clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Jak Polak poprawiał świat i trafił do aresztu

Maciej Pastwa. Nie mam słów na niedzielę
...

Violetta Szostak, Ludmiła Anannikova 2011-09-04, ostatnia aktualizacja 2011-09-01 18:08:36.0

Jak Polak poprawiał świat i trafił do aresztu.
Rozmowa z podróżnikiem


-To było tak, że dziennikarze do mnie dzwonili, a ja mówiłem: "Witam serdecznie, Maciej Pastwa, areszt śledczy w Bangi". Oni na to, że no dobra, ale może poważniej. Wyczułem, że oczekiwali łez.  

Ten mój areszt to był wypadek! Do Afryki zamierzam wrócić! Choć niestety nie do Republiki Środkowoafrykańskiej, bo mam deportację bezterminową, z adnotacją "wątpliwa moralność".

Tak po prostu pojechałeś sam do Afryki, żeby zbudować tam studnię?

- Za swoje pieniądze, ale niezupełnie sam. Zanim wyjechałem, przelałem 11 tysięcy euro - tyle kosztuje studnia głębinowa - na konto Patricii Emiliani, znajomej włoskiej lekarki, która pracuje jako wolontariuszka w Bimbo. To tuż przy Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie ludzie chorują, bo nie mają czystej wody. Po przyjeździe wspólnie z Patricią zamierzałem załatwić wszystko, co potrzebne do budowy studni.

A Patricię poznałem, kiedy w maju jechałem rowerem przez Afrykę śladami podróżnika Kazimierza Nowaka. Pomogła mi, gdy skaleczyłem się w nogę - mała rana, zwykły strup, ale zlekceważyłem i wdał się gronkowiec. Musiałem przerwać podróż i wrócić do Polski, by się podleczyć. Nadal mam nogę rozbabraną, ale postanowiłem, że wracam budować studnię.

Wyjechałeś 27 lipca, a w niedzielę 31 lipca trafiłeś do aresztu. Podobno dlatego, że nie chciałeś dać

8 euro łapówki. I dlatego, że to była niedziela, a ty milczysz w niedzielę. Tak było?

- Było tak: jechałem autobusem do Bangi, przed miastem zatrzymali nas żandarmi i ze wszystkich pasażerów tylko ode mnie zażądali 5 tys. CFA, co stanowi 8 euro. Przedtem też kilka razy chciano pieniędzy, ale za każdym razem pertraktowałem i nie płaciłem. Teraz też odmówiłem, wydawało mi się, że nie powinienem się na to godzić, zresztą nawet wstawił się za mną kierowca. Aczkolwiek to była niedziela, czyli dzień, kiedy praktykuję od lat siedmiu milczenie...

Czyli jak się z nimi porozumiewałeś?

- Na migi. Wiele granic przekraczałem, milcząc. Ale to nie dlatego mnie aresztowali. Nie było właściwie czasu na rozmowę, bo kiedy odmówiłem płacenia, zrewidowali mnie, kazali się odwrócić i zawieźli do aresztu.

Dlaczego milczysz w niedzielę?

- Pożyczyłem to od Gandhiego. On milczał przez jeden dzień w tygodniu i nie odstępował od tej zasady nawet, gdy spotykał się z wicekrólem. Siedem lat temu obejrzałem film, biografię Gandhiego, i wtedy pomyślałem sobie: "Aha!". Generalnie jestem gadułą - jak widać - i taki dzień to dla mnie wyrzeczenie, wyciszenie. Początkowo milczałem w poniedziałek, potem przerzuciłem się na niedzielę.

Wiele razy miałem dylemat, czy przemówić. Na przykład kiedy do Poznania przyjechał Ryszard Kapuściński, żeby odsłonić tablicę upamiętniającą Kazimierza Nowaka, którą ufundowałem na dworcu w Poznaniu. Bo w ogóle cały ten mój areszt i miłość do Afryki to przez Kazimierza Nowaka! Czytałem jego książkę "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" i płakałem. Człowiek spod Poznania, który w latach 30. rowerem przejechał samotnie Afrykę! Pod wrażeniem książki wymyś-liłem tę tablicę, na odsłonięcie udało się zaprosić Ryszarda Kapuścińskiego - to było w sobotę, a w niedzielę wyjeżdżał, miałem go odprowadzić na samolot. Myślę sobie: to jest taki człowiek, że na pewno mnie zrozumie... Pożegnałem pana Ryszarda Kapuścińskiego na migi.

