clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Европа это больше чем евро

Onet.pl Biznes
31 sie, 15:50
Europa to więcej niż euro

Zdaniem historyka Hansa-Joachima Votha Europejska Unia Walutowa nie ma przyszłości. Uważa on, że wystąpienie bogatszych krajów z unii jest możliwe i przestrzega przed niepokojami w biedniejszych krajach.

Hans-Joachim Voth (43 lata) studiował i uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie Oksfordzkim, potem pracował dla firmy doradczej McKinsey. Dziś Voth wykłada historię ekonomii na renomowanym Uniwersytecie Pompeu Fabry w Barcelonie. Wraz z innym historykiem myśli ekonomicznej Jacopo Ponticellim opublikował w tym roku rozprawę zatytułowaną „Austerity and Anarchy” (z ang. „Kryzys i anarchia”).

SPIEGEL: Panie Profesorze, jak Pan myśli, jak długo wytrzyma jeszcze euro?

Voth: Pięć lat. W dzisiejszej formie euro nie jest w stanie przetrwać dłużej. Oczywiście dzięki euroobligacjom i wzmożonej redystrybucji fiskalnej można zrobić ze strefy euro pełną unię transferową. Wtedy euro byłoby jednak inną walutą, niż planowano i obiecano wyborcom. Jeśli szefowie państw i rządów nie zdecydują się w końcu na ten krok, to najprawdopodobniej dojdzie do rozpadu strefy euro.

SPIEGEL: Dlaczego euro nie miałoby przetrwać?

Voth: Można utrzymywać przy życiu złe rozwiązania gospodarcze, ale pojawia się wtedy pytanie, komu ma to służyć, jak długo wytrzymamy ból i jakie będziemy mieć z tego korzyści. Euro może technicznie przetrwać, również ciągłe ataki na rynku obligacji, które potęgują ból. Jednak wtedy zaostrzy się fundamentalny problem, polegający na tym, że w krajach ze sztywnymi rynkami pracy zniknie główny bufor.

SPIEGEL: …ponieważ te kraje nie będą mogły już dopasować swojej waluty do warunków ekonomicznych w danym państwie.

Voth: Gdyby Hiszpania tkwiła wcześniej w takich tarapatach jak dziś, gdy jednostkowe koszty pracy były za duże, wzrost gospodarczy za niski, a bezrobocie wysokie, wtedy peseta zostałaby po prostu zdewaluowana o 20 procent. Hiszpania musiałaby zmienić tylko jedną cenę, tj. cenę swojej waluty, a wtedy w odzyskaniu konkurencyjności pomógłby zasadniczo sam rynek. Samochody mogłyby być dalej produkowane w Pampelunie i Sewilli, ceny nieruchomości na Costa Brava byłyby przystępne. Nie trzeba by ciąć zarobków i zbijać cen. I tyle.

SPIEGEL: Tymczasem teraz Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy zmuszają takie kraje jak Hiszpania do reform. Dlaczego ta droga nie jest w stanie wyprowadzić takich krajów z kryzysu?

Voth: W Hiszpanii jeszcze w 2009 roku, a więc w samym środku kryzysu, kiedy rząd Zapatero już – choć bez przekonania – wprowadzał reformy, płace wzrosły o 4,3 procent. Nie ma powodu wierzyć, że reformy, które są teraz niezbędne do wyjścia z impasu, są dziś pod względem politycznym możliwe do przeprowadzenia.

SPIEGEL: Jakie reformy uważa Pan za niezbędne, żeby skonsolidować kraj?

Voth: Rząd nie tylko musi zrewidować budżet, lecz musi również obniżyć jednostkowe koszty pracy o 10 do 15 procent.

SPIEGEL: Od 2000 roku Niemcom w miarę się to udało, czemu nie miałoby się udać Hiszpanom?

