clickkey (clickkey) wrote,
clickkey
clickkey

Ranking bitew polskich

Wojciech Stanisławski,
15.08.2015


Pamięć o przemilczanej w PRL bitwie pod Orszą, w której wielonarodowa armia Rzeczypospolitej pokonała Moskwę, trudno przywrócić
foto: Wikipedia

Mamy kłopot ze spamiętaniem wszystkich polskich zwycięstw. Było ich tak wiele. Dlatego właśnie przygotowaliśmy ranking najważniejszych bitew.

Miło jest stawiać narodowo-batalistycznego pasjansa, mnożąc daty, chwaląc przewagę rapierów, toporów, koncerzy czy visów. Kłopot, o którym wiedzą coś kustosze modernizowanego od lat Muzeum Wojska Polskiego, zaczyna się w chwili, gdy próbujemy jakoś uporządkować to bogactwo. Czy w ogóle da się stworzyć sensowny ranking bitew, biorąc pod uwagę, że toczenie ich wydaje się jednym z najstarszych zajęć ludzkości, a już z pewnością Polaków?

Zacząć wypada, jak uczą stratedzy, od uporządkowania pola. Umówmy się więc, że pod uwagę brane są jedynie bitwy toczone pod polskim sztandarem, w przeciwnym razie bowiem, ze względu na branki i pobory dokonywane przez okupantów i zaborców oraz inwencję i determinację polskich XIX- i XX-wiecznych wygnańców, zaciągających się do wszelkich możliwych armii za wolność waszą i naszą, musielibyśmy uwzględnić pół tysiąclecia i sześć kontynentów. Jeśli ograniczymy się do oddziałów polskich, stwierdzimy, że do naszych najbardziej egzotycznych formacji należą „szczury Tobruku". Reszta zmagań odbywa się przede wszystkim na środkowoeuropejskiej równinie, z okazjonalnymi jedynie wypadami w stronę hiszpańskich wąwozów, norweskich fiordów, Bałkanów i Morza Północnego.

Na początek może, jako że polscy żołnierze zwykli do nieba chodzić czwórkami, wspomnijmy pierwszą czwórkę.



Warszawa 1920

Fenomen warszawskiego odparcia bolszewickiej ofensywy i odparcia wroga o sto kilometrów na wschód nie ma sobie równych. Gdyby nie to, że zdarzyło się naprawdę, można by to uznać za fragment mitu, w którym ofiara nieoczekiwanie pokonuje najeźdźcę, a triumf – niemal jak u Tolkiena! – przychodzi w sytuacji ostatecznego zagrożenia: nie istniał żaden plan B, gdyby padły linie obrony pod Radzyminem.

Oczywiście ocalałaby może dywizja pod Płockiem, jakieś partyzanckie podjazdy szarpałyby bolszewię w lasach Podkarpacia i Mazowsza, może nawet Armia Czerwona zatrzymałaby się na granicy Niemiec – ale w Polskiej Republice Ludowej mało kogo by to już zajmowało. „Żołnierze mawiali, że jak stolica padnie, to nic innego nie pozostanie, jak wywędrować na zachodnie nasze kresy (...) i kapitulować lub zwartym oddziałem przedrzeć się przez granicę" – wspomina nastroje z dni odwrotu porucznik Stanisław Dembowski.

Ale w Bitwie Warszawskiej jest jeszcze jedna osobliwość, którą dałoby się przyrównać do puszczenia filmu od końca: w kilku poprzedzających ją tygodniach zdarzało się niemal wszystko, co najlepsze w II Rzeczypospolitej. Wszystkie spory, nienawiści, zajadłości piłsudczykowsko-endeckie, polsko-ukraińskie, strajki robotnicze i chłopskie, biedaszyby i Bereza są dopiero przed nami: na razie generałowie Sikorski i Haller wykonują dyspozycje Piłsudskiego, ukraińscy sojusznicy walczą na froncie południowo-wschodnim, a w szeregach polskich oddziałów ochotniczych dokonuje się po raz pierwszy wymarzone jeszcze pod Racławicami zrównanie stanów: „Uczeń galicyjskiego gimnazjum, wyrobnik, panicz i gospodarski syn leżeli pod darnią, zostawiając ojczyznę sprawom Króla-Ducha" – napisze o tym elegijnie Miłosz.