Przez siedem lat nie przemówiłeś w niedzielę ani razu?

- Tak, nie przemówiłem. Postanowiłem sobie, że odezwę się tylko, jeśli będzie zagrożone życie - moje albo kogoś innego. Ale takiej sytuacji nie było.

A kiedy cię aresztowano, to nie była ta sytuacja?

- Jestem przekonany, że gdybym mówił, i tak by to nic pomogło. I nie sądziłem, że za 8 euro wsadzą mnie do aresztu.

Zabrali cię i co dalej?

- Jechałem w obstawie 14 policjantów. Wysyłałem po drodze SMS-y do mojej dziewczyny i znajomych w Polsce, że mnie zabrali i nie wiem, gdzie jadę. Okazało się, że trafiłem do aresztu śledczego w Bangi. Podczas rewizji policjant zabrał mi pieniądze - w sumie 2 tys. euro. Wsadzono mnie do celi z 18 osadzonymi. Wrażenie było duże, bo ja nigdy w areszcie nie siedziałem.

Ludzie w celi mnie otoczyli i chcieli koniecznie, żebym przeczytał napis na ścianie: "Witamy w Guantanamo, łatwo tutaj trafić, ale trudno się wydostać". Ale ponieważ miałem ten dzień milczenia, więc nie przeczytałem. Jeden do mnie podszedł i zdusił mi szczękę, nie bardzo mocno, inni zaraz stanęli w mojej obronie.

Nie odezwałeś się przez cały ten czas?

- Nie. Dopiero następnego dnia. W poniedziałek opowiedziałem im wszystko - że jestem podróżnikiem i jadę wybudować studnię.

Pozwolili mi wyjść z celi, oddali rzeczy, przenieśli na plac, gdzie mogłem spacerować, spanie miałem na powietrzu pod wiatą. Siedzieli tam ze mną ludzie z jakiejś firmy telekomunikacyjnej, nie wiem za co, czekali na wyjaśnienie swojej sprawy już z miesiąc. Mówili mi: "Pamiętaj, tu jest zasada: nie znasz godziny, kiedy cię wypuszczą". Bardzo mi współczuli.

Ale wyglądało to przedziwnie, bo policjanci i aresztowani witali się codziennie jak znajomi, uśmiechali, jakby każdy godził się na to, że robi swoje: jedni siedzą, drudzy pilnują.

Pokazywałem tym moim współaresztantom album o Polsce, bo wiozłem go w plecaku. Każdy z nich miał Biblię. Codziennie o 5 rano i wieczorem, przed snem, modlili się wspólnie. Z podziwem patrzyłem na ich żarliwą wiarę, chociaż od 20 lat jestem ateistą. Dla nich to było przedziwne, że nie wierzę w Boga. Jeden zapytał: "To jak ty sobie tu radzisz?! Ja, gdy jest mi ciężko, rozmawiam z Bogiem". Oni byli pogodni, pogodzeni, dobrze mi było tam z nimi.

Dobrze? Tutaj wydawało się, że jesteś w dramatycznej sytuacji. "Trwa dyplomatyczna walka o uwolnienie Macieja Pastwy" - donosiły media.

- Bo sytuacja się skomplikowała. Okazało się, że brakuje 1,5 tys. euro z tych pieniędzy, które policjanci zabrali mi przy rewizji. Wszczęto śledztwo, sprawa trafiła gdzieś wyżej. Podobno prezydent był zły z powodu międzynarodowego rozgłosu. Pertraktacje trwały, a ja siedziałem. W sobotę powiedziano mi, że pojadę do jakiegoś ministra. OK! Założyłem najlepsze spodnie. Ale ci moi internowani przyjaciele mówili: "Trzymaj się, nie daj się".

