clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Польские безпилотники

Bartłomiej Mrożewski



25.08.2011

Polskie drony. Kiedy nasze bezzałogowce rozwiną skrzydła?






Samonit

fot. Bartłomiej Mrożewski

Pomysł stworzenia bezzałogowca
profesor Zdobysław Goraj przywiózł ze stypendium w USA pod koniec lat
90. Dziś z tego projektu wykluwa się polski Predator

5 sierpnia 2009 roku. Upalną noc Baitullah Mehsud, przywódca
pakistańskich talibów, spędza w towarzystwie żony i wuja w domu w
okolicach Peszawaru. Każdy jego ruch - jak opisywał „The New Yorker” -
pilnie obserwują agenci CIA. Ich oczami jest kamera na podczerwień
przymocowana do niewielkiego samolotu szybującego na wysokości kilku
kilometrów. Nagle z samolotu zostają wystrzelone dwie rakiety Hellfire.
Przez dłuższą chwilę widać jedynie dym i płomienie. Dopiero później
talibowie potwierdzą, że oprócz Mehsuda zginęło 10 osób. Amerykańscy
agenci niewiele ryzykowali - rozkaz wydali z głównej kwatery CIA w
Langley. Na miejscu był jedynie Predator, najbardziej znany na świecie i
owiany złą sławą bezzałogowy samolot.

W Polsce właśnie trwają prace nad jego odpowiednikiem - PW-151 Kusym.

Dron na papierze...

-
Gromadzimy doświadczenia, które pozwolą zbudować bezzałogowy samolot
taktyczny - mówi magazynowi Next profesor Zdobysław Goraj, szef Zakładu
Samolotów i Śmigłowców na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa
Politechniki Warszawskiej. Pokazuje przy tym model czarnego, latającego
skrzydła z podwieszonymi rakietami. - To maszyna
klasy MALE [Medium Altitude, Long Endurance], która podobnie jak
Predator będzie nadawała się zarówno do zadań rozpoznawczych, jak i do
misji bojowych - dodaje.

PW-151 Kusy ma dość oryginalny układ
aerodynamiczny - latające skrzydło z silnikami pchającymi. Jego sylwetka
zdradza też cechy stealth, czyli technologii utrudniającej wykrycie
samolotu przez radary. Wyraźnie widać tu rękę inżyniera Andrzeja
Frydrychewicza, jednego z najbardziej znanych i doświadczonych polskich
konstruktorów lotniczych. Jego projekt z początku lat 90. - samolot
szturmowy Skorpion - również miał czarny, opływowy kadłub i nosił cechy
niewykrywalności.

Gdy PW-151 Kusy z projektu zmieni się w
prawdziwy samolot bezzałogowy, będzie ważył 700 kilogramów, z czego 200
kilogramów będzie można przeznaczyć na sensory i uzbrojenie. Będzie mógł
latać przez całą dobę na wysokości sześciu tysięcy metrów i stąd
dostarczać dane wywiadowcze. A w razie potrzeby odpalić kierowaną
rakietę bojową.

Na
razie polski Predator widnieje wyłącznie na papierze. Ale w połowie
lipca na lotnisku w Mińsku Mazowieckim w powietrze wzbił się jego
protoplasta PW-141 Samonit. Jego historię zacząć trzeba od autostrady w
Kalifornii.

...i dron do szuflady

-
Znajomy zaproponował mi, żebym zaprojektował lekki samolot bezzałogowy
do monitorowania autostrad w Kalifornii - mówi profesor Goraj. Poza fazę
koncepcyjną nigdy nie wyszedł, ale był to - jak się później okazało -
wstęp do wieloletniego programu badawczego na Politechnice Warszawskiej.
- W tym czasie nawiązaliśmy też pierwsze kontakty międzynarodowe m.in. z
firmą izraelską IAI (Israel Aerospace Industries), jednym z prekursorów
konstrukcji bezzałogowych - opowiada Goraj.