Ale też zagrożenie było straszliwe. Od narady bolszewickiej w Smoleńsku (ach, ten Smoleńsk!) 10 marca 1920 roku wiadomo było polskiemu wywiadowi, że główne uderzenie planowane jest na lipiec, na północ od bagien Polesia. Józef Piłsudski marzył o zwycięstwie jak najszybszym, świadom, że każdy tydzień zwiększa kolosalne możliwości mobilizacyjne Rosji Sowieckiej. Sojusz z Petlurą pozwolił na uderzenie na żywotną dla mocarstwowej pozycji Rosji Ukrainę – i manewr ten udał się aż za dobrze: w Moskwie i w Petersburgu dokonała się niespotykana mobilizacja sił społecznych.

Od pierwszej kontrofensywy Siemiona Budionnego pod koniec maja pod Samorodkiem – dwa miesiące odwrotu: jaka armia by to wytrzymała? Padają kolejne linie obrony: nad Autą i Berezyną, nad Niemnem, nad Bugiem: Piłsudski zmuszony jest wycofać polskie siły z trwającej w najlepsze bitwy pod Brodami, gdy 2 sierpnia dowiaduje się, że padła twierdza Brześć.

Na tyłach trwa mobilizacja: transporty z bronią docierają jedyną dostępną (wobec strajków komunizujących dokerów i niechęci Czechosłowacji) drogą: przez Węgry. Ochotnicy ćwiczą po kilkanaście godzin, z zachodniego frontu jadą dywizje Hallera, „ochotnicy w biurach propagandy/ piszą nocami o wschodniej nawale" (znów Miłosz), a szyfranci polscy dekodują sowieckie depesze radiowe.

Doradcy z francuskiej i brytyjskiej misji wojskowej doradzają uderzenie na Mińsk Mazowiecki i rokowania, ale Piłsudski podejmuje największe, jakie można sobie wyobrazić, ryzyko: montuje kontruderzenie znad Wieprza na lewe skrzydło sowieckiej ofensywy. W marszu, w upalnym odwrocie zasila cofające się oddziały ochotnikami, osłania lwowskie zagłębie naftowe, na tzw. Przedmoście Warszawskie rzuca I Armię gen. Franciszka Latinika.

13 sierpnia Radzymin trzykrotnie przechodzi z rąk do rąk: 14. uderzenie sowieckie udaje się zatrzymać dopiero pod Ossowem. Na obrazie Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą" Matka Boska osłania oddziały polskie w aureoli z aeroplanów: i rzeczywiście, kilkanaście maszyn wisiało przez cały dzień na bezchmurnym niebie, atakując z góry większe zgrupowania bolszewickiej piechoty. 15 sierpnia polska jazda zdobywa radiostację 4. armii sowieckiej, pozbawiając Tuchaczewskiego łączności z całym lewym skrzydłem sił, 16 rusza uderzenie znad Wieprza – i od tej chwili bolszewicka nawała zaczyna przypominać reagujące zbyt ociężale bestie. Korpus Konny Gaj-Chana jeszcze 18 i 19 sierpnia usiłował zdobyć Włocławek i Płock – nieświadom, że kilka godzin wcześniej Polacy opanowali wszystkie przeprawy na Bugu! Nie było już dokąd uciekać: chyba że do Prus Wschodnich.

Pokój ryski, zawarty w marcu 1921 roku, nie odtworzył Rzeczypospolitej Wielu Narodów, ale dał II Rzeczypospolitej – i Europie Środkowej – suwerenność na kilkanaście lat. Bolszewicy, w tym Stalin, nie zapomnieli upokorzenia i ich zemsta była straszna. Ale na razie „wojna była wygrana i gwiazdy spokojne".