Okazało się, że przewieziono mnie 10 minut drogi dalej - do innego aresztu. I tamto miejsce było faktycznie przerażające, jacyś komandosi z kałasznikowami, część z nich pijana, po osiem osób w celi - ani wody, ani toalety, wiadro pełne moczu, zapleśniałe maty na ziemi. Ja mam uszkodzony węch, ale czułem smród koszmarny. Chcieli mnie tam wsadzić, ale ostatecznie pozwolili spać w biurze. W niedzielę postawili człowieka na środku placu - jeden bił go kijem po pośladkach, a drugi po łydkach. Zastanawiałem się, czy to nie jest zrobione specjalnie pode mnie, bo przyciągnęli tego człowieka niemal pod moje nogi. W końcu w poniedziałek przeniesiono mnie do celi przy biurze emigracyjnym. Dowiedziałem się, że będę deportowany.

Przez cały ten czas nie czułem lęku, dopóki nie zaczęli mi mówić: „Słuchaj, ty nie możesz jechać dalej, do Kinszasy, bo jesteś w niebezpieczeństwie, może ciągnąć się za tobą »ogon zemsty «”.

Kto ci o tym powiedział?

- Ludzie z polskiego i kanadyjskiego konsulatu, że lepiej, żebym już do Konga nie jechał, bo mnie tam mogą aresztować. Ja bym na to nie wpadł w ogóle!

Bo chciałeś pojechać dalej budować szkołę w Kongu.

- Tak, razem z Fundacją im. Kazimierza Nowaka biorę udział w projekcie rozbudowy szkoły. Ale muszę teraz zrezygnować, musi sprawa ucichnąć, wtedy wrócę w inny rejon Afryki i będę kontynuować moją działalność podróżniczą i charytatywną.

Bo do podróży jeszcze się nie zniechęciłeś.

- Tak jest! Powtarzam to wszędzie: codziennie zdarzają się wypadki samochodowe, ale czy to znaczy, że przestaniemy jeździć samochodami? Człowiek podróżujący musi się liczyć z wypadkami. A Afryka jest wspaniała!

Sztafeta śladami Kazimierza Nowaka trwa już dwa lata i nikomu nic się nie stało. Tak jak on jedziemy rowerami przez całą Afrykę - w 20 etapach brało już udział kilkadziesiąt osób.

Ja jechałem przez Republikę Konga i Republikę Środkowoafrykańską i całe wioski nas tam witały. Gdy spotykaliśmy samotnego człowieka, widziałem, że na nasz widok kamieniał, ale wołałem: "Bonjour!". I ulga na jego twarzy, śmiał się: "Bonjour!".

Albo: wjeżdżam do wioski i robię coś takiego... (Maciej Pastwa podskakuje i trzęsie ramionami). Widzicie! Wy macie poważne miny, a tam wszyscy się śmieją. I już jest kontakt!

Zrobiłem tam 2000 km rowerem, codziennie spałem u obcych ludzi i nie doznałem żadnej krzywdy. Szliśmy do szefa wioski i mówiliśmy, że chcemy się przespać, a on otwierał nam drzwi swojego domu! Czy ktoś z nas w Polsce przyjmie tak obcych pod swój dach?

Większość ludzi, których tam spotykałem, było wspaniałych. Groźni są ci, którzy mają tam władzę, jak u nas za komuny - i to już teraz wiem. Padłem ich ofiarą, no i miałem pecha.

A może nie doszłoby do wypadku, gdybyś przygotował się lepiej? Załatwił wcześniej pozwolenia, specjalną wizę, przewodnika?

- Może nie byłem do końca ostrożny i świadomy. Ale nie chcę działać jak organizacje charytatywne, jestem podróżnikiem. Organizacje muszą się zabezpieczać na wszelkie sposoby, bo odpowiadają za swoich pracowników. Ja jestem pogodzony z tym, że coś może mi się stać. Już dawno napisałem testament. Jeśli zginę podczas podróży w Afryce, chcę być tam pochowany. Co nie znaczy, że będę robił wszystko na wariackich papierach. Po prostu jestem świadomy, że podejmuję ryzyko. Tak samo jak ludzie, którzy chodzą po górach.

