clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Rozmowa z Alesiem Michalewiczem, niezależnym kandydatem na prezydenta Białorusi w roku 2010.













Aleś Michalewicz:

Podpisałem, bo mi trzeszczały stawy

...

Katarzyna Kwiatkowska 2011-08-14, ostatnia aktualizacja 2011-08-11 11:01:35.0

Podczas pierwszych tortur widziałem ich twarze, później zakładali maski . Rozmowa z Alesiem Michalewiczem*, niezależnym kandydatem na prezydenta Białorusi w roku 2010.

Co dobrego zrobił dla Białorusi Łukaszenka?

- Zagwarantował jej niepodległość. Na początku lat 90. pewien szef fabryki traktorów w Mińsku wchodził niezapowiedziany do gabinetu premiera Kiebicza, otwierał drzwi nogą. Łukaszenka kilku dyrektorów posadził, jeszcze więcej zwolnił i szybko przejął kontrolę nad dużymi przedsiębiorstwami. Z KGB było trudniej, bo przez długi czas była to rosyjska struktura. Jeden z jej szefów trafił do Mińska prosto z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Łukaszenka powoli, lecz konsekwentnie eliminował prorosyjskie klany. Rzecz jasna robił tak dla umocnienia swojej władzy, ale wyszło to Białorusi na korzyść. Ludzie nauczyli się żyć w niepodległym kraju, który kojarzy im się z dobrobytem. Mamy wszystko, by stworzyć normalne państwo. Pozostało jedynie zmienić władzę.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić

- Warunki są sprzyjające. Pierwszy raz od dwustu lat nie zagraża nam wróg zewnętrzny. Białorusini mogą samodzielnie zadecydować o swojej przyszłości. Ważne, że zwolenników zjednoczenia z Rosją jest coraz mniej. W 1991 roku byliśmy pod wieloma względami lepiej przygotowani do wstąpienia do UE niż Łotwa czy Litwa, ale mieszkańcy kraju mieli silnie proradzieckie poglądy.

Skąd się to wzięło?

- Po II wojnie światowej Białoruś była doszczętnie zrujnowana i bez radzieckiej pomocy nie udałoby się jej odbudować. Dziś można u nas jeździć ze średnią prędkością 100 km na godz., bo mamy dobre drogi, o czym w Polsce można jedynie pomarzyć. Białoruś to zurbanizowane państwo, aż 75 proc. ludności mieszka w miastach. A na początku XX wieku była rolniczą krainą, gdzie ziemi nie wystarczało dla wszystkich. Po wojnie ludzie ze wsi - a proszę sobie wyobrazić, jakie tam były wychodki - dostali mieszkania z łazienką i bieżącą wodą. Moim dziadkom, którzy przyjechali do Mińska pracować w fabryce, władza radziecka umożliwiła zdobycie wyższego wykształcenia.

A jakie są grzechy główne Łukaszenki?

- Nie przygotował gospodarki do wyzwań XXI wieku, czego dowodem jest dzisiejszy kryzys ekonomiczny. Nie trzeba też było zamykać białoruskojęzycznych szkół. Kultura narodowa nie otrzymała odpowiedniego wsparcia.

A co z łamaniem wolności słowa i swobód obywatelskich?

- Nie jestem adwokatem prezydenta, on oczywiście zrobił wiele złego. Jednak dla skomplikowanych czasów po rozpadzie ZSRR Łukaszenka był nie najgorszym wariantem.

A krew na rękach? Przypadki zaginięcia politycznych konkurentów, bicie ludzi na demonstracjach, wysokie wyroki więzienia dla opozycjonistów?

- Praktycznie wszystkie państwa krótko po uzyskaniu niepodległości przechodziły okres autorytaryzmu. Na przykład prezydent Litwy w okresie międzywojennym Antanas Smetona także ignorował konstytucję, rozwiązał litewski parlament. A mimo wszystko ma swoich zwolenników, którzy postawili mu niejeden pomnik.

Czy to oznacza, że na Białorusi staną kiedyś pomniki Łukaszenki?