Voth: W Niemczech czy w Holandii wspierającą rolę odgrywają związki zawodowe. W obu tych krajach rząd może liczyć na konsensus. Tego kompromisowego rozwiązania nie ma w Hiszpanii. Nie ma tam związku zawodowego, który zaakceptowałby fakt, że nie da się więcej wydać, niż się zarobiło. Musimy zacząć brać na poważnie różnice kulturowe istniejące w Unii Europejskiej. Hiszpanie nie są Holendrami, a Grecy to nie Niemcy.

SPIEGEL: Czy jest Pan za tym, żeby rozwiązać problem długotrwałego kryzysu poprzez wykluczenie niektórych krajów ze strefy euro?

Voth: To zależy, jak Unia Europejska zamierza rozwiązać kryzys. Jeśli nie miałoby dojść do unii transferowej, niektóre kraje muszą opuścić strefę. Pod względem technicznym oba rozwiązania są możliwe.

SPIEGEL: Kto miałby rozstać się z euro i powrócić do waluty narodowej?

Voth: Łatwiej jest, jeśli zrobią to silniejsze kraje. Dla Niemiec byłoby to o wiele prostsze niż dla Grecji. Największym bowiem problemem są banki. W momencie, kiedy kraj o miękkiej walucie występuje ze strefy euro, wszyscy obywatele ogołacają swoje konta bankowe żądając wypłat w gotówce. Sektor bankowy upada. Natomiast kiedy państwo nie pozwala wypłacać gotówki, tak jak to było w Argentynie w 2001 roku, załamuje się konsumpcja i inwestycje.

SPIEGEL: Takich problemów Niemcy nie musiałyby się obawiać, ale z jakimi skutkami musiałyby walczyć kraje o twardej walucie?

Voth: Świat będzie stał w kolejce, żeby wymienić swoje pieniądze na markę. Banki tracą pieniądze na inwestycjach zagranicznych, jednak dostają jeszcze więcej udziałów za darmo. Dojdzie do rewaloryzacji – czy będzie to dobre, czy złe dla Niemiec, o tym można dyskutować. Jednak w każdym razie powróci narodowa waluta, która będzie działać jak bufor amortyzujący kryzys.

SPIEGEL: Niemiecki eksport byłby w dużych tarapatach, gdyby marka zyskała na wartości.

Voth: To prawda, jednak import na całym świecie byłby wtedy tańszy, co również nie jest do pogardzenia. A zagraniczne dobra inwestycyjne – firmy lub nieruchomości – byłyby dla niemieckich inwestorów o wiele bardziej przystępne.

SPIEGEL: Jeśli nie da się utrzymać wspólnej waluty, to czy „projekt Europa” ma szanse przetrwać?

Voth: Uważam, że konsekwencje wynikające z upadku euro są przesadzone. Nie każda bezmyślna koncepcja musi być za wszelką cenę broniona. Europa jest pojęciem o wiele szerszym niż Unia Europejska, a Unia Europejska jest czymś więcej niż euro.

SPIEGEL: Dlaczego uważa Pan, że euro to bezmyślna koncepcja?

Voth: Dlatego że to zasadniczo złe rozwiązanie nieistniejącego problemu – jest to obiekt o dużym prestiżu politycznym z dużymi wadami natury ekonomicznej. Wszyscy myśleli, że różnice strukturalne między krajami strefy euro automatycznie znikną. Jednak po roku 2000 niskie oprocentowanie euro sztucznie napędziło wzrost w krajach słabszych ekonomicznie i zwiększało ceny nieruchomości do niewyobrażalnych rozmiarów. Tego rodzaju bańka spekulacyjna jest może zabawna, póki nie pęka, ale każda impreza kiedyś się kończy. Wtedy następuje przebudzenie. Tempo wzrostu maleje, bezrobocie wzrasta. Banki, które udzieliły zbyt wiele kredytów, stają się hamulcem dla wzrostu. W ten sposób zwiększają się rozbieżności strukturalne, który miały przecież maleć. Bez redystrybucji środków z krajów bogatszych do krajów słabszych ekonomicznie lub bez elastyczniejszych gospodarek narodowych euro na dłuższą metę nie ma szans przetrwać. Ani pierwsze rozwiązanie, ani drugie nie są dziś możliwe do przeprowadzenia z powodów politycznych.