Wszyscy pytają, czy dałbyś teraz to 8 euro.

- Pewnie tak! Choć to wbrew moim zasadom. Ale tylu ludzi się zaangażowało w wyciągnięcie mnie z aresztu, mam wyrzuty sumienia z tego powodu. No i straciłem podróż! Bo chciałem być tam sześć miesięcy, a wróciłem po dwóch tygodniach.

Ale w dniu, kiedy wychodziłem z aresztu, odwiedziła mnie włoska lekarka i powiedziała, że ta moja studnia zostanie wybudowana. Na terenie domu dziecka i szpitala w Bimbo.

Studnia to projekt nr 10 - piszesz na swojej stronie internetowej. Opowiedz o innych. Co zrobiłeś w Ekwadorze?

- Podróżując ze znajomymi, odwiedziliśmy park narodowy Cajas i dwa razy tam zabłądziliśmy. Non stop tam ludzie błądzą, nawet miejscowi, bo park jest gigantyczny i nie ma żadnych oznaczeń.

I sobie myślę: jak ja bym tutaj wrócił i wymalował szlaki... Ile taka farba może kosztować? Ze 100 dolarów? Po sześciu miesiącach wróciłem, zadzwoniłem do administracji parku, powiedziałem: "Dzień dobry, Maciej Pastwa z Polski, chciałbym wam szlaki wymalować".

Co oni na to?

- Spotkali się ze mną, dali książki o parku narodowym, powiedzieli, że doceniają inicjatywę, ale muszą się zastanowić.

Wynająłem więc pokój w tanim hotelu, leżę, czekam i myślę: muszę ich jakoś zachęcić do siebie. I wpadłem na pomysł, że będę im sprzątał.

Sprzątał? Gdzie?

- W parku. Poszedłem do nich i mówię: "Wiecie co, wy się zastanawiajcie, a ja będę wam sprzątał ten park". Codziennie rano przyjeżdżałem, kupowałem bilet wstępu za 10 dolarów, chodziłem po parku i zbierałem do plecaka śmieci.

I pewnie mimo to by mi odmówiono, ale akurat w tym czasie zaginęło w parku kolejnych pięć osób - miejscowi chłopcy poszli na ryby, w złą ścieżkę skręcili. To było w niedzielę, w poniedziałek pozwolili mi malować szlaki. Przede mną szedł inny wolontariusz z GPS, wytyczał szlak, a ja za nim z kubełkiem farby i malowałem.

Ile czasu malowałeś?

- Sześć tygodni. Dzień w dzień o 6 rano pobudka i do pracy. Kupiłem potem jeszcze impregnowane drewno i kilka metrów metalowych rur, zrobiłem 21 znaków, na których wygrawerowałem opisy szlaku. Dzięki mojej sugestii wydano też nową mapę parku. Przepraszam, że się tak chwalę.

Postanowiłeś też posprzątać w Peru?

- To było tak: z Ekwadoru pojechałem do Kolumbii i Wenezueli, potem przez Brazylię do Peru. I tu też: płynę w Peru tą Amazonką, staje prom, patrzę - dookoła śmieci! Osiem miesięcy później przywiozłem 500 nalepek, które przygotowałem w Polsce - takie wlepki z informacją, żeby nie wyrzucać śmieci do Amazonki i ile lat potrzeba do rozkładu butelki plastikowej. Oblepiłem nimi ponad 80 promów - oczywiście za zgodą właścicieli, którym każdorazowo tłumaczyłem sens mojej akcji. Rozdałem im też 2 tysiące worków na śmieci, które zakupiłem w Limie.

Jak reagowali na to, że Maciej Pastwa z Polski przychodzi i wręcza im worki na śmieci?

- Nikt nie odmówił. W Pucallpa udało mi się wziąć udział w obradach rady miasta, przedstawiłem tam mój projekt i został zaakceptowany.

Podobno zorganizowałeś też setkę wolontariuszy do sprzątania rzeki.