- Gdyby odszedł w 2010 roku, sądzę, że za kilkadziesiąt lat w Szkłowie - jego rodzinnej miejscowości - ktoś mógłby zechcieć nazwać jego imieniem jakąś szkołę. Niestety, nie potrafił dobrowolnie oddać władzy.

Dlaczego?

- Zostawmy to psychologom, a może nawet psychiatrom.

Zaskoczyła cię brutalna rozprawa z opozycją po grudniowych wyborach prezydenckich?

- Wszystkich zaskoczyła, w tym ministra Sikorskiego, który od kilku lat próbował demokratyzować Białoruś. Postawił na współpracę z Łukaszenką, kładąc na szali swój autorytet. Tak, bez wątpienia byłem zaskoczony.

Opowiedz o 19 grudnia, dniu wyborów.

- Jeździłem ze swoimi ludźmi po komisjach wyborczych, odnotowaliśmy liczne fałszerstwa. Spotkałem się z dyplomatami i zagranicznymi obserwatorami. Wieczorem przyszedłem na plac Październikowy, ale nie przemawiałem na wiecu.
Dlaczego podczas demonstracji przeciwko fałszowaniu wyników wyborów stałeś z boku?

- Nie chciałem brać odpowiedzialności za coś, w przygotowaniu czego nie uczestniczyłem.

A kto organizował te protesty?

- Pytali mnie o to w KGB. Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Na wspólnym posiedzeniu niezależnych kandydatów, w którym uczestniczył mój współpracownik, nie było jednomyślności w sprawie powyborczej demonstracji.

Ilu było kandydatów na prezydenta?

- Dziesięciu.

Dużo.

- Sądzę, że za dużo.

To dlaczego zdecydowałeś się wystartować?

- Miałem odpowiednią wiedzę, zdolności, idee, dobrą grupę współpracowników. I przede wszystkim chciałem, by w wyborach uczestniczył umiarkowany kandydat, który zamiast krytykować Łukaszenkę, zaproponuje nowe koncepcje rozwoju państwa.

Ile proc. głosów dostałeś?

- Oficjalnie 1 procent. Nieoficjalne dane mówią, że około pięciu.

Mało.

- To jest już pewna wartość. Przede wszystkim odebrałem głosy Łukaszence. Moi wyborcy wcześniej popierali prezydenta i po raz pierwszy w życiu zagłosowali na kogoś innego.

Ostatnia kampania wyborcza była wyjątkowa. Opozycji pozwolono na więcej niż zwykle.

- To był miesiąc wolności. Jeździłem po Białorusi, spotykałem się z miejscowymi urzędnikami, wojskowymi, milicją. Ci ludzie chcą zmian, choć nie mogli powiedzieć o tym głośno.

Nie bali się rozmawiać z tobą?

- Nie informowałem ich, kiedy przyjadę, po prostu wchodziłem i zaczynałem spotkanie. Interesował mnie elektorat Łukaszenki, który zaczął być niezadowolony z jego rządów. Pracowałem z elitami, bo ci ludzie zdawali sobie sprawę, co się dzieje z państwem. Wiedzieli, że sytuacja gospodarcza jest coraz gorsza.

Nie spodziewałeś się aresztowania

- Byłem przecież umiarkowanym kandydatem. W noc wyborczą woziłem współpracowników po izbach przyjęć, bo wielu z nich pobito na demonstracji. Około trzeciej w nocy wróciłem do jednego ze swoich mieszkań, gdzie był mój sztab.
Ile masz mieszkań?

- Żona ma dwa. To irytowało KGB - choć byłem jednym z najlepiej zarabiających kandydatów, nie mogli skonfiskować mi mienia.

Jak zarabiałeś na życie?

- Prowadziłem kancelarię prawniczą. Doradzałem niezależnym związkom zawodowym.

Powyborczą demonstrację brutalnie rozpędzono, pobito jednego z opozycyjnych kandydatów Uładzimira Niaklajeua. Nie bałeś się o własną skórę?

- Z Niaklajeuem najwyraźniej przesadzili. Chciano, by wystąpił w telewizji z krytyką działań opozycji, a zbito go tak, że trafił do szpitala bez przytomności. Na ile teraz rozumiem, radykalnych kandydatów zatrzymywała służba prezydenta, a po mnie przysłano specjalną jednostkę KGB.

