clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Warszawskie cerkwie

Były w całym mieście, ale znikły. Zburzone, przerobione

Jan Turnau

04.09.2011

Rozebrany w latach 20. XX w. sobór św. Aleksandra Newskiego na pl. Saskim (dziś Piłsudskiego)

Rozebrany w latach 20. XX w. sobór św. Aleksandra Newskiego na pl. Saskim (dziś Piłsudskiego)
Polityka rządzi
wszystkim: to banał nad banały. Ale tylko jako ogólnik: konkrety zaciera
czas. Kto dziś wie na przykład, że kiedyś w naszej stolicy było
przeszło dwadzieścia cerkwi i cerkiewek prawosławnych? Byliśmy przecież
przez z górą wiek cały częścią imperium rosyjskiego.



Cerkiew w Pałacu Staszica<br/>przy Krakowskim Przedmieściu

Cerkiew w Pałacu Staszica
przy Krakowskim Przedmieściu



Cerkiew w Pałacu Staszica<br/>przy Krakowskim Przedmieściu

Cerkiew w Pałacu Staszica
przy Krakowskim Przedmieściu



Cerkiew w Pałacu Staszica<br/>przy Krakowskim Przedmieściu

Cerkiew w Pałacu Staszica
przy Krakowskim Przedmieściu
Historyk, znawca
prawosławia, Paweł Przeciszewski podjął się opisania tamtych kościołów i
kaplic. Zrobił to bardzo dokładnie. Nie tylko erudycyjnie, wykazując
wiedzę wieloraką, także ekumenicznie. Czytając książkę, czuje się żal
katolika, że zostało tylko parę obiektów, że nieraz już nie wiemy, jak
te, co zniknęły, dokładnie wyglądały.

Niemniej dzięki
jego pracy mamy wiedzę pokaźną. Rzecz jest przepięknie ilustrowana
dzięki współpracy Aleksandra Sosny, społecznego doradcy prezydenta RP do
spraw społeczności prawosławnej i mniejszości białoruskiej w Polsce.
Zbierał widokówki z owymi budynkami, użyczył je dziełu, przez co jeszcze
bardziej ożywiły przeszłość, stały się serdecznym wspomnieniem. Oraz
bodźcem do zamyślenia nad smutnym splotem uczuć narodowych z czysto
religijnymi. W tym chyba rzecz, że te drugie niełatwo wydestylować. Musi
upłynąć trochę czasu, by ponure aspekty przeszłości zaszły dobrotliwą
mgłą. No i by historia Kościoła złagodziła ostrość poglądów.


Myślę o największej cerkwi, po której nie zostało materialnego
śladu: o katedralnym soborze św. Aleksandra Newskiego. Ta potężna
budowla stanęła w samym środku Warszawy, na placu Saskim. Stanęła w
celach jasno określonych. Przeciszewski ich bynajmniej nie kryje. Cytuje
słowa Świętego Synodu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego: "(...)
proponowana budowa soboru prawosławnego w Warszawie powinna być
zaliczona do takich przedsięwzięć, które podyktowane są nie tylko
potrzebami ludności miejscowej, ale jeszcze bardziej interesem państwa".
Petersburski polskojęzyczny "Kraj" wtórował: "Rosyjska prawosławna
świątynia (...) wzniesiona na najwidoczniejszym miejscu w Warszawie jest
koniecznością nie tylko dla potrzeby religijnej, ale jest konieczna
jako symbol prawosławnej Rosji, której nierozłączną część stanowi
Królestwo Polskie". "Warszawskij Eparchialnyj Pismok" postawił kropkę na
"i": "Rosjanie w Królestwie Polskim żyją w okrążeniu zwartej masy
ludności polskiej obcej im narodowo i wyznaniowo, która nie wyróżnia się
tolerancją religijną. (...) W takich warunkach naród prawosławny nie
może być pozostawiony sam sobie (...), pozbawiony władzy potrzebnej dla
obrony prawosławia od katolicyzmu". Było to hasło używane jako motyw
zaboru. Wtedy jeszcze narzekanie na nietolerancję dało się od biedy
usprawiedliwić, bo w II Rzeczypospolitej prawosławie nie miało równych
praw z katolicyzmem, gdy jednak zabór nastąpił, można było skomentować,
że Rosjanie sami chcieli być wśród zwartej masy obcej im ludności.
Zresztą organ prawosławia w Polsce napisał, że "podobny do wojskowej
chorągwi powinien wznosić się (...), wprowadzając swobodną pewność, że
tam, gdzie wzniesiony jest prawosławny rosyjski sobór, rosyjska władza i
naród nie ustąpią ani maleńkiej piędzi ziemi". I choć gdy sobór
konsekrowano w 1912 r., arcybiskup Mikołaj powiedział, jakby tłumacząc
się, że nie jest to akt wrogości wobec katolicyzmu, trudno, żeby uczucia
Polaków były inne. Żeby brali pod uwagę to, co zauważył w książce
Przeciszewski, iż nowa świątynia w centrum Warszawy stanowiła wtedy
duszpasterską konieczność Świętej Trójcy (o niej dalej), bo
dotychczasowa katedra była mała. Z sensu politycznego nowej budowy
zdawał sobie sprawę ktoś, kto zresztą zbierał pieniądze na to
przedsięwzięcie (kosztowało w końcu przeszło 3 miliony rubli). Był to
człowiek o olbrzymim autorytecie duchowym, św. Joann (Jan) z Kronsztadu.
Podczas uroczystości konsekracji powiedział o nowym soborze proroczo:
"(...) skończy się jego istnienie od razu z końcem panowania w Rosji".