SPIEGEL: Próby pokonania kryzysu przez wprowadzenie działań oszczędnościowych kończą się odrzuceniem przez społeczeństwo i prowadzą do kryzysu politycznego. Czy jest to nieunikniona cena narzucanych reform?

Voth: W ciągu najbliższych pięciu lat w wielu krajach Europy zostaną wprowadzone programy oszczędnościowe, przynajmniej póki rynki obligacji nie otrzymają od niemieckiego płatnika złotego czeku. Jednocześnie będą zwiększać się niepokoje społeczne. Kryzys i anarchia są ściśle ze sobą powiązane. Dowiedliśmy tego w opracowaniu obejmującym lata 1919–2009.

SPIEGEL: Czy ma Pan na myśli działania kanclerza Rzeszy Heinricha Brüninga, którego polityka oszczędnościowa doprowadziła na początku lat 30. ubiegłego wieku do recesji?

Voth: Programy oszczędnościowe Brüninga nie wywołały światowego kryzysu gospodarczego, lecz stanowczo pogorszyły jego skutki w Niemczech. Nas interesują skutki ładu społecznego. Z Jacopo Ponticellim przyjrzeliśmy się nie tylko historii gospodarczej Niemiec, lecz również historii 28 europejskich krajów na przestrzeni 90 lat. Rzeczywiście to prawda, że oszczędności sięgające jednego punktu procentowego PKB wywołują niepokoje społeczne. Gdy osiągają dwa lub trzy punkty procentowe, te znacznie się nasilają.
SPIEGEL: A takie społeczne wrzenie zaostrza sytuację ekonomiczną.

Voth: Za każdym razem, kiedy przez rosnącą niepewność ekonomiczną kraj staje się niestabilny politycznie, cierpi na tym wzrost gospodarczy. Jest to samonapędzający się proces: pod naciskiem rynków obligacji ograniczane jest państwo socjalne, co prowadzi do demonstracji na ulicach. Wtedy wzrasta niepewność polityczna i gospodarka się kurczy. A ponieważ sytuacja jest dramatyczna, państwo musi dalej ciąć wydatki.

SPIEGEL: W takim procesie cierpi również klasa średnia stanowiąca filar demokracji. W którym kraju kryzys posunął się najdalej?

Voth: W Grecji. Gdyby przewidziane cięcia weszły naprawdę w życie, osiągnęłyby pułap działań oszczędnościowych kanclerza Brüninga. Oczywiście wydatki socjalne w Grecji są dziś na zupełnie innym poziomie niż w Niemczech w 1930 roku – państwo troszczy się o ubogich obywateli, ale zmiany osiągnęłyby zasięg podobny do końcowej fazy Republiki Weimarskiej.

SPIEGEL: Myśli Pan, że taka głęboka ingerencja w państwo socjalne uratowałaby Grecję?

Voth: Żeby naprawdę móc spłacić długi, Grecja musiałaby pójść o wiele dalej, niż Brüning zrobił to w Niemczech. Nawet przy bardzo optymistycznych założeniach kraj ten musiałby przez dziesiątki lat osiągać nadwyżki budżetowe od 6 do 10 procent PKB i z nich obsługiwać zadłużenie zagraniczne, przede wszystkim w bankach europejskich.

SPIEGEL: Wtedy automatycznie pojawią się nastroje antyeuropejskie.

Voth: Dla południowych Europejczyków euro znaczy mniej więcej coś takiego: wreszcie wżeniliśmy się w bogatą rodzinę. Nie zrezygnują z tego, co właśnie zdobyli.

SPIEGEL: Jaka jest alternatywa do konsolidacji w drodze oszczędności budżetowych?

Voth: Będzie mniej niepokojów, jeśli państwo rozejrzy się za dodatkowymi dochodami. O wiele łatwiej i mniej ryzykownie jest podnieść podatki zamiast gwałtownie ciąć wydatki – szczególnie tam, gdzie równowaga społeczna w państwie pozostawia wiele do życzenia.

