clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Gdyby Grecja była krajem środkowoeuropejskim

Gdyby Grecja była krajem środkowoeuropejskim

Ivan Krastev* 2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-05 18:19:44.0

Różnica między stosunkiem Brukseli do krajów Club Med i Yalta Club jest taka, jak między wakacjami i pracą. To, co w Warszawie czy Budapeszcie uważa się za kryzys, w Madrycie czy Lizbonie okazuje się incydentem
Spójrzmy prawdzie w oczy - gdyby Grecja była krajem środkowoeuropejskim, nie doszłoby do kryzysu. Po pierwsze, Niemcy i Francja nigdy nie zgodziłyby się na przyjęcie do unii walutowej kraju znanego z marnych wyników ekonomicznych, fatalnych obyczajów politycznych, za to znakomitej księgowości kreatywnej. Po drugie, gdyby szczęśliwym trafem lub wskutek niedopatrzenia środkowoeuropejska Grecja znalazła się w strefie euro, Bruksela sprawdzałaby starannie jej budżet, więc obecna finansowa opera mydlana miałaby mniej opłakane skutki. Ale Grecja leży gdzie indziej, więc padła ofiarą bierności Brukseli i ostentacyjnej arogancji własnych prawie dziedzicznych elit. Oszukiwanie Unii stało się w Atenach patriotycznym obowiązkiem. Kiedy Komisja Europejska walczyła z korupcją u nowicjuszy w UE, kraje Club Med mogły liczyć na uprzywilejowane traktowanie jak dobrzy Europejczycy, którymi nie byli.

Wyobraźmy sobie przez chwilę bułgarskiego czy rumuńskiego premiera, który kontroluje 80 proc. krajowych mediów, a w wolnych chwilach zabawia się z prostytutkami. Albo premiera Węgier, który wbrew wszelkim zaleceniom Brukseli ogłasza, że mimo poważnego kryzysu gospodarczego nie zamrozi płac w sektorze publicznym. Trudno sobie wyobrazić krzyk, jaki by się podniósł. To, co oburza Brukselę w Sofii i Budapeszcie, budzi lekkie zaniepokojenie w Rzymie czy Madrycie. Wolność mediów w wersji włoskiego premiera Silvio Berlusconiego irytuje wielu Europejczyków, jednak rządy Niemiec i Francji wolą milczeć. Polityka gospodarcza Madrytu budzi liczne obawy, nikt jednak nie ośmiela się jej krytykować. Ma więc rację grecki premier George Papandreu, mówiąc, że Unia Europejska jest w równej mierze odpowiedzialna za kryzys, jak Grecja.

Grecki kryzys zadłużenia mówi wiele o tym, jak poczynają sobie Grecy w finansach i polityce, ale równie wiele o funkcjonowaniu UE. Różnica między stosunkiem Brukseli do krajów Club Med i Yalta Club jest taka, jak między wakacjami i pracą. To, co w Warszawie czy Budapeszcie uważa się za kryzys, w Madrycie czy Lizbonie okazuje się incydentem.

Grecki kryzys ujawnił niebezpieczne trendy w polityce UE. Najbardziej niepokoi zanik solidarności zarówno szerokiej opinii publicznej, jak i elit politycznych. Znamienne, że ponad 70 proc. Niemców chce usunięcia Grecji ze strefy euro, podczas gdy greckie media pełne są opowieści z czasów nazistowskiej okupacji dowodzących, że Niemcy winne są Grecji zaległe reparacje wojenne. Z debaty publicznej niemal znikł język solidarności. Wbrew proroctwom niektórych polityków i komentatorów, kryzys nie spowodował odrodzenia się ducha europejskiej solidarności. Wprost przeciwnie, doprowadził do ponownego unarodowienia lęków i gniewu Europejczyków. Niemal nie sposób apelować o solidarność z "oszustami", lecz trudno też wyobrazić sobie przetrwanie UE, gdyby całkiem zanikło w niej poczucie solidarności.

Grecki kryzys zadłużenia nie tylko poderwał zaufanie do aktywów strefy euro - szerzej, wiarę w przyszłość tej waluty - lecz rzucił też cień na efektywność i przejrzystość unijnych instytucji. Bruksela jest współwinna greckiego dramatu. Jej rolę porównać można do roli audytorów Arthura Andersona w amerykańskiej aferze Enronu.

Wbrew oczekiwaniom sprzed roku to nie Europa Środkowa, tylko Południowa okazała się strefą zagrożenia dla europejskiej gospodarki. Przed rokiem słychać było liczne obawy, że Europa Środkowa jest zbyt skorumpowana i politycznie niestabilna, zbyt ekonomicznie liberalna (w anglosaskim stylu), by przetrwać kryzys. W rzeczywistości niezdolne do efektywnej reakcji na jego wyzwania okazało się zaniedbane, niezreformowane i źle kontrolowane przez Brukselę Południe. Węgry od Grecji odróżnia dziś nie tyle skala problemów, ile to, czy rząd gotów jest zapłacić za wyjście z kłopotu polityczną cenę. W tej chwili kryteria z Maastricht spełnia więcej krajów UE nienależących do strefy euro, niż tych, które do niej należą. Polska jako jedyna w Unii nie popadła w recesję. Jak mówi premier Litwy: "wobec krajów, które nie należą jeszcze do unii walutowej, kryteria z Maastricht stosuje się z całą surowością, natomiast już przyjęci mogą na dobrą sprawę robić, co chcą".

Europa Środkowa może sobie pogratulować, bo (jak na razie) zdała kryzysowy egzamin, dowodząc, że najbardziej ze wszystkich unijnych regionów sprzyja zmianom. Gdyby jednak UE wpadła w pułapkę greckiego długu, właśnie ta Europa miałaby najwięcej do stracenia. Wśród ekonomistów jest pełna zgoda: pozostawanie poza euro nie ma większego sensu, kiedy ma się ono dobrze, ale tym gorzej nie należeć do euro, kiedy ma się ono źle. Nie przypadkiem jedną z głównych ofiar greckiego kryzysu okazał się brytyjski funt. Teraz kraje takie jak Bułgaria i Estonia boją się, że w „nagrodę” za to, że podczas kryzysu trzymały się kryteriów z Maastricht, długo pozostaną poza euro. Po wstrząsie, jakim okazała się słabość PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy = Italia, Grecja, HiSzpania), Niemcy i Francuzi skłonni są umacniać strefę euro przed dalszym jej rozszerzeniem.

Kryzys dowiódł też, że wspólna waluta będzie dopóty narażona na wstrząsy, dopóki nie dorobi się wspólnej polityki fiskalnej. Były premier Francji Édouard Balladur wezwał kraje euro do utworzenia wspólnego ministerstwa finansów, które zatwierdzałoby ich budżety. O ile jednak kolejny krok ku politycznej jedności może umocnić euro, w Europie Środkowej powraca widmo "dwóch prędkości". Po kryzysie gospodarczym UE jest, paradoksalnie, bardziej podzielona niż kiedykolwiek od czasu wojny w Iraku. Na szczęście tym razem stronami nie są stara i nowa Europa, tylko strefa euro i reszta UE. Niestety, patrząc na mapę, widzimy, że strefa euro to w dużej mierze stara Europa.

Przełożył Sergiusz Kowalski

*Ivan Krastev kieruje sofijskim Centrum Strategii Liberalnych, jest visiting fellow w wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author