Jaka to różnica?

- Ci z KGB wyłamali drzwi, ale byli dość uprzejmi. Jeden z nich przedstawił się, pokazał dokumenty. Nie pamiętam, jak się nazywał. Zabrali tylko mnie. Moim współpracownikom kazali pilnować mieszkania.

Kto dowodzi służbą prezydenta?

- Nie wiem, nie interesowało to mnie.

Ja bym się zainteresowała.

- Teraz i ja bym się zainteresował.

Przewieźli cię do aresztu KGB.

- Wrzucili mnie do czteroosobowej celi na piątego. Siedzieli tam aresztowani za przestępstwa gospodarcze biznesmeni. Na pierwsze przesłuchanie wezwano mnie ok. 7 rano. Pracownicy aresztu byli niezadowoleni. 20 grudnia przypada święto służby bezpieczeństwa, a oni musieli tego dnia ciężko pracować. Powiedziałem im: chłopaki, miejcie pretensje do prezydenta. Człowiek, który mnie przesłuchiwał - a zdaje się, że był to wiceszef całego KGB - zaproponował, bym odczytał tekst w telewizji. Była to krytyka radykalnych kandydatów: Sannikaua, Statkiewicza, Niaklajeua.

Przeczytał go w końcu Jarosław Romańczuk, wiceprzewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.

Dlaczego się nie zgodziłeś?

- Nie chciałem być wykorzystany w wewnętrznej walce Łukaszenki. Jednak nie potępiam tych, którzy przeczytali. Każdy polityk sam ocenia, co jest dla niego do przyjęcia.

Co powiedzieli, gdy odmówiłeś?

- Grozili, że dostanę od 5 do 15 lat.
Wystraszyłeś się?

- Absolutnie nie. Wiedziałem, jaka jest sytuacja w kraju. Mówiłem śledczym, że posiedzę co najwyżej rok, bo prezydent będzie potrzebował kredytów z Zachodu i wypuści więźniów politycznych. Oni nie wiedzieli, co mi odpowiedzieć, bo przecież zdawali sobie sprawę, jak jest.

Czy na przesłuchaniach był obecny adwokat?

- Były dwa rodzaje spotkań: w tych oficjalnych uczestniczył mój adwokat. Wkrótce zresztą wyrzucono go z palestry, jego matkę również. Gdy już mnie złamali, pracownicy operacyjni poprosili o spotkania bez adwokata, na co się zgodziłem.

Kiedy zaczęły się tortury?

- Trzeciego czy czwartego dnia w areszcie śledczym pojawili się ludzie, którzy nie byli pracownikami KGB. Podczas pierwszych tortur widziałem ich twarze, później zakładali maski. Wywołali nas wszystkich z celi - to miało nastawić współwięźniów przeciwko mnie. Kazali rozstawić szeroko nogi, prawie do szpagatu, ręce musieliśmy oprzeć o ścianę. Byliśmy nadzy. Stojący za moimi plecami człowiek od czasu do czasu tupał nogą w podłogę. Wzdrygałem się, myśląc, że zaczyna się bicie. Mój strach sprawiał mu przyjemność. Śmiał się w głos.

Ile lat mieli wykonawcy?

- Około 25. Typowe byczki, ale niżsi ode mnie. To im się nie podobało, drażnił ich również fakt, że jestem dobrze zbudowany. Torturowali mnie niemal codziennie - zakładali kajdanki, wyginając ręce tak wysoko, że musiałem się schylać głową prawie do podłogi. Przerzucono mnie do aresztu śledczego MSW, gdzie w ośmioosobowej celi było 15 więźniów, zwyczajnych kryminalistów. Wszyscy musieliśmy stać po kilka godzin w małym pomieszczeniu, niektórzy tracili przytomność. 10 stycznia przewieźli mnie z powrotem do aresztu śledczego KGB i to był najgorszy dzień tortur. Przyszło po mnie trzech mężczyzn w maskach. Bałem się. Wlekli mnie po schodach do obszernej sali. Wyłamywali mi ręce w kajdankach tak, że słyszałem, jak trzeszczą mi kości i stawy. Krzyczeli: "Masz z nami współpracować!".