Grunwald 1410

Na dobry początek wystarczyłyby liczby: to jedno z największych starć średniowiecza, które pod względem liczby walczących i zabitych dotrzymałoby pola Agnicourt i Poitiers. Ale Grunwald to nie tylko kilkadziesiąt tysięcy rycerzy (według ostrożnych szacunków – po 20 tysięcy po każdej ze stron), blisko 10 tysięcy poległych, gest z dwoma mieczami, za sprawą którego strona krzyżacka, od kilku godzin stojąca w zbrojach w pełnym słońcu, miała nadzieję na przyspieszenie bitwy. Była to również, dodajmy, bitwa prawdziwie multi-kulti: po jednej strony rycerstwo ze wszystkich komturii zakonu, ochotnicy ze wszystkich krajów Rzeszy, od Czech po Nadrenię, najemnicy szwajcarscy. Po drugiej – Międzymorze w całej krasie: Polacy, Litwini, Żmudzini, Rusini, rycerstwo z lennej Mołdawii, chorągiew z Nowogrodu Wielkiego, a nawet garść szukających na zachodzie szczęścia oponentów chana ze Złotej Ordy. Najgorzej wyszli na tym Czesi, dla których była to bitwa bratobójcza: przeciw ochotnikom po stronie zakonu stanęli najemnicy Jagiełły, którym król na osłodę podarował po bitwie zdobycznego wielbłąda – widniejącego po dziś dzień w herbie Pilzna...

Grunwald to jednak przede wszystkim strategia i logistyka: Władysław Jagiełło, decydując się na rozstrzygnięcie tlącego się przez cały XIV wiek konfliktu z zakonem, zdołał zabezpieczyć sytuację na innych granicach Rzeczypospolitej, zapewnić sobie pełne współdziałanie Litwy, zmobilizować i zgromadzić w jednym miejscu siły z ogromnego państwa, niemal do ostatniej chwili ukryć główny kierunek ataku, jakim było serce i stolica Prus: Malbork. Niepewni przebiegu kampanii Krzyżacy zmuszeni byli pozostawić znaczne siły w zamkach strzegących Pomorza Gdańskiego i Żmudzi – i przez to również przyczynić się do osłabienia wroga. Tymczasem siły polsko-litewskie szły przez zaimprowizowany most na Wiśle pod Czerwińskiem prosto na północ, nad Drwęcę, mijając ufortyfikowane brody, zdobywając i paląc do fundamentów – ot tak, dla rozgrzewki – zamek w Dąbrównie (Gilgenburg) i wreszcie rozkładając się obozem na pagórkach między Grunwaldem (Tannenbergiem) a Stębarkiem.

O Grunwaldzie pisać niełatwo i dlatego, że wydaje się powszechnie znany: nie zapomniano o nim w Polsce nigdy. Ale że z pamięcią bywa różnie, przypomnijmy dla porządku co najważniejsze: pierwsze do boju rusza prawe, litewskie skrzydło, po godzinie słabnie, i wycofuje się – hm – nie do końca w ordynku. Część sił Zakonu rusza za uciekinierami, główny ciężar walki spada na chorągiew ziemi krakowskiej.

W pewnej chwili zachwiał się nawet proporzec Królestwa Polskiego, Krzyżacy zaczynają już nucić zwycięską pieśń „Christ ist entstandin", ale honor i drzewce ratuje Zawisza Czarny. Polacy trzymają pole przez pięć kolejnych godzin, wracają rozproszeni Litwini, Wielki Mistrz decyduje się rzucić do walki 16 odwodowych chorągwi, i to był koniec: Ulrich von Jungingen wdarł się w polskie szeregi, ale już z nich nie wyszedł. Wycięto w pień odwód, wzięto szturmem obóz: ratujące się ucieczką niedobitki ścigali najlepsi, w tym Tatarzy.

Elita państwa krzyżackiego spoczęła na polu bitwy: czy nie dlatego, że bracia, obarczeni administrowaniem i polityką, odwykli od rycerskiego rzemiosła? Samo państwo ocalało: król i Witold nieco zmitrężyli, komtur Henryk von Plauen zdołał dotrzeć do Malborka przed nimi i do planowanego oblężenia nie doszło. Myśląc nad późniejszymi dziejami zakonu i Prus, być może można by uznać Grunwald za jedno z wielkich „zwycięstw niewykorzystanych". Ale nie da się ukryć, że za jego sprawą na półtora wieku dynastia Jagiellonów stała się jedną z najpotężniejszych w Europie.

