i numer sprawy, której rozmowa dotyczy, albo dzwonić z telefonu w biurze szefa. Te oszczędności są najbardziej dotkliwe dla komend i komisariatów na końcu łańcuszka. Te duże, wojewódzkie może mają łatwiej.

Czy sytuacja się poprawia?

Zosia: Jest coraz gorzej! Od kilku lat obcinane są fundusze dla policji, ale efektywność formacji jako całości i tak wzrasta. Więc można zabrać kolejne. Nawet gdy jakaś firma chce nam podarować sprzęt, to i tak nie możemy go przyjąć, bo może to być traktowane jak forma korupcji. Istnieją określone procedury, ale one zniechęcają darczyńców.

Helena: Zdarza się niejednokrotnie, że policjanci inwestują własne pieniądze, bo przetarg na jakiś sprzęt nie został jeszcze rozstrzygnięty. Tymczasem np. przedłużacz potrzebny mi był na wczoraj.

Jak to wszystko wpływa na odbiór policji przez zwykłych ludzi?

Helena: Ludzie są niezadowoleni, bo czasem mimo szczerych chęci nie mamy zaplecza albo zwyczajnie możliwości załatwienia sprawy.

Zosia: Inna rzecz to informacja. Ludzie dzwonią, bo zapchał im się zlew albo ktoś stracił kod PIN do telefonu. Pani słoika nie mogła kiedyś odkręcić. Nie ma profesjonalnego call center, z którego sprawy byłyby kierowane pod właściwy adres - do straży, pogotowia.

Magdalena: Policja nie jest od tego, żeby ją lubić, tylko żeby ją szanować. Tymczasem policjant ma mniejszą ochronę prawną niż przestępca. Po niedawnych rozróbach na stadionach grupa kilkudziesięciu kibiców trafiła na naszą komendę. Wkrótce wpłynęło zawiadomienie, że zatrzymani zostali potraktowani z nadużyciem prawa. Oni doskonale wiedzą, co mają robić, żeby z oskarżonych stać się oskarżającymi. A policja jako instytucja wszczyna mozolne dochodzenie karne i dyscyplinarne. Efekt na ogół jest taki, że pomówiony policjant, zanim udowodni się jego niewinność, za karę, 'na zapas', ma obcinaną pensję, nie dostaje awansu. I tak trwa to latami. Za to po ustaleniu bezpodstawności zarzutów policja już nikogo z urzędu nie ściga. Prawo nie stoi po naszej stronie. Niestety!

Wiele jest takich przypadków?

Zosia: Bardzo dużo. Tylko nikt po latach nie chce ciągać się od nowa po sądach, żeby z prywatnego powództwa wszcząć sprawę o pomówienie. Gdyby dochodzenia były natychmiastowe, a konsekwencje za coś podobnego - bardzo ostre i przeprowadzane instytucjonalnie przez policję, sytuacja miałaby się inaczej. Policja nie dba o własną reputację na zewnątrz i o morale wewnątrz.

Czy za dzisiejszą policją ciągnie się jeszcze niesława milicji?

Zosia: Raczej nie. Poza tym nie ma już byłych milicjantów. Gdy zaczynałam pracę, to młodzi jeździli z osobami o wieloletnim stażu. Dziś policjant z czteromiesięcznym doświadczeniem na ulicy służy z kimś, kto pracuje miesiąc. Szkoła to jedno, a życie - drugie.

Magdalena: Brakuje takiego wprowadzenia, żeby ktoś powiedział i pokazał, co, gdzie, jak i z kim należy robić. Staż jest bezcenny.

Zosia: Czasami niektórzy, na ogół ludzie pokrzywdzeni, wzdychają, że szkoda, że nie ma już milicji - bo jakby jeden czy drugi łobuz dostał porządnie pałą, to może by się wcześniej opamiętał. Znowu wracamy do naszego prawa.

To teraz z innej strony. Mężczyźni w pracy. Ile w relacjach z nimi jest szarmancji, a ile protekcjonalnego szowinizmu?