W 2002 roku jego
zespół zaczął współpracę w ramach finansowanego przez UE programu
CAPECON. Cel: przeanalizować przydatność samolotów bezzałogowych do
zastosowań cywilnych.

- Odpowiadaliśmy za opracowanie koncepcji
samolotu klasy MALE - wspomina Goraj. W ręku trzyma opasłe tomisko z
gotowym projektem, który z założenia był przeznaczony jednak wyłącznie
do szuflady, miał jedynie przetestować pewną koncepcję. - By nie
zaprzepaścić tych doświadczeń, po zakończeniu projektu w 2006 roku
zabraliśmy się za prawdziwy samolot - mówi Goraj.

Po analizie
zapadła decyzja: zamiast ważącego blisko tonę samolotu klasy MALE wybór
padł na klasę mini, czyli samolot bezzałogowy o wadze poniżej 100
kilogramów, który można było sfinansować z grantu o wysokości niespełna
miliona euro.

Jako główny konstruktor dołączył do projektu
wspomniany wcześniej Frydrychewicz. Po zakończeniu 45-letniej kariery w
PZL Okęcie (obecnie należących do EADS, firmy wchodzącej w skład
konsorcjum Airbus) wrócił na macierzystą uczelnię i współpracuje przy
projektach samolotów powstających na Politechnice Warszawskiej. To z
deski kreślarskiej Frydrychewicza zeszły tak znane maszyny
jak PZL-104 Wilga, najliczniej produkowany samolot polskiej
konstrukcji, oraz PZL-130 Orlik, na którym szkolą się piloci wojskowi,
zanim przesiądą się do maszyn bojowych.

Oglądam razem z nim
wstępne, pierwsze propozycje układu aerodynamicznego samolotu. Trudno
dostrzec na nich podobieństwo do ostatecznego kształtu maszyny.
Usterzenie pionowe (sic!), które widać w pierwszych projektach, z czasem
znikło. Skrzydła, początkowo proste, zamieniły się w ukośne, podobne do
tych, jakie można znaleźć w pasażerskich odrzutowcach.

Po
przetestowaniu poszczególnych kształtów samolotu w tunelu
aerodynamicznym powstały latające modele, aż wreszcie dwa prototypy,
które wzbiły się w powietrze.

- Wyniki doświadczeń potwierdziły,
że najlepszy jest układ latającego skrzydła, ale po testach w locie
okazało się, że silniki umieszczone z tyłu mogą istotnie poprawić osiągi
samolotu, dlatego zbudowaliśmy kolejny prototyp z silnikami pchającymi -
mówi Andrzej Frydrychewicz. - W takim układzie wszystko lepiej działa,
poza tym samolot jest tańszy w produkcji, bo niepotrzebne są gondole
silników - dodaje.

Samolot ma dodatkową zaletę z uwagi na kształt -
można go łapać w siatkę, a to w połączeniu z wyrzutnią, która także
powstanie, pozwoli na używanie go na terenach, gdzie nie ma dogodnego
lądowiska.

Zminiaturyzowany monitoring granicy

PW-141
Samonit, dzieło inżynierów z Politechniki Warszawskiej, na bazie
którego ma powstać polski Predator, miałem okazję oglądać na pokazie
samolotów bezzałogowych na lotnisku w Mińsku Mazowieckim.

Według
zgodnej opinii ekspertów do tej właśnie rodziny samolotów należy
przyszłość lotnictwa. Na potęgę kupują je wszystkie nowoczesne armie
świata, także polska. Drony, które latały na pokazie, być może w
przyszłości zastąpią w naszej armii zagraniczne maszyny - izraelskie
Aerostary i Orbitery. Interesują się nimi nie tylko wojskowi, ale też
przedstawiciele innych służb, które potrzebują narzędzi do monitorowania
ziemi z powietrza, na przykład rurociągów, lasów, łowisk, ruchu
drogowego itp.