Wiedeń 1683

Wbrew pamięci zbiorowej, chętnie zażywającej sarmackiej chwały, Rzeczpospolita nie walczyła z Turkiem tak często ani tak krwawo jak na przykład z Moskwą, ale kiedy już zabierała się do walki – zwykle robiła to skutecznie: Kara Mustafa, idąc na Wiedeń w 1683 roku, dokonał największej mobilizacji w XVII-wiecznym imperium ottomańskim, historycy zgodni są też, że od klęski poniesionej z rąk Sobieskiego i sprzymierzeńców zaczyna się powolny zmierzch Wysokiej Porty.

Jak wiadomo, sojusz z cesarstwem nie przyszedł Janowi Sobieskiemu łatwo: zdecydowany frankofil, przez kilka lat po wyborze na tron marzył o sojuszu z Francją, co w ówczesnej europejskiej konstelacji politycznej oznaczało dystans do Wiednia i zgodę na Kamieniec Podolski w bisurmańskich rękach. Dopiero obojętność Ludwika XIV skłoniła Sobieskiego do reorientacji polityki zagranicznej: wtedy zaś okazało się, że spoiwem przymierza z Habsburgami może być wspólny groźny wróg – Stambuł.

Sojusz między cesarstwem a Rzecząpospolitą zawarto z założeniem, że odsiecz ruszy w przypadku zagrożenia przez Turków Wiednia lub Krakowa. Padło na Wiedeń – i przez Cieszyn i Opawę ruszyło aż 20 tys. żołnierzy Korony, w tym 25 chorągwi husarskich. I, jak zawsze, warto zwrócić uwagę na bohaterów drugoplanowych: połowę wiktorii wiedeńskiej zawdzięczamy Marcinowi Kątskiemu, generałowi artylerii koronnej (uzyskał tę godność w wieku 32 lat!), dzięki któremu siły polskie, jako jedyne ze sprzymierzonych, zdołały przeprowadzić aż 28 dział przez bezdroża i wykroty Lasu Wiedeńskiego. W walkach podjazdowych z przednimi strażami tureckimi na zboczach Lasu Polacy ponieśli blisko połowę strat.

11 września rano z Kahlenbergu wreszcie widać było pole bitwy: już tydzień wcześniej Sobieski zdołał przeforsować swoją koncepcję walnego uderzenia na Turków. Siły polskie, jak donosił z pola walki król, „poglądały miłosiernem okiem na obóz turecki, z wielką tam bytności swojej impacjencyją", ale i książę Karol Lotaryński, dowodzący lewym skrzydłem sił, i polscy dowódcy, w tym hetman Jabłonowski, mieli powody do zatroskania: pierwszego czekało mozolne posuwanie się po równinie w dół Dunaju i wzięcie na siebie pierwszego impetu obrony, drugiego – szturm w dół zbocza, na którym prócz sipahów czekać mogły rowy, wilcze doły i inne zasadzki.

Jeśli zapomnieć o XVII-wiecznych realiach, sam opis bitwy czyta się niczym mapkę komunikacyjną okolic Wiednia dla turystów: 12 września Karol Lotaryński wziął koło południa Nussberg i Heiligenstadt, książę Waldeck-Sievering, a wszyscy patrzą w stronę Michaelerbergu... Wczesnym popołudniem widać tam sztandary jazdy hetmana Sieniawskiego. Sobieski zarządza jeszcze uderzenie rozpoznawcze roty husarii Zbierzchowskiego i – w imię Boże – ruszają. 20 tysięcy kawalerzystów, z czego w pierwszym rzucie – roty husarskie. Sama karacena, czyli zbroja z łusek naszywanych na skórze, ważyła około 15–20 kg; do tego koncerz, szabla, jeździec, koń, często również w zbroi... Jaka była masa lawiny, która uderzyła w Turków? Oto zadanie dla ambitnego polemologa!