- To już było w porcie w Iquitos. Ruszyłem tam w pięciodniową podróż promem i zaobserwowałem, że większość śmieci nadal ląduje w rzece, worki foliowe pojawiły się dopiero po mojej interwencji! Postanowiłem więc zadziałać inaczej. Dzień po przybyciu do Iquitos udałem się do władz miasta i zaproponowałem, że zorganizuję akcję oczyszczania portu. Zgodzili się i udało nam się wspólnie zorganizować stu wolontariuszy. Posprzątaliśmy port. Władze zobowiązały się, że wywiozą śmieci, które pozbieraliśmy, czekałem trzy dni i nic. Ja już musiałem wyjeżdżać i bałem się, że te worki ze śmieciami tam zostaną. Zaniosłem je więc pod urząd.

Nie aresztowali cię?

- Nie, ale zrobiła się z tego afera, media, podejrzenia, że ktoś za mną stoi. A ja po prostu chciałem, by dotrzymali umowy. I okazało się, że po kilku godzinach znalazł się samochód, wywieziono śmieci spod urzędu na wysypisko.

Co robisz, kiedy nie podróżujesz? Gdzie pracujesz?

- Mam dom w Poznaniu, wynajmuję go i z tego się utrzymuję. Przez kilkanaście lat pracowałem w rodzinnej firmie - mój tata był wykładowcą na politechnice, a potem założył hurtownię okuć budowlanych. Jestem udziałowcem firmy. Kiedy dostałem dywidendę, postanowiłem przeznaczyć ją na budowę studni.

Zamiast kupić sobie np. nowe auto?

- Jeżdżę 20-letnim mercedesem pełnym rdzy. Nie muszę się denerwować, że mi go ukradną. Mam kupić aparat za 3 tys. zł, to myślę sobie: po co, jeżeli zdjęcia w miarę dobre zrobię takim za 500 zł?

Rodzina akceptuje twój sposób wydawania dywidend?

- Żony nie mam. Rodzice na początku nie rozumieli moich projektów i podróży, dziś wspierają mnie.

Ja od początku byłem inny, jestem dyslektykiem i dysgrafikiem, miałem problemy z nauką, więc poszedłem do zawodówki, nosiłem długie włosy, słuchałem za głośno muzyki, kiedy miałem 18 lat, wyprowadziłem się z tego powodu z domu i zamieszkałem w altance na działce. A w 1986 roku emigrowałem przez Grecję do Kanady.

Jak emigrowałeś do Kanady?

- Poprosiłem rodziców, żeby wykupili mi najtańszą wycieczkę do Grecji. Z Salonik pojechałem autostopem do Aten, bo gdzieś usłyszałem, że można tam załatwić wyjazd do Ameryki. Chodziłem i pytałem wszystkich: "Emigration? Ameryka? Kanada?". W końcu podszedł do mnie koleś i pyta: "Ty, z Polski jesteś?". Zaprowadził mnie do firmy, która pomagała w emigracji. I wyjechałem.

Przez pierwszy rok rząd kanadyjski opłacał mi tam mieszkanie, wyżywienie, zajęcia z angielskiego. Dali nawet pościel i buty. Później znalazłem pracę w stolarni. A kiedy straciłem pracę, pomyślałem sobie: OK, jestem wolny! I pojechałem z kolegą w podróż po Kanadzie i Stanach.

Do Polski kiedy wróciłeś?

- W 1991 r., miałem już obywatelstwo kanadyjskie, ale pomyślałem, że nic tam po mnie, gdy w Polsce wszystko się zmienia. Wróciłem, zacząłem pracować w firmie ojca jako kierowca.

Ludzie, którym przywoziłem towar, pytali: "Ale proszę pana! Pan jest z rodziny szefa, nie mógł pan sobie załatwić stanowiska za biurkiem?". Odpowiadałem, że ja lubię moją prostą pracę. I naprawdę ją lubiłem. Tego nauczyłem się w Kanadzie - szacunku do każdej pracy. Jak sprzątam ulicę i robię to dobrze, to jestem szanowany. Albo na Islandii - opowiadali mi spotkani tam Polacy, że dyrektor w ich fabryce rybnej przychodzi do pracy, bierze szuflę i sam odśnieża. Wyobraźcie sobie coś takiego w Polsce! Szef np. "Gazety Wyborczej" bierze szuflę i dawaj! No nie wiem, nie znam człowieka, może on tak robi?