Zgodziłeś się.

- Prawie natychmiast, zaraz mogłem stracić ręce. Wrzucili mnie z powrotem do celi. Po 20 minutach spotkał się ze mną szef kontrwywiadu.

I wtedy podpisałeś zobowiązanie do współpracy?

- Jeszcze niczego nie podpisywałem. Powiedział, że podejrzewają mnie o pracę dla obcych wywiadów: amerykańskiego, polskiego lub niemieckiego. Zadawał pytania.

Odpowiadałeś?

- Mówiłem prawdę. Nie jestem agentem, nie znam też człowieka, co do którego miałbym sto procent pewności, że pracuje dla zagranicznego wywiadu.

A na 50 proc.?

- Jest wiele takich osób.

25 stycznia zaproponowali test na wariografie. Zgodziłem się. Padały różne nazwiska z pytaniem, czy ten a ten może być współpracownikiem zagranicznego wywiadu, i ja za każdym razem odpowiadałem, że może. Wymienili kilku ekspertów z Ośrodka Studiów Wschodnich, z polskiej ambasady.

I powiedziałeś, że wszyscy oni mogą być agentami?

- A jaką mam pewność, że nie są?

Pytania brzmiały: "Czy ten człowiek może być agentem?". Odpowiedź: "Tak". "Czy jesteś pewien?". "Nie".
To ich usatysfakcjonowało?

- Częściowo. Odkryli, że samodzielnie prowadziłem kampanię wyborczą.

Nie dostałeś wsparcia finansowego z Zachodu?

- Jedynie sesję planowania mojej kampanii w Kijowie.

Jak to było z listem do Łukaszenki?

- Pod koniec grudnia śledczy otworzył przede mną kodeks karny na artykule o szpiegostwie. Powiedział, że jeśli się przyznam, nie poniosę kary. Zrozumiałem, że zajmuje się mną KGB, i to nie przelewki. Chciałem w jakiś sposób wyrwać się z ich rąk. Na początku stycznia napisałem więc list do prezydenta.

Napisałeś: "Zawsze odnosiłem się do Pana z szacunkiem". Naprawdę?

- Do wszystkich ludzi odnoszę się z szacunkiem. Dla dobrze wychowanego człowieka to norma. Napisałem też, że nigdy publicznie nie krytykowałem życia osobistego prezydenta. Była to aluzja do nieślubnego syna, którego inni kandydaci wytykali Łukaszence podczas kampanii. Uważam, że polityka należy oceniać wyłącznie na podstawie tego, co zrobił dla kraju, i jego poziomu intelektualnego. Ostatnie zdanie listu brzmiało: "Proszę pana jako gwaranta konstytucji, żeby pan wziął moją sprawę pod osobistą kontrolę". Nie prosiłem więc, by mnie wypuścił. Po tygodniu kierownik kontrwywiadu powiedział, że list dotarł do prezydenta i on nie ma do mnie pretensji. Dodał, że decyzja co do mojego dalszego losu jest w rękach KGB.

Czy spodziewałeś się, że twój list przyniesie jakikolwiek skutek?

- Wtedy uważałem, że to się opłaca. Nie spałem trzy czy cztery doby, podejrzewano mnie o współpracę z zagranicznym wywiadem, byłem załamany. Nie twierdzę, że dziś bym taki list napisał.

Wstydzisz się tego?

- Nie.

Po konferencji prasowej, podczas której opowiedziałeś o torturach, w białoruskiej telewizji pokazano nagranie, na którym rozmawiasz z pracownikiem KGB w niemal przyjacielskiej atmosferze.

- Okazało się, że po 10 stycznia moje przesłuchania były rejestrowane ukrytą kamerą. Nie wiedziałem o tym.

Dlaczego byłeś tak bardzo uprzejmy dla pracownika operacyjnego KGB?

- Dla wszystkich jestem uprzejmy. Zwłaszcza że on też był miły.

Ale gra w dobrego i złego milicjanta to często stosowana metoda. Musiałeś o tym wiedzieć.