Mało kto miał do tego głowę wieczorem 12 września, gdy trwała likwidacja ostatnich okopów oblężniczych, rachmistrzowie przystępowali do liczenia zdobycznych kobierców, w kościołach Wiednia bito w dzwony, a masy Turków tratowały się podczas ucieczki w dół Dunaju. A Sobieski? Papieżowi Innocentemu XI przesłał sztandar Kara Mustafy (uznawszy go w chwili entuzjazmu za sztandar samego Proroka), małżonce Marysieńce – strzemię tegoż Kara Mustafy i 80 wozów łupów, a sam – no cóż, przez kolejnych dziesięć lat uganiał się po Mołdawii, marząc o tronie dla pierworodnego Jakuba, lekceważąc zagrożenie moskiewskie i cynizm cesarstwa, które jako jedyne skorzystało w pełni na wiedeńskiej wiktorii. Jedno z największych polskich zwycięstw było też jednym z najboleśniej zmarnowanych.

Orsza 1514

Wizje mistrza Kadłubka o tym, jak to nasi przodkowie pod wodzą Kraka mieliby się ścierać z Rzymianami, wydają się nieco przesadzone, również w czwartej krucjacie, która złupiła Konstantynopol, czyli Drugi Rzym, polskie rycerstwo nie wzięło – chyba na szczęście – udziału. Udało nam się za to na kilkadziesiąt lat powstrzymać prące na zachód Księstwo Moskiewskie, od końca XV wieku coraz bardziej ochoczo określające się jako „Trzeci Rzym". Biorąc pod uwagę sprawność techniczną i organizacyjną, jaką zabłysły przy tej okazji wojska Rzeczypospolitej, można by tę bitwę określić również mianem pojedynku renesansu ze średniowieczem.

Czas był na wiktorię najwyższy, bo Litwa już od przeszło wieku nie dawała sobie w pojedynkę rady z ambicjami kolejnych „zbierających ziemie ruskie" Rurykowiczów, tracąc zwierzchnictwo nad księstwami wierchowskim i wiaziemskim, Siewierszczyznę, wreszcie (na pewien czas) sam Smoleńsk, a co gorsza – godząc się w traktacie pokojowym z 1494 roku na nazywanie Iwana III „wielkim księciem całej Rusi".

Jak pokazuje blisko 500 lat praktyki, ustępstwa dyplomatów zawierane w cieniu Smoleńska nigdy nie kończą się dobrze, tym bardziej że następca Iwana, Wasyl III, pokazał, kto tu naprawdę potrafi politykować: w 1514 roku zawarł sojusz z cesarzem Rzeszy Maksymilianem I Habsburgiem i wielkim mistrzem zakonu Albrechtem Hohenzollernem, który na dobrą sprawę można by uznać za „wersję beta" układów rozbiorowych: Moskwa rościła sobie prawa do większości ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego wraz z Kijowem, cesarstwo – do wszystkich ziem ongiś zakonnych. Wspólne uderzenie nastąpić miało w lecie 1515 roku.

Zygmunt Stary, marzący o walnej konfrontacji z Moskwą od początku swojego panowania, pchnął wojska w kierunku znów zajętego przez wroga Smoleńska: od końca sierpnia 1514 roku następowała koncentracja wojsk w okolicach Orszy, w nocy z 7 na 8 września dokonany został desant – tak trzeba to nazwać – na południowy brzeg Dniepru. Hetman wielki litewski Konstanty Ostrogski i jego prawa ręka, hetman polny Janusz Radziwiłł nie musieli się martwić o przetrwanie swoich nazwisk w dziejach Rzeczypospolitej – ale kto wspomni na żywieckiego majstra ciesiołki i flisaka Jana Basztę? To po moście jego konstrukcji przeprawiła się artyleria poukrywana przez Ostrogskiego na stokach prowadzącego ku Dnieprowi wąwozu.

Fortel się udał: gdy po kilku godzinach zmagań lekkozbrojnych jeźdźców Wojciecha Sampolińskiego z pułkiem Bułhakowa i kontruderzeniu Andrieja Oboleńskiego polsko-litewskie szyki zaczęły zyskiwać przewagę – hetman Ostrogski zarządził kontrolowany odwrót w stronę wąwozu: tam na Moskwicina czekały kolejne salwy falkonetów.