SPIEGEL: O jakich podatkach Pan mówi?

Voth: O podatkach konsumpcyjnych, takich jak VAT, akcyza na wyroby tytoniowe lub podatek od olejów mineralnych. Ludzie mieszkają na przedmieściach wielkich miast i nie pozostaje im nic innego, jak dojeżdżać do centrum samochodem.

SPIEGEL: Ale wyższymi podatkami konsumpcyjnymi nie będzie Pan w stanie dobrać się do najobfitszego źródła, czyli do osób najbardziej zamożnych. Amerykański miliarder Warren Buffett dosłownie pali się do płacenia wyższych podatków.

Voth: Problemem nie jest Warren Buffett, problemem są ludzie, którzy są tak bogaci jak Warren Buffett, ale nie mają ochoty płacić podatków. Zmieniają miejsca zamieszkania, żeby na podatki wydać jak najmniej. Nowe prawo może zadba o dobre samopoczucie, ale to nie wygeneruje dochodów.

SPIEGEL: Dotyczy to również podatku od majątku?

Voth: Darzę ten podatek szczerą sympatią, jednak ma on sens tylko wtedy, gdy we wszystkich krajach jest on taki sam. Natomiast nie rozumiem, dlaczego dochód nie zarobiony, np. pochodzący ze spadku, jest niżej opodatkowany niż dochód zarobiony. Dzieci zamożnych rodziców i tak korzystają z wielu przywilejów, nie muszą więc jeszcze dziedziczyć milionów.

SPIEGEL: Obecnie kraje strefy euro zdecydowały się na cięcia wydatków państwowych zamiast podwyżki podatków. Europejski Bank Centralny skupuje obligacje zagrożonych państw. Może zostaną niedługo wprowadzone euroobligacje. Jak to się skończy? Wielką inflacją?

Voth: Trochę większa inflacja jest całkiem możliwa. Dobrze wiemy, jak oczekiwanie inflacji podsyca samą inflację. Kiedy ludzie pomyślą, że jutro ich pieniądze będą mniej warte niż dziś, wydadzą je. Możliwe, że dojdzie do reakcji panicznych. Obecnie mamy do czynienia co najwyżej ze zjawiskami marginalnymi. Nie martwiłbym się tym.

SPIEGEL: Jak długo trwają przeciętnie tego rodzaju kryzysy?

Voth: Kryzysy tego rodzaju zdarzają się nadzwyczaj rzadko. Światowy kryzys gospodarczy i kilka głębszych załamań – choćby w Ameryce Łacińskiej w latach 80. lub w Azji po 1997 roku – są porównywalne z dzisiejszym kryzysem. I to byłoby na tyle. Według danych statystycznych kryzysy gospodarcze, które zostały wywołane przez bańkę na rynku nieruchomości, trwały przeciętnie siedem lat. Aczkolwiek jest też fenomen Japonii, gdzie kryzys trwa już od 20 lat. Lub Ameryki, która jest dziś na poziomie wyników gospodarczych z 2007 roku, choć na podstawie swojego potencjału powinna być o wiele dalej.

SPIEGEL: Daje Pan euro jeszcze pięć lat. A jak Pana zdaniem będzie wtedy wyglądała Europa?

Voth: Mogę wyobrazić sobie świat z okrojoną strefą euro, do której należą Francja, Włochy, kraje śródziemnomorskie, i może też Belgia. Poza tym będzie stara strefa marki niemieckiej, do której należeć będą Niemcy, Austria, Holandia, może też Dania, i być może Finlandia, które nie będą miały problemu z utrzymaniem podobnej polityki pieniężnej jak Niemcy. Podobne warunki mieliśmy w czasach Europejskiego Mechanizmu Kursów Walutowych ERM. To było optymalne rozwiązanie, tylko potem porzuciliśmy je na rzecz euro.

SPIEGEL: Dziękujemy za rozmowę.

Alexander Jung, Gerhard Spörl

Der Spiegel
Copyright 1996-2011 Grupa Onet.pl SA
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author