Koniec był równie polityczny jak początek. Przeciszewski
referuje ciekawie dyskusję, która się rozpoczęła po pierwszej wojnie
światowej. Zagłada soboru po trosze świtała już wcześniej. Podczas
ewakuacji rosyjskiej latem 1915 r. wywieziono ikonostas i najcenniejsze
elementy wyposażenia wnętrza. Po zajęciu miasta Niemcy
urządzili w nim kościół garnizonowy służący obu dominującym w Niemczech
wyznaniom: katolickiemu i luterańskiemu, dokonując przy okazji
barbarzyństwa, zdzierając z kopuł pozłacaną blachę miedzianą i kradnąc
dzwony. Gdy przyszła niepodległość, zaczęła się derusyfikacja. Nie
pomogła ogromna wartość artystyczna dzieła, obrona budowli przez
najwybitniejszego w Polsce specjalistę od sztuki cerkiewnej, profesora
Mikołaja Tołwińskiego. Nazwał on prawosławną katedrę "warszawskim św.
Markiem" (czyli odpowiednikiem weneckiej bazyliki), zaliczając ją do
grona kilkunastu najpiękniejszych budowli Europy. Nie przeszkadzała mu
absolutnie odmienność architektoniczna soboru, argumentował, że miasta
jednolite stylowo nie istnieją, a w Polsce, kraju łączącym Wschód z
Zachodem, taka różnorodność tym bardziej nie razi. Cóż, kiedy Wydział
Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie ocenił świątynię jako artystycznie wartą niewiele...


Zwolennicy zburzenia operowali także argumentami innej natury.
Mówili na przykład, że plac Saski musi być miejscem rewii wojsk
polskich; że optycznie przygniata go swymi rozmiarami; że jego
przebudowa na kościół katolicki wraz z usunięciem zniszczeń
spowodowanych przez Niemców kosztowałaby zbyt drogo.

Były bowiem pomysły poniekąd kompromisowe: żeby nie burzyć, tylko
skatolicyzować. Powstawały, gdy ostrzegano przed kompromitacją w opinii
światowej, bo przecież nie zburzono świątyni bizantyjskiej w
Jerozolimie, lecz zrobiono z niej meczet Omara, zachowano też cudowną
Hagia Sofia w Stambule. Myślano zatem, by po przebudowie była to
katolicka katedra polowa, Żeromski proponował, by urządzić tam muzeum
martyrologii narodu polskiego. Nic z tego nie wyszło. Politycy prawie
wszystkich orientacji podzielali opinię ulicy. Nie wszyscy, co prawda:
przede wszystkim parlamentarzyści należący do klubów białoruskiego i
ukraińskiego próbowali ratować świątynię, szczególnie Wiaczesław
Bohdanowicz, zamordowany później przez NKWD.

Ostateczną
decyzję o zburzeniu soboru podpisał Witos podczas wojny
polsko-bolszewickiej. Argumentowano, że widoczne z daleka kopuły
prawosławnej świątyni mogą dodać animuszu czerwonoarmistom atakującym
stolicę. Przeciszewski zauważa, że jednak argument upadł, gdy Armia
Czerwona została odparta pod Radzyminem. Rozbiórkę świątyni rozpoczęto w
r. 1920, zakończono dopiero w r. 1926. Sprawie nadano charakter
ogólnonarodowy i ogólnopaństwowy. Magistrat warszawski wypuścił nawet
stosowne obligacje. Brygady saperskie 14 800 wybuchami dokonały
zniszczenia. Niewielkie fragmenty soborowych mozaik zdołano uratować:
trafiły do różnych świątyń obu wyznań.

Z książki
wnioskuję, że ostentacyjnego burzenia świątyń "rosyjskiego" wyznania
wiele nie było, ten jeden jednak fakt starczy za powód do religijnego i
politycznego rachunku sumienia. Na ogół raczej budynki zmieniały
właściciela, czyli wyznanie. Czasem zresztą dwa razy. Świątynia przy
ulicy Długiej była początkowo kościołem katolickim księży pijarów, potem
- po architektonicznych przeróbkach - pierwotną katedrą prawosławną
Świętej Trójcy, wreszcie znów świątynią katolicką, czyli katedrą polową.
Ciekawostka: o mało nie wyleciała w powietrze. Zamachowcem samobójcą
terrorystą, który zaplanował zamordowanie tam generała-gubernatora
Józefa Hurki-Romeyki podczas uroczystej liturgii, był późniejszy
prezydent Ignacy Mościcki! Czując, że policja
jest na jego tropie, uciekł za granicę, a jego współpracownik, Michał
Zieliński, popełnił błąd techniczny i bomba nie wybuchła. Jeszcze
zmienniej było z dzisiejszym Pałacem Staszica. Najpierw katolicka
kaplica, w której pochowano zmarłego w polskiej niewoli cara Wasyla IV
Szujskiego i jego brata Dymitra, potem klasztor dominikanów, jeszcze
później wzniesiony przez Staszica pałac mieszczący kolejno naukowe
instytucje, dalej gimnazjum
rosyjskie, cerkiew prawosławną - i na koniec znów polskie centrum
naukowe. Wypada też wspomnieć, że dzisiejsza katedra polskokatolicka
była prawosławną katedrą polową, a dzisiejsza świątynia luterańska przy
pl. Unii Lubelskiej również prawosławną świątynią wojskową. Habent sua
fata castella...

Ostatnie rozdziały książki to życzliwa
informacja o dzisiejszym prawosławnym życiu religijnym Warszawy:
świątynie, godziny nabożeństw. Oraz słownik kościelnych terminów, cenny, bo wiedza potoczna znikoma.

Paweł Przeciszewski: "Warszawa. Prawosławie i rosyjskie
dziedzictwo". Ilustracje ze zbiorów Aleksandra Sosny. Agencja Wydawnicza
"Egros". Warszawa 2011
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author