Samonit miałby pilnować wschodniej granicy Polski,
która jest jednocześnie wschodnią granicą Unii Europejskiej i strefy
Schengen. Odpowiada za to Straż Graniczna, która obecnie używa samolotów
Wilga ze specjalnym wyposażeniem do prowadzenia obserwacji nocnej w
podczerwieni (tak zwany Flir). Samonit co prawda ma udźwig zaledwie 20
kilogramów (Wilga - około 400 kilogramów), ale dzięki miniaturyzacji
sprzętu elektronicznego 20 kilogramów wystarczy, by zabrać na pokład
system obserwacyjny Flir o podobnych możliwościach.

- Wilga może
lecieć wzdłuż granicy zaledwie dwie godziny, po czym musi wrócić na
lotnisko. Samonit jest w stanie przebywać w powietrzu prawie dobę, a w
czasie całego lotu zużywa mniej paliwa niż Wilga przez godzinę -
wymienia zalety inżynier Frydrychewicz. Bezzałogowiec jest tańszy - dwa
Samonity ze stacją kontroli naziemnej będą kosztować około pół miliona
złotych, a za jedną Wilgę Straż Graniczna płaciła około miliona złotych.
Dodatkowo zaoszczędzi na wysokich pensjach dla pilota i obserwatora.
Zastąpią ich operatorzy pracujący na ziemi i autopilot, który prowadzi
samolot według wcześniej zaprogramowanej trasy.

Bezzałogowce mogą
latać też dzięki temu, że producenci radykalnie odchudzili siłowniki i
wysięgniki służące do poruszania elementami skrzydła.

- Silniki
Komatsu Zenoah, które napędzają Samonita, pierwotnie były używane w
przenośnych pompach, których używają strażacy - mówi profesor Zdobysław
Goraj. - Te maszyny świetnie nadają się do zasilania małych samolotów
bezzałogowych, bo są lekkie i przystosowane do długotrwałej pracy.

To,
co widziałem w Mińsku, to nie koniec prac nad Samonitem. Prototyp
przejdzie kolejne, półroczne próby w locie. - Potem poddamy go procesowi
certyfikacji, co nie będzie proste, ponieważ nie ma jeszcze w Polsce
przepisów dotyczących cywilnego wykorzystania samolotów bezzałogowych -
tłumaczy profesor Goraj. - Potem będziemy szukać producenta. Liczymy, że
samolot w końcu pojawi się nad polskimi granicami.

Skorpion -
podobnie jak wiele innych projektów samolotów z czasów zawirowań
transformacji ustrojowej - przepadł. Zachował się jedynie drewniany
model, który niszczeje dziś w hangarze na lotnisku na warszawskim
Bemowie. A Kusy? Wojskowi wypowiadają się dyplomatycznie - armia chętnie
kupi polskie samoloty, jeśli „będą spełniały oczekiwania”. Na początek
do celów rozpoznawczych, bo jak mówi szef Sztabu Generalnego Wojska
Polskiego generał Mieczysław Cieniuch, polskie przepisy wykluczają
bojowe zastosowanie bezzałogowców.

- Przyszłość projektu zależy
teraz od decyzji strategicznej, która musi być podjęta przez polityków -
podsumowuje Goraj. - Na dokończenie projektu i zbudowanie prototypu
Kusego potrzebujemy 50 milionów złotych, czyli połowy kwoty, za którą
polska armia kupiła cztery izraelskie Aerostary.

Zobacz inne polskie drony: Opisujemy Kolibra, Nietoperza, Żurawia...

Bartłomiej
Mrożewski - z wykształcenia historyk, pasjonat nowoczesności. Od 2000
roku związany z prasą komputerową. Pracował m.in. w Enterze, CRN-nie,
Next (nomen omen). Obecnie związany z PC Formatem. Specjalizuje się w
tematyce internetowej i fotograficznej. Poza tym chętnie pisze o
najnowszych osiągnięciach nauki i techniki.


Subscribe

Comments for this post were disabled by the author