Smoleńska nie udało się odzyskać. Ale zjazd wiedeński, podczas którego doszło do pojednania Jagiellonów z Habsburgami, pokazuje, że do stołu rokowań warto siadać ze sprawnymi wojskami inżynieryjnymi i artylerią. Sam zaś Konstanty Ostrogski – weteran nieszczęsnej wyprawy króla Olbrachta na Mołdawię i pogromca Tatarów pod Wiśniowcem w 1512 roku – zyskał zaszczytny tytuł Scypiona Ruskiego: lepsze to niż Trzeci Rzym nawiązanie do historii klasycznej!

W kolejce do chwały

Obrony pierwszej czwórki polskich bitew podjąłby się pewnie każdy, ale dalej zaczynają się zasieki. Czy na piątym miejscu powinien znaleźć się Kircholm (1605, szarża husarii Chodkiewicza na trzykroć silniejszego Szweda) czy Płowce (1331, pierwsze poważne polskie zwycięstwo nad Krzyżakami)? A na szóstym – Monte Cassino czy Racławice? A powstania wielkopolskie i śląskie? A wzięcie przez Batorego Połocka (1572)? A Raszyn (1809) i marsz księcia Józefa po grobli pod karabinowym ogniem Austriaków? A Olszynka Grochowska?

I Chocim, co poczniemy z Chocimiem? Konfuzja dodatkowa, jako że wiktorii chocimskich doliczyć się można przynajmniej trzech (1509, 1621, 1673), a jeśli dodać pomniejsze starcia na przedpolach twierdzy – to i sześciu. Ale myślę tu o tej z roku 1621, najbardziej dramatycznej, zakończonej śmiercią wyczerpanego, sędziwego hetmana Jana Karola Chodkiewicza – i zwycięstwem w sytuacji, wydawałoby się, beznadziejnej zarówno strategicznie, jak i doraźnie. Rzeczpospolita upokorzona klęską pod Cecorą, odwodów brak, zerwana nawet komunikacja z Kamieńcem Podolskim, a w obozie chory królewicz Władysław Waza i ostatnia beczka prochu. A jednak towarzystwo – ramię w ramię spieszeni husarze i lisowczycy, czeladź obozowa i Kozacy niezrównanego Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego – dotrzymali pola, aż speszony sułtan Osman II rozpoczął układy.

W pierwszej dziesiątce więc zgody nie będzie, nie będzie jej i w drugiej (kozackie Beresteczko, 28 czerwca 1651? Pierwsza konfrontacja zbrojna państwa polskiego, czyli Cedynia, 24 czerwca 972? Wielodniowa krwawa bitwa o Wał Pomorski wiosną 1945? Symboliczna, bo pierwsza morska, wiktoria pod Oliwą, 28 listopada 1627?) ani w trzeciej (tam już same symbole: batalia pod Żyrzynem, jedna z nielicznych zwycięskich dla powstańców styczniowych, szarża pod Somosierrą, obrona Lwowa w 1918). Łatwiej może byłoby w okolicach między 50. a 100. miejscem w rankingu: zadbałbym o to, żeby nie zabrakło tam bitwy pod Czarnobylem (27 kwietnia 1920), w której na wodach Prypeci Flotylla Pińska (czyli pramatka Marynarki Wojennej II RP) starła się z sowiecką Flotyllą Dnieprzańską, po czym Polacy niczym rasowi marines szturmem wzięli miasto.

Wypadałoby upamiętnić starcie pod Zieleńcami (18 czerwca 1792), o którym Stanisław August napisał był: „Od czasów Jana III oto jest pierwsza wstępna bitwa, którą wygrali Polacy bez niczyjej pomocy", i na którego pamiątkę ustanowiono order Virtuti Militari.

I może jeszcze – za okoliczności i malowniczą nazwę – bitwę pod Fuengirolą (14 października 1810): jedyną chyba w historii okazję do konfrontacji zbrojnej Polaków (w służbie Napoleona) z Brytyjczykami, podczas której broniący się w zameczku z czasów mauretańskich nasi pod dowództwem kapitana Franciszka Młokosiewicza zatopili ze starego działa dwie kanonierki brytyjskie, zapędzili do odwrotu na statki dziesięciokrotnie silniejszy desant brytyjski, a dowodzącego akcją lorda Blarneya wzięli do niewoli. Well done.