Moja prosta praca miała też ten walor, że byłem łatwy do zastąpienia - mogłem brać długie bezpłatne urlopy na podróże.

Teraz nie pracujesz?

- Nie, od trzech lat. Starcza mi to, co mam.

Masz komfortową sytuację - czas i pieniądze, możesz sobie podróżować.

- Też mam poczucie, że jestem szczęśliwy, mogąc tak żyć, może dlatego robię te moje "projekty", żeby jakoś podzielić się z innymi.

Ale ja podróżowałem także, gdy nie miałem pieniędzy. Autostopem zrobiłem ponad 60 tys. kilometrów. W podróży nie wydaję dużo. Śpię na dziko pod namiotem, w gościnie u ludzi albo w najtańszych hotelach. Noszę 30-kilogramowy plecak, mam kuchenkę, baniaki z wodą, sam sobie gotuję.

Ludzie czasem mówią: "My ci zazdrościmy!". A ja w podróży kąpię się w litrze wody, kleję od potu, śpię na ziemi, kamień mi się wbija w tyłek, chudnę na wyjazdach 10 kilogramów.

Po co właściwie podróżujesz?

- Ja się w podróży bardzo dobrze czuję, po prostu. Realizuję swoje sny. Gdy byłem mały, jechałem do babci i nie usiedziałem w miejscu, tylko wędrowałem po sąsiadach.

Gdy miałem 12 lat, pojechałem z mamą i bratem odwiedzić ojca, który pracował naukowo w Moskwie, ostra zima, 30 stopni na minusie. Powiedziałem mamie, że idę na dwór lepić śnieżki, wsiadłem do autobusu i ruszyłem w Moskwę szukać sklepu, w którym widziałem piękny breloczek z termometrem w środku.

Zgubiłeś się?

- Kupiłem breloczek za kieszonkowe, wróciłem, rodzice nawet się nie zorientowali, że gdzieś byłem. Od urodzenia mam dobrą orientację w miastach - jakbym widział je z góry.

Na stronie internetowej piszesz: "Pobyt w domu po powrocie z podróży, choć początkowo przynosi szczęście i euforię, to z biegiem czasu sprowadza się do poczucia niezrozumienia codziennego świata, ujawnia się problem z podejmowaniem decyzji (nawet w błahych sprawach), osłabienie, aż w końcu depresja".

- No tak jest. Można powiedzieć, że uciekam od tego świata tutaj.

Od Polski czy od życia w jednym miejscu?

- Pewnie jedno i drugie. Tu jest taki smutek, takie napięcie, wszyscy skupiają się na negatywnych rzeczach, w telewizji tylko polityka. Jak wracam z podróży, to patrzę na to z przerażeniem, a potem z dnia na dzień wsiąkam w to.

Co teraz będziesz robił?

- Pojadę do Afryki.

Kiedy?

- Wkrótce. Z moją dziewczyną. Mam 44 lata, nie założyłem dotąd rodziny, bo trudno przy moim trybie życia. Ale jestem teraz z Anią. Mam wielką nadzieję, że nam się uda. Jest chętna, żeby podróżować. Myślimy, żeby może osiąść w jakiejś wiosce gdzieś w świecie i pouczyć dzieci. Ania zna trzy języki, ja jestem niezły z matematyki. Może to jest pomysł na nasze wspólne życie. Ale zanim wyjedziemy, chcę jeszcze wydać kalendarz ze zdjęciami, które zdążyłem zrobić, jadąc do Bangi - wszystkie pieniądze ze sprzedaży pójdą na następne studnie.

A mówiłem wam, że właśnie zadzwoniła do mnie jakaś pani z Polski z pytaniem, ile kosztuje taka studnia? Bo ona by też chciała jedną ufundować.  

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA


Subscribe

Comments for this post were disabled by the author