Magdalena: Ja pracuję z samymi facetami. Da się odczuć, że jestem inaczej traktowana. Taki podział: 'faceci do brudnej roboty, kobiety do garów', tu trochę funkcjonuje. W tym wypadku - do papierów.

Zosia: Myślę, że mężczyźni nigdy do końca nie zaakceptują kobiet w policji i nie będą nas traktować na równi. Mimo że kobiety często są lepiej zorganizowane, zdyscyplinowane, cierpliwe, drobiazgowe. Wbrew obiegowym opiniom jesteśmy konkretne. Czasami gdy odprawiamy się z koleżanką na służbę na mieście, to słychać komentarze: 'We dwie? O! Patrol śmierci!'.

Magdalena: A ja przez trzy miesiące, jeszcze w prewencji, jeździłam z kobietą i dawałyśmy sobie bardzo dobrze radę.

Czyli kwintesencja policjanta to mężczyzna?

Magdalena: Takie: 'paniusiu', 'koleżanka to, koleżanka tamto' - wkurza, ale co robić. Spuszczam zasłonę miłosierdzia.

Zosia: A niech sobie tak myślą. Ja wiem, ile jestem warta.

Helena: Skoro taki z ciebie, kolego, as wywiadu, to po co mnie pytasz, jaki tu przepis zastosować, co wpisać? W takiej sytuacji mam dziką satysfakcję.

Magdalena: Trzeba wytyczyć sztywno granicę i konsekwentnie tego przestrzegać. Na początku wszystkie dziewczyny traktowane są jak słodkie idiotki. Jeśli przy dowcipach i żarcikach odpowiesz pewnie, nie pokazując, że coś cię ubodło, to panowie się wycofują na bezpieczny dystans.

Czy na jakimś etapie rodzi się pokusa, żeby być bardziej męską od facetów?

Zosia: Na pewno więcej przeklinam.

Helena: Ja też.

Magdalena: Ja też.

Zosia: To wchodzi w krew. Nawet się nie zauważa, kiedy i jak wulgaryzmy wkradają się do codziennego języka. Kiedyś zdarzyło mi się powiedzieć do mamy: 'Mamo, nie p '. Obraziła się i nie odzywała do mnie przez tydzień.

Magdalena: Człowiek jest osłuchany. Wszyscy wokół tak mówią. 'Interesanci' to też nie są złotouste aniołki.

Helena: Trzeba się pilnować. Przy świątecznym obiedzie można łatwo popełnić faux pas. Tu nikt na to nie patrzy.

Choć mamy taką umowę z koleżanką z wydziału, że do 12 twardo staramy się być damami, a po południu - niech się dzieje wola nieba. Nie da się. (śmiech)

To jak tu być kobietką?

Helena: Staramy się. Nawet czasem się uda przyjść w spódnicy albo klapkach. Ale na ogół właśnie tego dnia trzeba iść na tory albo brodzić w zalanej po kostki piwnicy. Marna kreacja do oględzin czy poszukiwań.

Zosia: Tak w górnej partii ciała staram się wyglądać bardziej kobieco. Od biżuterii i sukienek jakoś odwykłam. Nawet jak się w jakąś ubiorę na raut czy imprezę, to idiotycznie się w niej czuję. No i kończy się na spodniach.

Magdalena: Ja w sukience w pracy!? Przecież z tymi moimi kolegami nie miałbym życia przez cały dzień i do końca świata. Bardziej kobieco ubieram się w swoim prywatnym świecie.

Helena: Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się kobieta w spódnicy, zaraz ciągną pielgrzymki z całej komendy w nagłym poszukiwaniu cukru, ołówka albo innej rzeczy ratującej życie.

Spódnica wywołuje mnóstwo emocji, a wieści o niej rozchodzą się błyskawicznie. (śmiech)

Imiona bohaterek rozmowy zostały zmienione.

Co łączy Slow Food, Jana A.P. Kaczmarka i Agnieszkę Kręglicką?>>
Kliknij, by przeczytać

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author