Oczywiście, są i wiktorie, którymi niekoniecznie musimy się szczycić. Coś za coś: nie załapaliśmy się na kolonie, dzięki czemu ominął nas wątpliwy splendor masakrowania tubylców zbrojnych we włócznie ogniem karabinów maszynowych, co zdarzało się i Brytyjczykom, i Niemcom, by gorsze przewiny zmilczeć. Ale żeby nie czuć się tak całkiem bezgrzesznie, warto wspomnieć choćby bitwę nad rzeką Dzierzgonią wiosną 1234 roku, kiedy to ramię w ramię z Krzyżakami zmasakrowaliśmy – a był tam kwiat polskiego rycerstwa i najzacniejsi książęta, od Henryka Pobożnego po Kazimierza Kujawskiego! – z 5 tysięcy Prusów, walnie przyczyniając się do umocnienia Zakonu na Powiślu, do budowy twierdz w Malborku i Kwidzyniu (Marienweder).

Ciszej może o bitwie pod Obertynem (22 sierpnia 1531 roku), podczas której hetman wielki o pięknych imionach Jan Amor Tarnowski pokonał wojska mołdawskie pod wodzą hospodara Petryły. Też malownicza była i rozegrana wedle wszelkich reguł renesansowej sztuki wojennej: Tarnowski stworzył rodzaj ruchomej fortecy, spinając łańcuchami kilkaset wozów taborowych, zasypał wroga pociskami armatnimi i gradem strzał, jazda polska, w której w zbroje odziani byli nie tylko jeźdźcy, ale i konie, zmiażdżyła przeciwnika. Wszystko to prawda – ale prawda też, że Petru Raresz, czyli Patryła, był ostatnim hospodarem, który mógł marzyć o stworzeniu suwerennej Wielkiej Mołdawii: jego następcy czepiali się już tylko polskiej lub otomańskiej (a najczęściej obu naraz) klamki.

No z i tą Byczyną (1588 rok) nie najlepiej wyszło. Oczywiście: podwójna elekcja, trzeba działać. Hetman Jan Zamoyski bronił prawowitego w swoim przekonaniu elekta Zygmunta III Wazę i chyba miał rację, nie chcąc Maksymiliana III Habsburga na tronie Rzeczypospolitej. Ale ta szarża w porannej mgle, te potoki krwi spływające wzdłuż „traktu polskiego"... I to kogo tak zdziesiątkowano? Bratanków. Węgrów.

A jednak – gloria victis

Na ile jednak – nie sposób przestać zadawać sobie tego pytania – podobne zestawienia mają sens, skoro wiemy, jak wiele czynników rozstrzyga o zwycięstwie. Lepszym dowodem wartości armii – determinacji żołnierzy i umiejętności dowódców – bywa przetrwanie porażki niż odniesiona za sprawą jednej szarży wiktoria.

Na 18 granitowych tablicach na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie bitew wygranych i przegranych nie różni krój czcionki: liczy się pamięć. Warto zwycięstwa przypominać choćby wbrew fałszywej, ukutej przez komunistów mantrze, jakoby Polacy „lubowali się w klęskach". W roku 1945 i później mądrość ta miała za zadanie ośmieszyć i zdyskredytować próby przywoływania przegranych, w przeważającej mierze skierowanych przeciw Rosji powstań. Okoliczności od tego czasu się zmieniły, argumentacja niespecjalnie: co roku szwadron polemistów zdumiewa się, jak można oddawać hołd powstańcom warszawskim, co i raz jakiś dywersant ze szkoły Marii Janion wyskakuje z argumentem o „tanatofilskich upodobaniach Polaków", zafiksowanych jakoby na swoich klęskach i mogiłach.

Warto zagrać mu znienacka nad uchem wsiadanego, brzęknąć misiurką, choćby po to, by rozproszyć złe myśli. Ale też, jako że tekst o bitwach wypada zakończyć jakimś należycie podniosłym zdaniem, warto przypomnieć sławetną frazę Piłsudskiego: „Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo". Tak chyba właśnie jest. A skoro tak – to nie ma nic obłąkanego ani chybionego w czerpaniu dumy i wzorów zarówno z Bitwy Warszawskiej, jak i z Powstania Warszawskiego. Gloria victis.

Tags: historia, polska, wojna, wojsko polskie
Subscribe

Comments for this post were disabled by the author