- Miałem z nim rozmawiać niegrzecznie? Od początku mówiłem KGB, że jestem ze wszystkiego zadowolony: z towarzyszy w celi, jedzenia, warunków sanitarnych. Oczywiście była w tym ironia.

Tylko że wywołuje to dysonans: mówisz o torturach w areszcie, a pokazują cię, jak sobie żartujesz ze śledczym i opowiadasz mu o goleniu.

- Dla mnie najważniejsze jest, że moje zeznania nie posłużyły do skazania kogokolwiek, nie wykorzystano ich na procesach.
Skoro nic nie powiedziałeś, to po co byłeś im potrzebny?

- Próbowano mnie zwerbować już w 2004 roku. Wtedy zgłosił się do mnie człowiek z propozycją, a ja natychmiast poinformowałem o tym media. Dlatego gdy 19 lutego podpisałem zgodę na współpracę, w KGB myśleli, że będzie to gwarancja mojej lojalności. Następnego dnia byłem już wolny.

Dlaczego inni uwięzieni opozycjoniści nie potwierdzili tortur?

- Nie wszyscy stanie nago w zimnym pomieszczeniu uważają za tortury. Nie wszystkich też zmuszano do współpracy. Niektórzy jednak potwierdzili moje słowa, np. kandydat na prezydenta Andrej Sannikau.

Może w KGB uważali cię za najłatwiejszego do złamania?

- Myśleli, że skoro prowadziłem łagodną kampanię wyborczą, szybko zgodzę się na ich warunki.

Napisałeś w swoim blogu, że czułeś się wtedy jak hrabia Monte Christo, chciałeś zemsty.

- Nienawidziłem tych ludzi.

A teraz?

- Wybaczyłem im, na zemście niczego dobrego się nie zbuduje. Co nie oznacza, że zapomniałem.

A może po prostu bardziej ci się opłaca wybaczyć, bo jest to zgodne z twoją strategią polityczną?

- Powtarzam: na zemście nie można budować, a ja pracuję dla swojego kraju. Musimy doprowadzić do demokratycznych zmian na Białorusi. Nie wierzę, że Łukaszenka dobrowolnie odda władzę. A jeśli tak, pozbyć się go mogą jedynie jego współpracownicy, którzy są po łokcie unurzani we krwi. Dlatego ludziom reżimu - w tym również Łukaszence - trzeba dać gwarancje, że nie pójdą do więzienia. Oni rozumieją bliskość końca tego systemu. By dalej kierować państwem, muszą się szybko dogadać z Zachodem i Rosją, a do tego potrzebni im jesteśmy my, opozycja.

Kto ze współpracowników Łukaszenki mógłby go zdradzić?

- Podać ci imiona, nazwiska, adresy?

Przyjechała po ciebie rodzina pod areszt?

- Pracownicy KGB podwieźli mnie pod dom swoim samochodem.

To miło z ich strony. Wypuszczonych opozycjonistów zwykle wywożą za miasto, zostawiają w lesie.

- Ale ja byłem już wtedy swój. Obiecywano, że nikt nie dowie się o naszej współpracy. Nie uwierzyłem, ale wiedziałem, że nie ma to znaczenia, bo na wolności zorganizuję konferencję prasową, gdzie przyznam się do wszystkiego i opowiem o torturach.

Wiedziałeś o tym, podpisując lojalkę?

- Od samego początku. Nie miałem wątpliwości, że właśnie tak należy zrobić. 28 lutego, tydzień po wyjściu z aresztu, zorganizowałem spotkanie z dziennikarzami.
Nigdy nie myślałeś, by pracować dla Łukaszenki?

- Po studiach mogłem zatrudnić się w administracji prezydenta i być może dziś byłbym nawet w KGB. Moi koledzy, którzy zgodzili się pracować dla Łukaszenki, szybko awansowali.

To dlaczego się nie zdecydowałeś?

- Chcę zależeć od ludzi.

A odkładając na bok polityczne hasła?

- To prawda. W Polsce najprawdopodobniej byłbym samorządowcem - lepiej, gdy rozliczają cię wyborcy, a nie naczelnik, któremu trzeba lizać tyłek. Poza tym nie mogłem pracować dla Łukaszenki, bo on niszczył język białoruski, a dla mnie wartości narodowe miały ogromne znaczenie. Wychowałem się w inteligenckiej rodzinie. Rodzice nie należeli do partii komunistycznej, choć to pomagało w karierze. Mama, z zawodu genetyk, pielęgnowała białoruskie tradycje.

Polityczną karierę zaczynałeś w antykomunistycznym Białoruskim Froncie Ludowym (BNF).

- Wstąpiłem do BNF w 1993 roku, miałem wtedy 18 lat. Front chciał odrodzenia narodowego, reform rynkowych, podnosił problem Czarnobyla - te sprawy były mi bliskie. Zacząłem od rozklejania plakatów wyborczych, w 2004 roku zostałem wiceprzewodniczącym partii.

W 2008 roku wyrzucono cię z niej. Za co?

- Za publiczną krytykę kierownictwa: mówiłem, że BNF potrzebuje reform. Konkurowałem z ówczesnym przewodniczącym Wincukiem Wiaczorką o stanowisko lidera. Dostaliśmy po połowie głosów. W wyniku kompromisu przewodniczącym został Lawon Barszczeuski, który na pierwszym posiedzeniu wykluczył mnie z partii. Była to dla mnie tragedia. BNF był moją ojczyzną. Źle, że ludzie, którzy walczą z dyktaturą, nie zawahali się użyć dyktatorskich metod, by się mnie pozbyć.

Ale przecież z Wincukiem Wiaczorką rywalizowałeś od paru lat?

- W partiach powinny istnieć konkurencyjne frakcje, inaczej czym będziemy różnić się od Łukaszenki?

Swoją grupę oparłeś na kolegach ze Zjednoczenia Studentów Białoruskich (ZBS). Co to za ruch?

- Byliśmy młodą narodową elitą, choć nikt z nas nie mówił tego głośno. Po prostu dawaliśmy przykład reszcie. Tworzyliśmy grupę białoruskojęzycznych studentów z różnych kierunków: medycyny, matematyki, ja studiowałem politologię i prawo. Byli wśród nas narodowcy, lewacy, a nawet anarchiści. Nigdy nie kłóciliśmy się o poglądy. Organizowaliśmy konferencje, imprezy. Z Polski dostaliśmy drukarkę, komputer i faks w czasach, gdy nie we wszystkich ministerstwach były takie cuda.

Od polskich organizacji pozarządowych dostaliście też puste blankiety zaproszeń na wyjazd i udostępnialiście za opłatą wszystkim chętnym. Zmicier Wajciachowicz, jeden z założycieli ZBS, opowiadał: "Takie gęby przychodziły! Myślę, że przysłaliśmy do Polski paru bandytów".

- Nic o tym nie wiem.

W 1994 roku Łukaszenka przejął władzę. Jakie nastroje panowały wśród młodych narodowców?

- Nowy prezydent cieszył się ogromnym poparciem społecznym. To była białoruska kolorowa rewolucja - władzę przejął człowiek spoza nomenklatury. Narodowa opozycja była porażona klęską. Studenci jednak byli nadal aktywni. Gdy podskoczyły ceny żywności, ZBS zorganizował akcję "Dziękujemy prezydentowi za chleb i mleko". Przyszło na nią ponad tysiąc osób. Ogłoszenia o akcji wywieszaliśmy w szkołach wyższych, z ogromnym nagłówkiem: "Wszystko o seksie". Nie było człowieka, który nie zwróciłby na to uwagi. Poszliśmy pod pałac prezydenta, wyszedł do nas Anatol Labiedźka, dziś opozycjonista, powiedział, że głowa państwa liczy się ze studentami. Stroiliśmy sobie z niego żarty.

W 1996 roku, kiedy na ulicach Mińska doszło do regularnych bitew ulicznych z opozycją, przestało być śmiesznie.

- Wtedy nas jeszcze nie wsadzali. Za studenckie akcje dostawaliśmy co najwyżej mandaty. Uczestniczyłem w ulicznych walkach, ale nie biłem milicji. Potem pojechałem na staż do Oksfordu. Wróciłem po pół roku.
Łukaszence udało się w tym czasie opanować sytuację. Opozycja została rozbita. Jak zmieniło się życie na Białorusi po 1996 roku?

- Ludzie chcieli porządku, a Łukaszenka ten porządek zagwarantował. Od 1997 roku zaczął się wzrost gospodarczy.

W 1996 roku kraj opuścił ówczesny lider BNF Zianon Pazniak i na zawsze stracił swą polityczną wagę. 15 lat później ty zrobiłeś to samo.

- Nie planowałem wyjazdu. Podczas konferencji prasowej powiedziałem nawet, że nie wyjadę z kraju. Byłem jednak bardzo zmęczony. Bałem się, że znów trafię do więzienia. Potrzebowałem rekonwalescencji. Chciałem wyjechać w góry, a u nas ich nie ma. Wyjazd był władzy na rękę, w przeciwnym wypadku prokuratura musiałaby oficjalnie ustosunkować się do moich oskarżeń. Zostawiłem telefon komórkowy, za pomocą którego mogliby mnie śledzić. Przez Rosję dotarłem na Ukrainę, Czechy zgodziły się mnie przyjąć. Trafiłem do Pragi. Spotykałem się z dziennikarzami i politykami, zarejestrowałem też działalność gospodarczą - doradzałem czeskim biznesmenom prowadzącym interesy na Wschodzie. Teraz jednak większość czasu spędzam w Warszawie - dostałem stypendium naukowe i będę pisał doktorat. Chcę też odwiedzić Wielką Brytanię i USA. Zamierzam jednak wrócić do kraju.

Nie obawiasz się, że emigrując, wyłączyłeś się z gry? Na Białorusi szykują się zmiany.

- Nie zrezygnowałem z politycznej działalności. Przygotowuję ważne oświadczenie. Białoruś znalazła się na granicy wojny domowej i za wszelką cenę musimy zapobiec rozlewowi krwi. Dlatego ludziom reżimu trzeba dać gwarancję nietykalności.

Wejdziesz w skład nowej władzy na Białorusi?

- Jestem o tym przekonany.

Czego się boisz najbardziej?

- Wysokości.

A na Białorusi?

- Nie chcę o tym mówić.

Czy dużo osób z opozycji pracuje dla KGB?

- Myślę, że wiele osób podpisało zobowiązanie do współpracy. Najważniejsze, by o tym powiedzieli głośno. Przez tydzień byłem agentem KGB. Nie napisałem żadnego raportu, ale formalnie poszedłem na współpracę. I do tego się przyznałem. Wszyscy mnie pytają, co zrobić, gdy KGB cię szantażuje. Gdy złapali cię na seksie z nieletnią, najlepiej zgodzić się na współpracę, zostać agentem, wyjechać na Zachód i opowiedzieć, że cię szantażowano. Przyznać się, że przeleciałeś piętnastolatkę, o której myślałeś, że ma 18 lat.

Jakie są grzechy główne białoruskiej opozycji?

- Opozycja popełniła błąd, mówiąc o prezydencie jako o kołchoźniku. Wszyscy przecież pochodzimy z kołchozu. On ma rozwinięty instynkt władzy, jest twardym politykiem, nie da się nim manipulować. Źle na tym wyszli ci, którzy traktowali Łukaszenkę jak głupca.

A nie jest głupcem?

- A czy Wałęsa jest głupcem?

*Białoruski polityk opozycyjny. W latach 2004--2008 zastępca przewodniczącego Białoruskiego Frontu Ludowego. Po usunięciu z partii był niezależnym kandydatem na prezydenta. Aresztowany w nocy z 19 na 20 grudnia 2010 r. 28 lutego 2011 r., na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, oświadczył, że w czasie dwumiesięcznego pozbawienia wolności był torturowany i zmuszony do podpisania zgody na współpracę z KGB. 14 marca wyjechał z Białorusi, otrzymał azyl w Czechach.

Aleś Michalewicz był stypendystą Programu im. Lene'a Kirklanda.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Subscribe

Comments for this post were disabled by the author